» Recenzje » Czas żniw

Czas żniw


wersja do druku
Czas żniw

W blurbie świat wykreowany przez Samanthę Shannon opisany jest jako "niezwykle bogaty" i "wypełniony cudami". Doświadczony czytelnik mógłby go nazwać nieco wtórnym i pełnym zapożyczeń z innych serii młodzieżowych. Mi jednak na usta ciśnie się określenie "zmarnowany potencjał".

Rok 2059, Londyn. Republikańską Anglią włada Sajon, totalitarny rząd pod przywództwem Inkwizytora, od dwóch wieków (z sukcesami) starając się przekonać ogół społeczeństwa, że za wszelkie zło tego świata odpowiadają jasnowidze, osoby obdarzone zdolnością różnego rodzaju wpływania na Zaświaty, krainę duchów. Należy do nich dziewiętnastoletnia Paige Mahoney, która jest sennym wędrowcem, rzadkim i potężnym rodzajem jasnowidza, a co więcej – zajmuje wysokie stanowisko w syndykacie, podziemnej organizacji zrzeszającej przestępców o nadprzyrodzonych zdolnościach. Pewnego dnia podejmuje ona zbędne ryzyko i płaci za to wysoką cenę – zostaje pojmana i przetransportowana do ściśle tajnej kolonii karnej Szeol I, kontrolowanej przez pochodzącą z innego świata rasę Refaitów. Tam jej opiekunem zostaje Naczelnik, osobnik wysoko postawiony i kryjący własne nieprzyjemne sekrety. Paige szybko odkrywa bezwzględne zasady kierujące jej miejscem odosobnienia, w którym śmierć jest czymś powszechnym – a jeżeli nie chce, by stała się i jej udziałem, musi się z niego wyrwać.

Uniwersum niewykorzystanych pomysłów

Czas żniw otwiera wielotomową sagę osadzoną w świecie łączącym w sobie dystopijną przyszłość z mocami pozazmysłowymi. Mamy tu wizję totalnej inwigilacji i chemicznej kontroli umysłu, pojawiają się obdarzeni potężnymi mocami przybysze z innej płaszczyzny istnienia i fascynujące zdolności jasnowidzów, a także nawiązania do dziewiętnastowiecznych londyńskich gangów i szeroko pojętego spirytyzmu. Uważam więc za wprost zadziwiające, że autorka zdołała wymyślić tak interesujące, pełne potencjału uniwersum, by potem uczynić je tak płaskim i pozbawionym magii. Choć bowiem miała ciekawe pomysły, to nie bardzo potrafiła przekuć ich w coś więcej, przez co oryginalne w założeniu koncepcje zostały zrealizowane jako kalki z powieści J.K. Rowling, Suzanne Collins, Stephenie Meyer i innych autorów młodzieżówek. Na nijakość wykreowanego świata wpływają też braki warsztatowe autorki, której krótkie, pozbawione szczegółów i bezpłciowe opisy często nie pozwalają sobie wyobrazić danej postaci, lokacji czy sytuacji.

Najbardziej żal mi samych jasnowidzów, którzy ewidentnie mieli być kluczowym elementem intrygi, ale coś nie wyszło – na początku Czasu żniw znajdziemy diagram opisujący wielką różnorodność ich kategorii i rodzajów, jednak w samej treści ta mnogość jest dokumentnie nieodczuwalna. Szeol I, teoretycznie będący wielką, złożoną społecznością osób o zróżnicowanych zdolnościach nadprzyrodzonych, równie dobrze mógłby być zamieszkały przez zwykłych nastolatków, gdyż poza główną bohaterką mocy pozazmysłowych nie używa niemal nikt. Czasami pojawiają się jakieś niewielkie wzmianki na ten temat, ale zwykle są opisane w sposób zmarginalizowany i nijaki – dość powiedzieć, że w całej powieści, w której większość postaci potrafi w taki czy inny sposób spojrzeć poza zasłonę świata materialnego, jedynie w jednej scenie autorka pokusiła się o opis wróżenia. Podobnie ma się sprawa z Refaitami, którzy mogli być interesującym elementem świata przedstawionego, a ostatecznie są nudnymi kalkami zmierzchowego wampira, czy rządem totalitarnym, który w tym tomie odgrywa zupełnie marginalną rolę.

Historia, jaką już znacie

Również fabuła powieści nie wyróżnia się niczym na tle innych dystopijnych młodzieżówek. Zbuntowana młoda kobieta staje wobec opresji i ucisku, który rodzi w niej sprzeciw, co staje się zarzewiem czegoś większego – schemat, który wałkowany był już niezliczoną ilość razy. Pasją Paige wydaje się być celowe pakowanie się w rozmaite problemy, z których wychodzi posiniaczona i ranna, toteż nie raz i nie dwa obserwujemy jak walczy, skrada się i ogólnie próbuje przeżyć. Zaś w międzyczasie przyglądamy się jej stopniowo zmierzającej w oczywistym kierunku relacji z Naczelnikiem. I choć elementy te są sztampowe, to mogłyby również dostarczyć zdecydowanie więcej rozrywki, gdyby nie braki warsztatowe autorki. 

Ta bowiem nie potrafiła zbudować interesującej historii – niby dużo się dzieje, niby czasami leje się krew, a zagrożenie czai się za rogiem, niby spotykają się spojrzenia, a emocje targają duszą, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko zapchajdziury, które mają maskować brak konceptu na poprowadzenie opowieści, która zwyczajnie się nie klei – czasem jest przewidywalna, czasem nielogiczna, czasem wtórna, lecz zawsze mdła. I tak aż do finału, który przychodzi zupełnie nieoczekiwanie i w nadmiernym pośpiechu, jakby Shannon nagle uświadomiła sobie, że zbliża się już do złożonej objętości, a nie wspomniała jeszcze o najważniejszym. Zakończenie wypada przez to nienaturalnie i chaotycznie, wyraźnie rzucają się też w oczy na szybko łatane dziury logiczne.

Nie znaczy to jednak, że z lektury książki zupełnie nie da się czerpać przyjemności – o ile bowiem fabuła nie jest najlepsza, to pojedyncze sceny, jako niezależne byty, bywają całkiem dobre. Niektóre walki, ucieczki, starcia ciał, duchów i umysłów są na tyle emocjonujące, by czytało się je z przyjemnością – nawet jeżeli czasami do ich opisów zakrada się chaos, który zaciemnia przekaz i utrudnia odbiór. Nadrabiają ten mankament różnorodnością i ładunkiem emocjonalnym. Przychodzi nam bowiem wraz z bohaterką Czasu żniw brać udział w walkach wręcz, strzelaninach, pościgach, przesłuchaniach, krwawych próbach, podczas których nie raz i nie dwa znajdzie się ona o włos od śmierci lub czegoś jeszcze gorszego. Ponownie jednak należy podnieść problem braku oryginalności autorki – walki jasnowidzów z wykorzystaniem duchów są pomysłem interesującym i pełnym potencjału, ponownie jednak wykonanie sprowadza je do mentalnego odpowiednika obrzucania się kamieniami.

Mieszane uczucia mam również wobec dialogów Paige z Naczelnikiem (i rozmów w ogólności). Kipią one emocjami, a relacje bohaterów stopniowo ewoluują w łatwy do przewidzenia sposób. Niestety jednak nie znaczy to, że są to sceny dobrej jakości. Nie porażają może drętwotą, ale też nie są szczególnie naturalne, a to za sprawą kreacji bohaterów, która mogłaby być lepsza. Główna bohaterka jest buntowniczką i autorka czuła potrzebę zaznaczania tego na każdym kroku – skutkiem czego senny wędrowiec wypada bardziej jak nabzdyczona ośmiolatka, gotowa na złość mamie odmrozić sobie uszy. Z kolei Naczelnik to klasyczny, enigmatyczny i pozornie oziębły nadprzyrodzony mężczyzna – dodano mu jednak, na razie dość mgliście zarysowaną, tragiczna historię i własne cele, dzięki czemu zyskuje trochę głębi i w ostatecznym rozrachunku wypada całkiem nieźle. Postacie drugoplanowe to jednak zbiór płaskich sylwetek, służących w fabule określonym celom i mających jedynie tyle osobowości, ile jest niezbędnie konieczne do ich wypełnienia. Tradycyjnie już dla tego typu powieści najgorzej wypadają antagoniści, którzy są tak karykaturalnie źli, podli i niedobrzy, że mogli by zostać czarnymi charakterami wieczorynki.

Dorodne byki

Na wzmiankę zasługuje też jakość tłumaczenia i korekty powieści – i to niestety nie ze względu na swoja wysoką jakość. Pani Kołek, która zajęła się przekładem Czasu żniw, stanęła przed niełatwym zadaniem oddania (nomen omen) ducha licznych slangowych zwrotów, które autorka zaczerpnęła z dziewiętnastowiecznej gwary przestępców. W większości wypadków wyszło to w sposób zadowalający, co dowodzi pewnej językowej biegłości – tym bardziej zdumiewają ewidentne pomyłki w tłumaczeniu zupełnie zwyczajnych zdań (jak choćby słowo „cheat”, które w pewnym momencie zostało przełożone jako "oszukiwać", choć kontekst ewidentnie wskazuje na "zdradzać"). Zastanawia też kwestia niektórych nazw – "oxygen", zastępująca nielegalny alkohol używka, została w polskim wydaniu tlenem, ale już "nitrogen", substancja służąca do przeprowadzania egzekucji, miast stać się azotem, pozostał nieprzetłumaczony. Ta niekonsekwencja byłaby może do przełknięcia, gdyby nie nadmierne przywiązanie do raz przyjętej wersji, która prowadzi do sytuacji zgoła absurdalnej, kiedy to coś jest zimne jak "ciekły nitrogen".

O ile jednak wpadki tłumaczki to pojedyncze przypadki, to korekta i redakcja ewidentnie przysnęła. Dawno już nie spotkałem dzieła tak rojącego się od literówek, brakujących lub nadmiarowych wyrazów i po prostu dziwnie poskładanych zdań ("Thuban wziął końcówkę noża i uderzył nim Naczelnika w głowę"). Większość z błędów to drobiazgi, jednak występują w takim nagromadzeniu, że nawet bardzo tolerancyjny czytelnik mruknie czasem z niezadowoleniem. Choć więc książka nie była zapewne arcydziełem i w oryginale, to polskie wydanie dodaje do listy mankamentów jeszcze kilka punktów.

Czas żniw to powieść gorzej niż przeciętna. Dynamiczna akcja z trudem równoważy kiepską fabułę, a sytuacji nie poprawiają też nijakie postacie i świat, który mógłby zachwycać, a nudzi. Jeżeli dodać do tego liczne drobne usterki techniczne, otrzymujemy produkt, po który powinni sięgnąć tylko najzagorzalsi fani gatunku.

5.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Czas Żniw (The Bone Season)
Cykl: Czas żniw
Tom: 1
Autor: Samantha Shannon
Tłumaczenie: Regina Kołek
Wydawca: Sine Qua Non
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 520
Oprawa: miękka
Format: 140x205 mm
ISBN-13: 978-83-7924-082-1
Cena: 34,90 zł



Czytaj również

Pieśń jutra
Fałszywa pieśń
- recenzja
Zakon mimów
Idzie ku lepszemu
- recenzja
Pieśń jutra
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.