» Recenzje » Czarny Pryzmat

Czarny Pryzmat


wersja do druku

Fantasy w tęczowych kolorach

Autor: Redakcja: Tomasz 'Asthariel' Lisek, Matylda 'Melanto' Zatorska

Czarny Pryzmat
Debiutancka trylogia Brenta Weeksa – cykl o Aniele Nocy – właśnie doczekała się wznowienia, a całkiem niedawno ukazał się trzeci już tom cyklu Powiernik światła, co świadczy o popularności tego autora również nad Wisłą. Sprawdźmy więc, czym tak przypadł do gustu polskim czytelnikom.

Jeśli ktoś jest zainteresowany streszczeniem fabuły, polecam zajrzeć do recenzji napisanej przez Asthariela, gdzie w syntetyczny sposób przedstawiono najważniejsze postaci i wątki fabularne. Ja zaś w poniższym tekście skupiam się na omówieniu najciekawszych (ale i najbardziej irytujących) aspektów Czarnego Pryzmata.

Brent Weeks w tomie otwierającym serię idzie niejako w ślady Brandona Sandersona, stawiając na oryginalny i rozbudowany system magiczny, który bazuje na siedmiu kolorach (w skład pełnego widma wchodzą również niewidoczne gołym okiem podczerwień i nadfiolet) będących efektem falowej natury światła. Ujmując rzecz skrótowo: czarodzieje w kreowanym uniwersum nazywani są krzesicielami, ponieważ są zdolni krzesać, to znaczy przeistaczać widziane w danym kolorze światło w materię o różnych właściwościach zależnych od długości fali, co oczywiście daje autorowi ogromne możliwości do popisów kreatywności. Największe wrażenie robi jednak fakt, iż Weeks nie poprzestał wyłącznie na oryginalnym pomyśle na magię, a osnuł wokół niego całą ontologię świata przedstawionego – magia nie jest tu zaledwie efektownym dodatkiem, lecz tworzy punkt wyjścia dla całego uniwersum. Religia wraz z towarzyszącym jej obrządkiem, system polityczny rozpościerający się na cały cywilizowany świat, gospodarka, architektura – wszystko to opiera się na i kręci wokół szkolonych w Chromerii krzesicieli. Jakby tego było mało, magia ma także decydujący wpływ na charakterystyki postaci – to jaki kolor krzeszą bezpośrednio przekłada się na ich sposób myślenia, podejście do świata, relacje społeczne itd. Takie rozwiązanie tłumaczy m.in. początkową niespójność w charakterystyce Kipa, w którym zachodzi widoczna zmiana od momentu, gdy zaczyna krzesać.

Omawiany tytuł – prócz oryginalnego pomysłu na magię – posiada jeszcze dwie duże zalety. Pierwszą jest plejada niezwykle barwnych, świetnie wykreowanych postaci. Co prawda początek powieści to jej najsłabsza część i potrzeba sporo czasu, aż bohaterowie pokażą pazur, ale kiedy to już nastąpi szybko zaskarbiają sobie tak sympatię, jak i emocjonalne zaangażowanie czytelnika. Dzieje się tak z kilku względów, a bodajże najistotniejszym jest przedstawienie rozterek oraz życia wewnętrznego wielu skrajnie różnych jednostek. Czytelnik zyskuje wgląd w niezwykle skomplikowaną sieć kłamstw tworzącą codzienność Gavina, gros cyniczno-krytycznych uwag czynionych przez Kipa pod swoim własnym adresem, konflikt interesów będący udziałem Liv, jak i kulisy wewnętrznego rozdarcia Karris. Wszystko to okraszone dość dojrzałą a zarazem mroczną tematyką w stylu Abercrombiego oraz humorem na styku wspomnianego Brytyjczyka  oraz znanego z cyklu o Niecnych Dżentelmenach Scotta Lyncha. W kontekście bohaterów warto uwzględnić również fakt, że większość postaci pierwszoplanowych wciąż posiada rodzinę, co w cyklach fantasy nie należy ani do oczywistości, ani nie tworzy reguły. Do rangi prawdziwej wisienki na torcie urasta przedstawienie skomplikowanej relacji Gavina z bratem i jeszcze trudniejszej relacji z ojcem, który jest postacią rzędu Tywina Lannistera, podczas gdy w matce bohater znajduje pomoc i oparcie. W książce pojawiają się także wątki erotyczno-romantyczne, z którymi autor radzi sobie całkiem zgrabnie, nie popadając przy tym w melodramatyzm (sytuacje wynikające z damsko-męskich relacji stanowią niejednokrotnie przyczynek do scen humorystycznych) i wprowadzają przyjemną, a niekiedy nawet pożądaną odmianę od coraz to nowych konfliktów i wciąż nawarstwiających się kłamstw.

I właśnie wielopoziomowe kłamstwa można z jednej strony wskazać jako motyw przewodni powieści, z drugiej zaś uznać je pośrednio za najmocniejszy atut Czarnego Pryzmata – ponieważ stanowią główny składnik w wybornej fabularnej mieszance. Półprawdy, ćwierćprawdy i kłamstwa – na nich opierają się tu wszystkie relacje: między postaciami, kochankami, rodziną, frakcjami, satrapiami etc. Kłamstw i kłamstewek jest tak wiele, że postacie w pewnym momencie same zaczynają się w tym wszystkim gubić. W wyścigu o tytuł największego kłamcy – cesarza kłamstw? – mierzyć mogą się sam Gavin i Chromeria pojmowana nie tyle jako pewien obszar geograficzny, co system polityczno-religijny sformułowany tak, by najpierw zmusić krzesicieli do posłuszeństwa graniczącego wręcz z niewolą i wyeksploatować ich do granic fizycznych możliwości, by ostatecznie wymóc na nich – dopełniając uprzedmiotowienia – największe z poświęceń. Z kolei liczba mniejszych i większych zwrotów akcji, jakie Weeks przygotował dla czytelników, już w pierwszym tomie cyklu, powinna usatysfakcjonować nawet wybrednych miłośników literatury fantasy.

Nie obeszło się jednak bez wpadek, a za największą wadę książki można uznać pierwsze sto do stu pięćdziesięciu stron. Akcja nabiera tempa bardzo powoli, początkowe wydarzenia nie angażują czytelnika, a postacie przedstawiane w tych partiach nie zachwycają. Słabości te wynikają ze sposobu w jaki Weeks próbuje oswoić czytelnika  ze światem przedstawionym i rządzącymi nim prawami. Z jednej strony autor zasługuje na pochwały za to, że zamiast zasypywać odbiorcę tonami informacji, umiejętnie je dawkuje, wykorzystując po temu Kipa – wychowanego na prowincji bękarciego syna Gavina – który wraz z rozwojem fabuły uczy się wszystkiego, czego dowiedzieć musi się również czytelnik. Ale drugą stronę tego medalu szpeci skaza: rozdziały Kipa, opisujące wydarzenia sprzed jego spotkania z Gavinem są zwyczajnie nieciekawe, a ponadto napisane ślamazarnie, przypominają raczej wprawkę przed 'właściwym' tekstem powieści. Co gorsza, mimo przedstawienia w owych rozdziałach wydarzeń ważkich, dramatycznych i krwawych, te dłużą się niemiłosiernie i aż proszą, żeby je pominąć. Zwłaszcza, że rozdziały pisane z perspektywy innych postaci (przede wszystkim Gavina i Karris, choć pojawia się jeszcze kilka POVów) trzymają pewien solidny poziom od samego początku. Przyczepić się można ponadto pierwszych pokazów umiejętności Gavina, które potrafią negatywnie wpłynąć na zawieszenie niewiary, lecz z biegiem czasu i stron, a także zrozumieniem (do pewnego stopnia), na czym polega krzesanie, przestaje to być tak bardzo odczuwalne.

Czarny Pryzmat to rzemieślniczo dobrze napisane fantasy dryfujące w stronę mroczniejszego podgatunku, ale okraszone taką ilością humoru, że nieprzekraczające pewnej umownej granicy. Fabuła, postacie, system magiczny i świat przedstawiony – wszystkie te elementy stoją na bardzo przyzwoitym poziomie, aczkolwiek książce brakuje trudnego do uchwycenia pierwiastka geniuszu, by autora (już teraz) ustawić w jednym rzędzie z obecnie największymi tuzami fantastycznego świata. Ale kto wie, czy w niedługim czasie Weeks nie zdoła sforsować tego bastionu…

7.5
Ocena recenzenta
8.33
Ocena użytkowników
Średnia z 6 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Czarny Pryzmat
Cykl: Powiernik Światła
Tom: 1
Autor: Brent Weeks
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 23 lutego 2011
Liczba stron: 752
Oprawa: miękka
Format: 135x202 mm
ISBN-13: 978-83-7480-199-7
Cena: 49 zł



Czytaj również

Krwawe zwierciadło
Człapiąc ku finałowi
- recenzja
Poza Cieniem
Bitwa o wszystko
- recenzja
Na krawędzi cienia
Odwyk od zabijania
- recenzja
Droga Cienia
Wątpliwości młodego zabójcy
- recenzja
Okaleczone Oko
Przyszłość w ciemnych barwach
- recenzja
Okaleczone Oko
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.