» Recenzje » Czerwony Rycerz

Czerwony Rycerz


wersja do druku

Nie taki najemnik straszny...

Autor: Redakcja: Michał 'von Trupka' Gola, Tomasz 'Asthariel' Lisek

Czerwony Rycerz
Czerwony Rycerz Milesa Camerona zaskakuje niecodziennym połączeniem pozornie sprzecznych motywów. To książka fantasy nawiązująca stylistyką do średniowiecznych eposów rycerskich, mająca jednak wyraźne naleciałości rodem z Czarnej Kompanii Glena Cooka. Czy takie połączenie mogło się udać?

Osią fabularną powieści Milesa Camerona jest obrona żeńskiego klasztoru przed zmasowanym atakiem potworów z Dziczy. Młody dowódca broniącej budowli kompanii najemników, Czerwony Rycerz, zawiera z przeoryszą klasztoru kontrakt dotyczący odnalezienia i wyeliminowania bestii odpowiedzialnej za śmierć kilku osób. Wkrótce jednak okazuje się, iż pozornie odosobnione incydenty stanowią zapowiedź zakrojonej na szeroką skalę inwazji Dziczy, a to co początkowo wydawało się prostym zleceniem – zadaniem dla prawdziwej elity… albo szaleńców. Rozpoczyna się krwawa jatka, w której na szali postawione jest coś więcej niż życie garstki najemników i zakonnic.

Redakcyjny blurb w miarę wiernie oddaje to, czego czytelnik może spodziewać się sięgając po powieść Camerona. Historia obrony klasztoru jest krwawa, brutalna i na pozór w żaden sposób nie przypomina średniowiecznych eposów rycerskich. Głównymi bohaterami są zaciężni żołdacy, z których wielu tylko krok dzielił od życia kryminalisty – zresztą wielu z nich bardziej przypomina zbójników niż członków dobrze zorganizowanego oddziału wojskowego. Jednak Czerwony Rycerz to ktoś zupełnie innego kalibru – chociaż jest młody, umie wymusić posłuch i zaprowadzić dyscyplinę. Ten szlachetnie urodzony młodzieniec zdobył wykształcenie niedostępne zwykłym wojownikom i potrafi zastosować swoją wiedzę w praktyce, dzięki czemu jego błyskotliwe (chociaż nie zawsze popularne) posunięcia powoli zjednują mu szacunek nawet najbardziej opornych podwładnych i poprawiają reputację całej kompanii.

W sposobie przedstawienia całego oddziału widać wyraźne nawiązania do Cooka – najemnicy walczą z siłami wroga znacznie od nich potężniejszego, w wojnie, której prawideł do końca nie rozumieją. Nie do końca mogą też ufać swoim zleceniodawcom, którzy w oczywisty sposób nie całkiem są z nimi szczerzy. Tak jak w Czarnej Kompanii wojownicy są wyzbyci jakichkolwiek ideałów, sprawiają wrażenie brutalnych, nieokrzesanych i jasne jest, iż tylko przypadek postawił ich po stronie "tych dobrych". Jednak podobnie jak u autora Ksiąg Południa, w miarę lektury następuje ich stopniowa rehabilitacja i czytelnik (nieoczekiwanie dla samego siebie) zaczyna żywić coraz cieplejsze uczucia do tych nieokrzesanych narwańców. Okazuje się, że za maskami brutalnych twardzieli kryją się zwyczajni ludzie, uciekający przed przeszłością, rodzinami, pełni lęków i nawiedzających ich koszmarów. Nie każdy z nich zasługuje na sympatię, jednak szybko staje się jasne, iż jakiekolwiek generalizowanie jest całkowicie błędne.

Powyższe stwierdzenie odnosi się również do pojawiających się na kartach powieści rycerzy. Ubrani w lśniące zbroje, górnolotnie prawiący  o męstwie, poświęceniu i gotowości oddania życia za wyższą sprawę, bardzo często pokazują, iż ich rycerskość to tylko wynik odpowiedniego urodzenia oraz treningu. Prawdziwych rycerzy u Camerona w przeważającej części wyróżnia przede wszystkim arogancja, buta, przeświadczenie o własnej wielkości i brak poszanowania dla zwykłych ludzi, zaś dopiero prawdziwa walka weryfikuje, który z nich wart jest noszenia oznak swojego stanu. Wnioski jakie można wysnuć po lekturze nie są jednoznaczne, aczkolwiek dyskusyjne staje się pytanie, kto bardziej zasługuje na miano rycerza: szlachetnie urodzony "Pan rycerz", który w przypływie gniewu zabił niewinnych ludzi, czy też wywijający mieczem najemnik zabijający setnego potwora i ostatkiem sił broniący wejścia do zamku, w którym kryją się przerażeni wieśniacy. Właśnie tutaj widać wyraźnie odniesienia do średniowiecznych eposów rycerskich (aczkolwiek z wyraźnym odejściem od literackich pierwowzorów), bowiem opisy desperackich wysiłków garstki obrońców mają w sobie wiele heroizmu i przypominają zmagania opiewane w dawnych pieśniach.

Trzeba także dodać, iż w kreacji Czerwonego Rycerza autor w dość oczywisty sposób do nich nawiązuje, bawiąc się jednocześnie pewnymi charakterystycznymi dla gatunku schematami. Nieustraszony (aczkolwiek dręczony przez demony przeszłości), w głębi serca prawy (mimo otwartych bluźnierstw przeciw Bogu i czasami dwuznacznego pod względem moralnym postępowania), z podniesionym czołem stanie do każdego boju bez wahania płacąc nawet najwyższą cenę. To właśnie ten wojownik, jak sam o sobie mówi bękart o owianej nimbem tajemnicy przeszłości (kolejne elementy układanki dotyczącej tożsamości Czerwonego Rycerza wskakują na swoje miejsca w trakcie lektury), jest ukazywany niczym legendarny bohater predestynowany do wielkich czynów, zaś czytelnik czuje się jakby był świadkiem jego pierwszych kroków na drodze do chwały.

Przez karty powieści przewija się cała gama postaci reprezentujących różne grupy społeczne,  począwszy od króla i jego dworu, rycerzy i najemników, poprzez kupców, wieśniaków oraz zakonnice, na istotach pochodzących z dziczy skończywszy. Autor starał się nadać każdej z nich cechy indywidualne. Jednakże nie do końca mu się to udało, bowiem tylko kilka spośród nich wybija się ponad przeciętność przykuwając uwagę czytelnika i stając się od razu rozpoznawalnymi. W pamięć zapadają królowa Dezyderata, mag Harmodiusz, przeorysza, sir Gawin oraz przybyły z Galii captal – reszta jest identyfikowana bardziej poprzez kontekst niż cechy osobowościowe. Przez pierwszą połowę lektury ilość wspominanych z imienia rycerzy może wywołać istny zawrót głowy, a ustalenie który „sir” jest obecnie w centrum uwagi nastręcza pewne problemy. Należy tutaj wspomnieć, iż autor wybrał dość trudny sposób narracji, gdyż wydarzenia ukazywane są naprzemiennie oczami bardzo wielu postaci (przynajmniej kilkunastu), zaś przeskoki są na tyle częste, iż utrudniają czytelnikowi rozeznanie, co zdecydowanie wpływa ujemnie na przyjemność z lektury.

Liczne słowa uznania należą się za to autorowi za pomysł i przedstawienie świata powieści. Stwierdzenie, iż jest ona osadzona w typowych dla wielu powieści fantasy realiach średniowiecznych byłoby zbytnim uproszczeniem. Już od pierwszych stron podkreślony został wyraźny podział na świat ludzi oraz Dzicz (czyli pierwotną, pełną magii puszczę zamieszkałą przez hordy potworów), który definiuje wszystko – począwszy od osadnictwa, poprzez sposób prowadzenia wojen, na teologii i sztuce praktykowania magii skończywszy. Ten podział na to co pierwotne, dzikie i nieokiełznane (a co za tym idzie w mniemaniu ludzi złe) oraz w miarę uporządkowane, znane i cywilizowane (postrzegane jako pochodzące od Boga i dobre) stanowi podstawę światopoglądu wszystkich ludzi, punkt odniesienia i swego rodzaju drogowskaz. Tylko nieliczni potrafią spojrzeć na świat z szerszej perspektywy… i tutaj dochodzimy do kwestii, które są zbyt ważne dla fabuły aby coś więcej o nich wspomnieć. Wystarczy dodać, że tak jak wszystko w tej powieści, także w tej kwestii pierwsze wrażenie może być mylne, zaś wyraźne podziały i sądy klasyfikujące służą tylko jako punkt wyjścia do dalszych rozważań. W głowie czytelnika pojawia się w pewnym momencie pytanie, czy drapieżnik zabijający sarnę jest zły, czy też takie jest prawo natury? Czy potwory z Dziczy, komunikujące się tak jak ludzie, potrafiące kochać i opłakiwać zmarłych, są bestiami, czy też czyni je nimi ludzka krótkowzroczność?

Niestety, te warte uwagi i głębszego zastanowienia zagadnienia (na które autor wcale nie udziela jednoznacznej odpowiedzi) giną w natłoku brutalnej, krwawej nawalanki. Czerwony Rycerz ma ponad 800 stron i to wcale nie dużą czcionką, zaś ponad połowa zawiera rozbudowane, barwne, porażające przywiązaniem do detali i niezwykle realistyczne opisy wojskowych zmagań. Znajdziemy tutaj szarże konnicy, popisy strzeleckie łuczników, pojedynki jeden na jednego z mieczem, nożem, toporem i różnymi innymi typami oręża, magiczne ataki palące, trujące i niszczące mury, rozszarpywanie wrogów gołymi rękami (lub łapami), działania zwiadowcze, dywersje i wszystko co rozmiłowana w zbrojnych potyczkach dusza zapragnie. Jednak po kilkuset stronach takich relacji można poczuć się naprawdę zmęczonym – następny trup (nawet znanej postaci) już nikim nie wstrząsa, kolejna krwawa jatka nie wywołuje emocji, zaś spektakularne odparcie ataku przeważających sił wroga zostaje skwitowane ledwie wzruszeniem ramion. Cameron zwyczajnie przedobrzył. Jako znawca militariów i prawdziwy miłośnik historycznych rekonstrukcji, świetnie się spisał w zakresie budowania nastroju i oddawania realizmu walki, jednak trochę za bardzo dał się porwać swojej pasji. Jeśli ktoś nie przepada za tego typu opowieściami, gdzie trup ściele się gęsto a opis jednej potyczki zajmuje kilka, albo kilkanaście stron, bardzo szybko poczuje się zmęczony.

Czerwony Rycerz zdecydowanie może się podobać, ale nie jest lekturą dla każdego. Miles Cameron miał świetny pomysł, jednakże jego realizacja pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy serii będą już lepiej wyważone.

7.5
Ocena recenzenta
7.4
Ocena użytkowników
Średnia z 5 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Czerwony rycerz
Cykl: Syn zdrajcy
Tom: 1
Autor: Miles Cameron
Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Wydawca: MAG
Data wydania: 13 stycznia 2016
Liczba stron: 832
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-7480-630-5
Cena: 49 zł



Czytaj również

Okrutny miecz
Okrutny cios w czytelnika
- recenzja
Czerwony Rycerz
Za garść florenów
- recenzja
Okrutny miecz
- fragment
Czerwony rycerz
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.