» Fragmenty książek » Czasomierze

Czasomierze

Czasomierze

Fala gorąca

1984, 30 czerwca

Rozsuwam zasłony w moim pokoju, widzę spragnione deszczu niebo i szeroką rzekę pełną statków i łodzi, ale ja już myślę o czekoladowych oczach Vinny’ego, o strużce szamponu, która spływa po jego plecach, o jego ramionach zroszonych kroplami potu, o jego cwaniackim śmiechu, i serce wali mi jak wściekłe. Boże, tak bym chciała budzić się teraz u niego, na Peacock Street, a nie w moim głupim pokoju. Wczoraj wieczorem jakoś tak mi się niechcący wyrwało: „Jezu, Vin, ja cię naprawdę kocham”, a Vinny wypuścił kłąb dymu i odparł, udając księcia Karola: „Nie mogę zaprzeczyć, droga Holly, że czas spędzany z tobą również należy do szalenie przyjemnych”. A ja się mało nie poszczałam ze śmiechu, chociaż, jeśli mam być szczera, trochę się wkurzyłam, że nie odpowiedział: „Ja też cię kocham”. Ale przecież w każdym kolorowym piśmie piszą, że chłopaki, żeby przemycić coś poważniejszego, zawsze robią sobie jaja. Szkoda, że nie mogę teraz do niego zadzwonić. Szkoda, że nie wynaleziono takich telefonów, żeby z każdym można było rozmawiać wszędzie i kiedy tylko się chce. Vinny pewnie właśnie jedzie na swoim nortonie do pracy, do Rochester, w skórzanej kurtce z napisem LED ZEP wybitym srebrnymi ćwiekami. We wrześniu, kiedy skończę szesnaście lat, też mnie gdzieś na swoim nortonie zabierze.

Ktoś na dole trzaska drzwiczkami szafki.

Mama. Nikt inny nie ośmieliłby się tak trzaskać.

„A jeśli odkryła?” – pyta złowieszczy głos.

Nie. Byliśmy z Vinnym bardzo ostrożni.

Matka ma menopauzę. To na pewno dlatego.

Na moim adapterze leży Fear of Music Talking Heads. Vinny kupił mi ten longplay w sobotę, przy naszym drugim spotkaniu w Magic Bus Records. Rewelacyjna płyta. Lubię Heaven i Memories Can’t Wait, ale w ogóle wszystkie kawałki są na niej super. Vinny był w Nowym Jorku i widział Talking Heads na żywo. Jego kumpel Dan był tam ochroniarzem, a po koncercie wprowadził Vinny’ego za kulisy i poszli balangować z Davidem Byrne’em i całym zespołem. Jak w przyszłym roku znowu tam pojedzie, to mnie weźmie. Ubieram się, odnajdując na moim ciele każdy zaróżowiony ślad zębów i ust Vinny’ego. Tak bardzo bym chciała dzisiaj posiedzieć u niego, ale on jedzie do Dover spotkać się z kumplami. Moja najlepsza przyjaciółka Stella pojechała do Londynu, żeby się obkupić w używane ciuchy na Camden Market. Mama mówi, że mam jeszcze za mało lat, żeby jeździć do Londynu bez dorosłych, więc Stella zamiast mnie wzięła Ali Jessop. Czyli największą atrakcją dnia będzie dziś dla mnie odkurzanie dywanów w pubie, żeby zarobić trzy funty kieszonkowego. Hurra-hurra. No i mam w przyszłym tygodniu egzaminy, do których się muszę pouczyć. Z wielką chęcią oddałabym czyste kartki i pokazała wszystkim, gdzie mogą sobie wsadzić twierdzenie Pitagorasa, Władcę much i cykl życiowy obleńców. Może i tak zrobię.

Właśnie. Może dokładnie tak zrobię.

* * *

W kuchni na dole panuje atmosfera lodowata, niemal arktyczna.

– Dzień dobry – mówię, ale tylko Jacko podnosi wzrok znad rysunków, zza stołu przy oknie.

Sharon ogląda w salonie kreskówki. Tata w holu na dole rozmawia z facetem od dostaw, a ciężarówka z browaru stoi z warczącym silnikiem przed pubem. Mama kroi jabłka na kompot i nie odzywa się do mnie. Mam zapytać: „Co się stało, mamo? Co takiego zrobiłam?”, ale mam to w dupie. Ewidentnie nie uszło jej uwagi, że wczoraj wieczorem późno wróciłam, ale jeśli chce porozmawiać, niech sama zacznie. Polewam mlekiem płatki w misce i zanoszę na stół. Mama z głośnym brzękiem przykrywa patelnię pokrywką i podchodzi do mnie.

– Co masz na swoje wytłumaczenie?

– I nawzajem dzień dobry, mamo. Ale dziś upał.

– Co masz na swoje wytłumaczenie, moja droga?

Jeśli nie wiadomo, jak się zachować, najlepiej udawać niewinną.

– Ale w jakiej sprawie?

Jej oczy zwężają się w żmijowe szparki.

– O której wróciłaś do domu?

– O rany, no dobrze, byłam trochę później, przepraszam.

– Dwie godziny to nie „trochę”. Gdzie byłaś?

Dokładnie rozgryzam płatki.

– U Stelli. Straciłam rachubę czasu.

– To dziwne, naprawdę bardzo dziwne. Bo o dziesiątej zadzwoniłam do mamy Stelli, żeby cię szukać, i podobno wyszłaś stamtąd przed ósmą. Więc kto tutaj kłamie? Mama Stelli czy ty?

Cholera.

– Poszłam się jeszcze przejść.

– A niby dokąd?

Wyraźnie akcentuję każde słowo.

– Poszłam się przejść nad rzekę.

– Nad rzekę w prawo czy w lewo? Ta przechadzka?

Odczekuję chwilę w milczeniu.

– A co za różnica?

W telewizyjnej kreskówce słychać głośny wybuch. Mama każe siostrze:

– Sharon, wyłącz to, wyjdź i zamknij drzwi.

– To niesprawiedliwe! Holly dostaje kazanie, nie ja.

– Już, Sharon. I ty, Jacko, też. Masz wyjść i... – Ale Jacko już zniknął. Kiedy Sharon wychodzi, mama ponownie przypuszcza atak: – Tak zupełnie sama byłaś się przejść?

Skąd to przeczucie, że mnie podpuszcza?

– Sama.

– A daleko zaszłaś? Tak zupełnie sama?

– Ale mam ci podać w milach czy w kilometrach?

– A może tak sobie spacerowałaś, aż zaszłaś na Peacock Street do pewnego mężczyzny nazwiskiem Vincent Costello? – Kuchnia nagle wiruje, a za oknem, na brzegu rzeki po stronie Essex mały ludzik z patyczków wprowadza rower na prom. – Co? Nagle zaniemówiłaś? Przypomnę ci jak było: o dziesiątej wieczorem zasłaniałaś okno u niego w salonie. Miałaś na sobie podkoszulek i niewiele więcej.

Owszem, zeszłam na dół po piwo dla Vinny’ego. Owszem, zasłoniłam okno. I tak, ktoś akurat przechodził chodnikiem.

Spokojnie, powtarzałam sobie, jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat ten ktoś cię rozpozna? Mama myśli, że pęknę i się przyznam, ale ja odcinam się żartem:

– Marnujesz się jako barmanka, mamo. Powinnaś kierować agentami wywiadu w MI5.

Mama posyła mi jedno ze swoich piorunujących spojrzeń.

– Ile on ma lat?

Zakładam ręce na piersi.

– Nie twoja sprawa.

Z oczu mamy zostają tylko wąskie szparki.

– Podobno dwadzieścia cztery.

– Skoro wiesz, to po co mnie pytasz?

– Bo to nielegalne, żeby dwudziestoczteroletni mężczyzna zadawał się z piętnastoletnią uczennicą. Za to grozi więzienie.

– We wrześniu kończę szesnaście lat. I mam wrażenie, że policja hrabstwa Kent ma ważniejsze sprawy na głowie. Jestem wystarczająco dorosła, żeby decydować, z kim się spotykam.

Mama zapala czerwonego marlboro. Dałabym się zabić za jednego.

– Kiedy powiem ojcu, obedrze tego Costello żywcem ze skóry.

Owszem, tata musi od czasu do czasu wypraszać z pubu zalanych gości, wszyscy barmani od czasu do czasu muszą, ale nie jest typem, który obdzierałby kogokolwiek ze skóry.

– Brendan miał piętnaście lat, kiedy chodził z Mandy Fry, i jeśli myś­lisz, że tylko trzymali się za ręce na huśtawkach, to jesteś w błędzie. A jakoś nie przypominam sobie, żebyś prawiła mu kazania, że to grozi więzieniem.

Mama cedzi słowa, jakbym była przygłupia:

– Z chłopcami. Jest. Inaczej.

Głośno wzdycham, co ma oznaczać: „nie wierzę, że tego słucham”.

– Otóż oznajmiam ci, Holly, że już się więcej nie spotkasz z tym... sprzedawcą samochodów. Po moim trupie.

– Właśnie że będę się spotykała z kim mi się podoba!

– Od dziś obowiązują nowe zasady. – Mama gasi papierosa. – Zawożę cię do szkoły i przywożę po lekcjach. Nie wolno ci się ruszać na krok z domu, chyba że ze mną, z ojcem, z Brendanem albo z Ruth. I jeśli zobaczę, że ten pedofil się tu kręci, natychmiast zawiadamiam policję. Zrobię tak, jak Bóg mi świadkiem. I... i... zadzwonię też do jego szefa i powiem, że jego pracownik uwodzi nieletnie uczennice.

Długie sekundy sączą się powoli, zanim to wszystko w końcu we mnie wsiąka.

Oczy zaczynają mnie piec i walczę ze łzami, ale za nic w świecie nie dam Frau Hitler satysfakcji.

– To nie Arabia Saudyjska! Nie możesz mnie zamknąć!

– Dopóki mieszkasz w naszym domu, masz się stosować do naszych zasad. Kiedy ja byłam w twoim wieku...

– Tak, tak, wiem, miałaś dwudziestu braci, trzydzieści sióstr, czterdzieścioro dziadków i babć, i pięćdziesiąt akrów ziemniaków do obrobienia w wykopki, bo takie, kurwa, było życie w Irlandii. Ale tu jest Anglia, mamo, Anglia! Lata osiemdziesiąte! I jeśli życie po pachy w gnoju w West Corku było takie zajebiste, to po co, kurwa, w ogóle przyjeżdż...

Chlast! Dostaję w lewy policzek.

Patrzymy na siebie: ja dygoczę cała w szoku, mama dyszy tak rozwścieczona, że jeszcze jej nigdy nie widziałam w takim stanie i – tak sądzę – chyba uświadamia sobie, że właśnie bezpowrotnie zniszczyła coś, czego już się nigdy nie da naprawić. Wychodzę z pokoju bez słowa, jakbym to ja była górą w tej kłótni.

* * *

Płaczę tylko trochę, i to bardziej łzy przez zaskoczenie sytuacją niż jakieś tam wielkie szlochy. A kiedy kończę płakać, podchodzę do lustra. Oczy mam lekko opuchnięte, ale konturówka doskonale to maskuje... Jeszcze odrobina szminki, trochę różu... Gotowe. Dziewczyna w lustrze jest kobietą o krótko przyciętych, czarnych włosach, w podkoszulce z napisem Quadrophenia i w czarnych dżinsach. „Mam ci coś do zakomunikowania”, mówi. „Dziś wyprowadzasz się do Vinny’ego”. Zaczynam wyliczać powody, dla których nie mogę, ale przestaję. „Tak”, zgadzam się, jednocześnie podekscytowana i spokojna. Rzucam też szkołę. Od zaraz. Za chwilę będą wakacje i wychowawczyni nie zdąży nawet zagwizdać w tej sprawie, a we wrześniu skończę szesnaście lat i liceum Windmill Hill będzie mogło mi skoczyć. Czy rzeczywiście się na to zdobędę?

Zdobędziesz się. Pakuj się, czyli. Ale co pakuj? Wszystko, co tylko zmieści się do mojej sportowej torby. Majtki, staniki, podkoszulki, skórzaną kurtkę, kosmetyczkę, blaszane pudełko z bransoletkami i wisiorkami. Szczoteczkę do zębów, garść tamponów – okres mi się trochę spóźnia, więc pewnie dostanę go lada moment. Forsę. Przeliczam trzynaście funtów osiemdziesiąt pięć pensów odłożone w samych drobnych. Mam jeszcze osiemdziesiąt funtów na książeczce bankowej w TSB. Ale przecież Vinny nie każe mi płacić czynszu, a w przyszłym tygodniu poszukam pracy. Mogę opiekować się dziećmi, pracować w supermarkecie, być kelnerką – jest mnóstwo sposobów na zarobienie forsy. A moje płyty? Nie mogę zatargać całej kolekcji na Peacock Street, a mama jest zdolna do tego, żeby po złości rozdać je wszystkie ubogim, więc biorę tylko Fear of Music, owijam ją starannie skórzaną kurtką i wkładam ostrożnie do torby, żeby okładka się nie pozaginała. Resztę płyt chowam pod luźną deską w podłodze, tak na razie, ale kiedy z powrotem zasłaniam deski dywanem, ze strachu serce podchodzi mi do gardła: w drzwiach stoi Jacko i uważnie patrzy, co robię. Jest jeszcze w piżamie z postaciami z Thunderbirds, i w kapciach.

– Dostanę przez ciebie zawału, kolego.

– Idziesz – stwierdza Jacko jakimś nieobecnym tonem.

– Powiem ci w tajemnicy, że tak, idę. Ale niedaleko, nie martw się.

– Zrobiłem ci coś na pamiątkę.

Jacko wręcza mi tekturowe kółko z wieczka pudełka po serkach topionych, z narysowanym labiryntem. Ma świra na punkcie labiryntów – to przez te wszystkie książki Dungeons & Dragons, które czytają z Sharon. Labirynt, który dla mnie narysował, jest jak na niego banalnie prosty. Składa się z ośmiu czy dziewięciu kółek, jedno wewnątrz drugiego.

– Weź – mówi. – Jest diaboliczny.

– Wygląda całkiem, całkiem.

– „Diaboliczny” znaczy „szatański”.

– A dlaczego twój labirynt jest szatański?

– Bo wszędzie goni cię Zmierzch. Jak cię dotknie, przestajesz istnieć, więc wystarczy, że raz skręcisz w ślepy korytarz, i po tobie. Dlatego musisz się nauczyć tego labiryntu na pamięć.

Jezu, mój młodszy brat to totalny świr.

– Dobrze. Dzięki, Jacko. Posłuchaj, mam jeszcze parę spraw do...

Jacko trzyma mnie za nadgarstek.

– Naucz się tego labiryntu, Holly. Zrób to dla brata-świra. Proszę.

Zaczynam czuć się nieswojo.

– Dziwnie się zachowujesz, kolego.

– Obiecaj mi, że nauczysz się na pamięć drogi przez te meandry, tak żebyś w razie potrzeby mogła przejść je w ciemności. Proszę.

Młodsi bracia moich koleżanek mają fazę na kolejki elektryczne albo na BMX-y, albo na gry karciane – dlaczego mój musi mieć fazę na labirynty i używać słów jak „meandry” i „diaboliczny”? Bóg jeden wie, jak przetrwa w Gravesend, jeśli będzie gejem. Tarmoszę mu włosy.

– Zgoda, obiecuję, że nauczę się twojego labiryntu na pamięć. – Wtedy Jacko przytula się do mnie, co jest dziwne, bo Jacko nie należy do dzieciaków, które się przytulają. – Hej, nie odchodzę daleko... Zrozumiesz to, kiedy będziesz starszy i...

– Wyprowadzasz się do swojego chłopaka.

Teraz już nie powinno mnie to dziwić.

– Owszem.

– Uważaj na siebie, Holly.

– Vinny jest fajny. A kiedy mama już się z tym pogodzi, będziemy się widywać. Przecież nie przestaliśmy się odwiedzać z Brendanem, kiedy się ożenił z Ruth, prawda?

Ale Jacko wsuwa tylko tekturowe wieczko głęboko do mojej torby, patrzy na mnie ostatni raz i znika.

* * *

Mama zjawia się na schodach na piętrze z koszem podkładek z barowego kontuaru, jakby czatowała, aż wyjdę.

– Ja nie żartuję. Masz szlaban. Wracaj na górę. W przyszłym tygodniu masz egzaminy. Czas przysiąść fałdów i zabrać się za powtarzanie materiału.

Chwytam poręcz schodów.

– „Nasz dom, nasze zasady”, sama powiedziałaś. W porządku. Nie potrzebuję waszych zasad ani waszego domu i nie będziesz mnie biła, kiedy tylko puszczą ci nerwy. Ty sama byś tego nie wytrzymała. Prawda?

Przez twarz mamy przebiega krótki grymas i jeśli teraz powie to, co chcę usłyszeć, będziemy negocjować. Ale nie, patrzy tylko na moją sportową torbę i wzdycha, jakby nie mogła uwierzyć, jaka jestem głupia.

– Kiedyś potrafiłaś myśleć.

Schodzę więc dalej.

Z góry słyszę jej głos, a w nim większe napięcie:

– A co ze szkołą?

– Sama sobie chodź, jeśli szkoła jest aż tak ważna.

– Mnie nigdy nie dano takiej możliwości, Holly! Zawsze miałam na głowie pub, ciebie, Brendana, Sharon i Jacko, musiałam was nakarmić, ubrać i posłać do szkół, żebyście wy nie musieli marnować życia na myciu kibla, opróżnianiu popielniczek i harowaniu jak wół, bez cienia szansy na wcześniejsze pójście spać chociaż raz w tygodniu.

Spływa to po mnie. Schodzę dalej.

– Proszę bardzo, idź. Wyprowadzaj się. Dostań po dupie od życia. Daję ci trzy dni, zanim twój Romeo cię wyrzuci. Bo to nie ciekawa osobowość dziewczyny interesuje facetów, Holly. O nie, nigdy.

Ignoruję ją. Z holu widzę Sharon za barem przy półkach z sokami. Pomaga tacie uzupełniać towar, ale widzę, że wszystko słyszała. Macham do niej ręką na pożegnanie, a ona odpowiada mi nerwowym gestem. Przez klapę do piwnicy dobiega echem głos taty, który podśpiewuje Ferry ‘Cross The Mersey. Lepiej go w to nie mieszać. Przed mamą zawsze będzie trzymał jej stronę. Ale przed bywalcami pubu będzie żartował: „Tylko idiota wchodzi między dziobiące się kury”, a oni będą potakiwać i pomrukiwać pod nosem: „Święta racja, Dave”. Poza tym wolałabym nie być przy tym, jak tata dowiaduje się o Vinnym. Nie chodzi o to, że jest mi wstyd, ale po prostu wolałabym, żeby mnie przy tym nie było. Newky śpi w swoim koszu.

– Jesteś najbardziej śmierdzącym psem w całym Kencie – mówię mu, żeby powstrzymać się od łez – ty stary pchlarzu. – Klepię go po grzbiecie, odsuwam zasuwkę w bocznych drzwiach i wychodzę na Marlow Alley. Drzwi zamykają się za mną z trzaskiem.

* * *

Na West Street jest zbyt jasno i zbyt ciemno, jak w telewizorze z rozregulowanym kontrastem, więc zakładam okulary słoneczne i świat staje się bardziej jak ze snu, ale jednocześnie żywszy i bardziej prawdziwy. Boli mnie gardło i cała się trzęsę. Nikt nie wybiega za mną z pubu. To dobrze. Obok mnie przejeżdża betoniarka i spalinowy podmuch kołysze z szelestem liśćmi kasztanowca. Wdycham zapach rozgrzanego asfaltu, smażonych frytek i leżących od tygodnia śmieci, które już przesypują się z pojemników – śmieciarze znowu strajkują.

Chmary ptaszków śmigają i ich skrzydełka furkoczą jak takie blaszane gwizdki na sznurkach, jakie dzieciaki dostają na urodziny – przynaj­mniej kiedyś dostawały – a banda chłopaków gra w podchody w parku wokół kościoła przy Crooked Lane. „Widzę cię! Za drzewem! Wychodź!”. Gówniarze. Stella mówi, że starsi mężczyźni są lepszymi kochankami, bo u chłopaków w naszym wieku lodzik się roztapia, kiedy tylko weźmiesz go w rękę. Tylko Stella wie o Vinnym – była ze mną w tę pierwszą sobotę w Magic Bus Records – ale ona potrafi dotrzymać tajemnicy. Kiedy uczyła mnie palić, a ja za każdym zaciągnięciem się rzygałam, nie śmiała się ani nikomu nie wygadała. I powiedziała mi wszystko, co powinnam wiedzieć o chłopakach. Stella jest najfajniejszą dziewczyną ze wszystkich piątych klas w naszej szkole. Spokojnie najfajniejszą.

Crooked Lane wije się w górę od rzeki, a potem skręcam z niej w ­Queen Street, gdzie prawie taranuje mnie dziecięcym wózkiem Julie Walcott. Jej bachor wydziera się wniebogłosy, a ona wygląda jak śmierć. Kiedy zaszła w ciążę, odeszła ze szkoły. Z Vinnym uważamy jak nie wiem co i tylko raz kochaliśmy się bez gumki, za pierwszym razem, a to przecież naukowo udowodnione, że dziewice nie mogą zajść w ciążę. Stella mi powiedziała.

Queen Street jest przystrojona chorągiewkami, jakby z okazji Dnia Niepodległości Holly Sykes. Sprzedawczyni w sklepie z wełną, starsza Szkotka, podlewa kwiaty w wiszących doniczkach, pan Gilbert, jubiler, wykłada na wystawę aksamitne tace z pierścionkami, a rzeźnicy Mike i Todd rozładowują z furgonetki kilkanaście bezgłowych świńskich trucheł, które wiszą na hakach. Przed biblioteką grupka związkowców zbiera do kubłów pieniądze dla strajkujących górników, a Socialist Workers trzymają tablice z napisami „WĘGLA NIE ZASIŁKÓW” i „THATCHER NA WOJNIE Z ROBOTNIKAMI”. Ed Brubeck jedzie w tę stronę na rowerze. Wchodzę do Indoor Market, żeby mnie nie widział. W zeszłym roku Brubeck przeprowadził się do Gravesend z Manchesteru, gdzie jego ojciec odsiadywał wyrok za włamanie i napaść. Brubeck nie ma żadnych kolegów i nie widać po nim, żeby chciał jakichś mieć. Normalnie taki ktoś nie miałby życia w naszej szkole, ale kiedy jeden chłopak z szóstej klasy do niego wyskoczył, Brubeck rozwalił mu facjatę i od tamtej pory wszyscy zostawiają go w spokoju. Teraz przejeżdża koło mnie, ale mnie nie zauważa. Do ramy roweru ma przyczepioną wędkę. Idę dalej. Przy salonie gier uliczny muzykant gra na klarnecie jakieś smęty. Ktoś wrzuca mu drobne do futerału, a grajek natychmiast przerzuca się na temat z Dallas. Dochodzę do Magic Bus Records i zaglądam do środka. Wtedy szukałam pod „R”, jak „Ramones”. Vinny mówi, że szukał pod „H”, jak „Hacjenda”, albo „Hocki-klocki”, albo „Holly”. Wzdłuż tylnej ściany stoi kilka używanych gitar. Vin potrafi zagrać intro do Stairway to Heaven, ale nigdy nie słyszałam, jak gra dalej. Nauczę się grać na jego gitarze, kiedy on będzie w pracy. Razem moglibyśmy założyć zespół. Nic nie stoi na przeszkodzie – Tina Weymouth jest dziewczyną, a gra na basie w Talking Heads. Wyobrażam sobie minę mamy, która zarzeka się: „Nie mam już córki”, a potem ogląda mnie w Telewizyjnej Liście Przebojów. Problem mamy polega na tym, że nigdy nikogo nie kochała tak głęboko, jak my kochamy się z Vinem. Jasne, z tatą się jakoś dogaduje, chociaż cała jej rodzina z Corku nigdy za nim nie przepadała, bo nie jest ani Irlandczykiem, ani katolikiem. Moje starsze cioteczne rodzeństwo z Irlandii z upodobaniem mi opowiadało, jak to ojciec zrobił mamie Brendana jeszcze przed ślubem. Teraz są już małżeństwem dwadzieścia pięć lat, co chyba nie jest słabym wynikiem, ale i tak rodziców nie łączy taka więź, jak Vina i mnie. Stella mówi, że od razu widać, że Vin i ja jesteśmy dla siebie stworzeni jak dwie bratnie dusze.

* * *

Przed budynkiem NatWestu na Milton Road wpadam na Brendana. Włosy zaczesane na żel, krawat w turecki wzór, marynarka zarzucona na ramię. Można by pomyśleć, że idzie prowadzić kurs dla przystojniaków, a nie do pracy w kancelarii Stotta i Conwaya. Starsze siostry moich koleżanek kochają się w Brendanie – chyba się porzygam. Brendan ożenił się z Ruth, córką swojego szefa, pana Conwaya. Ślub odbył się w ratuszu, a wystawne przyjęcie w Chaucer Country Club. Nie byłam druhną, bo nie noszę sukienek, a już na pewno unikam takich, w których wygląda się jak figurka z kolekcji „Przeminęło z wiatrem”, więc druhnami były Sharon i siostrzenice Ruth. Przyjechała prawie cała nasza rodzina z Corku. Złoty chłopiec mamy i złota mama Brendana. Później będą roztrząsać każde słowo, które teraz powiem.

– Dzień dobry – mówię. – Co tam słychać?

– Wszystko dobrze. A w Kapitanie?

– W porządku. Mama dziś cała w skowronkach.

– Tak? – Brandon uśmiecha się zdziwiony. – A co się stało?

Wzruszam ramionami.

– Może wstała prawą nogą.

– To dobrze. – Zauważa moją sportową torbę. – Wybierasz się dokądś?

– Niezupełnie. Będziemy powtarzać francuski u Stelli Yearwood, a potem zostanę u niej na noc. W przyszłym tygodniu mamy egzaminy.

Brat jest pod wrażeniem.

– Tak trzymaj, siostra.

– Ruth już się lepiej czuje?

– Nie bardzo. Bóg wie, dlaczego nudności nazywają się „poranne”, skoro najgorzej jest w środku nocy.

– Może w ten sposób Matka Natura chce was przygotować na przyjście dziecka – zastanawiam się. – Te wszystkie nieprzespane noce, kłótnie, rzygi. To wymaga hartu.

Brendan nie łapie się na ten haczyk.

– Pewnie masz rację.

Trudno mi sobie wyobrazić Brendana w roli ojca, a jednak już na Gwiazdkę będzie tatą.

Za naszymi plecami oddział NatWestu otwiera drzwi i urzędnicy bankowi napływają sznurem do środka.

– Pan Conway na pewno nie zwolni własnego zięcia – mówię do Brendana – ale czy czasem nie zaczynasz pracy o dziewiątej?

– Prawda. Widzimy się jutro, jeśli zdążysz wrócić z tych waszych powtórek. Mama zaprosiła nas na obiad. Miłego dnia!

– Dopiero dziewiąta, ale to już najlepszy dzień w moim życiu – zapewniam mojego brata i pośrednio mamę.

Jeszcze godny Oskara błysk uśmiechu i Brendan odchodzi, dołączając do ludzi w garniturach i strojach służbowych, śpieszących do pracy w biurach, sklepach i fabrykach.

* * *

W poniedziałek dorobię klucz do drzwi wejściowych Vinny’ego, ale dzisiaj muszę się tam dostać naszą tajną drogą. Na ulicy, która nazywa się The Grove, tuż przed urzędem podatkowym jest mała alejka, na wpół schowana za kontenerem, z którego przelewają się worki na śmieci, śmierdzące napęczniałymi pieluchami. Brązowy szczur przygląda mi się jak jakiś jaśnie pan na gównie. Idę dalej alejką, skręcam w prawo i teraz jestem już między ścianą urzędu podatkowego a tylnymi ogródkami domów przy Peacock Street. Ten na samym końcu, ostatni przed torami kolejowymi, to dom Vinny’ego. Przeciskam się przez luźne sztachety i brnę przez zarośnięty ogródek. Trawa i chwasty sięgają mi do pasa, a śliwa jest już cała w owocach, chociaż większość z nich zeżrą osy i robaki, bo Vinny zapowiada, że na pewno nie będzie mu się chciało zbierać. Ogród wygląda jak las w Śpiącej królewnie, który obrósł zamek, kiedy wszyscy zasnęli snem stuletnim. Vinny miał zajmować się ogródkiem na prośbę ciotki, ale ona mieszka w King’s Lynn i nigdy tu nie przyjeżdża. Poza tym Vinny ma duszę motocyklisty, nie ogrodnika. Kiedy już się tutaj urządzę, opanuję tę dżunglę. Trzeba po prostu kobiecej ręki. Mogłabym zabrać się do tego już dzisiaj, po sesyjce gry na gitarze (sama pouczę się grać). W rogu ogrodu, na wpół schowana za krzakami jeżyn, stoi szopa z narzędziami i kosiarką do trawy. Zasadzę tu słoneczniki, róże, bratki, goździki, lawendę i zioła w małych doniczuszkach. Będę piekła babeczki, ciasteczka i placki ze śliwkami, a Vinny będzie tylko wzdychał: „Jezu, jak ja sobie w ogóle dawałem bez ciebie radę?”. Wszystkie kolorowe pisma zawsze każą pamiętać, że droga do serca mężczyzny prowadzi przez żołądek. Przy beczce z deszczówką rój białych motyli obsiadł krzak o fioletowych palczastych liściach. Krzak wygląda, jakby obsypało go konfetti i przykryły koronki. I cały się rusza, jakby zaraz miał odlecieć.

Tylne drzwi nigdy nie są zamknięte na klucz, bo Vinny go zgubił. Nasze pudełka po pizzy i kieliszki po winie nadal stoją na blacie od wczorajszego wieczoru, ale nigdzie nie ma śladu przygotowywanego śniadania – Vinny musiał zaspać i pewnie wyleciał pędem do pracy, jak zwykle. Trzeba tu wszędzie porządnie wysprzątać, zetrzeć kurz, odkurzyć dywany. Ale najpierw kawa i szlug, bo zdążyłam zjeść tylko połowę płatków, zanim mama zaatakowała mnie prawym sierpowym. Zapomniałam kupić fajki po drodze – wyleciało mi z głowy po spotkaniu z Brendanem – ale Vinny trzyma paczkę w szafce nocnej, więc wspinam się po schodach do jego sypialni. A właściwie – do naszej sypialni. Zasłony nadal są zaciąg­nięte, w pokoju jest duszno i daje starą skarpetą. Więc wpuszczam trochę światła, otwieram okno, odwracam się i niemal krzyczę z przerażenia, bo Vinny leży w łóżku i ma minę, jakby się zesrał.

– To ja, to tylko ja – jąkam się. – Przepraszam, myślałam, że... jesteś w pracy.

Vinny łapie się za serce i śmieje się jakoś tak niepewnie, jakby właśnie dostał kulkę w pierś.

– Jezu, Hol. Myślałem, że to włamywacz!

Ja też jakoś tak niepewnie się śmieję.

– Jesteś... w domu.

– Coś popieprzyli z grafikiem – ta nowa sekretarka jest beznadziejna. Kev zadzwonił, że jednak mam dzień wolny.

– Super – cieszę się. – To rewelacyjnie... bo mam dla ciebie niespodziankę.

– Super. Uwielbiam niespodzianki. Ale wstaw najpierw czajnik z wodą, dobrze? Zaraz zejdę do kuchni. A nie, kurde, skończyła się kawa. Będziesz taka kochana i wyskoczysz do Staffy po słoik gold blend? Zwrócę ci pieniądze.

Najpierw muszę jednak zakomunikować:

– Mama wie o nas, Vin.

– Wie? Aha. – Robi zamyśloną minę. – Jasne. I jak na to...?

Nagle łapie mnie strach, że Vinny nie będzie mnie chciał.

– Nie najlepiej. Wpadła w furię. Oznajmiła, że nie mogę się więcej z tobą spotykać i zagroziła, że mnie zamknie w piwnicy. Więc wyszłam z domu. I...

Vinny patrzy na mnie nerwowo, nie rozumiejąc, do czego zmierzam.

– Więc czy mogę... pomieszkać u ciebie? Przynajmniej na razie.

Vinny przełyka ślinę.

– O-keeej... Jasne. Rozumiem. Taaak. Okej.

Nie brzmi to bardzo okej.

– Czyli zgadzasz się?

– Ta-ak. Jasne. Zgadzam się. Ale teraz naprawdę muszę się napić kawy.

– Poważnie? Och, Vin! – Ulga rozchodzi się po mnie dreszczem, jak w gorącej kąpieli. Przytulam się do niego. Jest spocony. – Jesteś najwspanialszy, Vinny! Bałam się, że możesz...

– Przecież nie pozwolimy, żeby takie puchate, mruczące seks-kociątko nocowało pod mostem. Ale teraz serio, Hol, mój organizm potrzebuje kawy jak Dracula krwi, więc...

Nie kończy zdania, bo go całuję, mojego Vinny’ego, mojego chłopaka, który był w Nowym Jorku i ściskał dłoń Davida Byrne’a. Moja miłość do niego wystrzela w górę przez całe ciało jak wrząca woda w bojlerze, a ja go przyciągam i przewracamy się na górę kołdry, ale góra nagle się porusza, a moja ręka odsłania fałdy pościeli i oto widzę moją najlepszą przyjaciółkę Stellę Yearwood. Zupełnie nago. Czuję się, jak w złym śnie, ale to nie sen.

Siedzę tam i wpatruję się tępo w jej krocze, aż Stella mówi:

– Chyba nie może się aż tak bardzo różnić od twojej, prawda?

Potem patrzę na Vinny’ego, który wygląda jakby puścił bąka i tylko z głupim chichotem jąka się jak debil:

– To nie jest tak, jak myślisz.

Stella ze stoickim spokojem przykrywa się z powrotem kołdrą i mówi Vinny’emu:

– Nie bądź palantem. To jest dokładnie tak, jak myślisz, Holly. Chcieliśmy ci powiedzieć, ale najwyraźniej wydarzenia nas uprzedziły. Prawda jest taka, że zostałaś olana. Nie jest to miłe, ale zdarza się każdemu, no, większości z nas, c’est la vie. Ale nie martw się, tego kwiatu to pół światu, więc oszczędź sobie wstydu i idź już. Miej trochę godności.

* * *

Kiedy w końcu przestaję ryczeć, orientuję się, że siedzę na kamiennym schodku na jakimś placyku, który z każdej strony jest otoczony ceglanymi ścianami starych pięcio- czy sześciopiętrowych budynków z wąskimi ślepymi oknami. Chwasty wwiercają się w szczeliny między płytami chodnika, a nasiona dmuchawca unoszą się w powietrzu jak w szklanej kuli. Kiedy trzasnęłam drzwiami Vinnego, nogi zaniosły mnie tutaj, na tyły szpitala miejskiego w Gravesend, gdzie doktor Marinus uwolnił mnie od Miss Constantin, gdy miałam siedem lat. Czy chociaż przywaliłam Vinny’emu? Poruszałam się jakby w smole. Nie mogłam oddychać. Vinny złapał mnie za nadgarstek, aż zabolało – ciągle boli – a Stella warczała tylko: „Weź dorośnij i daj nam, kurde, święty spokój, Holly. To jest życie, a nie odcinek Dynastii!”. A ja wyleciałam od nich, trzaskając drzwiami i biegłam dzikim pędem, byle przed siebie, dokądkolwiek, donikąd, dokądś... Wiedziałam, że kiedy tylko się zatrzymam, totalnie się rozkleję i zamienię w jedną wielką galaretę z glutów, a wtedy szpiedzy mamy doniosą na mnie, i to będzie dla niej jak wisienka na torcie. Bo mama miała rację. Kochałam Vinny’ego, jakby był częścią mnie samej, a on mnie lubił jak gumę do żucia. A kiedy już straciłam smak, wypluł mnie, odwinął z papierka kolejną i wsadził do buzi – i to nie byle kogo, bo Stellę Yearwood. Moją najlepszą kumpelę. Jak on mógł? Jak ona mogła?

Przestań ryczeć! Pomyśl o czymś innym...

* * *

Holly Sykes oraz Cuda i dziwy, część I. W 1976 roku miałam siedem lat. Przez całe wakacje nie spadła ani kropla deszczu i wyschłe ogrody zrobiły się rudo-żółte. Pamiętam, że susza była aż taka, że z Brendanem i mamą stawaliśmy z wiadrami w kolejce do pompy na końcu Queen Street. Właśnie tego lata zaczęłam słyszeć głosy. Słyszałam je w swojej głowie. Nie były to głosy szaleńców ani oblechów i niespecjalnie mnie przerażały, przynajmniej na początku. Nazywałam je „Ludźmi z Radia”, bo najpierw myślałam, że to w pokoju obok gra radio. Tylko że w pokoju obok nie było radia. Najwyraźniej słyszałam je w nocy, ale za dnia, kiedy byłam w szkole, też nie przestawały mówić, jeśli wokół było cicho, na przykład na klasówce. Trzy albo cztery głosy mówiły naraz i nigdy nie mogłam zrozumieć ich słów. Pamiętałam opowieści Brendana o szpitalach dla wariatów i o ludziach w białych kitlach, więc bałam się komukolwiek powiedzieć. Mama była w ciąży z Jacko, ojciec urabiał się po łokcie w pubie, Sharon miała tylko trzy latka, a Brendan nawet wtedy już był palantem. Wiedziałam, że słyszenie głosów nie jest normalne, ale one właściwie nie robiły mi nic złego, więc może to był po prostu jeden z sekretów, jakie każdy gdzieś chowa.

Raz w nocy śnił mi się straszny sen, że do Kapitana Marlowa wleciał rój krwiożerczych pszczół i obudziłam się cała zlana zimnym potem. Nagle od strony nóg łóżka dobiegł mnie kobiecy głos, który uspokajał: „Nic się nie bój, Holly, już dobrze”, a ja wyjąkałam: „Dziękuję, mamo”, bo kto inny mógł tam być? Ale wtedy usłyszałam śmiech mamy w kuchni na końcu korytarza – to było jeszcze zanim dostałam własny pokój na strychu. Po tym zorientowałam się, że ta pani przy moim łóżku tylko mi się przyśniła, i zapaliłam światło, żeby się na własne oczy przekonać.

Oczywiście nikogo tam nie było.

„Nie chcę cię wystraszyć”, powiedział głos tej pani, „ale jestem tak samo prawdziwa, jak ty”.

Wcale nie zaczęłam krzyczeć ani nie wpadłam w histerię. Owszem, cała dygotałam, ale mimo strachu czułam, że to musi być jakaś specjalna zagadka dla mnie albo sprawdzian. W moim pokoju nikogo nie było, a jednak ktoś do mnie mówił. Więc głosem najbardziej opanowanym, na jaki tylko mogłam się zdobyć, zapytałam tę panią, czy jest duchem. „Nie jestem duchem”, odparła, „tylko odwiedzam twoje myśli. Dlatego mnie nie widzisz”. Zapytałam, jak się nazywa. Odpowiedziała: „Miss Constantin”. Dodała też, że odesłała Ludzi z Radia, bo mnie rozpraszali, ale ma nadzieję, że się nie gniewam. Odparłam, że nie. Miss Constantin powiedziała, że musi już iść, ale że z przyjemnością niedługo znowu do mnie wpadnie, bo jestem „osobliwym dzieckiem”.

I już jej nie było. Minęła cała wieczność, zanim znowu mogłam zasnąć, ale kiedy w końcu przyszedł sen, czułam, że chyba mam nową przyjaciółkę.

* * *

I co teraz? Wracać do domu? Prędzej pokłułabym sobie dziąsła szpilkami. Mama wepchnie mi moją porażkę do gardła aż po zwieracz żołądka, a potem będzie siedzieć i napawać się zwycięstwem. I odtąd aż po wsze czasy, jeśli choć raz nie stanę na baczność z meldunkiem „tak jest!”, będzie wyciągać sprawę z Vinnym Costello. Dobrze, nie wprowadziłam się na Peacock Street, ale to nie znaczy, że muszę mieszkać w domu, przynajmniej dopóki nie udowodnię matce, że jestem wystarczająco dorosła, żeby żyć samodzielnie, i że może przestać mnie traktować jak siedmiolatkę. Przez jakiś czas starczy mi pieniędzy na jedzenie, a wygląda na to, że upały jeszcze potrwają, więc po prostu w tym roku wakacje zaczną się dla mnie trochę wcześniej. Pieprzyć egzaminy, pieprzyć szkołę. Stella opowie wszystkim, jak to się uwiesiłam na Vinnym, jaka jestem żałosna i histeryczna, i jak nie mogę pogodzić się z tym, że chłopak się mną znudził. O dziewiątej rano w poniedziałek Holly Sykes będzie już oficjalnym pośmiewiskiem liceum Windmill Hill. Na bank.

Sygnał karetki pogotowia zbliża się i jest coraz bardziej natarczywy, odbijając się echem na całym placyku, aż w końcu milknie, jakby urwał w pół zdania... Poprawiam na ramieniu torbę i wstaję. Czyli teraz dokąd? Każda angielska nastolatka, która zwiewa z domu, jedzie prosto do Londynu i wyobraża sobie, że odkrywa ją łowca talentów albo znajduje ją dobra wróżka, ale ja ruszam w przeciwnym kierunku, wzdłuż rzeki, w stronę bagien Kentu. Jeśli ktoś dorasta w pubie, ma okazję posłuchać, kim są ci łowcy talentów i dobre wróżki z Londynu, w których ręce trafiają nastolatki na gigancie. Może znalazłabym jakąś stodołę albo pusty domek, żeby się zadekować na jakiś czas? Taki plan miałby nawet ręce i nogi. Wyruszam więc w drogę i obchodzę szpital od frontu. Parking jest pełen przednich szyb, które oślepiają mnie w jasnym słońcu. W półmroku chłodnej szpitalnej rejestracji widzę tłum ludzi palących papierosy w oczekiwaniu na wiadomości.

Śmieszne miejsca, szpitale...

* * *

Holly Sykes oraz Cuda i dziwy, część II. Minęło kilka tygodni i zaczęłam myśleć, że Miss Constantin po prostu mi się przyśniła. Tyle tylko że nie znałam słowa, którym mnie określiła: „osobliwa”. Sprawdziłam je w słowniku i zastanawiałam się, skąd się wzięło w mojej głowie, skoro nie umieściła go tam Miss Constantin. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Ale potem jednej nocy we wrześniu, kiedy już rozpoczął się rok szkolny i skończyłam osiem lat, obudziłam się i wiedziałam, że ona jest w moim pokoju. I bardziej się ucieszyłam, niż bałam. Podobało mi się, że byłam osobliwa. Zapytałam Miss Constantin, czy jest aniołem, ale ona tylko zaśmiała się i powiedziała, że jest człowiekiem, jak ja, ale nauczyła się, jak się wymykać z własnego ciała i odwiedzać przyjaciół. Zapytałam, czy ja też jestem jej przyjaciółką. Odparła: „A chciałabyś?”. Ja na to, że bardzo, bardzo, a ona: „Zatem będziesz”. Zapytałam też Miss Constantin, skąd pochodzi, a ona powiedziała, że ze Szwajcarii. Żeby się popisać, zapytałam, czy Szwajcaria to ten kraj, gdzie wynaleziono czekoladę, a ona odparła, że jestem jednym z największych bystrzaków, jakich zna. Od tamtej pory odwiedzała mnie co noc. Zjawiała się na kilka minut, ja opowiadałam, jak mi minął dzień, a ona mnie słuchała, rozumiała i starała się mnie pocieszyć. Zawsze trzymała moją stronę, nie tak jak mama i Brendan. Pytałam Miss Constantin o różne rzeczy. Czasem odpowiadała mi wprost. Na przykład, kiedy zapytałam, jaki ma kolor włosów, odpowiedziała: „chromowy blond”. Ale często unikała odpowiedzi, mówiąc: „Nie zdradzajmy jeszcze tajemnicy, Holly, dobrze?”.

Aż jednego dnia, po szkole, kiedy wracałam do domu, dorwała mnie Susan Hillage, która lubiła zastraszać innych i się nad nimi znęcać. Świetnie jej to wychodziło. Jej tata był najemnym żołnierzem w Belfaście, a ponieważ moja mama była Irlandką, Susan uklękła mi na głowie i nie chciała mnie puścić, aż przyznam, że trzymamy węgiel w wannie i że kochamy IRA. Nie chciałam przyznać, więc zarzuciła moją torbę na drzewo i zapowiedziała, że jeszcze zapłacę za kolegów jej taty, którzy zginęli w Belfaście, i że jeśli poskarżę się komukolwiek, pluton jej taty podpali nasz pub i cała rodzina zginie w płomieniach, i to wszystko będzie przeze mnie. Nie byłam tchórzem ani popychadłem, ale Susan Hillage doskonale wiedziała, jak mną manipulować. Nie powiedziałam nic rodzicom, tylko miałam mokro w majtkach ze strachu przed pójściem następnego dnia do szkoły, bo nie wiedziałam, co się może stać. Tamtej nocy obudziłam się pod ciepłą kołdrą i usłyszałam głos Miss Constantin – ale to już nie był tylko jej głos, zjawiła się we własnej osobie – siedziała w fotelu w nogach łóżka i szeptała: „Obudź się, śpiochu”. Była młoda, miała białozłote włosy, a jej usta, które za dnia musiały mieć kolor róż, w świetle księżyca były fioletowoczarne. Była ubrana w długą suknię. Piękna jak obrazek. W końcu, jąkając się, zdołałam ją zapytać, czy mi się tylko śni, ale ona odparła: „Jestem tutaj, bo moje mądre, osobliwe dziecko było dziś bardzo smutne i chcę wiedzieć dlaczego”. Więc opowiedziałam jej o Susan Hillage. Miss Constantin słuchała w milczeniu, aż skończyłam, a potem powiedziała, że absolutnie nie toleruje dręczycielek ani tyranek, i zapytała, czy chciałabym, żeby coś poradziła na tę sytuację? Odparłam, że tak, że bardzo bym chciała, ale zanim mogłam zapytać ją o cokolwiek, usłyszałam kroki taty w korytarzu, drzwi się otworzyły i oślepiło mnie światło z półpiętra. Jak miałam wytłumaczyć tacie, dlaczego w moim pokoju o pierwszej w nocy siedzi Miss Constantin? Ale tata zachowywał się, jakby jej tam nie było. Zapytał mnie tylko, czy wszystko w porządku, bo słyszał jakiś głos – i już byłam pewna, że Miss Constantin tam nie ma. Powiedziałam tacie, że musiało mi się coś śnić i pewnie mówiłam przez sen.

I w końcu właśnie w to zaczęłam wierzyć. Głosy to jedno, ale panie w długich sukniach w fotelu w moim pokoju? Następnego dnia rano poszłam do szkoły jak zwykle, ale nie widziałam nigdzie Susan Hil­lage. Nikt jej nie widział. Nasza dyrektorka przybiegła spóźniona na apel i poinformowała, że Susan Hillage miała wypadek, że jechała rowerem do szkoły, kiedy potrąciła ją ciężarówka, że jest w bardzo ciężkim stanie i musimy się modlić o jej powrót do zdrowia. Kiedy to usłyszałam, poczułam, że ciało mi drętwieje i robi mi się zimno, i tyle krwi odpłynęło mi z głowy, że szkolny korytarz jakoś tak owinął się wokół mnie, a potem nie pamiętam już nawet, jak upadłam na podłogę.

* * *

Tamiza jest dziś pomarszczona i mętna, a ja idę, idę i idę jak najdalej od Gravesend, w stronę bagien Kentu, i zanim się zdążyłam zorientować, robi się wpół do dwunastej, a Gravesend jest już tylko maleńką makietą, którą zostawiam za sobą. Wiatr wydobywa chmury z kominów zakładów Blue Circle, jak magik, który wyciąga z rękawa białe chusteczki. Po mojej prawej stronie nad bagnami huczy A2. Pan Sharkey, który jest już starszym człowiekiem, mówi, że autostrada biegnie po starożytnym trakcie, zbudowanym jeszcze przez Rzymian, i że nawet po tylu stuleciach właśnie tą drogą trzeba pojechać, żeby w Dover dostać się na prom do Europy, tak samo jak w czasach rzymskich. Pylony autostrady odmaszerowują w dwuszeregu. W pubie tata pewnie odkurza bar, chyba że robi to Sharon, żeby zarobić moje trzy funty. Ranek już minął, parny i dłużący się jak trzy matmy z rzędu, a od słońca bolą mnie oczy. Swoje okulary słoneczne zostawiłam w kuchni u Vinny’ego, przy zlewie. Kosztowały czternaście dziewięćdziesiąt dziewięć. Kupiłam je ze Stellą, która zarzekała się, że identyczne widziała na Carnaby Street, tyle że trzy razy droższe, więc myślałam, że trafiam okazję. Potem wyobrażam sobie, że duszę Stellę, i ręce całe napinają mi się i tężeją, jakbym ją rzeczywiście dusiła.

Chce mi się pić. Mama pewnie już powiedziała ojcu, jak to Holly wyprowadziła się z domu, bo przechodzi nastoletni okres buntu, ale założę się o milion, że wszystko przekręciła. Tata będzie pokpiwał, że „baby się pokłóciły”, a PJ, Nipper i Big Dex będą kiwać głowami i śmiać się jak debile. Bo są debilami. PJ będzie udawał, że czyta z „The Sun”: „Astronomowie z uniwersytetu w Fuckingshire odkryli nowe dowody na to, że nastolatki jednak są pępkiem świata”. Wszyscy będą się pokładać ze śmiechu, a poczciwy Dave Sykes, najfajniejszy ze wszystkich właścicieli pubów, też będzie rżał, co będzie miało znaczyć: „jak ty już powiesz dowcip, to można się polać”. Zobaczymy, czy będą się dalej śmiać w środę, kiedy mnie ciągle nie będzie.

Daleko przede mną jacyś ludzie łowią ryby.

* * *

Cuda i dziwy, akt ostatni. Już kiedy niesiono mnie do szkolnej pielęgniarki, słyszałam w głowie, że wrócili Ludzie z Radia. Setki Ludzi z Radia i wszyscy szeptali jeden przez drugiego. Przeraziło mnie to, ale nie aż tak bardzo, jak myśl, że zabiłam Susan Hillage. Więc powiedziałam pielęgniarce o Ludziach z Radia i o Miss Constantin. Biedna, myślała, że w najlepszym razie mam wstrząs mózgu, a w najgorszym – że zwariowałam, więc zadzwoniła do mamy, która zatelefonowała do naszego lekarza rodzinnego i jeszcze tego samego dnia zaprowadzono mnie do laryngologa w naszym miejskim szpitalu. Nie znalazł niczego niepokojącego, ale zasugerował, że byłoby dobrze, gdyby obejrzał mnie jego kolega, psychiatra dziecięcy ze szpitala przy Great Ormond Street w Londynie, który specjalizował się w takich przypadkach jak mój. Mama uniosła się: „Córka nie jest psychicznie chora!”. Ale laryngolog postraszył ją słowem „guz”. Po najgorszej nocy w moim życiu – modliłam się do Boga, żeby trzymał Miss Constantin z dala ode mnie, i leżałam z Biblią pod poduszką, ale Ludzie z Radia zadbali o to, żebym nie zmrużyła oka – zadzwonił do nas laryngolog z informacją, że jego kolega psychiatra będzie w Gravesend za godzinę, i spytał, czy mama może mnie zaraz przywieźć?

Doktor Marinus był pierwszym Chińczykiem, jakiego w życiu widziałam, oprócz tych z restauracji Thousand Autumns, dokąd chodziliśmy czasem z Brendanem po jedzenie na wynos, kiedy mama była za bardzo zmęczona, żeby gotować. Doktor Marinus mówił z nienagannym akcentem z wyższych sfer i bardzo cicho, tak że trzeba było się wsłuchiwać, żeby wszystko usłyszeć. Był niski, chudy, ale jakoś dziwnie dominował w całym gabinecie. Najpierw zapytał o szkołę, o naszą rodzinę, a potem przeszedł do głosów w mojej głowie. Mama zdenerwowała się: „Córka nie jest wariatką, jeśli to pan sugeruje. To tylko wstrząśnienie mózgu”. Doktor Marinus zgodził się z mamą, że nie jestem w najmniejszym stopniu wariatką, ale powiedział, że mózg potrafi czasem działać bardzo nielogicznie. Aby pomóc mu wykluczyć guz, mama miała mi pozwolić samej odpowiadać na jego pytania. Więc opowiedziałam mu o Ludziach z Radia, o Susan Hillage i o Miss Constantin. Mama znowu się zdenerwowała, ale doktor Marinus uspokoił ją, że halucynacje słuchowe – „głosy” – nie były wcale rzadkie u dziewczyn w moim wieku. Zapewnił mnie, że wypadek Susan Hillage był po prostu wielkim zbiegiem okoliczności, i że zbiegi okoliczności, nawet takie niezwykłe, zdarzają się codziennie ludziom na całym świecie – po prostu przyszła moja kolej i tyle. Mama zapytała, czy na te „głosy” jest jakieś lekarstwo, i pamiętam, że doktor Marinus odparł, że zanim sięgniemy po lekarstwa, chciałby spróbować prostszej metody, ze „Starego Kraju”. Kazał mamie uciskać jeden punkt na moim środkowym palcu – zaznaczył go długopisem – a potem sam dotknął palcem mojego czoła, pośrodku, jakby malarz stawiał kropkę z farby. Oczy zamknęły mi się...

...i Ludzie z Radia zniknęli. Nie tylko ucichli, ale zniknęli na dobre. Mama poznała po mojej minie, co się stało. Była cała w szoku i też bardzo jej ulżyło, tak samo jak mnie. Nie mogła się nadziwić: „I to już? Żadnych prądów, żadnych lekarstw?”. Doktor Marinus potwierdził, że to powinno wystarczyć.

Zapytałam, czy Miss Constantin też zniknęła na dobre.

Doktor odparł, że nie przewiduje, by się pojawiła.

Koniec. Wyszłyśmy, minęło kilka lat, urosłam, i ani Ludzie z Radia, ani Miss Constantin więcej już nie wrócili. Widziałam kilka filmów dokumentalnych o różnych sztuczkach umysłu i teraz już wiem, że Miss Constantin była po prostu moją wymyśloną przyjaciółką – tak jak ­Sharon miała króliczka Kicu-Kicu – tyle że moja wyobraźnia pojechała po bandzie. Wypadek Susan Hillage był zwyczajnie wielkim zbiegiem okoliczności, jak powiedział doktor Marinus. Susan nie umarła, ale przenios­ła się do Ramsgate, chociaż niektórzy mówili, że to na jedno wychodzi. Doktor Marinus zaaplikował mi jakąś hipnozę, jak na tych kasetach, które mają pomóc w rzucaniu palenia. Od tamtej pory mama przestała mówić „Chinole” i nawet dzisiaj dostaje piany, kiedy ktoś tak mówi. „»Chińczycy«, nie »Chinole«”, poprawia wszystkich, „i to najlepsi lekarze w całej państwowej służbie zdrowia”.

* * *

Na moim zegarku jest pierwsza. Daleko w tyle ludziki z patyczków łowią ryby w płytkiej wodzie przy forcie Shornemead. Przed sobą widzę szyb żwirowni z wielkim kamiennym lejem, a pas taśmowy ładuje żwir na barkę. Widzę też fort Cliffe, z otworami okiennymi jak puste oczodoły. Pan Sharkey mówi, że w czasie wojny w forcie stacjonowały baterie dział przeciwlotniczych i kiedy mieszkańcy Gravesend słyszeli huk artylerii, wiedzieli, że mają góra minutę, żeby schować się pod schodami albo w schronie w ogródku. Szkoda, że żadna bomba nie spadnie teraz na dom przy Peacock Street. Na pewno właśnie jedzą pizzę – Vinny odżywia się tylko pizzą, bo mówi, że nie będzie sobie zawracał głowy gotowaniem. Na pewno śmieją się ze mnie. Ciekawe, czy Stella była dziś u niego przez całą noc. Ludzie zakochują się w sobie, myślę, i żadna z tego wielka filozofia. Głupia! Głupia! Kopię kamyk, ale to nie kamyk, tylko kawałek wrośniętej w ziemię skały, który masakruje mi palec u nogi. Ból strzela zygzakiem aż do mózgu. I teraz oczy zaczynają mnie piec i łzawią – kurde, skąd nagle tyle płynu? Jedyne, co dziś wypiłam, to łyk wody, kiedy myłam zęby, i mleko z płatkami. Język wysechł mi na kołek, mógłby służyć za element w ikebanach. Sportowa torba zdążyła mi już boleśnie otrzeć ramię. A moje serce jest jak mała foczka, którą ktoś okłada bejsbolem po łbie. W żołądku mam pusto, tylko że jest mi tak źle i smutno, że nawet nie czuję jeszcze ssania. Ale nie zawrócę do domu. Mowy nie ma.

8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 3
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Czasomierze
Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawca: MAG
Data wydania: 22 stycznia 2016
Liczba stron: 688
Oprawa: twarda
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
ISBN-13: 978-83-7480-631-2
Cena: 55 zł



Czytaj również

Czasomierze
Piaski czasu
- recenzja
Slade House
Ciemne zaułki duszy
- recenzja
Widmopis
W drodze po opowieść
- recenzja
Widmopis
- fragment
Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta
Jakub de Zoet dziwi się światu
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.