» Fragmenty książek » Grombeladzka legenda. Tom 1

Grombeladzka legenda. Tom 1

Grombeladzka legenda. Tom 1
1

Izby oficerów garnizonu znajdowały się na piętrze; wiodły do nich strome, wiecznie pogrążone w mroku schody. Nadsetnik sforsował je i pokonał krótki korytarz. Wnętrze budynku mocno przywodziło na myśl armektański zajazd z pokojami gościnnymi. Od pewnego czasu setnicy i podsetnicy Legii Grombelardzkiej w Badorze żyli sobie dosyć wygodnie; każdy miał własną izdebkę – wielka rzadkość w innych garnizonach. Znalazłszy właściwe drzwi, komendant otworzył je bez żadnej zapowiedzi. Oślepiło go, wciąż mocne, pomimo wieczoru, światło dzienne, wpadające przez szeroko otwarte okno. Półnaga dziewczyna, wsparta rękami o framugę, obejrzała się przez ramię, mając chyba na języku jakieś ostre słówko. Lecz ujrzawszy przybyłego, odwróciła się i wyprostowała z nieudawanym szacunkiem. Z szacunkiem – prawie goła...

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Przez długą chwilę patrzył, nic nie mówiąc. Nie potrafił postępować z... kimś takim. Niepotrzebnie wchodził na górę, należało posłać dyżurnego legionistę. Ba, lecz kiedy właśnie chciał wejść. Miał zamiar rozporządzić wolnym czasem podkomendnej i chciał pokazać, że nie jest to rutynowy obyczaj. Ale w wojsku nie było miejsca na takie grzeczności. Zresztą, choćby i nawet...
Poirytowany, uświadomił sobie z całą jasnością, że sytuacja jest niezręczna i krępująca tylko dla niego. Ta tutaj, armektańska łuczniczka, po prostu czekała na rozkazy. Chyba nawet nie wiedziała – a na pewno nie pamiętała – że jest rozebrana.
– Przyjdziesz do mnie. Zaraz. Ubrana – podkreś­lił z naciskiem, rozzłoszczony nie na żarty, bo wina była tylko i wyłącznie po jego stronie; po służbie, we własnej kwaterze, miała prawo chodzić w stroju najzupełniej dowolnym. – Dość mam widoku tych waszych gołych cycków. To jest wojsko, miejski garnizon w Badorze, w Grombelardzie. W Grombelardzie! Czy dotarło to do ciebie, Armektanko?
Odwrócił się i wyszedł, hałasując buciorami na schodach. Nie zdążyła nawet potwierdzić przyjęcia rozkazu. Wykrzywiła się ze złością, tupnęła i pokazała pustym drzwiom język.
Była równie wściekła, jak komendant Argen.
Tak, to była prawda, niestety: znalazła się w Grombelardzie. Armektańska swoboda nie pasowała do tego wstrętnego, ponurego i dżdżystego kraju; zresztą nie pasowała do żadnej prowincji imperium. Czasem silono się na nią w Dartanie, lecz kaprysy dartańskich magnatów także pasowały do gór Grombelardu niczym... pięść do nosa. Dzicz! Tu była zwykła dzicz! W Armekcie oficer po służbie chętnie pił piwo lub wino w towarzystwie prostych żołnierzy i potrafił jakoś zachować autorytet. Tutaj rzecz zupełnie nie do pomyślenia. Miała stale paradować w mundurowej tunice, sypiać w strasznej nocnej koszuli (a jakże, dostała ją z przydziału!), a może i udawać, że nigdy nie chodzi za potrzebą, bo to pewnie oficerom nie wypada!
Nie myślała, że będzie tak ciężko.
Jako tako – za sprawą dawno zmarłej macochy – mówiła po grombelardzku. Przysłano ją na czele dziesięciu łuczniczek, by szkoliły Grombelardczyków w posługiwaniu się łukiem; była to broń rzadko tutaj używana i niepopularna. Nie wiadomo, kto wymyślił, by posłać same dziewczyny – dość że był to pomysł chory; eh! głupi! Wydumano zapewne, że kobiety – prawie całkiem nieobecne w Legii Grombelardzkiej – zawstydzą miejscowych wojaków i skłonią do zaciekłej rywalizacji. I faktycznie, dwie już zaczęły tyć (komendant jeszcze o tym nie wiedział...). Szczytna misja armektańskich łuczniczek miała się zakończyć blamażem i kompletną kompromitacją. Nadsetnik Argen od początku nie taił obaw. „Przysłano mi was tutaj do pomocy, ale czuję, że będę miał kłopot” – powiedział na powitanie. I dodał jeszcze: „Pilnuj się, podsetniczko, i pilnuj swoich podkomendnych. Znam Armekt, to zupełnie inny kraj niż Grombelard”. I miał rację. Ale jednak nie myślała, że będzie aż tak ciężko.
Siedząc na łóżku, nerwowo obgryzała paznokcie. Nagle przypomniała sobie rozkaz komendanta i zerwała się na równe nogi. „Przyjdź zaraz” – powiedział. U Argena „zaraz” oznaczało: zaraz.
Mundurową spódnicę miała na szczęście na sobie, koszula leżała na łóżku, ale przeszywanica gdzieś się zapodziała; znalazła tylko kolczugę i wciągnęła ją wprost na koszulę. Oficerska tunika wisiała na kołku wbitym w ścianę i pospieszne, nieostrożne szarpnięcie wyrwało w niej sporą dziurę. Buty były na miejscu. Pas z mieczem dopinała już na schodach, klamra stawiała opór, ale w końcu dała się zapiąć. Żołnierze na dziedzińcu chyba nie zauważali obrzydliwej mżawki, za to z wielką ciekawością spoglądali na biegnącą podsetniczkę (zapewne powinna kroczyć z godnością i dostojnie). Wpadła do budynku komendantury i wycelowała palec w wartownika.
– Melduj mnie u komendanta, już!
Zatrzymała się w sali odpraw. Żołnierz zniknął za drzwiami sąsiedniej izby i natychmiast wrócił. Chwilę później znalazła się w izbie Argena. Tkwił przy oknie, z rękami założonymi za plecy. Musiał widzieć jej szarżę przez dziedziniec.
– Nie melduj – powiedział, odwracając się ku niej.
Popatrzył badawczo... i pojęła, że jak zawsze, tak i teraz żaden szczegół mu nie umknie. Oczekiwała surowej reprymendy, lecz nadsetnik westchnął tylko i powiedział nadspodziewanie cicho, troskliwie, zupełnie niesłużbowo:
– Na wszystkie moce świata, córeczko.
Po czym dodał, wciąż z tym samym smutkiem:
– Bez przeszywanicy, a w tunice dziura. Spódnica wymięta i brudna, a buty, idę o zakład, nie smarowane od miesiąca. Jesteś pośmiewiskiem i fatalnym przykładem dla żołnierzy. Zrobię wszystko, by przerwać twoją wojskową karierę, bo ubliża mi, że oboje jesteśmy oficerami. Poślę raport do twojego komendanta w Rinie.
Jakieś ciemne siły zdecydowały, że ją zniszczą – oto bowiem źle dopięta klamra pasa puściła, miecz o mały włos byłby upadł na podłogę. Przytrzymała go w ostatniej chwili. Argen nawet nie zareagował, tak jakby gubienie rynsztunku przez jego oficerów było czymś normalnym. Patrzył tylko, jakby oczekiwał, że zaraz odpadnie jej ręka lub odepnie się noga.
– Koniec szkoleń – powiedział. – Nie będzie już strzelania z łuków, odsyłam was. Mam dla ciebie ostatni... – nie powiedział „rozkaz”. – Mam jeszcze jedną prośbę. Jestem w kłopocie i chciałbym, żebyś mi pomogła.
– Tak, panie – powiedziała cicho, nie kryjąc rozpaczy.
– No, to siadaj.
Na stole leżały jakieś pergaminy i wielki dziennik garnizonu. Odsunął wszystko na bok. Usiedli po obu stronach blatu.
– Jesteś kiepskim oficerem, Kareniro, ale dość porządną i niegłupią dziewczyną – rzekł i zrozumiała, że rozmowa będzie miała charakter zupełnie nieoficjalny. – Chcę powiedzieć, że czuję się winny, bo mogłem zrobić z ciebie żołnierza, ale niezbyt próbowałem. Od samego początku założyłem, że twoja misja tutaj skończy się... spełznie na niczym. No, dobrze. Mam dla ciebie zadanie, które jest chyba za trudne dla niektórych moich oficerów. A przynajmniej dla tych, których mam pod ręką. Więc pomyślałem o tobie.
Wytrzeszczyła oczy.
– Otrzymałem list od mędrca Szerni – ciągnął, udając że nie widzi jej miny. – Od Dorlana-Przyjętego.
Było to imię człowieka znanego w całym Szererze. Jej zdumienie przerodziło się w osłupienie. Komendant Argen otrzymywał listy od największego mędrca świata. Od najpotężniejszego ze wszystkich ludzi kiedykolwiek przyjętych przez Szerń.
– Z jakichś przyczyn Dorlan-Przyjęty nie może pojawić się w Badorze. Nie wiem dlaczego, to jego sprawa, nie powinna obchodzić ani ciebie, ani mnie. Wyświadcza mi wielką przysługę, wyjaśniając powody, dla których sępy upodobały sobie ostatnio te rejony gór. – Skrzywił się nieznacznie, wspomniawszy o skrzydlatych rozumnych. – Przez kilka najbliższych dni będzie bawił w okolicach Krzywych Skał, to dwa dni drogi stąd, zresztą dostaniesz przewodnika. Tam nic nie ma, nie wiem dlaczego mędrzec Szerni... ale to też nas nie obchodzi. Mam sporo wątpliwości i pytań do Dorlana. Doręczysz mu list ode mnie. – Wziął ze stołu zapieczętowane pismo. – Pochodzisz z dobrego domu, znasz trochę historię Szereru, o ile wiem, mówisz trochę po dartańsku, czy tak? – wyliczał.
– Przez rok służyłam w dartańskim garnizonie... właściwie na pograniczu.
– Pamiętam, znam przebieg twojej służby. Takie więc są powody, dla których wolę posłać do Dorlana ciebie niż niedźwiedzia znającego tylko regulaminy i potrafiącego wymachiwać mieczem. A najważniejsze, że niewiele wiesz o Ciężkich Górach i sępach. Wątpię, żeby Dorlan-Przyjęty miał czas i ochotę bawić się w pisaninę. Odpowiedzi na moje pytania przekaże zapewne ustnie, a ty je zapamiętasz i powtórzysz mi słowo w słowo. Moi oficerowie od dawna mają wyrobioną opinię o tych wszystkich sprawach, więc gdy poślę takiego, to zapamięta wyłącznie te rzeczy, które sam uzna za ważne, bo tak działa ludzki rozum. Liczę, że ty zapamiętasz wszystko bez wyjątku i powtórzysz mi wiernie, a ja sam oddzielę ziarna od plew. Weźmiesz pięciu legionistów jako eskortę. W górach spokój, ale chcę, żebyś była bezpieczna. Ta misja, chociaż nie ma wojskowego charakteru, jest dla mnie bardzo ważna. Ponadto, jako przewodnika i do pomocy, dostaniesz dziesiętnika Barga, z kuszników. Zdaje się, że mimo wszystko dość dobrze wam się współpracowało.
– Tak, ja bardzo... – Zająknęła się. – Bardzo go lubię – dokończyła cicho, bo nie miało to przecież znaczenia.
– Tak myślałem. To wszystko. Tu masz pismo, wymarsz jutro, jeszcze przed świtem.
Zerwała się z miejsca.
– Tak, panie. Ja... dziękuję.
Była już przy drzwiach, gdy powiedział:
– Wywiąż się.
Zrozumiała, że dano jej szansę. Że nadsetnik nie chce, z jakichś powodów, pisać raportu do Riny.
Bardzo starannie i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.

2

L.S.I.Rbit, ogromny bury kocur z rodzaju gadba, którego imię głośne było w całym Grombelardzie, przyjaciel i zastępca Basergora-Kragdoba, króla gór i górskich rozbójników, leniwym truchtem pochłaniał mile. Miał do spełnienia bardzo ważną misję – tak ważną, że nie mógł jej powierzyć żadnemu ze swoich podkomendnych. Musiał odszukać kryjówki trzech dużych miejscowych oddziałów, ocenić ich siłę i sposób, w jaki były dowodzone. Zakończona jakiś czas temu wojskowa obława w znaczący sposób zmieniła układ sił w okolicach Badoru. Rbit chciał wiedzieć, kto tu teraz rządzi; od jakiegoś czasu docierały doń rozmaite pogłoski i plotki...
Wbrew powszechnemu mniemaniu dzikie górskie bandy, tłukące się po grombelardzkich wertepach, ujęte były w karby dyscypliny. Od niepamiętnych czasów zawsze istniał silniejszy od innych wódz rozbójników, którego – przynajmniej nominalnie – wszystkie grupy uznawały za swego przywódcę. Lecz przywództwo to sprawowane było z niejednakową siłą. Ustna tradycja przekazywała imiona kilku zbójeckich hersztów, którzy rządzili w Ciężkich Górach żelazną ręką – lecz stu innych na zawsze przepadło w mrokach niepamięci. Jednak teraz, od kilku lat, Ciężkimi Górami władał człowiek używający przydomka Kragdob – co ­znaczyło: pan albo król. Niemal każdy zbójecki przywódca sięgał po to miano; prawie żaden nie potrafił zmusić podkomendnych, by powszechnie tego miana używali... Lecz tym razem nosił je człowiek będący legendą już za życia. Nikt nigdy nie rządził Górami tak zdecydowanie; nikt wcześniej nie cieszył się tak powszechnym uznaniem i szacunkiem.
Rbit pojawił się pod Badorem, by sprawdzić, czy władza jego przyjaciela nie doznała żadnego uszczerbku. Zdarzało się czasem, że jakaś grupa zbytnio urosła w siłę; bywało, że dowódca takiej grupy zaczynał snuć dalekosiężne plany...
Drobna plamka, zawieszona tuż pod niskimi chmurami, nie zwróciłaby zapewne niczyjej uwagi w żadnym kraju świata. Ale tutaj, w sercu Ciężkich Gór, ptaki były rzadkością. Szczególnie, wielkie ptaki... Rbit przypadł do ziemi i znieruchomiał; bure futro bardzo nieznacznie odcinało się barwą od okolicznych skał, zaś dość szeroki i długi, niezbyt wypchany worek przymocowany do grzbietu, kojarzył się z nimi jeszcze bardziej...
Rbit zobaczył sępa.
Rozumny skrzydłak nie mógł mu poważnie zagrozić; sępy prawie nigdy nie atakowały wędrowców, obojętne: czworonożnych czy dwunożnych. Lecz dla tych drugich stanowiły śmiertelne zagrożenie – bo potrafiły się bronić. Dziwny kaprys Szerni sprawił, że mocy sępiego spojrzenia i głosu żaden człowiek nie potrafił się oprzeć. Z kotem rzecz wyglądała inaczej. Koci rozum, będący chyba nieudanym dziełem Pasm, nie pojmował istoty sił rządzących światem. Nie czując Szerni, koty wręcz ostentacyjnie okazywały jej swą niechęć. Żaden kot nigdy nie został przyjęty przez ­Pasma – było to niemożliwe. Ale owa dziwna ułomność, niemożność zrozumienia spraw niekonkretnych, dawała czworonożnym rozumnym swoistą niezależność i odporność. Na armektańskiej Północnej Granicy, gdzie Szerń graniczyła z inną zawieszoną nad światem potęgą, Alerem, ludzie trafiający pod obce niebo tracili panowanie nad sobą. Poczucie bycia nie na swoim miejscu było tak dojmujące, że najdzielniejsi wojownicy upadali na duchu. Koty niczego podobnego nie czuły. Tutaj zaś, w dżdżystej prowincji, nazywanej czasem Krajem Chmur, nie mogła im zagrozić siła sępich oczu. Do walki z kotem ścierwożerny skrzydłak miał tylko swoje szpony i dziób. Gdy na ziemi czekał wielki grombelardzki gadba – taki oręż mógł nie wystarczyć.
Rbit nie miał pewności, czy sęp zdążył go dostrzec. Ukrył się nie z obawy przed spotkaniem, przeciwnie – miał nadzieję, że ptaszysko opadnie na ziemię, może gdzieś niedaleko... Z napuszonym ogonem i zjeżonym na grzbiecie futrem, tuląc uszy, gotów był odłożyć na później wszystkie swoje sprawy; mógł przez cały dzień, a może dwa lub trzy dni, kręcić się po okolicy i czatować, byle tylko pochwycić pazurami opierzone paskudztwo. Nienawidził sępów z całej siły. Jak każdy kot.
Bez powodu.
Ptak, pomimo niezwykłej bystrości oczu, chyba nie zauważył rozpłaszczonego na ziemi wroga, bo spokojnie zataczał wielkie kręgi. Zapewne wypatrywał żeru. W Ciężkich Górach zwierzyny było bardzo niewiele, a więc brakowało i padliny. Rbit nigdy nie zastanawiał się nad tym, w jak skrajnym niedostatku żyją nieliczne sępie plemiona, obywające się bez wszystkiego co potrzebne człowiekowi, a nawet kotu. Skrzydlaci rozumni, w setkach praw zaklinający odkryte prawdy o Szerni, żyli jak ich zwierzęcy przodkowie. Potrzebowali tylko pożywienia.
Lecz świat skąpił im nawet tego.
Niedaleko rósł karłowaty górski lasek. Roślinność w Ciężkich Górach była czymś równie rzadkim jak zwierzyna. Trawy, mchy, krzewy i drzewa nie przypominały zresztą niczego, co można by zobaczyć w innych krainach Szereru. Wszystko to nauczyło się odżywiać samą tylko wodą, bo tej w Ciężkich Górach na pewno nie brakowało: pokraczne sosenki oplatały korzeniami skały w miejscach, gdzie trudno było dojrzeć choć ślad gleby...
Rbit, zgodnie ze swą kocią naturą, ani myślał dziwić się tym cudom. Z doskonałą obojętnością przyjmował świat takim, jakim go zastał, i ani w głowie mu było dociekanie „co” i „dlaczego”. Obserwował lasek, bo sęp, zataczając kręgi, czasem znikał za koronami drzew... Gdy stało się tak raz jeszcze, kocur, sprężony i przygotowany, wyprysnął spomiędzy swoich skałek i pognał, jakby go ścigały wszystkie legie imperialne razem wzięte. Dotarł do lasku i zaszył się w kępie jakichś rachitycznych drzewokrzewów. Tutaj sęp nie mógł go dojrzeć.
Gdy koci rozum pojawił się w Szererze, świat już od dawna urządzony był na ludzką modłę. Nowy rodzaj rozumnych bez żadnego trudu znalazł sobie miejsce w tym świecie – biorąc to, co mu się spodobało, odrzucając zaś z politowaniem wszystko inne. Teraz, czworonożny, kosmaty rozumny, z mozołem, trochę niezręcznie i niezgrabnie, za pomocą pazurów i zębów, odpinał rzemienie, którymi przymocowany był do grzbietu płaski worek z lnianego płótna. Przedmiot starannie wykonany przez człowieka – dla kota. I sprzedany za wymyślone przez człowieka pieniądze.
W worku znajdowała się kolczuga, o której można było powiedzieć to samo: wykonał ją zbrojmistrz specjalnie dla kociego wojownika.
Metodycznie, bez pośpiechu, z kocią starannością, Rbit wpełzał do swojej zbroi. Przepchnął łeb przez dziurę na końcu i znalazł krótkie rękawy dla przednich łap. Dopasowana kolczuga prawie ściśle przylegała do grzbietu i boków, nieznacznie tylko zwisając pod brzuchem. Pokrywała niemal całe ciało kocura – od karku, aż do nasady ogona.
Porzuciwszy niepotrzebny już worek, Rbit wyjrzał ze swoich krzaków i szukał ptaka, spoglądając między koronami karłowatych sosen. Gdy wielkimi susami pomknął na skraj lasku, zbroja raz i drugi zadzwoniła o kamienie – głośno dla kota, niegłośno dla człowieka i bardzo cicho dla sępa.

3

Do przełęczy Hogrog, przez którą wiódł szlak do Krzywych Skał, dotarli późnym wieczorem. Rozłożyli biwak na skraju wątłego lasku; w okolicy rosło sporo takich nędznych kęp. Żołnierze sprawnie sporządzili z patyków i wojskowych płaszczy trzy małe namioty; w każdym, z niejakim trudem, położyć się mogło dwóch ludzi. Armektańska łuczniczka też potrafiła zbudować taki namiot... lecz miała tylko jeden płaszcz. Z przykrością pomyślała, że w tym kraju nic nigdy jej się nie udało. Miała teraz pytać swoich, oddanych na krótko pod komendę legionistów, z którego namiotu wyjdzie na wartę pierwszy żołnierz, żeby mogła zająć jego miejsce...
– Wasza godność – rzekł stary dziesiętnik, podchodząc.
Małe i drobne sprawy wyzwalają czasem bardzo silne uczucia; przełknęła ślinę i niemal z rozrzewnieniem wzięła do ręki wojskową pelerynę. Ten stary wojak niósł w swym żołnierskim worku zapasowy płaszcz dla niej; aż z Badoru targał zupełnie zbędny mu przedmiot, bo wiedział, że ona zapomni. I będzie musiała spać – kobieta i oficer – z mężczyznami-legionistami, co w Grombelardzie nie było czymś zwyczajnym.
– Dziękuję, Barg – powiedziała.
Żołnierze ze słabo skrywaną ciekawością patrzyli, jak dowódczyni stawia swój namiot. Zrobiliby to za nią, na rozkaz. Ale była armektańską łuczniczką w gronie grombelardzkich kuszników... W garnizonie przekonali się już, że i ona, i pozostałe dziewczyny znakomicie strzelają z łuków. Lecz teraz byli w górach i przyszła kolej na prace obozowe.
Przygotowała sobie schronienie na noc równie sprawnie jak oni. I zyskała mały kęs uznania.
Barg wyznaczył kolejność wart. Potem rozpalono maleńkie ognisko z wilgotnego chrustu; ci ludzie podpaliliby nawet wodę, gdyby nic innego do palenia nie było... Lecz słyszała o górach tyle złego, że zdziwiła ją podobna niefrasobliwość. Ogień, w starannie wybranym miejscu, mógł być niewidoczny, ale zapach dymu rozchodził się z pewnością na milę albo dalej. Zastanawiała się nad tym, dołączając do kręgu posilających się przy ognisku podkomendnych.
Barg, jak się zdawało, potrafił czytać w myślach.
– Jeszcze niedawno palenie ognia na biwaku było nie do pomyślenia. Ale odkąd zrobiliśmy obławę, zbóje siedzą cicho. Jeszcze przez miesiąc, albo i dwa miesiące, będzie tutaj spokój.
– Mimo wszystko, ostrożność chyba nie zaszkodzi?
– Zaraz każę to zgasić, tylko powiedz, pani.
– Nie. Jesteś bardzo doświadczony, na pewno jest tak, jak mówisz. Trzeba słuchać rad starych żołnierzy.
Pochlebiła mu, podnosząc jego doświadczenie w obecności pozostałych legionistów. Odpiął miecz i położył przy nodze. Uśmiechnął się do młodziutkiej dowódczyni.
– Jak to jest w Armekcie, wasza godność? – zapytał. – Z kim walczycie? Żołnierze rozmawiali z twoimi legionistkami, i ja też. Ale legionistki zmyślają, wiadomo, jak to żołnierze i żołnierki między sobą... Jak jest u was naprawdę?
Skupieni przy ognisku kusznicy nadstawili uszu.
– Lekka służba – powiedziała. – U was... nie wiem, bo pierwszy raz posłano mnie w góry, ale chyba cięższa, z tego co widziałam i słyszałam. Nie mamy rozbójników.
– Mówi się o Jeźdźcach Równin.
– Jeźdźcy są jak wiatr. – Machnęła ręką i zaśmiała się. – Dzisiaj tu, jutro tam... Po prostu jeżdżą, byli na Równinach zawsze i nikt nie chce, żeby ich nie było, bo to... – Nie wiedziała, jak wytłumaczyć. – No, oni byli zawsze, jak Armekt. Ale rzadko zrobią coś naprawdę złego, że spalą dom albo kogoś zabiją. Polują w lasach, chociaż im nie wolno, dla mięsa i dla futer. Chłopi dają im jedzenie, trochę z dobrej woli, trochę z musu, ale Jeźdźcy często pomagają: narąbią drew, postawią szopę albo drewutnię, bo nie chcą mieć wszędzie wrogów. Tacy to rozbójnicy. Czasem nawet pomagają legionistom.
– Jak to?
– No, bo najlepiej znają Równiny. Wszystkie strumienie i rzeki, wszystkie przeprawy i brody. Kiedyś, gdy spod szubienicy w Sar Soa uciekli prawdziwi bandyci, Jeźdźcy pokazali nam ich kryjówkę. Bo nie chcieli, żeby uczynki tych ludzi poszły na ich ra­chunek.
Barg pokręcił głową z niedowierzaniem, ale zaraz zmarszczył brwi.
– U nas też się zdarzało – powiedział. – Słyszałem, jak gadali, że w Grombie do garnizonu ktoś przywiózł kiedyś popaprańca, co wyrżnął swoją rodzinę, ­wszystkie dzieciaki. Nikt go nie mógł złapać, aż przywiózł go ktoś od Kragdoba, tak mówili.
– Od tego... Króla Gór? A widzisz.
Postawiony na ogniu maleńki kociołek zaczął wydawać bulgoczące odgłosy. Już wcześniej wsypano do wody trochę sproszkowanego mięsa i teraz każdy z żołnierzy mógł wypić dwa łyki gorącego wywaru. Napiła się i podsetniczka.
– Po co to? – zapytała, trochę ubawiona. – Ładnie pachnie i dobre, ale po co?
Barg najpierw nie zrozumiał.
– A... że tak mało? – domyślił się po chwili. – Dzisiaj, pani, nie pada, ale jeszcze może zacząć. Tutaj zawsze wszystko jest mokre, każdy śpi w mokrym. Taki łyk to niby niewiele, ale jednak rozgrzewa jak gorzałka, a wcale nie idzie do głowy. Jeśli tylko można, to każdy chce się napić zupy. Chociaż parę łyków.
Skinęła głową.
– To co wy robicie w tym Armekcie? – zagadnął, odstawiając opróżnione naczynie na bok.
– To samo co i wy, kiedy nie jesteście na patrolu w górach. Pilnujemy porządku w miastach i na traktach.
– My też pilnujemy traktu – wtrącił jeden z żoł­nierzy.
– Tak, ale w Armekcie mamy wiele dróg, bardzo dobrych – wytłumaczyła. – Takich, po których można jeździć nawet w największym deszczu, utwardzonych.
– Dużo dróg? Znaczy: utwardzonych? – Żołnierz nie uwierzył, bo w całym swoim życiu widział tylko jedną przyzwoitą górską ścieżkę, łączącą miasta Grombelardu; ścieżkę, nazywaną szumnie traktem.
Zaśmiała się i wzruszyła ramionami, bo niewiele wiedziała o budowie dróg. Były zawsze. I prawie wszędzie, bo wiodły do wszystkich wielkich miast Armektu.
– No, ale mamy jeszcze wojnę, prawdziwą wojnę – powiedziała. – Na Północnej Granicy, tam gdzie Szerer styka się z Alerem. Tam trzymamy stanice. Wiecie, co to jest Aler?
Legioniści popatrzyli po sobie. Coś słyszeli.
– Kraj za Armektem – powiedział jeden, widać najbardziej rozgarnięty i bywały. – Alem słyszał, że tak samo nazywa się coś takiego jak nasza Szerń, tylko wrogie. Była kiedyś wielka wojna Szerni i Aleru.
– Bardzo dobrze – pochwaliła. – Na Północnej Granicy Szerer styka się z Alerem, a Pasma Szerni ze Wstęgami Aleru. Legia Armektańska na północy bije się z tym wszystkim, co przychodzi zza granicy. To nie są ludzie ani koty, tylko stwory... Nigdy ich nie widziałam, nie byłam tam – przyznała.
– Nasz komendant był – powiedział Barg.
– Tak, bo każdy oficer legii, obojętne z jakiej prowincji, żeby dalej awansować od setnika w górę, musi odbyć służbę na Północnej Granicy.
– Nasz komendant tam był? I widział tych... znaczy, te stwory? – dopytywał się jeden z żołnierzy.
– Co ty, głupi, nie wiedziałeś? – obruszył się inny.
– Nie wiedział żem. Niby skąd...?
– Bo każdy wie.
– A u was? – zapytała Karenira. – Jestem tutaj już długo, ale nie wytknęłam nosa z garnizonu. Tylko strzelanie i strzelanie, nadsetnik bardzo goni.
Wszyscy uśmiechnęli się, bo każdy wiedział, że to prawda. Komendant Argen nikomu nie pozwalał na zbijanie bąków, nie pobłażał, był wymagający wobec swoich oficerów, ci zaś, chcąc nie chcąc, wobec swoich żołnierzy.
– Ciągle słyszę o jakiejś obławie – dodała podsetniczka. – Że obława, że...
Nie bardzo chciała się przyznać, iż wstyd jej było wypytywać o to innych podsetników, którzy zresztą patrzyli na nią jak na intruza – Armektankę, zadzierającą nosa, szkolącą ich żołnierzy w sztuce, której oni sami nauczyć nie potrafili.
– Była obława – rzekł Barg. – Poprzedni komendant Legii Grombelardzkiej, całej legii, ten z Grombu, ten co był bardzo krótko, chciał się wykazać... Tak mówią. Przyszedł i zarządził obławę. Wszyscy byli przeciwni, wszyscy komendanci garnizonów, nasz też. No bo, jeżeli na trakcie i w miastach spokój, albo prawie spokój, to czego szukać po górach? Zbóje tłuką się między sobą, to i dobrze. Ale były takie racje, że spokój jest tylko dlatego, że zbóje zapuszczają się na niziny, a w górach wszyscy się okupują Kragdobowi. Kupcy, co wiozą towar, a w miastach kramarze, nawet byle szewc albo krawiec... Może to i prawda. Jak było, tak było, ale poszła w góry obława. Myśmy też poszli. – Skinął głową do swoich żołnierzy, a trzech odpowiedziało mu tym samym. – Co żołnierza było w górach, pani, to aż dziw. Ale nie szło od samego początku – przyznał. – Niby tajemnica była o tej obławie, ale wszyscy w garnizonie wiedzieli. A Kragdob to chyba nawet wiedział wcześniej niż my wszyscy... Tam, gdzie szliśmy, to albo nikogo nie było, albo czekali przygotowani w takiej sile, żeśmy zmykali na łeb, na szyję, taka prawda... A najbardziej brakowało łuczników – powiedział i widać było, że nie po to, by zrobić jej przyjemność. – Ja, pani, nie umiem strzelać z łuku, ale wiem, co to za broń, wiedziałem nawet zanim przyszłaś do Badoru. Kusza. O! – Poklepał masywny samostrzał, położony w zasięgu ręki. – To, pani, machina niechybna i bije tak daleko, że żaden łuk nie wyrówna. Zwykle w górach, pani, łatwiej dojrzeć kogoś niż go złapać, no bo jak idzie taki krętym szlakiem, jeszcze po trudnym stoku, to ile czasu musiałby czekać, żeby do niego dojść? Ale kusza, pani, ciężka kusza, jak się dobrze przyłożysz, to na sześćset kroków trafisz smroda w sam krzyż i na nic wtedy kolczuga! Ale to nie może być tak jak my wtedy: bitwy, zasadzki, ucieczki a pościgi... Myśmy raz obsadzili taki wąwóz niedaleko Egdorbu. – Wskazał gdzieś na wschód. – Wyszli nam pod nosy jak po sznurku, pani, a my żeśmy tak strasznie pokpili... Czy to był jakiś kamień, co uciekł komuś spod nóg, czy ktoś nie wytrzymał i za wcześnie posłał im bełt... Nikt już nie wie, ale zbóje zawrócili i zaczęli zmykać. Posłaliśmy im wszystko, cośmy mieli, ale potem, pani... Gdyby weszli głębiej do wąwozu, byłoby więcej czasu. Mocnej kuszy nie napniesz tak jak łuku, bo to trzeba lewara albo korby, nawet te lekkie, nic nie warte, hakowe ze strzemieniem... trzeba czasu! Twoje łuczniczki, pani, wszystkich by ich wytłukły, co do ostatniego! A my żeśmy kręcili korbami naszych kusz.
Potrząsnął głową.
– I wyszło podczas całej tej obławy, że kusza rzecz najlepsza w górach – zakończył – ale trochę łuczników też by się przydało. Żeby osłonili kuszników, kiedy ci napinają cięciwy i kładą bełty, albo nie dali żyć zbójom, którzy już uciekają.
– Niewiele was nauczyłam – powiedziała.
– Ci nowi, z tego klina, co złożyli go z nowego poboru, to już całkiem dobrze strzelają – zaoponował ­dziesiętnik. – A ja, pani, będę już umiał poprowadzić dziesiątkę, gdzie jedna trójka będzie łuczników. Wiem, co takim potrzebne i jak ich postawić. To się przyda.
– Może – nie chciała mówić, że w Armekcie klin łuczników strzelających „jak ci nowi z nowego poboru” ubrano by w kirysy i przesunięto do formacji toporników. – Lepsze to niż nic.
– Oni się douczą. Potrafią już tyle, żeby dalej ćwiczyć. Nawet bez ciebie, pani.
To akurat było zgodne z prawdą. Wytrwałe ćwiczenia rzeczywiście mogły przemienić tych żółtodziobów w zupełnie niezłych strzelców. Lecz wątpiła, by ktoś w Badorze poważnie myślał o dalszym szkoleniu.
Ognisko zgasło. Rozmawiali dalej w ciemnościach – wprawdzie nie tak głębokich jak zwykle w Grombelardzie, bo dzień był bardzo pogodny.
– Dlaczego... no, łuczniczki? – zapytał Barg. – Nie bierz tego do siebie, pani. Ja wiem, że w Armekcie dziewczyny idą do legii. U nas też czasami... ale rzadko i najczęściej do służby miejskiej, czasem tylko trafi się jakaś... Ale u was łuczniczek pełno. I najlepsze. Mówi się, że łuczniczki lepsze od łuczników.
Legioniści patrzyli pytająco.
– Nie tak wiele ich, jak tu myślicie. Ale są, bo w Armekcie bierzemy pod uwagę tylko to, czy żołnierz się nadaje – wyjaśniła. – U nas w każdej wiosce dzieciak uczy się trzymać łuk, tak było zawsze. Każdy może się zgłosić, gdy legia ogłasza pobór. Ale co może pokazać dziewczyna? Siłę? Silniejsza będzie od chłopaków, będzie machać toporem? Wytrzymalsza? Nikt, kto trafi w tarczę, nie strąci jej włócznią z konia, jeśli pójdzie do jazdy? Naprawdę rzadko która. I przyjmują do wojska tylko takie, które, chociaż słabsze, jednak się nadają.
– To znaczy: strzelają z łuku tak jak nikt? Że już nawet mogą być słabe, bo za takie strzelanie je przyjmą?
– To znaczy, że strzelają z łuku tak jak nikt – powtórzyła jak echo. – Mogą nawet być słabe, a i tak je przyjmą.
– I ciebie tak, pani, przyjęli?
Zaśmiała się.
– Jeżdżę konno. Mój ojciec kochał konie. Jeździłam konno jak nikt, od razu zostałam kurierką dowódcy garnizonu. Do łuczniczek przeszłam później, gdy już awansowałam. Ale nigdy nie byłam najlepsza.
– Ale... przecież bardzo dobrze strzelasz z łuku, pani?
– Ach, popisać się? – zapytała.
Sięgnęła po łuk, nałożyła strzałę i nie wstając, wypuściła w mrok. Stuknął grot...
– Drugie drzewko, to ze złamaną gałęzią – powiedziała. – Jest bliziutko.
Żołnierze spojrzeli po sobie; drzewka wcale nie było widać. Jeden wstał pospiesznie – i zaraz wrócił, z nietęgą miną niosąc w ręku strzałę.
– Tak, pani – powiedział. – Pod samą gałęzią... Musiał żem macać, żeby znaleźć!
– Wcale nie strzelam wyjątkowo dobrze, bo niektóre z moich dziewczyn są lepsze, a to drzewko stoi blis­ko – powiedziała. – Ale mam oczy, których bym na żadne nie zamieniła. Widzę w nocy jak kot, jestem... nocną łuczniczką. – Znowu się zaśmiała.
– Jak się zrobi widno – rzekł rozochocony dziesiętnik – to ja też się popiszę przed tobą, wasza godność! Ja mam stare oczy i w ciemności mało co widzą... Ale w dzień wybierzemy najdalsze drzewko, najdalsze, jakie tylko będzie widać. I zobaczymy, czy trafię!



Czytaj również

Grombelardzka legenda (e-book)
Pamiętajcie o Kresie!
- recenzja
Grombelardzka legenda. Tom 1 i 2 - Feliks W. Kres
Najmroczniejsze góry polskiej fantasy
Północna granica - Feliks W. Kres
Ciężkie życie żołnierza
- recenzja
Antykwariat: Północna granica
Dark fantasy w polskim wydaniu
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.