» Fragmenty książek » Dziewczyna z dzielnicy cudów

Dziewczyna z dzielnicy cudów


wersja do druku

Dziewczyna z dzielnicy cudów

Rozdział 1

 

Odprowadzali mnie spojrzeniem, gdy zakrwawiona i w poszarpanym ubraniu opuszczałam pokój odpraw i długim korytarzem wlokłam się do szatni. Może obstawiali, kiedy zemdleję. Jakbym miała im dać taką satysfakcję. Zresztą większość tej krwi nie była moja. Gdyby byli ze mną na robocie, widzieliby spektakularne omdlenie wąpierza – coś, czego nie zapominasz szybko. To jego krew zaczynała śmierdzieć i wysychając, zmieniała mi ciuchy w pancerz. Biorąc pod uwagę, że okrąglutka kwota wpłynęła na moje konto w sekundę po jego śmierci – było warto, choć muszę popracować nad techniką.

Wąpierze są w połowie żywe nawet u szczytu swoich możliwości. Po śmierci rozkładają się błyskawicznie. Nie zmieniają się w estetyczny pył, jak wampiry, ale brejowato-galaretowate krwawe błocko. Ten raczył umrzeć, kiedy przygniatał mnie do ziemi. Zanim się spod niego wygrzebałam, jego doczesne płyny ustrojowe były wszędzie. Podrapałam się po skórze głowy. Czułam go nawet tam, między posklejanymi w strąki włosami.

Zastanawiacie się, dlaczego od razu nie weszłam pod prysznic, by zmyć z siebie to gówno? Cóż, chciałam, naprawdę. Ale Matka wezwała mnie na dywanik. Natychmiast. Wspomniałam o tym, w jakim byłam stanie, ale odłożyła słuchawkę, nie racząc zaprzątać sobie głowy moim samopoczuciem. Więc przyszłam. Matce się nie odmawia. Zwłaszcza że ta była nie tylko moją matką – co raczej utrzymywałyśmy w tajemnicy – ale też Matką Przełożoną Zakonu Cieni, moją oficjalną szefową i właścicielką mojego tyłka, duszy i czasu. Przynajmniej ona tak właśnie to widziała.

Pchnęłam drzwi szatni. Zapach męskiego potu, brudnych ręczników i płynu antyseptycznego uderzył mnie w nozdrza. W Zakonie jest niewiele kobiet. Nie mamy własnej szatni czy pryszniców. „Jeśli nie jesteś w stanie obronić się przed kolegami z pracy, jak zamierzasz przetrwać w tym zawodzie?” To dokładnie usłyszałam od Matki, kiedy zapytałam, czy naprawdę musimy znosić ich towarzystwo i niechciane zaloty. Wzięłam to dosłownie. Następnym razem zabrałam pod prysznic moją Inkwizycję, glocka 17. A kiedy kolega z drużyny nie przyjął dobrze mojego „nie jestem zainteresowana, weź te łapy” i próbował wykorzystać każdą przewagę, jaką mu dawało jego pięćdziesiąt kilogramów cięższe ciało, strzeliłam mu w głowę. Otrzymanie trzech kul kalibru 45 wprawdzie nie wpłynęło zbyt dobrze na jego maniery, ale nie spodziewałam się cudów. Moje krzyki jeszcze kilka minut wcześniej nie zwabiły nikogo. Odgłos wystrzałów i owszem. Nie pomogli mi, kiedy spychałam z siebie cielsko wieprza. Był nagi, ja byłam naga, dośpiewali sobie resztę. Od tego dnia nazywają mnie Modliszką. Rzekomo koleś stracił głowę w trakcie seksu. Mogłam wyjaśniać, że stracił ją, bo próbował mnie zgwałcić, ale uznałam, że im mniej będę się tłumaczyć, tym szybciej obrosnę legendą i dadzą mi spokój choć pod prysznicem. Na wszelki wypadek wciąż zabieram tam ze sobą Inkwizycję, gdyby nie każdy wyciągnął morał z tej historii.

Moje imię… Cóż, brzmi nieźle. I jest równie fałszywe jak wszystkie inne, które mogą znać. Nie jestem Carmen, Nikitą, Sarą. Żaden z moich dowodów tożsamości nie uwzględnia tego prawdziwego. Sama już prawie zapomniałam, jak ono brzmi. Ostatni raz moja matka zwróciła się nim do mnie, kiedy miałam trzy lata. „Nie możesz nikomu powiedzieć, że tak się nazywasz. Od dziś jesteś Sarą”. Kiedy miałam piętnaście lat, znów przyszedł moment na zmianę imienia – wybrałam Nikita. Spędzałam mnóstwo czasu przed telewizorem, kiedy moja matka wyrabiała sobie pozycję w świecie morderców na zlecenie. Serial o tajnej grupie przekształcającej młodą narkomankę w niebezpieczną agentkę wydawał się rezonować z moim życiem. Trochę zazdrościłam bohaterce, bo w porównaniu z tym, co serwowała mi matka, metody Madeline, jej szefowej, wydawały się takie subtelne, niemal wypełnione miłością. Dziś wiem, że jest między nami jedna zasadnicza różnica – serialowa Nikita miała nikłą, ale jednak jakąś, możliwość ucieczki, powrotu do czegoś, co było przed tym. Ja przed tym nie miałam nic. W każdym razie do dziś lubię to imię bardziej niż inne, które nosiłam. Może dlatego, że przez kilka lat, kiedy byłam Nikitą, spotkało mnie w życiu całkiem sporo dobrych rzeczy.

W szatni nie było nikogo. Jeszcze. Bo że się zlezą, choćby po to, by zobaczyć, jak bardzo oberwałam, byłam pewna. To taka lokalna zabawa – obstawianie, kto ile pożyje. I celowe naciskanie guziczków, które mają cię doprowadzić na krawędź ku uciesze otoczenia. Ktoś nieobeznany z relacjami między członkami Zakonu mógłby uznać to za przejaw rubasznej, ale jednak troski. Nic z tych rzeczy. Jeśli wypadłabym z gry, moje zlecenia przypadłyby któremuś z nich. A byłam dość dobra, by dostawać te dobrze płatne. Gdyby mieli gwarancję, że góra się nie dowie, pomogliby mi się pożegnać z tym światem, na kwadrans przytrzymaliby mi głowę pod wodą – trzy minuty, by mnie zabić, dwanaście na wszelki wypadek. I to nie dlatego, że nie lubili mnie jakoś szczególnie. To samo zrobiliby niemal każdemu innemu konkurentowi do wypłaty. Mówią, że nie ma honoru wśród złodziei. Zdarzało mi się poznać złodziei honorowych i żyjących wedle kodeksu ulicy. Nie mogę tego powiedzieć o nikim z Cieni. Także o sobie.

Na ławce ułożyłam broń, torbę, na szczęście wodoodporną, i teczkę, którą dostałam na odprawie od Matki. Ściągnęłam z siebie śmierdzące szmaty, które do niedawna były czarną koszulką z długim rękawem i czarnymi dżinsami z lycrą, i wrzuciłam je do kosza. Nawet gdybym chciała je doprać, smród i tak by pozostał, zbyt głęboko wniknął we włókna. Sportowy stanik przykleił mi się do skóry za sprawą mojej własnej krwi. Płytka rana pod obojczykiem, w miejscu, gdzie wąpierz wbił pazury, wciąż lekko krwawiła. Zdecydowanie musiałam to zdezynfekować. Zaciskając zęby, oderwałam tkaninę od skóry i wrzuciłam do kosza. Wpisałam kod podstawowy i potwierdzający na cyferblacie zamka do mojej szafki. Może się wydawać, że to sporo zabezpieczeń do szafki, w której trzymam jedynie torbę na siłownię, kosmetyczkę, trochę zapasowej broni i ciuchów – wciąż jednak pamiętam krzyki Skawy, który komuś podpadł, a ten ktoś po cichu dostał się do jego szafki i zaprawił mu szampon kwasem. Skawa do dziś nie odzyskał wzroku. Pod pewnymi względami tu jest jak w gimnazjum, ale nikt się nie przejmuje pałą z zachowania.

Gorąca woda wyparzała smród z mojego ciała. Antybakteryjnym mydłem oczyściłam wszystkie skaleczenia, ranki i otarcia. Wytarłam się, nie wychodząc z kabiny, założyłam świeżą bieliznę i spodnie, choć nienawidziłam wciągać ich na wciąż wilgotną skórę. Szybko spakowałam kosmetyczkę i mokry ręcznik do worka i przypięłam kaburę z Inkwizycją. To nie była paranoja, po prostu wyczułam, że nie jestem już sama. A ponieważ nie słyszałam żadnego głupiego komentarza, mogło to oznaczać, że pozostałym chwilowo zabrakło języka w gębie (mało prawdopodobne), że próbowali nowych sztuczek albo pojawił się tu ktoś nowy.

Miło poznawać nowych ludzi, ale nowi ludzie w Zakonie oznaczają jedno – ponieważ są poza hierarchią, starają się ustalić swoją pozycję. Muszą pokazać, jak twarde jaja zwisają im między nogami, i wykazać się umiejętnościami. Przez ostatnie trzy lata przekonałam się, że jakoś zawsze zaczynają od kobiet lub tych kolesi, którzy wydają się słabsi. Głupota. W Zakonie nie ma słabych i jeśli ktoś wygląda na słabeusza, prawie na pewno ma coś w zanadrzu. Węże też wyglądają całkiem milusio, dopóki nie wgryzą ci się w szyję.

Matka odbyła ze mną rozmowę na ten temat: „Nikito, nie możesz uszkadzać wszystkich nowo przyjętych. Ich rehabilitacja trwa wiele miesięcy, a my musimy im płacić z ubezpieczenia…”. Odparłam, że nie ma sprawy, nie uszkodzę żadnego, który będzie się trzymał na dystans parasola, jak przystało na dobrze wychowanego gentlemana. Bo jeśli podejdzie bliżej, nie będę miała wyjścia. Nie zaryzykuję, że skończę jak Lamia – ze złamanym kręgosłupem naprawdę trudno o zlecenia. Wtedy Matka zaczęła wątek, który jej się nigdy nie znudzi: „Nikito, gdybyś miała partnera, który chroniłby ci w takich sytuacjach plecy, nie musiałabyś wszystkiego brać na siebie”. A wtedy ja, jak zawsze, musiałam kończyć tę rozmowę trzaśnięciem drzwiami i posłaniem jej do diabła.

Po cichu odsunęłam zasłonę prysznicową, przytrzymując stalowe kółeczka, by nie zagrzechotały. Na bosaka przeszłam przez długą salę z kabinami, aż do drzwi do szatni. Wolałabym mieć wolne ręce, ale odłożenie rzeczy mogłoby zostać odebrane jako oznaka słabości. Wkroczyłam więc do szatni z miną wrednej suki. Nazywam ją „markową miną”. Facet, dobre metr dziewięćdziesiąt, setka wagi w mięśniach, w wytartych dżinsach i czarnym swetrze, pod którym widziałam zarys kamizelki kuloodpornej, na mój widok wstał z ławy. Nie, nie złapał za broń, nie przybrał pozycji bojowej. Z dłońmi wciśniętymi w kieszenie kiwnął mi głową na powitanie. Przyjrzałam się uważnie jego proporcjonalnej i spokojnej twarzy. Zakrywał ją brodą, ale byłam pewna, że nie widziałam go nigdy wcześniej.

– Cześć, jestem Robin – powiedział i posłał mi uśmiech.

No jak rany.

– Z jakiej bajki się urwałeś, Kapturku? Bo raczej nie z tej, w której teraz jesteś – powiedziałam, podchodząc do swojej szafki.

Ostrożnie, nie odwracając się do niego plecami, bo mógł się uśmiechać do woli, ale nie znałam go i jestem sprawiedliwa w swojej nieufności – nie ufam tym, których znam, z bardzo małymi wyjąt-

kami, i tym, których nie znam.

– Kapturku? – zapytał zmieszany.

– Robin Hood – podsunęłam i niemal parsknęłam śmiechem, widząc jego zdziwienie, gdy załapał mój ciąg skojarzeń. Wsunęłam stopy w kozaki i poczułam się znacznie lepiej.

– A ty kim jesteś? Złym wilkiem? – zapytał zaczepnie.

– Na pewno nie babcią. – Wzruszyłam ramionami.

– Jesteś Modliszką?

Odwróciłam się ostrożnie i oparłam dłonie na biodrach, w pobliżu kabury. Nie mogłam nie zauważyć, że on nie miał broni palnej. Może to facet od noży. Trzymał też na plecach spory pakunek, więc prawdopodobnie był typem snajperskim. Uniósł ręce, jakby się poddawał, po czym rzucił słowa, które mogły kosztować go życie. I ten uroczy uśmieszek na pewno nie zmieniłby tego faktu:

– Jestem twoim partnerem. Dostałem przydział dziś rano.

– Nie mam partnera – warknęłam.

– Masz – odparł z entuzjazmem.

Ewidentnie miał życzenie umrzeć albo wyciągnęli go z jakiejś kolonii amiszów i nie wiedział że w tym miejscu patrzysz komuś w oczy i się uśmiechasz, tylko jeśli już trzymasz nóż w jego bebechach lub w każdej sekundzie jesteś gotowy go tam wsadzić.

– Nie jesteś zbyt bystry, więc powiem powoli: nie mam partnera. Trzymaj się ode mnie z daleka albo cię zabiję. Nawet jeśli to będzie oznaczało konieczność wpłaty kolejnego odszkodowania do kasy Zakonu.

Wytarłam torbę ręcznikiem, wrzuciłam go do kosza, zapakowałam swoje rzeczy i wyszłam, nie oglądając się za siebie. Usłyszałam tupanie jego ciężkich, wojskowych butów, gdy szedł za mną, ale nie zwracałam na niego uwagi. Widziałam jego oczy. Nie miał w sobie tego czegoś, co podsunęłoby mu pomysł strzelenia mi w plecy.

Cienie zalegały w korytarzu jak brzydkie panny na tańcach, podpierając ściany i plotkując z wrednymi uśmieszkami. A więc już wiedzieli. Nagle dotarło do mnie, co musiało być w teczce, którą Matka wcisnęła mi w rękę na koniec odprawy.

Wypadłam przed budynek i niemal biegiem dopadłam mojej Ślicznotki. Zanim wybiegł za mną na parking, odjechałam, zostawiając mu chmurę spalin.

Kluczyłam po ulicach Warsa, upewniając się, że nikt mnie nie śledzi. Zwłaszcza pewien drągal, za głupi, by o siebie zadbać. Dopiero godzinę później zajechałam tam, gdzie zmierzałam od samego początku. Gdybym o jakimkolwiek miejscu na ziemi myślała jak o domu, to pewnie właśnie o tym. Mój rewir. Na jednej ulicy znajdowały się domy dwóch z czterech osób, o których mogłam powiedzieć, że im ufam. Sama mieszkałam niewiele dalej.

5.08
Ocena użytkowników
Średnia z 6 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Dziewczyna z dzielnicy cudów
Cykl: Nikita
Tom: 1
Autor: Aneta Jadowska
Wydawca: SQN
Data wydania: 14 września 2016
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7924-620-5
Cena: 36,90 zł



Czytaj również

Dziewczyna z dzielnicy cudów
Szalone magiczne miasta i ich mieszkańcy
- recenzja
Akuszer Bogów
W poszukiwaniu odpowiedzi
- recenzja
Akuszer Bogów
- fragment
Szamański blues
Szaman na dwa dania
- recenzja
Szamański blues
Ni to blues ni bossa nova, raczej coś blizej marszu ... żałobnego.
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.