» Recenzje » Dzień Tryfidów

Dzień Tryfidów

Dzień Tryfidów
Dzień tryfidów, napisany przeszło sześć dekad temu, już od długiego czasu ma status bezwzględnej klasyki wśród pasjonatów powieści science-fiction. Od dnia swojej premiery doczekał się również kilku wydań polskojęzycznych. Mimo to warto raz jeszcze wrócić do powieści i sprawdzić, jak poradziła sobie z upływem czasu oraz zmieniającymi się realiami świata rzeczywistego.

Bill Manson budzi się w sali pooperacyjnej po wykonanym zabiegu okulistycznym. Jego prośby o pomoc spotykają się z bezgraniczną ciszą. Zdesperowany i konający z głodu postanawia zdjąć bandaże z oczu i opuścić szpital. Wkrótce dokonuje zdumiewającego odkrycia. Olbrzymia większość ludzkości utraciła wzrok, co może mieć związek z tajemniczymi zjawiskami astronomicznymi, jakie miały miejsce ubiegłej nocy. Jednakże to nie powszechna ślepota staje się głównym zmartwieniem ocalałych. Są nim tryfidy: mięsożerne, agresywne i  – co najgorsze – mobilne rośliny. Rozpoczyna się walka o przetrwanie ocalałych niedobitków ludzkości.

Czy John Wyndham pisząc Dzień tryfidów zdawał sobie sprawę, że popularność jego dzieła przetrwa dziesiątki lat – tego nigdy nie będzie dane nam stwierdzić. Faktem jednak jest, iż dziś trącąca myszką książka oferuje bardzo atrakcyjny powrót w przeszłość literatury SF. Premiera powieści miała miejsce w roku 1951, a więc w czasach, gdy epoka komputerów bądź też nowoczesna genetyka stanowiły fantastykę naukową. Świat borykał się wówczas z zupełnie innymi problemami: rany po II wojnie światowej dopiero co się goiły, a na horyzoncie majaczyły już loty kosmiczne oraz zimnowojenne zagrożenie atomową zagładą. Realia początku lat 50-tych odcisnęły na Dniu tryfidów bardzo wyraźne piętno.

Powieść przepełniona jest gorzką refleksją na temat tego, co gatunek ludzki może uczynić (w kontekście książki należałoby napisać "uczynił"). Przyczynę tragedii, która rzekomo spłynęła na ludzkość z kosmosu, wielokrotnie podważa główny bohater. A jeśli nie spowodowała jej przelatująca kometa lub meteoryty, tylko użycie, choćby najzupełniej przypadkowe, broni biologicznej ulokowanej w jednym z satelitów? Także w kontekście tryfidów Bill Manson porzuca wszelkie wątpliwości – to zachłanność wielkich firm doprowadziła do wyhodowania krzyżówki, która początkowo zapewniała pokaźne profity. Jednakże w momencie utraty kontroli nad plantacjami, drapieżne rośliny przypieczętowały los homo sapiens.

Upadek cywilizacji (i pełne goryczy nań spojrzenie) wydaje się być najbardziej ponadczasowym elementem tekstu Wyndhama; co ważne, współcześnie nawet bardziej możliwym do ziszczenia, aniżeli sześćdziesiąt lat temu. Równocześnie Dzień Tryfidów nabrał smaku prawdziwej klasyki. Mimo, iż akcja nie została osadzona w precyzyjnie określonym momencie historycznym, to jednak świat bez nowoczesnej elektroniki wydaje się na wskroś odległy, wręcz nierealny. Owo technologiczne uwstecznienie jest kolejnym z atutów książki, którą można nazwać kamieniem milowym w rozwoju literatury fantastycznonaukowej.

Sądząc po opisie na okładce czytelnik mógłby spodziewać się opowieści, w której heroiczna walka z drapieżnymi roślinami stanowi oś fabuły. Autor nie poszedł jednak w prosty survival, co zdecydowanie wyszło powieści na dobre. Wpierw wyjaśnił pochodzenie morderczego gatunku, tworząc odpowiednią nadbudówkę o naukowym posmaku. W dalszej kolejności przedstawił agonię Londynu wypełnionego niczego nie rozumiejącymi ludźmi, dla których nie ma już nadziei. Dopiero później przyszedł czas na tryfidy – te, poza kilkoma wyjątkami, nie epatują nadmiernie swoją obecnością. Owszem, są integralną częścią powieści, ale trzeba zaznaczyć, że już samo pojawienie się kilku sztuk stawia bohaterów w stan najwyższej czujności. Najbardziej zaskakuje jednak fakt, iż znaczna część tekstu poświęcona jest tak naprawdę ocalałym ludziom: ich przeżyciom, poglądom, planom i pomysłom wynikającym z kryzysowej sytuacji.

Rozważania autora dotyczące nowego ładu społecznego także wydają się być wynikiem doświadczeń II wojny światowej oraz potencjalnej perspektywy zagłady ludzkości w przypadku zaognienia się Zimnej Wojny. Świadomość utraty dotychczasowych norm oraz weryfikacja ról pełnionych przez poszczególne jednostki wchodzące w skład ocalałych grup trącą antyutopią, w której wolność indywidualna musi zostać zarzucona w imię ważniejszych idei: przetrwania gatunku ludzkiego, stopniowego wzrostu populacji widzących, a także próby zapewnienia jako takiej egzystencji ocalałym.

Paradoksalnie – wydaje się, że jak na złość – Wyndham zupełnie nie poradził sobie z kreacjami głównych bohaterów oraz dialogami. Ani Bill Manson, ani Josella Playton, wybranka serca Billa, niczym nie zachwycają. Przepełnieni dobrymi chęciami, uczynni, wręcz naiwni jawią się jako postacie jednopłaszczyznowe. Rozmowy pomiędzy tą dwójką rażą czytelnika swym infantylizmem, którego próżno szukać we współczesnych powieściach osadzonych w postapokaliptycznych klimatach. Podobnie jest z Cokerem, będącym z początku w zatargu z głównym bohaterem ze względu na odmienną wizję ratowania ociemniałych. Po przełamaniu pierwszych lodów obaj bohaterowie nawiązują owocną współpracę, przyłączając się do chóru serwującego banalne dialogi. Niestety, analogicznie rzecz ma się z postaciami negatywnymi: siostrą Durand oraz Torrencem, które bardziej irytują, aniżeli cokolwiek wnoszą do fabuły. Autor Dnia Tryfidów zdecydowanie nie został obdarzony talentem do tworzenia wiarygodnych profili psychologicznych. Z drugiej strony – nie można mieć wszystkiego.

Dzień Tryfidów mimo swojego wieku broni się przed upływem czasu. Owszem, został pokryty przez warstwę kurzu, ale głównie za sprawą postępu technologicznego, który stał się udziałem naszego gatunku w czasie ostatniego półwiecza. Powieści rozgrywające się gdzieś daleko w kosmosie są nieco bardziej odporne na to zjawisko, tym bardziej więc dzieło Wyndhama zasługuje na uwagę. Wzorcowe jest także sprzężenie pomysłów z przemyśleniami odnośnie możliwych losów ludzkości oraz ryzyka wynikającego z rozwoju nauki. Część wniosków ma charakter ponadczasowy. Samo zaś cofnięcie się w czasie zapewnia nie lada rozrywkę, zwłaszcza na tle współczesnych powieści science fiction, przesyconych wysoko rozwiniętą technologią. Dlatego też warto sięgnąć po tę książkę i poznać fantastykę naukową z zupełnie innej epoki.

8.0
Ocena recenzenta
8.25
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: The day of the triffids
Autor: John Wyndham
Tłumaczenie: Wacława Komarnicka
Autor okładki: Michael Whelan
Wydawca: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2001
Liczba stron: 239
Oprawa: miękka
Seria wydawnicza: Mistrzowie SF i Fantasy
ISBN-10: 83-7245-803-0



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.