» Fragmenty książek » Głód dotyku

Głód dotyku

Głód dotyku
Rybaczek patrzył, jak czarnoksiężnik odchodzi, a potem
spojrzał do tyłu, na mnie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, położył dłoń na srebrnej klamce u drzwi. Miała kształt skaczącej ryby, miecznika, doskonałego w każdym szczególe, z widocznym miniaturowym żebrowaniem na płetwach. Czy wszystkie drzwi miały takie klamki? Nie zwróciłem uwagi.
A może to był żart z mojego współlokatora?
Rybaczek wszedł do środka, po czym stanął, zostawiając za sobą drzwi otwarte na oścież.

— Czy to nasz pokój? – spytałem cicho, ale nawet to wydało się zbyt głośne.
Rybaczek nie odpowiedział. Przechyliłem się, żeby
zajrzeć do pokoju zza jego wysokiego i kościstego ciała.
Wewnątrz nie było pochodni – nie było w ogóle żadnego

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
światła poza uformowanym przez otwór drzwiowy słabym półprostokątem blasku.

Zrobiłem krok do środka.
— Widzisz gdzieś lampę i krzesiwo? Czy są tu jakieś łóżka?
Żadnej odpowiedzi.
Zrobiłem kolejne pół kroku, potknąłem się i poleciałem do przodu. Drzwi za mną zamknęły się z trzaskiem.
— Co robisz? – spytał Rybaczek w zapadłych nagle całkowitych ciemnościach. – Otwórz drzwi.
— Nie zamknąłem ich – odparłem, szukając za sobą klamki. Przez chwilę nie mogłem jej znaleźć, a kiedy mi się to wreszcie udało, nie mogłem nią poruszyć. – Klamka nie działa.

— A więc to jakiś rodzaj sprawdzianu – stwierdził
Rybaczek rzeczowo.
Zmrużyłem oczy, próbując go dojrzeć w ciemnościach.
— O czym ty mówisz?
— Zobaczą, kto się przestraszy, kto straci rozum albo…
— Świetnie – przerwałem mu, starając się, żeby mój głos brzmiał tak samo spokojnie, jak jego. – Jeśli to sprawdzian, który ma wykazać, kto potraf się poruszać w ciemnościach, zanim znajdzie lampy albo świece, to ty idź w lewo, a ja…
— Nie – powiedział ostro. – Tam mogą być węże albo…
— Nie ma żadnych węży – odparłem, tylko po to, żeby
się zamknął. Był szalony i śmierdział, a ja nie chciałem go mieć za współlokatora. Postanowiłem wyjść z powrotem i posiedzieć w tunelu, dopóki ktoś nie będzie tamtędy wracał. Sięgnąłem do tyłu, żeby znów sprawdzić klamkę. Po chwili odwróciłem się i wyciągnąłem przed siebie obie ręce.
Pustka. Okręciłem się w kółko, z wyciągniętymi wciąż rękami. – Gdzie jesteś?

Rybaczek nie odpowiedział, ale słyszałem jego oddech.
A więc jego spokój był tylko pozą. Poczułem się dzięki temu jakoś lepiej. Ciemność napierała na moją skórę i wyobraziłem sobie tę kamienną górę nad głową.
— Nie mogę znaleźć drzwi – powiedziałem. – Ale muszą
tu być łóżka, jakiś stół, coś, na czym stoi lampa.
Rybaczek nadal nie odpowiadał.
Tego było za wiele.
— Nie bądź osłem. Powiedz coś, żebym wiedział, gdzie
jesteś.
Była tylko cisza.

— Mam zamiar znaleźć lampę – powiedziałem z zaci-
śniętymi zębami, starając się pozostać zły, żeby nie czuć strachu. Zrobiłem krok naprzód, potem jeszcze jeden, wyciągając ręce, machając nimi wysoko, potem nisko, spodziewając się, że wpadnę na Rybaczka.
Nie wpadłem. Może skręciłem w bok?
Zrobiłem jeden kroczek, potem kolejny, większy. Było tak całkowicie ciemno, że prawie traciłem przez to równowagę.
— Znalazłeś coś? – spytałem mimo woli.
— Nie – odezwał się Rybaczek. Stanąłem, ucieszony, że
odpowiedział, ale zdziwiony, że jest teraz za mną. Więc jednak skręciłem pod kątem do drzwi i obszedłem go z prawej strony. Odsunąłem się od jego głosu, przestając po każdym kroku macać puste powietrze.
— Skręcę mocno w prawo i spróbuję znaleźć ścianę – powiedziałem na głos, z nadzieją, że Rybaczek mi odpowie.

Nie odpowiedział. – Na pewno idę teraz w stronę środka pokoju – powiedziałem. – Nie natknąłem się na żadne łóżko, biurko ani nic innego. A ty?
— Nie – odpowiedział tak cicho, że ledwie go
dosłyszałem.
Skręciłem o jedną czwartą obrotu i zrobiłem krok do przodu.
— Idź powoli – poradził Rybaczek. – Tam mogą być doły
pełne skorpionów. Wszystko tam może być.
— Zamknij się – powiedziałem, próbując kontrolować łomot własnego serca. Czarnoksiężnicy. Dlaczego nam to robili, dlaczego tak nas straszyli?
— Myślę, że powinieneś wrócić – powiedział Rybaczek
gdzieś przede mną.
Zatrzymałem się.
— Czy znalazłeś lampę i próbujesz mnie nastraszyć?
– Rybaczek wydał jakiś dźwięk, ale nic nie powiedział. – Wygrałeś – powiedziałem głośno. – Cholernie się boję. Po prostu zapal lampę i…
— Nie mam jej – odpowiedział zza mnie. Zza mnie. – Ile
kroków zrobiłeś?
Pokręciłem głową, zastanawiając się.
— Dziesięć? Piętnaście?
— Nie ruszaj się – powiedział gdzieś z mojej prawej stro-
ny. Z prawej.
— Nie ruszam się – odpowiedziałem, stając twarzą do jego głosu. – To ty chodzisz w kółko i ciągle zmieniasz miejsce.
— Nie – powiedział cicho. – Stoję o cztery kroki od drzwi.
Pokręciłem głową.
— Ty pieprzony łgarzu.

Milczał. Słyszałem jak się poruszył, potem stanął.
— Nie kłamię. A teraz nie mogę znaleźć drzwi.
Powietrze było zbyt gęste, zbyt nieruchome. Serce biło
mi tak głośno, że zastanowiłem się, czy on może to słyszeć.
— Odwróć się w stronę mojego głosu – polecił. – Potem
zrób jeden krok i stań. Bądź ostrożny, przesuwaj stopy po podłodze i licz na głos każdy krok.
Skinąłem głową. To miało sens. Zrobiłem, co mówił, na
sztywnych, zdrętwiałych nogach.
— Jeden krok – powiedziałem. – Prosto w twoją stronę,
tak mi się zdaje.
— Dobrze – odpowiedział. – Teraz ja zrobię jeden w two-
ją stronę. Już. Jeden krok.
— Dwa – odliczyłem głośno, idąc w kierunku jego głosu.
— Dwa – powtórzył, tylko trochę na lewo od miejsca,
w którym myślałem, że jest.
— Trzy – przesunąłem stopę po skale. Pot pokrył mitwarz.
— Trzy – powiedział – i skręcam trochę w prawo, w stro-
nę twojego głosu.

Każdy z nas naliczył trzydzieści kroków, kiedy drzwi się
otworzyły, uderzając mnie w plecy. Czarnoksiężnik miał pochodnię. Zajrzał do środka, oświetlając pokój.
Spojrzałem na ściany, na stojące pod nimi łóżka, oddzie-
lone wąskim przejściem. Pokój miał, być może, sześć kroków długości i cztery szerokości.
— Chodźcie za mną – powiedział czarnoksiężnik i, idąc
szybko, oddalił się korytarzem. Rybaczek ruszył za nim, a ja pobiegłem, żeby się z nimi zrównać.

Ojciec Sadimy umarł w dniu jej siedemnastych urodzin.
Pieśni pogrzebowe wydawały się ulotne i ciche, ale milczenie, dzielące Mika i Sadimę, było ciężkie, pasowało do ojca.
Wiosenna mgła, wisząca między porannym słońcem i łąką, też zdawała się odpowiednia. Przyszło tylko jedenaście osób – sami bliscy sąsiedzi. Większość z nich to były dzieci Mattie Han. Jedna z jej córek, ciemnowłosa Laran, trzymała się przez cały dzień tak blisko Mika, że w końcu Sadima uświadomiła sobie coś, czego nie zauważyła przez ostatnie trzy lata. Była tak zajęta malowaniem, kozami, własnymi tęsknotami, że tego nie widziała. Jej brat był zakochany.

Dziwnie byłoby zapraszać gości. Wracając do domu
Sadima uświadomiła sobie dwie rzeczy: teraz, kiedy ich smutny i milczący ojciec leżał pod ziemią obok ich matki, mogła przestać chować tusze i farby, które Mik kupował jej przez całe lata. Teraz nic nie powstrzymywało jej od malowania na frontowym ganku zamiast na wysokich łąkach, gdzie nie widział jej nikt, tylko kozy. Nic też nie powstrzymywało Mika od ożenku.
Powiedział jej o tym po niespełna tygodniu. Sadima
skończyła właśnie znosić wodę na cały dzień. Kiedy usia-
dła obok brata, żeby zjeść śniadanie, złożone z gotowanego jęczmienia i zsiadłego mleka, wciąż jeszcze była zmęczona chodzeniem w tę i z powrotem do studni na podwórzu.

— Chcę się ożenić z Laran – oświadczył Mik, po czym za-
milkł, czekając, aż Sadima coś powie. Jadła. Mogła tylko skinąć głową, walcząc z dziwną mieszaniną radości i strachu.
— Laran nigdy nie potraktuje cię jak intruza – dodał Mik,
wstając od stołu, żeby umyć swoją miskę.
Sadima przytaknęła, patrząc na pustawą, czystą kuchnię
w wiejskim domu, w której zaczynała każdy dzień swojego życia.
— Wiem – odpowiedziała bratu. – Laran jest tak samo
życzliwa i ma tak samo dobre serce jak Mattie.
Mik wydawał się zaskoczony. Czy spodziewał się, że Sadima będzie wytaczać argumenty przeciwko jego małżeństwu? Odstawił miskę, nalał sobie herbaty do kubka, po czym znów odsunął swoje krzesło.
— A więc, jeśli nie uważasz, że to zbyt wcześnie po tym, jak ojciec… - zamilkł i ich spojrzenia się spotkały. – Przepraszam, jeśli cię to zaskoczyło. Laran i ja baliśmy się rozgniewać ojca i długo czekaliśmy. Ale…
— Przestań – Sadima machnęła dłonią, żeby odpędzić
jego zakłopotanie. – Nie ma za co przepraszać. Teraz, kiedy wiem, że Laran tu będzie, łatwiej mi odejść – Sadima zastanowiła się, czy właśnie to zamierzała zrobić. Przez trzy lata marzyła o opuszczeniu domu. Westchnęła, widząc, jak brwi jej brata układają się w wyraz zdziwienia.
— Odejść? – powiedział to tak, jak gdyby nie był pewien
znaczenia tego słowa.
Sadima przytaknęła. Przez całe życie chciała być taka jak wszyscy – chciała być dziewczynką, która ma mamę i ojca, który mówi, uśmiecha się i pozwala jej mieć przyjaciół; chciała być dziewczynką, która nie ma żadnych sekretów.

Teraz chciała iść tam, gdzie ktoś ją rozumiał. Mik był tu szczęśliwy, mógł się tu zakochać. Ona nie mogła.
— Sadimo – powiedział Mik, kręcąc głową – nie odchodź.
Sprzedawczynie w Ferne z trudem zarabiają na jedzenie. Nie mogę ci pozwolić…
— Podjęłam decyzję – przerwała mu cicho Sadima.
W oczach brata zobaczyła zmartwienie, a poza nim coś jeszcze. Ulgę? Być może. Ta mała farma z trudem pomieści rodzinę – a Laran będzie chciała stworzyć tu swój dom. – Odchodzę do Limòri – powiedziała, a Mik szeroko otworzył oczy, a następnie je zmrużył.
— Nie pozwolę ci. Ojciec zawsze mówił…
— Nasz ojciec nienawidził siebie i wszystkiego na tym
świecie – Sadima zakryła usta dłonią, przestraszona złością, jaka zabrzmiała w jej głosie. Pochwyciła spojrzenie brata.
– Mik, mówisz, że on nie zawsze był taki… dla mnie był.
Zawsze wszystkiego nienawidził – Sadima się wyprostowała, podniosła wzrok i opowiedziała Mikowi o Franklinie.
Słuchał, nie przerywając jej, ale widziała, jak zaciskają się jego pięści.
— Rozmowa z nim sprawiła, że poczułam, że przynależę
gdzie indziej – powiedziała powoli, patrząc bratu w twarz.

– Przytrafają mi się różne dziwne rzeczy. Nie jestem taka jak wszyscy. Ja…
— Mattie Han też ma dobre podejście do zwierząt –
wszedł jej w słowo Mik. – To dobre serce, nic więcej.
— Nie – zaprzeczyła Sadima, zdeterminowana, żeby jej
uwierzył, żeby jej wybaczył. – Czuję to, co one. Rozumiem je. A rozmowa z Franklinem zmieniła mnie na zawsze. On zrozumiał mnie, a ja…
Mik rzucił kubek przez całą kuchnię, rozbijając go
o palenisko.

— Człowiek, który wierzy, że magia to rzeczywistość?!
– krzyknął. – Czy to on jest w Limòri? Czy dlatego chcesz stąd odejść?
Sadima, przestraszona, przytaknęła.
— Od jak dawna to planowałaś? – wściekłość na twarzy
Mika była jak podmuch. Sadima tylko kręciła głową, walcząc ze łzami.
— Dobrze, że tata umarł – powiedział Mik. – Dzień,
w którym się urodziłaś, złamał mu serce. To, co mówisz, całkiem by go zniszczyło. Po tym, co ta czarownica zrobiła mamie… - przerwał, a Sadima nie potrafła znaleźć słów, żeby odpowiedzieć na udrękę w jego oczach. Mik wyszedł, trzasnąwszy drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach.
Dygocąc, Sadima poszła do swojego pokoju – tego samego, w którym się urodziła i w którym umarła jej matka.

Z najstarszego szala zrobiła tobołek na swoje rzeczy. Pędzle i farby – ale nie wszystkie – włożyła do drewnianego pudełka, które należało kiedyś do jej matki. Mik przywoził jej w tajemnicy te małe gliniane słoiczki, jeden po drugim,

kupione za zarobione grosze, za drobne, które wykradał z pieniędzy za mleko. Może kiedyś będzie miał dziecko, które wykorzysta pozostawione przez nią farby.
Sadima pakowała się powoli. Miała wrażenie, że całe jej
ciało jest sztywne i ciężkie. W końcu nadszedł wieczór.
Sadima usiadła w dużym pokoju, przekonana, że Mik wróci, żeby porozmawiać, że da jej jeszcze jedną szansę na wytłumaczenie.
Ale Mik nie przyszedł.
Sadima zasnęła tam, gdzie siedziała. Dom był pusty.
Następnego ranka nakarmiła bydło, ze wzruszeniem
pożegnała się z końmi i kozami, po czym wyruszyła do Limòri.

Czarnoksiężnik niósł pochodnię i szedł tak szybko,
że ledwie mogliśmy za nim nadążyć. Po jakichś stu krokach nie było już migotliwego magicznego ognia na ścianach, a korytarz stał się ciemny jak atrament. Cofnięcie się o krok lub dwa oznaczało wyjście poza ruchomą kulę światła pochodni czarnoksiężnika. Nasz przewodnik niespodziewanie skręcił i Rybaczek prawie się potknął, kiedy weszliśmy w inny korytarz. Spojrzawszy na niego zauważyłem, że jego wargi się poruszają. Pomogło mi to wyciszyć strach na tyle, żebym tym razem się skupił. Skręciliśmy w prawo. Zacząłem zapamiętywać zakręty. W prawo.
Tunel wydawał się zimniejszy niż wcześniej, a w kola-
nach czułem niepokojącą słabość. Było mi trochę niedobrze. Czarnoksiężnik ani razu nie obejrzał się za siebie.
Co by było, gdybym musiał zwymiotować? Czy by się zatrzymał? Przed nami i za nami była teraz tylko ciemność.

Czarnoksiężnik skręcił w lewo, a my za nim. Prawo. Lewo.
Podbiegłem kilka kroków, żeby się zrównać z czarnoksiężnikiem i Rybaczkiem i uświadomiłem sobie, że korytarz biegnie po łagodnej pochyłości. Wchodziliśmy głębiej w skałę.
Czarnoksiężnik skręcił odrobinę w lewo, w miejscu,
gdzie tunel się rozgałęział, po czym, niemal natychmiast, zrobił ostry zakręt, też w lewo, tam, gdzie korytarz krzyżował się pod kątem prostym z innym korytarzem. Prawo, lewo, trochę w prawo, mocno w lewo. Chodziliśmy w kółko? Powtórzyłem kolejność zakrętów w rytm swoich kroków i zacząłem się trochę uspokajać, ale wtedy skręciliśmy w prawo, potem w lewo, potem przeszliśmy przez jeden tunel w ogóle nie skręcając, a potem znów skręciliśmy w lewo.
Następne trzy zakręty przyszły bardzo szybko, jeden po drugim, i poczułem, że ich kolejność w mojej głowie zaciera się i miesza. Próbowałem zacząć od początku, zebrać w pamięci wszystkie zakręty, ale zrekonstruowałem dopiero cztery, kiedy czarnoksiężnik znów skręcił. Pogubiłem się. Żołądek mi się zwinął i spojrzałem na Rybaczka.

Wciąż poruszał ustami. Poczułem, że bolą mnie oczy. Nie byłem w stanie płakać.
Nie chciałem płakać. To nie może trwać dłużej niż kilka dni, czarnoksiężnicy chcieli tylko na początek przestraszyć mięczaków, żeby mieć pewność, że się ich boimy, że nie będziemy sprawiać kłopotów. Odetchnąłem głęboko i poczułem się nieco lepiej. Musiałem mieć rację. Jaki mógł być inny powód tego wszystkiego?

Czarnoksiężnik zatrzymał się nagle i wpadłem na niego.
Spojrzał na mnie tak, jak się patrzy na końską kupę, która przykleiła się do buta. Wskazał na szerokie, łukowate drzwi i powiedział:
— Bądźcie cicho i czekajcie – po czym odszedł.
Rybaczek, oczywiście, ruszył pierwszy. Poszedłem za
nim. Sala była wielka, pochodnie płonące magicznym
ogniem umieszczone były wysoko, ale światło i tak nie sięgało sklepienia. Pośrodku sali stało czterech chłopców, wśród nich Levin i ten, który trochę przypominał mi brata.
Rozmawiali szeptem. Był wśród nich jeden wysoki chłopiec z jasnymi włosami; wydawało się, że namawia do czegoś pozostałych. Levin i dwaj inni uważnie słuchali.

Inna grupa czterech chłopców stała pod ścianą. Jeden z nich był chudy, miał wąskie ramiona i rzadkie brązowe włosy. Rozmawiał z chłopcem, który był najniższy z nas wszystkich. Podniósł oczy i zobaczył, że na nich patrzę; odwróciłem wzrok.
W tej chwili przez szepty przebił się ochrypły głos:
— Którzy z was są na tyle niedorośli, że nie rozumieją
słowa cicho?
Zapadło nagłe milczenie. To był ten sam czarnoksiężnik,
który przemawiał z mównicy. Przyjrzałem mu się. Wyglądał młodo, ale miał głos człowieka bliskiego śmierci.
— Rozbierzcie się.

Fala szeptów podniosła się i, bez jednego upomnienia czarnoksiężnika, opadła. Nikt się nie ruszył – wszyscy popatrzyliśmy po sobie, a potem spojrzeliśmy na czarnoksiężnika. I wtedy zobaczyłem, że Rybaczek zaczyna rozwiązywać tasiemkę przy kołnierzu swojej tuniki. Pozostali wiercili się niespokojnie. Kiedy Rybaczek ściągnął znoszoną koszulę i stanął z gołym torsem, czarnoksiężnik z aprobatą skinął głową i wskazał palcem na podłogę. Rybaczek posłusznie rzucił tam ubranie, po czym cofnął się, żeby zdjąć buty na cienkiej podeszwie, a potem spodnie. Niektórzy chłopcy poodsuwali się od siebie, odwrócili się do siebie plecami i zaczęli rozpinać guziki przy koszulach.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem swojej koszuli na piersi.
Była z płótna miękkiego jak gołębie skrzydła. Matka byłaby zmartwiona, gdyby wiedziała, że właśnie mam ją rzucić na zapiaszczoną kamienną podłogę. Guziki stawiały opór pod moimi palcami, ale w końcu zdjąłem koszulę, potem buty i spodnie. Pod bosymi stopami czułem zimną podłogę.

Rozejrzałem się. Wszyscy chłopcy poodsuwali się od siebie, każdy z nas się rozebrał i stał teraz nago, sam.
Kiedy stos odzieży był już kompletny i staliśmy przed nim, drżąc, czarnoksiężnik wyciągnął w jego stronę palec i ze sterty ubrań wypłynęła, wijąc się spiralnie, smużka dymu.

— Zostaliście wybrani z tysięcy, ale tylko jeden z was zo-
stanie czarnoksiężnikiem – powiedział powoli. – Albo, co
bardziej prawdopodobne, żaden.
Ogień się rozprzestrzeniał, malując nasze twarze rdzą i złotem, dym wznosił się pionowo w górę.
Czarnoksiężnik pozwolił ciszy trwać, a następnie
odchrząknął.
— Nie pomagajcie sobie nawzajem.
Spojrzałem na niego. W żadnej szkole nie było wolno ściągać. Czy to miał na myśli? Czy też zabronione było uczyć się razem? Jeśli właśnie tego chcieli, dlaczego nie dali nam osobnych pokojów?

Płomienie nagle skoczyły i wszyscy się cofnęliśmy, żeby
wyjść poza blask bursztynowego światła, które odsłaniało naszą nagość – wszyscy, oprócz Rybaczka. On podszedł do przodu, wyciągając rozpostarte dłonie ku ścianie gorąca, żeby je ogrzać. Potem się odwrócił, żeby ogrzać się z tyłu.

Czarnoksiężnik roześmiał się głośno, drapiąc mi uszy tym swoim zachrypniętym głosem. A potem zniknął.
Tak, właśnie to mam na myśli. Nie odszedł ani nie wśli-
zgnął się między cienie. Zniknął. W jednej chwili tam był, w następnej już go nie było. Widziałem go i nienawidziłem, a on po prostu rozpłynął się w nicość. Mogłem patrzeć na wylot przez przestrzeń, którą przed chwilą zajmował.

Minęła chwila, potem następna, a potem dały się słyszeć
szepty. Niebawem przerodziły się w głosy. Staliśmy zakłopotani; wszyscy rozmawiali, a tak naprawdę nikt na nikogo nie patrzył.
Wysoki blondyn w grupie Levina mówił, że wydaje mu
się, że potraf sobie przypomnieć drogę powrotną do ich pokoju. Pozostałym trzem wyraźnie ulżyło.
— Hahp, mieszkasz gdzieś blisko nas? – spytał Levin,
kiedy spojrzałem w jego stronę.
Wzruszyłem ramionami.
— Pewnie nie. Wszyscy jesteście w jednym pokoju?
Levin przytaknął, wskazując na chłopca, który znał
drogę.
— Byliśmy w parze. Ale kiedy przeszliśmy przez drzwi,
okazało się, że jest tam długi korytarz, który prowadzi do pokoju z czterema łóżkami…

— My znaleźliśmy za drzwiami dziurę w skale, nic więcej
– powiedział chłopiec z brązowymi włosami. – Przeszliśmy przez nią i znaleźliśmy się w pokoju z nimi – wskazał na Levina i chłopca, który stał obok niego.
Słuchałem z nadzieją, ale nikt nie powiedział nic o gu-
bieniu się w ciemnościach.
Pierwsza grupa czterech odeszła dalej – prawie nie sły-
szałem, co mówią, ale było jasne, że o coś się sprzeczają.
Może żaden z nich nie znał drogi z powrotem. Rybaczek nie odezwał się słowem i rzuciłem mu szybkie spojrzenie.
— Znasz drogę? Próbowałem ją zapamiętać, ale…
— Nie słyszałeś go?

Spojrzałem na niego.
— Przecież nie chodziło mu o…
— Owszem – przerwał mi Rybaczek – chodziło. Jeden
z dziesięciu. Albo żaden, jeśli żaden na to nie zasłuży.
Obrócił się na pięcie i wyszedł łukowatymi drzwiami.
Po kilku uderzeniach serca podążyłem za nim. Pochodnie w tunelach były teraz zapalone i widziałem, jak Rybaczek zaczyna biec. Popędziłem, starając się dotrzymać mu kroku, walcząc z dziwnym, nieokreślonym strachem, który zstąpił na mnie razem z nagością. Skała była zimna i chropowata i przy każdym kroku raniła mi stopy, ale nie zwalniałem.

Rybaczek zwalniał tylko trochę przed każdym zakrętem, więc udało mi się nie stracić go z oczu. Byłem całkiem pewien, że celowo pozwalał mi za sobą biec, bo kiedy tylko znalazł się na ostatniej prostej, przyspieszył tak, że nie byłem w stanie dotrzymać mu kroku.
Drzwi pokoju zostawił otwarte. Zatrzymałem się, ucie-
szony, że się nie zgubiłem w nieskończenie długiej plątaninie tuneli, po czym zawahałem się, nie mając ochoty wchodzić do środka. Co wtedy zrobili, że pokój wydawał się taki ogromny – czy teraz znów miało być tak samo?

— Przynieśli nam lampy – zawołał Rybaczek.
Zajrzałem. Rybaczek zapalił już swoją lampę i stał, nagi,
tak, jak gdyby był ubrany. Moja lampa stała niezapalona na biurku, odwrócona do przeciwległej ściany. Podszedłem do niej, kryjąc się w mroku, panującym z mojej strony pokoju.
Na każdym biurku leżały dwie wielkie księgi. Zauważyłem też, że na łóżkach leżą suknie – mniejsze, brzydsze wersje tego, co nosili sami czarnoksiężnicy. Miały przydymiony, błotnisty kolor ochry, kolor kupy. Rybaczek się ubrał.

Odwróciłem się do niego plecami i przeciągnąłem swo-
ją suknię przez głowę, przepełniony wdzięcznością, że mogę się czymś okryć. Zaraz potem wszystko zaczęło mnie swędzić — tkanina była szorstka jak worek na ziemniaki.
Usiadłem na brzegu łóżka i spojrzałem na swoje krwawiące stopy. Rybaczek siedział twarzą do ściany przy małym, zbitym z desek biurku. Otworzył jedną z grubych ksiąg na pierwszej stronie. Czytał. Spojrzałem na tytuł: Pieśni przodków.

Pochyliłem się, żeby dotknąć stóp od spodu. Krew sta-
ła się już lepka, schła. Rany nie były głębokie — bieg po skale tylko starł skórę. Jeszcze raz zerknąłem na Rybaczka, a potem się położyłem, patrząc w ciemność, która kryła kamienne sklepienie wysoko w górze. Oczywiście, Rybaczek umiał czytać, inaczej by go tu nie było. Ale gdzie się tego nauczył? W dzielnicach biedoty na Południowym Krańcu Limòri nie było szkół. Nie było ich też w małych miasteczkach. Większość ludzi nigdy nie uczyła się czytać. Ojcowie chłopców, z którymi chodziłem do szkoły, mogli zapłacić za ich naukę. Byli właścicielami okrętów i magazynów, tak jak mój ojciec, albo korzystali ze starych królewskich przywilejów na import ziół i herbat; posiadali bezkresne pola lnu i lasy daleko na północy, gdzie wciąż można było kupić lub sprzedać niewolników, albo uprawiali plantacje wanilii gdzieś na dzikim południu. Czy Rybaczek był księciem z Wybrzeży Orchidei? Dlaczego ubierał się jak żebrak?

Przesunąłem się na łóżku, a sztywna suknia podrapała mi skórę. Może był zbiegłym synem jakiegoś bogatego erydiańskiego duchownego, który zabronił mu zdawać tu egzaminy wstępne? Erydianie nie potrzebowali magii. Odetchnąłem głęboko. To wydawało się najbardziej sensowne. Rybaczek mógł się ukrywać w Południowym Krańcu, żeby ojciec nie mógł go powstrzymać przed przyjściem do tej akademii.
Wciąż czytał. Zacząłem się zastanawiać. Co czarno-
księżnicy zamierzali nam zrobić w następnej kolejności?

Oczywiście nie będę tym jedynym, który ukończy szkołę, więc co się ze mną stanie? Zadrżałem, od dotyku szorstkiej tkaniny swędził mnie każdy cal ciała. Tak bardzo się bałem.
Myśli stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu wydawało się, że krzyczą wewnątrz mojej czaszki.
— Wszystko będzie dobrze – wymamrotałem, zamyka-
jąc oczy. Potem mówiłem dalej, powtarzając wszystko to, co zawsze mówiła matka, kiedy byłem mały i miałem złe sny.
Opowiedziałem jej, jak bardzo się boję, jak tu jest dziwnie, powiedziałem o Rybaczku i o czarnoksiężniku, i o tym, co nam zrobił. Opowiedziałem jej o koszuli. I, chociaż to głupio brzmi, czułem się lepiej, szepcząc w pustą ciemność.
Moje myśli ucichły, potem się poplątały, a potem musiałem chyba zasnąć.

Sadima wyruszyła niewielką, pożłobioną koleinami
drogą, którą farmerzy z dalekich stron podróżowali do Ferne w dni targowe. Droga ta prowadziła do szerszego traktu, który skręcał na zachód. Sadima długo stała na skrzyżowaniu, patrząc za siebie. Nigdy w życiu nie była sama tak daleko od domu, tak daleko od brata. Czuła się niepewnie, jak gdyby szła po ziemi zbyt cienkiej i łamliwej, by mogła ona udźwignąć jej ciężar – ale jednak szła.

Trakt prowadzący na zachód ostatecznie przecinał jesz-
cze szerszą drogę - prawdziwą drogę, po której trzy albo nawet cztery razy dziennie przejeżdżała jakaś furmanka albo powóz. Sadima szła nią przez sześć dni, przywykając do ciężaru tobołka, który zawierał wszystko, co miała.
Zatrzymywała się na każdym skrzyżowaniu i, jeśli nie udało jej się trafć na życzliwą duszę, którą mogła spytać o drogę, wybierała najszerszą i najbardziej uczęszczaną trasę.

Najpierw Sadima zjadła jagody i chleb, które wzięła
z domu. Potem zatrzymała się na pół dnia i namalowała dwa szkice dzikich kwiatów, które następnie sprzedała za pół gomółki sera zdumionej żonie jakiegoś farmera. Noce przesypiała pod przydrożnymi drzewami, przebierając się od czasu do czasu w czystą sukienkę – miała ich trzy, jeśli wliczać w to tę dziurawą i poplamioną, którą zakładała zawsze do malowania. Kiedy w ciepły dzień znajdowała strumień, robiła pranie, najlepiej jak mogła, po czym rozwieszała dwie mokre suknie na krzakach i, dopóki nie wyschły, miała na sobie tę obszarpaną.

Po sześciu dniach nie potrzebowała już pomocy w odna-
lezieniu drogi. Przez większość czasu miała w zasięgu wzroku jakąś furmankę albo bryczkę, a w dzień targowy droga była pełna wozów, załadowanych stertami jasnozielonych kabaczków, grubych rzep, tłumoków z owczymi skórami, tkaninami i wszystkim innym, co mogła sobie wyobrazić.
Szła więc przed siebie. Limòri. Już sama ta nazwa miała w sobie coś niezwykłego. Żadne inne słowo, które znała Sadima, nie brzmiało podobnie. Była pewna, że zobaczy tam same niezwykłe rzeczy. Limòri leżało nad morzem.

Lichtarze jej matki zostały przewiezione przez ocean do Limòri na rodzaju wielkiej łodzi, zwanej statkiem. Sama myśl o morzu – i o każdej wodzie tak wielkiej, że nie widać jej drugiego brzegu – przyprawiała Sadimę o dreszcze.

W miarę jak szła, krajobraz się zmieniał, spłaszczał, zie-
mia stawała się ciemniejsza. Farmy były tu eleganckie i zasobne. Wzdłuż strumieni rosły szparagi i jagody – Sadima jadła je niemal codziennie. Na pastwiskach stały drzewa laurowe; Sadima nawykowo ścinała ich gałązki i obrywała listki do zasuszenia. Zbierała też koper i majeranek, a idąc wykopywała dziki czosnek. Jadła płukane w strumieniu szczaw i portulakę, jeśli je znalazła, wszędzie zaś, gdzie było trochę cienia i wody, rosła mięta. Powietrze pełne było jej woni, szczególnie w mgliste poranki. Sadima zebrała i ususzyła jej tak dużo, jak mogła. Wieczorami plotła z płączycy kosze do niesienia ziół.

Piętnastego dnia wędrówki Sadima poczuła tajemniczy
dymno-słono-rybny zapach, który musiał być zapachem morza, wmieszanym w stałą woń mięty. Którejś nocy, kiedy Sadima zeszła z drogi między drzewa, żeby rozścielić sobie koc i zasnąć, zauważyła łunę na horyzoncie. Dwie noce później odgadła po kolorze, że to blask ognia. Czy były to pochodnie?
Następnego ranka kobieta w pięknej, niebieskiej sukni
kazała stangretowi zatrzymać powóz. Konie zwolniły, wy-
sokie koła zaskrzypiały.

— Skąd idziesz? – spytała kobieta.
— Z Ferne, w górach – odpowiedziała Sadima. – Idę do
Limòri – przyjrzała się powozowi. Był pomalowany w piękne zawijasy, kasztanowe i złote, a na hamulcach przy kołach widać było lśniące mosiężne zaciski.
Kiedy Sadima podniosła wzrok, zobaczyła, że kobieta się uśmiecha, a oczy ma szeroko otwarte ze zdziwienia.
— Taka daleka droga musiała ci zabrać prawie dwa tygo-
dnie. Szłaś sama?
Sadima przytaknęła.
— Ale znam kogoś w mieście. Ma na imię Franklin.
Prosił, żebym się z nim tu spotkała.

Sadima zauważyła litość na twarzy kobiety; brzmiało to nieprzekonująco, a brzmiałoby jeszcze gorzej, gdyby ta kobieta wiedziała, że Sadima spotkała Franklina tylko raz, przed trzema laty.
— Czy ten Franklin to Erydianin? – spytała kobieta
wprost.
Sadima niepewnie pokręciła głową. Nigdy wcześniej nie
słyszała tego słowa.
— Jesteś pewna? – naciskała kobieta. – Oni są niegodzi-
wi. Mój mąż mówi, że przywożą do miasta wiejskie dziewczyny i zmuszają je do małżeństwa.
— Nie – odpowiedziała stanowczo Sadima. – On nie jest
Erydianinem.
Kobieta pstryknęła palcami. Lokaj zszedł z powozu,
a stangret przytrzymywał niespokojne, piękne kasztany.
— Chodź – powiedziała kobieta. – Daj odpocząć
stopom.

Sadima oniemiała. Mieć przed oczami powóz z baśni
o księżniczkach to jedno, ale być proszoną o to, żeby do niego wsiąść? Miękkie siedzenia były z ciemnozielonego, tuftowanego weluru. A te konie! Były wspanialsze od wszystkich, jakie Sadima dotąd widziała – lśniące, oporządzone, trzymały głowy wysoko. Odwróciła się do nich i poczuła ich dumę i siłę. Nie chciały się zatrzymywać, chciały jechać dalej. Niczego się nie bały.

Zarumieniona, wstydząc się swojej brudnej bawełnianej
sukienki, Sadima pozwoliła, żeby lokaj pomógł jej wejść po stopniach powozu. Usiadła zakłopotana na siedzeniu naprzeciwko kobiety, ściskając poplamiony tobołek z szala.
Kobieta dała znak ręką i stangret poluzował wodze. Powóz szarpnął i konie znów ruszyły kłusem. Sadima obróciła się gwałtownie i spojrzała przez ramię.
— Jeśli chcesz, usiądź obok mnie – powiedziała kobie-
ta. – Ja nie znoszę podróżować tyłem do kierunku jazdy.
Szkodzi mi to na żołądek.

Sadima wstała i zmieniła miejsce. Siedzenie było szero-
kie, usiadła więc jak najdalej od kobiety. Owiał ją mocny różany zapach. Sadima przycisnęła ręce do siebie, mając nadzieję, że woń jej niemytego ciała nie kazi świeżego porannego powietrza. Starała się znaleźć jakiś temat do rozmowy, ale nie potrafła. Kobieta przerwała ciszę, pytając ją o wiek.
— Mam siedemnaście lat – odpowiedziała grzecz-
nie Sadima. Trudno było się wszystkiemu nie przyglądać.

Suknia kobiety była haftowana tak delikatnymi nićmi, a szwy były tak drobne, że wyglądało to aż nieprawdopodobnie. Kto mógł tak doskonale wykonać tę pracę? Buty kobiety zrobiono z jakiejś delikatnej skóry, która lśniła w słońcu jak kamyki w strumieniu. Sadima spojrzała na krajobraz, żeby powstrzymać się od wlepiania oczu w kobietę. Powóz przez jakąś chwilę toczył się cicho; w końcu kobieta spytała Sadimę o imię i o to, czy jej rodzice wiedzą, gdzie jest.

Sadima przedstawiła się, po czym się zawahała.
— Nie mam rodziców – wyznała i przez długą, bolesną
chwilę nie mogła powiedzieć nic więcej. – Mój ojciec nie
żyje od niedawna – zdołała dorzucić – ale matka umarła, kiedy… — Sadima znów zamilkła; nie była w stanie mówić o swoim domu, o rodzinie. Łzy napłynęły jej do oczu.
— Biedna sierota – powiedziała kobieta głosem tak peł-
nym współczucia, że Sadima odwróciła głowę, udając, że patrzy na małe miasteczko przy skrzyżowaniu dróg, przez które właśnie przejeżdżali. Sierota.

Kobieta znów milczała, do czasu kiedy zaczęli wjeżdżać
na wzniesienie. Rozciągał się z niego widok na leżące w dole Limòri. Ponad jednym krańcem miasta wznosiły się olbrzymie skały, a przez drzewa, otaczające wzniesienie, Sadima ujrzała srebro otwartej wody. Czy to było morze?
— Byłaś już kiedyś w mieście? – spytała kobieta. – W ja-
kimkolwiek mieście?
Sadima zaprzeczyła. Powóz zaczął zjeżdżać w dół. Chciała być uprzejma, chciała porozmawiać z tą miłą kobietą, ale najwyraźniej nie potrafła. Poza tym milczenie pozwalało jej patrzeć, widzieć wszystko, co mijali.

Najpierw pojawiły się małe farmy, potem nieco większe,
a potem domy. Z każdym następnym krokiem koni domy te zdawały się coraz bardziej stłoczone. Po niedługim czasie dumne kasztany musiały zwolnić – na drodze przed nimi toczyły się setki powozów.
Sadima nie posiadała się ze zdumienia. Patrzyła na zbu-
dowane z bloków ciemnego kamienia budynki, które wznosiły się tak wysoko, jak trzy albo cztery domy postawione jeden na drugim. Czy wśród prastarych ludzi z okolic Ferne, którzy zbudowali kamienny krąg, byli przodkowie ludzi żyjących tu teraz?

Sadima nie mogła przestać się przyglądać. Wszędzie, gdzie spojrzała, widziała sklepy i targowiska, a wszystkie kobiety miały na sobie piękne suknie w żywych kolorach.
Sadima odwróciła się do kobiety.
— Mam spytać o Franklina na Placu Targowym. Czy wie
pani, gdzie to jest?

Kobieta przytaknęła, po czym wydała instrukcje stangre-
towi. Dumne konie wygięły szyje, kiedy trzasnął z bata nad ich grzbietami i poluzował zewnętrzne wodze, aby zaprzęg skręcił przy następnym rogu. Ulice zwęziły się teraz; były zapchane furmankami pełnymi owoców, jakich Sadima nigdy dotąd nie widziała, tkaninami w tylu kolorach, że zastanowiła się, co może być bazą wszystkich tych barwników. Było tam też wiele rzeczy, których nie potrafła nawet nazwać.

Konie zwolniły, potrząsając grzywami, co chwilę zatrzy-
mując się w plątaninie wozów i znów ruszając. Sadima poczuła się malutka. W całym swoim życiu nie spotkała tylu ludzi, ilu było na tym placu. Kogo miała spytać o Franklina?
Wtedy mignęła jej w tłumie czarna szata i Sadima podniosła się nieco z siedzenia. Kobieta uniosła brwi.
— Tutaj?
Sadima skinęła głową.
— Tak, proszę. I bardzo dziękuję za pani życzliwość.
— Nazywam się Kary Blae – powiedziała kobieta. –
Mieszkam na Wzgórzu Ferrin. Każdy ci powie, gdzie to jest. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, powiedz tylko strażom, że prosiłam cię, byś się na mnie powołała, a potem powiedz im, jak masz na imię – uniosła głowę i zawołała do stangreta: – Stańmy tutaj.
— Dziękuję – powtórzyła Sadima, kiedy konie zatrzymały się, tupiąc tylnymi kopytami i machając ogonami. Sadima zabrała swój tobołek i zeskoczyła na ziemię, zanim lokaj zdążył jej pomóc.

Czarnoksiężnik załomotał do drzwi.
Poderwałem się do góry z walącym sercem. Czy było rano? Być może. Byłem głodny. Przetarłem twarz dłońmi, mrugając w ciemnościach. Czułem, że szyja mi zesztywniała – w łóżkach nie było poduszek. Słyszałem, jak Rybaczek mocuje się ze swoją lampą; ja swojej jeszcze w ogóle nie zapaliłem. Jak długo on siedział, czytał i studiował książkę, zanim położył się do łóżka?
Czarnoksiężnik znów załomotał. Zawołałem do niego, że
wyjdziemy najszybciej, jak będziemy mogli.

Nagłe światło wypełniło pokój. Opuściłem nogi na zie-
mię i poczułem ból w stopach, pokrytych strupami. Kiedy wstałem, suknia otarła mi kark. Drażniło mnie, że pod tą szorstką tkaniną jestem całkiem goły. Kiedy chodziłem, materiał ocierał mi uda, a kiedy podniosłem ręce, żeby się przeciągnąć, otarł moje nagie przyrodzenie. Potknąłem się o brzeg sukni. Jak długo to będzie trwało?
Usłyszałem, że Rybaczek sika i zauważyłem nocnik,
którego nie widziałem poprzedniego wieczora. Rybaczek przykucnął nad nim i zasmrodził cały pokój. Kiedy skończył, ja użyłem nocnika, walcząc z odruchem wymiotnym.

Odwróciwszy się, zobaczyłem Rybaczka: stał przy umywalce, przytwierdzonej do ściany. Miała srebrny kurek, trochę mniej wyszukany niż te, których używaliśmy w domu.
Czarnoksiężnik znów uderzył w drzwi.
Pochyliłem się do przodu i szepnąłem:
— Pospiesz się!
— Gdzie jest woda? – odszepnął Rybaczek, patrząc na
mnie przez ramię.
Zawahałem się, przez chwilę nie rozumiejąc, o co mu chodzi. W jakiej poważanej rodzinie, gdziekolwiek w szerokim świecie, mógł się znaleźć syn, który nie wiedział, jak użyć zwykłego kranu? Przypomniało mi się, że ojciec mówił, że niektórzy Erydianie nienawidzą wszystkiego, co jest dziełem czarnoksiężników. Więc może to o to chodziło?
Może Rybaczek był Erydianinem, przybyłym tu po to, żeby się nauczyć wszystkiego, czego nienawidził jego ojciec?

Wyciągnąłem rękę i pacnąłem w srebrny kurek. Czysta woda spłynęła do umywalki i odpływem w dół.
Rybaczek przyjrzał mi się, a potem się pochylił, żeby umyć twarz i uderzył czołem w kran. Woda przestała płynąć, co najwyraźniej go zaskoczyło. Pacnął ręką w kurek, tak jak ja przedtem, i odkręcił go – a potem znów zakręcił.
Zanim odszedł, dotknął kranu jeszcze dwa razy, za drugim razem jednym palcem, szybko, jak bawiące się dziecko. Na hakach w ścianie wisiały szorstkie myjki. Nie było żadnego mydła. Rybaczek osuszył twarz jedną z myjek, a ja odkręciłem wodę. Była zimna jak lód.
Umyłem się szybko, zastanawiając się, dlaczego używają tu nocników i zimnej wody, jak mieszkańcy biednych dzielnic w Południowym Krańcu.

Wyprostowałem się i właśnie suszyłem twarz, kiedy usłyszałem, że Rybaczek otwiera drzwi. Odwróciwszy się, ujrzałem czarnoksiężnika; trzymał pochodnię wysoko nad głową. Nie powiedziawszy ani słowa, ruszył korytarzem wraz z moim ochoczym współlokatorem, depczącym mu po piętach.
Musiałem biec, żeby ich dogonić, a to bolało. Nie my-
ślałem jednak o swoich stopach; zbyt dziwnie się czułem, cały nagi pod luźnym ubraniem. Wszystko mi podskakiwało, kiedy tak biegłem. Rybaczek szedł naprzód i kiedy ich dogoniłem, spojrzałem na jego twarz. Uśmiechał się.

Uśmiechał się. Dlaczego? Zmarznięty, głodny, przestraszony? Tak mnie to zaskoczyło, że znów się potknąłem o skraj sukni i upadłem na jedno kolano. Szybko wstałem, czując piekący ból nieprzyjemnego zadrapania. Pięknie. Stopy już mam obolałe. Teraz przez kilka dni będzie mnie boleć kolano. Rybaczek i czarnoksiężnik w ogóle nie zwolnili ani nie obejrzeli się za siebie. Żaden z nich nawet na mnie nie spojrzał, kiedy znów ich dogoniłem.
Bardzo się starałem myśleć jasno, próbowałem zobaczyć
coś w ciemnościach przed nami. Rozpaczliwie pragnąłem
zapamiętać kolejne zakręty, ale tym razem czarnoksiężnik długo nie skręcał – szliśmy prosto korytarzem.

Początkowo światło z pochodni czarnoksiężnika ślizga-
ło się po ścianach z jednej naszej strony, stanowiąc jedyną ulgę w ciemności. Potem – cud nad cudami – skręciliśmy
w prawo, w szerszy tunel, na którego ścianach, wysoko, były pochodnie. Światło podniosło mnie trochę na duchu i oczekiwałem kolejnych zakrętów, ale byliśmy już na miejscu.
Jeden zakręt w prawo. Czarnoksiężnik zatrzymał się nagle przed otworem w skale, wskazał na niego i odszedł.
Zrobiło mi się słabo z ulgi. Może ta głupia, zagmatwana
trasa pierwszego dnia to były tylko otrzęsiny. Może Rybaczek miał rację i… uświadomiłem sobie, że mój współlokator odwrócił się i spojrzał na mnie. Uśmiech zniknął.

— Hahpie Malek – powiedział bardzo cicho. – Nazywam
się Gerrard da Masi. Nie Rybaczek. Zapamiętaj to sobie, jeśli w ogóle jesteś w stanie cokolwiek zapamiętać.
Odwrócił się, a ja patrzyłem na jego plecy, kiedy skiero-
wał się do przejścia i kiedy zniknął w cieniu. Minęło kilka sekund, zanim znów byłem w stanie jasno myśleć. Nietrudno było sobie wyobrazić, skąd wie, jak się nazywam. Widział mnie stojącego przy powozie. Białe konie miał tylko mój ojciec, a nazwisko Malek było znane z tego i z mnóstwa innych powodów. Levin zwrócił się do mnie po imieniu. Ale… czy minionej nocy byłem tak przestraszony, że szeptałem słowo „Rybaczek” na tyle głośno, żeby mnie usłyszał? Co jeszcze podsłuchał? Że udaję rozmowę z matką?

Policzki mi poczerwieniały i zrobiło mi się niedobrze,
kiedy wkroczyłem w korytarz, a następnie, zaskoczony, zatrzymałem się w pół kroku. Przede mną była kamienna ściana. Stałem przed nią, przeklinając siebie za nieuwagę.
A potem, bez ostrzeżenia, kamień się otworzył.
To brzmi nieprawdopodobnie, wiem, ale właśnie tak się
stało. Ściana nie przesunęła się w jedną czy w drugą stronę,

jak te drewniane drzwi w naszym domu. Skała po prostu zamigotała w rozszerzającym się kręgu, po czym pojawiła się w niej dziura o krawędziach tak gładkich i szklistych, jak gdyby została wytopiona, chociaż nie czułem żadnego gorąca. Byłem pewien, że ojciec nie wiedział o czymś takim. Gdyby wiedział, już by to kupił.
Przeszedłszy przez otwór zobaczyłem, że wszyscy już tam są. Siedzieli w nierównym półkolu przed czarnoksiężnikiem. Spojrzał na mnie uważnie.

Mlecznobiałe włosy na jego głowie były krótko przystrzyżone, a jego oczy miały głęboki, smutny brązowy kolor. Usiadł z nogami skrzyżowanymi w dziwny sposób, który kazał mi się zastanowić, czy nie jest kaleką. Jego kolana zdawały się wykręcone – widoczne były podeszwy jego bosych stóp. Patrzył mi w oczy, dopóki nie uklęknąłem na zimnej kamiennej podłodze, z tyłu grupy, z nogami złożonymi niewygodnie na twardej skale. Spojrzałem na niego, przestraszony. Wówczas on uniósł głowę i przemówił:
— Dzisiaj zaczniecie panować nad swoimi myślami
– przechylił głowę. – Oczywiście, oznacza to porzucenie wszelkich nadziei na panowanie – przeczekał, aż przestaniemy się poruszać na zimnej, zapiaszczonej podłodze i wymienimy spojrzenia. Potem uśmiechnął się, słabo i powściągliwie. – Nazywam się Franklin – powiedział cicho.
– Witajcie. Czas zacząć firt z paradoksem.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.