» Recenzje » Droga Królów

Droga Królów


wersja do druku
Droga Królów
Brandon Sanderson liczącą sobie dziewięćset sześćdziesiąt stron Drogą Królów otworzył cykl, który dla młodszego pokolenia miłośników fantasy może być tym, czym dla starszych fanów tego gatunku było Koło Czasu Roberta Jordana lub Pieśń Lodu i Ognia George'a R.R. Martina. Z wszystkimi zaletami, ale i wadami, które się z tym łączą.

Droga Królów to archetypiczny przedstawiciel gatunku high fantasy, więc nikogo nie powinno dziwić, że fabularną oś tworzy tu niepokój towarzyszący budzącemu się do życia wielkiemu złu – w tym przypadku chodzi o przepowiednie o nadejściu wielkiej burzy i powrocie pustkowców. A skoro na horyzoncie majaczy już złowrogi cień, pojawić się muszą bohaterowie predestynowani do uratowania świata – tu kłania się rzecz jasna dobrze znany w fantasy motyw od zera (np. zdradzonego i złamanego niewolnika lub nic nieznaczącej, prowincjonalnej arystokratki) do bohatera. Zanim jednak dojdzie do ostatecznej bitwy, trzeba będzie przebrnąć przez tysiące stron wypełnionych opisem zupełnie nowego, fantastycznego świata, losami zamieszkujących go postaci reprezentujących najróżniejsze rasy i kultury, konfliktami, które się z tych różnic biorą, romansami, intrygami i walkami. Trzeba bowiem wiedzieć, że Droga Królów to zaledwie początek monumentalnej opowieści, której pierwszy akt rozgrywa się w większości na Strzaskanych Równinach.

Narracja Sandersona, podobnie jak w poprzednich jego książkach, prowadzona jest z kilku punktów widzenia, z których czytelnik śledzi opowieść zakrojoną na wielką skalę. Niewątpliwie do rangi głównego bohatera urasta najpierw uczeń chirurga, następnie wspaniały włócznik, który ostatecznie kończy z piętnem niewolnika na czole – Kaladin Burzą Błogosławiony. Jego losy poznajemy najdokładniej; w tym przypadku autor nie ogranicza się tylko do narracji zakotwiczonej w czasie teraźniejszym dla przedstawionych wydarzeń, ale znacząco poszerza perspektywę poprzez liczne retrospektywne fragmenty, naświetlające obecne motywy działania, a także sympatie i antypatie Kaladina. Szkopuł tkwi w tym, że początkowe fragmenty z jego udziałem potrafią się niemiłosiernie dłużyć, ponieważ Sandersonowi zabrakło umiaru w zbyt natarczywej próbie uświadomienia czytelnikowi, jak wielkim pechowcem jest Kaladin. Jego początkowa postawa byłaby równie wiarygodna, gdyby nieco skrócić fragmenty wypełnione po brzegi beznadziejnością, tym samym szybciej przechodząc do konkretów.

Na szczęście lepszy początek notują pozostałe postacie na czele z Dalinarem Kholinem i jego pierworodnym Adolinem, którzy dają czytelnikowi wgląd w intrygi wielkich tego świata. Dalinar to brat zamordowanego przed laty króla Alethkaru Gavilara, ponadto jeden z najważniejszych i najpotężniejszych arcyksiążąt tegoż królestwa. Jego charakteryzacja może budzić pewne skojarzenia z Nedem Starkiem z Gry o tron, gdyż jest równie praworządny (co nie zawsze wychodzi mu na zdrowie), dzięki czemu szybko zdobywa sobie sympatię czytelnika jako „ten dobry”. Młodszy z Kholinów został przedstawiony jako postać przeciwna względem ojca, choć kontrast ma tutaj nieco mniejsze natężenie niż ten na linii Kaladin – Dalinar. Tym razem dwójkę bohaterów można przedstawić następująco: starość – młodość, spokój – nerwowość, stateczność – porywczość. Po jednej stronie odnajdujemy więc dojrzałego mężczyznę, który za wszelką cenę stara się utrzymać status quo w swej ojczyźnie, jednocześnie próbując wypełnić ostatnią wolę zamordowanego brata, po drugiej zaś znajduje się młody donżuan, który ugania się za ładnymi buziami, pożąda chwały i szuka okazji do pojedynku. W Drodze Królów zwycięsko z tego rodzinnego starcia wychodzi starszy z Kholinów, ale zauważalny rozwój Adolina daje spore nadzieje na przyszłość.

Z kolei Shallan, młoda arystokratka z prowincji, to nie tylko jedyna kobieca postać w tym zestawieniu, ale także dusza na wskroś artystyczna, obdarzona wielkim talentem do rysunku, pragnąca zgłębiać wiedzę i zostać wielką uczoną. W tym celu podąża śladami bratanicy Dalinara, największej uczonej tego świata – Jasnah Kholin. Tak prezentują się pozory, gdyż w rzeczywistości jej plan zakłada zdobycie zaufania królewskiej siostry, co ma ułatwić kradzież Dusznika (w wielkim skrócie: kamienia pozwalającego „czarować”), za pomocą którego Shallan chce spłacić długi ojca i w ten sposób ocalić ród przed niechybną zgubą.

Mnogość perspektyw, które w dużym stopniu odzwierciedlają przekrój społeczny świata Rosharu, otwiera wrota do niezwykle bogatego uniwersum, jakie na potrzeby Archiwum Burzowego Światła wykreował autor. Jednak pomimo wręcz gargantuicznych rozmiarów powieść zaledwie delikatnie uchyla wieka skarbca z tajemnicami. Już szybki rzut oka na obligatoryjną w przypadku takiego cyklu mapę świata wystarczy, by uświadomić sobie, jak wiele atrakcji autor musi mieć jeszcze w zanadrzu. Miłośnicy odkrywania fantastycznych światów niewątpliwie będą czerpali z lektury wielką frajdę, jako że Amerykanin ponownie udowodnił, iż w światotwórstwie plasuje się w czołówce pisarzy fantasy.

Wszelako pewne rozwiązania to tylko kosmetyka, którą Sanderson próbuje sprzedać jako coś znacznie więcej. Przykładowo, w jego świecie ludzi klasyfikuje się nie ze względu na barwę skóry, lecz na kolor oczu i – w mniejszym stopniu – włosów (przy okazji warto zaznaczyć, że to bodajże pierwsza tak poważna próba ukazania problemu rasizmu w twórczości autora). Kultura Alethich opiera się jeszcze na kilku podobnych założeniach: mężczyźni nie potrafią ani pisać, ani czytać, będąc w tym względzie całkowicie uzależnieni od kobiet, co ma swoje uwarunkowania historyczne (istnieją jednak przesłanki pozwalające zakładać, że wraz z rozwojem cyklu może dojść do emancypacji mężczyzn na tej płaszczyźnie). Kobiety zaś zobowiązane są do zakrywania tzw. bezpiecznej dłoni rękawiczką lub dłuższym rękawem, gdyż jej odsłonięcie budzi niewypowiedziane zgorszenie (łatwo się domyślić, jakiego pokroju kobiety paradują z odsłoniętymi obiema dłońmi).

Być może największą siłą tworzonych przez Amerykanina światów jest ich wewnętrzna spójność. Sanderson ma w zwyczaju wybierać jakiś oryginalny element, by następnie wokół niego i na jego podstawie zbudować świat oraz rządzące nim prawa. Można to zaobserwować w cyklu zapoczątkowanym Z mgły zrodzonym, gdzie życie społeczne było wypadkową decyzji Ostatniego Imperatora  – wystarczy przypomnieć sobie chociażby popielne góry i ich oddziaływanie na tamto uniwersum. W Archiwum Burzowego Światła do rangi takiej determinanty urastają arcyburze wraz z ich długofalowymi konsekwencjami. A tych jest bez liku, począwszy od fauny i flory, które dostosowały się do egzystowania w skrajnie nieprzyjaznych warunkach (i tak np. źdźbła trawy na czas wichury chowają się w ziemię), poprzez architekturę, kulturę, a na języku kończąc (zamiast typowych przekleństw występują ich burzowe odpowiedniki). Śledzenie i odkrywanie zależności między tym szczególnym zjawiskiem pogodowym a kolejnymi aspektami świata przedstawionego to przednia zabawa, sprawiająca, że czasami trudno oderwać się od lektury. Najbardziej cieszy jednak to, iż Sanderson, decydując się na jakiś fantastyczny rekwizyt, stara się go logicznie rozwinąć, nie zadowalając się tylko dobrym pomysłem.

Na osobny akapit zasługuje – jak zwykle u tego pisarza – system magiczny. Nie ogranicza się on do magii per se, gdyż w Archiwum Burzowego Światła arsenał niezwykłych zdolności bohaterów wzbogacają Ostrza oraz Pancerze Odprysku, starożytne i niezwykle potężne artefakty. Szczególnie te pierwsze – samoistnie tworzące się jakby z mgły miecze, które po przywołaniu wpadają w dłonie posiadaczy – to bronie pozwalające siać prawdziwe spustoszenie we wrogich szeregach. Pancerze zaś stanowią wariację fantasy na temat egzoszkieletów, chroniących przed obrażeniami i wzmacniających wszystkie fizyczne zdolności osób je noszących. Wszystko to napędzane jest burzowym światłem, mocą przechowywaną w kryształach, które są równocześnie walutą i zamiennikiem dla lamp i pochodni. Owo światło to także paliwo dla Wiążących, czyli magów tego uniwersum. Jednakże o nich i ich zdolnościach dowiadujemy się w pierwszym tomie bardzo niewiele. W perspektywie powieści liczącej sobie blisko tysiąc stron duży niedosyt pozostawia to, że magia pojawia się zaledwie w kilku scenach. Są to zazwyczaj interludia, w jakich pierwsze skrzypce gra jedna z najciekawszych postaci drugiego tła – zdolny do wiązania, wyposażony w Odpryskowe Ostrze skrytobójca, który bez słowa sprzeciwu musi wypełniać wolę człowieka posiadającego jego kamień przysięgi. Sanderson już w trylogii Ostatniego Imperium poszedł podobną drogą, decydując się stopniowo odkrywać karty, ale w przypadku Z mgły zrodzonego i jego kontynuacji czytelnik otrzymywał emocjonujące sceny ze znacznie większą częstotliwością.

W taki oto sposób dochodzimy do największej wady pierwszego tomu Archiwum Burzowego Światła – powieść jest przegadana. Amerykanin leje wodę bez umiaru i po wielokroć przedstawia sceny o łudząco podobnym wydźwięku, jakby nie ufał czytelnikowi, że ten jest w stanie za pierwszym razem pojąć, co autor chciał mu przekazać. Gdyby zrezygnować ze zbędnych powtórzeń i usunąć słowną watę, powieść nie tylko schudłaby o kilkadziesiąt stron, ale przede wszystkim zyskałaby na tempie i związanej z nim atrakcyjności. Jak niedawno chwaliłem Sandersona za Nową duszę cesarza, w której potrafił ograniczyć swoje oratorskie zapędy, tak tym razem znów zasłużył na przyganę. Przy takiej objętości i powiększonym formacie (165 x 230 mm) trudności może sprawiać już znalezienie odpowiedniej pozycji do lektury, tzn. takiej, która nie będzie groziła z jednej strony uszkodzeniem książki, a z drugiej bólem nadgarstków. Ambiwalentne odczucia wiążą się też z pozostałymi decyzjami dotyczącymi polskiego wydania. Cieszy fakt, że podczas lektury natrafimy na szkice wyobrażające np. faunę i florę, ale wybór czcionki i jakość napisów na owych szkicach sprawiają, że są one bardzo nieczytelne. Podobnie z kolorowymi kartami na końcu tomu – zbyt łatwo wypadają, nawet przy bardzo uważnej lekturze. Powieść wprost prosi się o twardą oprawę i porządne szycie.

Ale wodolejstwo i nadgarstkołomny rozmiar to nie jedyne problemy, z jakimi boryka się Droga królów. Podczas lektury wielokrotnie miałem kłopoty z zawieszeniem niewiary. O ile świat przedstawiony zasadniczo sprawia wrażenie ontologicznie i wewnętrznie spójnego, tak pewne jego elementy w tym przeszkadzają. Chodzi przede wszystkim o spren (spreny to różnego rodzaju widziadła przypominające świetliste serpentyny), który w pewnym momencie przyłącza się do Kaladina i przyjmuje przezroczystą kobiecą postać (niby Dzwoneczek z Piotrusia Pana lub Cyfral z Pana Lodowego Ogrodu). Zjawisko to można by spróbować sobie wytłumaczyć jako omamy, biorąc pod uwagę sytuację i położenie Kaldina w momencie, gdy zaczyna widzieć Syl, ale nie tędy droga – nie ma innego wyjścia niż po prostu się do tego przyzwyczaić i czekać na jakieś wyjaśnienia. Zastrzeżenia można mieć także do tłumaczenia, które w pewnych przypadkach zbytnio upraszcza oryginał. I tak wspomniany już skrytobójca w polskim przekładzie stał się Kłamcą, gdy po angielsku określa się go jako Truthless; analogicznie Mocowiązca to Surgebinder, Dusznik – Soulcaster, Pustkowiec – Voidbringer itp. Poza tymi drobnymi niedociągnięciami przez Drogę Królów mknie się bezproblemowo, ale nie ma się czemu dziwić, skoro Sanderson nigdy nie posługiwał się przesadnie wyszukanym stylem. Cieszy jednak fakt, że w porównaniu do wcześniejszych książek teraz chętniej sięga po metafory i porównania, nie stroni także od przymiotników, których kiedyś bardzo brakowało – dzięki temu łatwiej wyobrazić sobie ten ogromny świat i zaludniające go postacie.

Pierwszy tom Archiwum Burzowego Światła to iście monumentalna powieść, stanowiąca jednak zaledwie wstęp do zakrojonego na ogromną skalę cyklu high fantasy. Sanderson już niejednokrotnie udowadniał, że ma prawdziwy talent i wręcz nieograniczoną wyobraźnię, jeśli chodzi o tworzenie fantastycznych światów i oryginalnych systemów magicznych. Dotąd zwykle szwankowały postacie, nudne i bez życia, oraz dialogi, którym brakowało błyskotliwości (w porównaniu do książek Abercrombiego, Lyncha, Rothfussa czy Martina); tym razem i w tych względach widoczna jest poprawa. Jeśli przy okazji kolejnego tomu cyklu Sandersonowi uda się jeszcze lepiej rozłożyć akcenty (w Drodze Królów wszystko, co najciekawsze, zostało upchnięte na ostatnich dwustu stronach), to może napisać powieść bardzo dobrą. Tym razem było tylko dobrze.

7.0
Ocena recenzenta
8.88
Ocena użytkowników
Średnia z 16 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Droga królów (The Way of Kings)
Cykl: Archiwum burzowego światła
Tom: 1
Autor: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawca: MAG
Data wydania: 30 kwietnia 2014
Liczba stron: 960
Oprawa: miękka
Format: 165x230 mm
ISBN-13: 978-83-7480-421-9
Cena: 59,00 zł



Czytaj również

Słowa Światłości
Prawdziwie epickie fantasy
- recenzja
Dawca Przysięgi. Tom 1 i 2
Nieoczekiwane aspekty Spustoszenia
- recenzja
Dawca Przysięgi. Tom 2
Alethkar się pali!
- recenzja
Dawca Przysięgi. Tom I
Spokojne początki Spustoszenia
- recenzja
Archiwum burzowego światła - przekrojowo
Skazany na sukces?
- recenzja

Komentarze


Asthariel
   
Ocena:
0

Jak już pisałem w swojej recenzji, dla mnie ksiażka zasługuje na conajmniej punkt więcej, ponieważ pomimo obszerności powieści ani przez moment się przy niej nie nudziłem. Wydaje mi się, że lepiej traktować Drogę nie jako pierwszy tom długiej epickiej serii, tylko opowieść o Kaladinie, gdzie przy okazji rozwijaja się i inne wątki, które nabiorą znaczenia później.

20-01-2015 10:40
Scobin
   
Ocena:
0

Ja nudziłem się w takim samym stopniu jak Piotr i zgadzam się z jego oceną. :-) Uwaga o Kaladinie ciekawa, natomiast – znów – uważam, że można było sporo powycinać. Ale rozmawialiśmy o tym nie raz. ;-)

23-01-2015 00:26

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.