» Fragmenty książek » Cień w środku lata

Cień w środku lata


wersja do druku

Prolog

Autor:
Cień w środku lata
Rózga trafiła Otaha w ucho, rozcinając mu skórę. Tahi-kvo, nauczyciel Tahi, przeciął powietrze cienkim lakierowanym prętem, z odgłosem przypominającym trzepot ptasich skrzydeł. Otah zachował spokój. Nie drgnął ani nie krzyknął. Oczy wypełniły mu się łzami, lecz jego dłonie utrzymywały pozycję powitania.

– Jeszcze raz – warknął Tahi-kvo. – I to poprawnie!
– Jesteśmy zaszczyceni twoją obecnością, o najwyższy dai-kvo – powiedział Otah miłym głosem, jakby wypowiadał ten rytualny zwrot po raz pierwszy.
Siedzący przed ogniem starzec przyjrzał mu się uważnie, po czym przyjął postawę akceptacji. Tahi-kvo chrząknął z zadowoleniem.

Otah skłonił się, nieruchomiejąc na czas trzech oddechów i mając nadzieję, że Tahi-kvo nie uderzy go za to, że drży. Chwila się przeciągała i Otah niemal pozwolił sobie na zerknięcie na nauczyciela. W końcu starzec wypowiedział chrapliwym szeptem słowa, które kończyły rytuał i zwalniały chłopca:

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
– Idź, wydziedziczone dziecko, i zajmij się nauką.
Otah odwrócił się i wyszedł pokornie z pokoju. Dotknął świeżej rany dopiero wtedy, gdy zamknął za sobą grube drewniane drzwi i ruszył chłodnym korytarzem w stronę wspólnych pomieszczeń.

Kiedy przechodził przez kamienne sale szkoły, inni chłopcy milczeli, lecz kilka razy ich spojrzenia złowiły jego sylwetkę i rozcięte ucho – świeży powód wstydu. Śmiali się z niego tylko starsi chłopcy w czarnych szatach uczniów Milaha-kvo. Otah poszedł do sypialni chłopców ze swojej kohorty. Zdjął uroczystą szatę, uważając, by jej nie poplamić krwią, przemył ranę zimną wodą. Piekący krem na skaleczenia i otarcia stał w glinianym naczyniu obok miski na wodę. Otah dwoma palcami nałożył pachnącą octem maść na rozcięte ucho. A potem, nie po raz pierwszy od przybycia do szkoły, usiadł na swojej twardej pryczy i się rozpłakał.

***

– Ten chłopiec – powiedział dai-kvo, ujmując porcelanową czarkę z herbatą. – Rokuje jakieś nadzieje?
– Niejakie – przyznał Tahi.
Oparł lakierowaną rózgę o ścianę i usiadł obok swego mistrza.
– Wygląda znajomo.
– Otah Machi. Szósty syn khaia Machi.
– Pamiętam jego braci. Także rokowali niejakie nadzieje. Co się z nimi stało?
– Spędzili tu po kilka lat, przyjęli piętno i zostali odprawieni. Dzieje się tak w większości przypadków. Mamy teraz w szkole trzystu i czterdziestu w czerni pod opieką Milaha-kvo. To synowie khaiem albo ambitnych rodzin utkhaiem.

– Aż tylu? Widzę ich tak niewielu.
Tahi przyjął postawę zgody, ustawieniem nadgarstków nadając jej niuans, który można by odczytać jako smutek lub przeprosiny.
– Niewielu mam dość silnych i mądrych zarazem. A stawka jest wysoka.
Dai-kvo upił łyk herbaty i zapatrzył się w ogień.
– Zastanawiam się – powiedział starzec – ilu z nich zdaje sobie sprawę, że niczego ich nie uczymy.
– Uczymy wszystkiego. Pisania, rachunków. Po opuszczeniu szkoły każdy z nich mógłby się czymś zająć.
– Lecz niczym pożytecznym. Niczym niezwiązanym z poezją. Ani z andat.
– Jeśli zdadzą sobie z tego sprawę, o najwyższy, to znajdą się w połowie drogi do twych drzwi. A dla tych, których odprawiamy... Tak jest lepiej.
– Tak?

Tahi wzruszył ramionami i zapatrzył się w ogień. Dai-kvo pomyślał, że wygląda starzej, zwłaszcza w okolicach oczu. Poznał jednak Tahiego jako niegrzecznego młodzieńca przed wielu laty. Wiek, który teraz w nim dostrzegł, a także okrucieństwo, były owocami wyrosłymi z sadzonek pielęgnowanych przez niego samego.
– Kiedy im się nie powiedzie, przyjmują piętno i sami kują swój los – rzekł Tahi.
– Odbieramy im jedyną nadzieję powrotu do rodziny czy zajęcia jakiegoś stanowiska na dworach khaiem. Nie mają rodzin. Nie potrafią kontrolować andat – powiedział dai-kvo. – Odrzucamy tych chłopców w sposób bardzo podobny do tego, w jaki odrzucili ich ojcowie. Ciekawe, co się z nimi potem dzieje?
– Chyba to, co z innymi. Ci pochodzący z rodzin utkhaiem niskiego stanu nie mają się gorzej niż wtedy, kiedy do nas przychodzą. Synowie khaiem... po przyjęciu piętna nie mogą dziedziczyć, co ratuje ich przed zamordowaniem z powodu praw krwi. Już samo to stanowi swego rodzaju dar.

To była prawda. W każdym pokoleniu przelewano krew khaiem. Tak funkcjonowało Imperium. A kiedy wszyscy trzej uznani synowie khaia wyrzynali się nawzajem, wysoko postawione rodziny utkhaiem dobywały noży i na jakiś czas miasta pogrążały się w konwulsjach przemocy, od której poeci trzymali się z dala niczym kapłani na walce psów. Chłopcy znajdujący się pod opieką szkoły byli zwolnieni z obowiązku uczestniczenia w tych wojnach za cenę jedynie wszystkiego, czego dotąd zaznali w swoim krótkim życiu. A mimo to...
– Wstyd to kiepski dar – rzekł dai-kvo.
Tahi, jego dawny uczeń, niegdyś taki sam, jak ci chłopcy, westchnął.
– To im możemy zaproponować.

***

Dai-kvo opuścił szkołę tuż po wschodzie słońca; wyszedł przez wielkie wrota z brązu, otwierane tylko dla niego. Otah stał wśród swojej kohorty, wciąż zachowując postawę pożegnania. Ktoś stojący za nim zaryzykował i się podrapał – Otah słyszał skrobanie palców o materiał. Nie obejrzał się. Dwaj najstarsi uczniowie Milaha-kvo w czarnych szatach zamknęli wierzeje.

W nikłym zimowym świetle sączącym się z wysoko umieszczonych wąskich okien Otah widział, jak czarni energicznie przejmują kohorty. Zadania na dany dzień były różnorodne. Poranek można było spędzić na pracy w szkole – naprawiając mury, piorąc lub zeskrobując lód z ogrodowych ścieżek, po których nie chodził chyba nikt oprócz chłopców, którym kazano o nie dbać. Wieczór spędzało się na nauce. Rachunki, czytanie i pisanie, religia, historia Starego Imperium, Drugiego Imperium, Wojny, miast khaiem. Przez te ostatnie dwa tygodnie jeden z dwóch nauczycieli coraz częściej stawał na końcu sali, a wykład prowadził, i zadawał pytania, któryś z czarnych. Czasami wtrącał się Milah-kvo i opowiadał dowcipy albo sam przejmował wykład, omawiając sprawy, o których ­czarni nigdy nie mówili. Tahi-kvo tylko obserwował i karał. Wszyscy w kohorcie Otaha nosili na ciele ślady lakierowanej rózgi.

Riit-kvo, jeden z najstarszych czarnych, zaprowadził Otaha i jego kohortę do piwnic. Przez kilka godzin, podczas gdy słońce wznosiło się coraz wyżej na niebo, Otah zamiatał kurz z kamieni, które sprawiały wrażenie, że nie nagrzały się jeszcze od ostatniej zimy, a potem mył je mokrą ścierką, aż poobcierał sobie kostki u rąk. Następnie Riit-kvo ustawił wszystkich w szeregu, przyjrzał się im, spoliczkował chłopca, którego postawa nie spełniała jego wymagań, i zaprowadził ich do jadalni. Otah nie patrzył ani przed siebie, ani do tyłu, lecz skupił wzrok na plecach chłopca idącego przed nim.

Południowy posiłek składał się z zimnego mięsa, chleba z poprzedniego dnia i cienkiej zupy jęczmiennej, którą Otah bardzo sobie cenił, ponieważ była ciepła. Nazbyt szybko Riit kazał im umyć miski, noże i pójść za sobą. Otah znalazł się na początku szeregu – pozycja nie do pozazdroszczenia – zatem jako pierwszy wszedł do zimnego pomieszczenia z kamiennymi ławami i wąskimi oknami, które nie zaznały szkła. Czekał tam na nich Tahi-kvo.

Nikt nie wiedział, dlaczego nauczyciel o zmarszczonej, okrągłej twarzy zainteresował się ich kohortą, chociaż w ciemności koszar często o tym szeptali. Dai-kvo wybrał jednego z nich, by zgłębiał sekrety andat, by został jednym z poetów, zdobył władzę nawet większą, niż mieli khaiem i całkowicie pominął czarne szaty Milaha-kvo. Lub może jedna z ich rodzin zaczęła żałować, że odesłała dziecko do szkoły, bez względu na to, jak daleko znajdowało się w kolejce do spadku, i prowadziła negocjacje w sprawie rezygnacji z piętna oraz przyjęcia wydziedziczonego syna z powrotem na swoje łono.

Otah słuchał domysłów, lecz nie wierzył w żaden z nich. Były to wymysły przestraszonych i słabych chłopców; wiedział, że gdyby uchwycił się którejś, zniszczyłaby go. Jedynym sposobem ­powstrzymania duszy przed rozpadnięciem się na kawałki było trzymanie się życia w szkolnej niedoli i nieżywienie nadziei na nic więcej niż przeżycie. Wytrzyma okres nauki i zostanie wypchnięty w świat. To był jego trzeci rok w szkole. Miał dwanaście lat i zbliżał się do połowy okresu nauki. A dzisiejszy dzień stanowił kolejne zło, które trzeba było znieść, tak jak dzień miniony czy następny. Zagłębianie się myślą zbyt daleko w przeszłość czy przyszłość było niebezpieczne. Tylko kiedy Otah popuszczał wodze marzeniom, myślał o odkrywaniu tajemnic andat, ale zdarzało się to tak rzadko, że właściwie można było użyć słowa "nigdy".

Nie spuszczając wzroku ani z nauczyciela na końcu sali, ani z uczniów, Riit-kvo recytował przypowieść o Bliźniaczych Smokach Chaosu. Otah ją znał i zaczął błądzić myślami. Za kamiennym łukiem okna widział wronę przysiadłą na wysokiej gałęzi. Przypominała mu coś, ale nie bardzo pamiętał co.
– Który bóg poskramia duchy wody? – zapytał Riit-kvo.
Otah wrócił myślami do sali i się wyprostował.
Riit-kvo wskazał krępego chłopca po drugiej stronie sali.
– Wędrowiec Oladac! – powiedział chłopiec, przyjmując postawę wdzięczności dla nauczyciela.
– A dlaczego duchy, które trzymały się na uboczu i nie walczyły ani z bogami, ani przeciwko nim, zostały strącone do niższego piekła niż słudzy chaosu?
Riit-kvo znów pokazał ręką.
– Bo powinni byli walczyć razem z bogami! – wrzasnął chłopiec.

To była niewłaściwa odpowiedź. Ponieważ byli tchórzami, pomyślał Otah, i wiedział, że ma rację. Zaświszczała lakierowana rózga Tahiego i mocno uderzyła chłopca w ramię. Riit-kvo uśmiechnął się z wyższością i wrócił do opowieści.

Po lekcji znów mieli pracę do wykonania i Tahi-kvo znów do nich nie dołączył. Nastąpił wieczorny posiłek i zakończenie ­kolejnego dnia. Otah wpełzł z ulgą na swoją pryczę i naciągnął cienki koc aż po samą szyję. Zimą wielu chłopców spało w ubraniach i Otah się do nich zaliczał. Mimo to zimę lubił najbardziej. W cieplejszych porach roku w niektóre poranki nadal się budził, nie pamiętając, gdzie jest, spodziewając się ujrzeć ściany ojcowskiego domu, usłyszeć głosy starszych braci – Biitraha, Danata i Kaiina. Może zobaczyć uśmiech matki. Napływ wspomnień był gorszy od wszystkich uderzeń rózgi Tahiego-kvo i Otah skupił całą siłę woli, by wymazać wspomnienia o rodzinie. Nie był w domu ani kochany, ani chciany i rozumiał, że zbytnie rozmyślanie nad tą prawdą go zabije.

Kiedy odpływał w sen, w głowie kołatał mu się ostry głos Riita-kvo, recytującego lekcję o duchach, które nie chciały walczyć. Były tchórzami, wtrąconymi do najgłębszego i najzimniejszego piekła.
Kiedy nadeszło to pytanie, otworzył szeroko oczy. Usiadł. Wszyscy pozostali chłopcy leżeli na swoich pryczach. Nieopodal któryś płakał przez sen. Nie był to niezwykły dźwięk. Słowa wciąż płonęły w umyśle Otaha. Tchórzliwe duchy, wtrącone do piekła.
"A co je tam trzyma?" – zapytał go cichy wewnętrzny głos. "Dlaczego pozostają w piekle?".
Przez kilka godzin leżał rozbudzony, a w głowie wirowały mu myśli.

***

Pokoje nauczycieli wychodziły na wspólny salon. Ściany były wyłożone półkami pełnymi ksiąg i zwojów. Wpuszczone w podłogę palenisko jarzyło się węglami przygotowanymi przez cieszących się największym uznaniem czarno odzianych chłopców Milaha-kvo. Szerokie okno – o podwójnych szybach, by nie dopuszczało zimą zimna, a latem upału – wychodziło na drogę prowadzącą na południe, do głównej drogi. Tahi siedział, grzejąc stopy przy ogniu i patrząc na zimną równinę za oknem. Drzwi za jego plecami otworzyły się i do środka wszedł Milah.

– Spodziewałem się ciebie wcześniej – odezwał się Tahi.
Milah przyjął na chwilę postawę przeprosin.
– Annat Ryota skarżyła się, że z pieca kuchennego znów się dymi – powiedział.
Tahi coś mruknął.
– Usiądź. Przy ogniu jest ciepło.
– To się często zdarza – zgodził się Milah oschłym, szyderczym tonem i usiadł.
Tahiemu udało się przywołać na twarz lekki uśmiech.
– Jak mu się podobali twoi chłopcy? – zapytał Tahi.
– Tak samo jak w zeszłym roku. Przejrzeli zasłonę i teraz prowadzą swoich braci ku wiedzy – odparł Milah, lecz dłonie ułożył w pozycji łagodnego szyderstwa. – To drobni tyrani, co do jednego. Każdy andat na tyle silny, by warto go było utrzymać, zjadłby ich, zanim serca zdążyłyby im uderzyć dwa razy.
– Szkoda.
– Nie jest to zaskoczeniem. A twoi?
Tahi przez chwilę przygryzał dolną wargę, a potem się pochylił. Czuł na sobie wzrok Milaha.
– Otah Machi narobił sobie wstydu – rzekł. – Karę jednak przyjął dobrze. Dai-kvo sądzi, że może być obiecujący.

Milah się poruszył. Kiedy Tahi spojrzał na niego, przyjął postawę pytania. Tahi zastanowił się, czego może ono dotyczyć i skinął głową.
– Są też i inne oznaki – powiedział. – Myślę, że powinieneś go pilnować. W pewien sposób szkoda mi, że tracę go na twoją rzecz.
– Lubisz go.
Tahi przyjął postawę zgody z odcieniem przyznania się do niepowodzenia.
– Być może ja jestem okrutny, stary przyjacielu – stwierdził Tahi, przybierając poufały ton – lecz ty jesteś pozbawiony serca.

Jasnowłosy nauczyciel roześmiał się, a Tahi nie mógł się powstrzymać, by mu nie zawtórować. Potem przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, każdy pogrążony w swoich myślach. Milah wstał i zrzucił grubą wełnianą wierzchnią szatę. Pod spodem wciąż miał na sobie oficjalny jedwabny strój z wczorajszej audiencji u daia-kvo. Tahi nalał im obu po miseczce ryżowego wina.
– Dobrze było znów go zobaczyć – odezwał się jakiś czas później Milah. W jego głosie brzmiała nuta melancholii.
Tahi przyjął postawę zgody, a potem upił wina.
– Wyglądał tak staro – powiedział.

***

Plan Otaha, jeśli można go było nazwać planem, nie wymagał wielu przygotowań, a mimo to między chwilą, w której zrozumiał przypowieść o biernych duchach, a nocą, kiedy podjął działanie, minęły prawie trzy tygodnie. Owej nocy zaczekał, aż wszyscy usną, a potem odrzucił cienkie koce, włożył na siebie wszystko, co miał, zebrał skromny dobytek i po raz ostatni wyszedł z pomieszczenia swojej kohorty.

Kamienne korytarze nie były oświetlone, ale znał drogę na tyle dobrze, że nie potrzebował światła. Poszedł do kuchni. Spiżarnia nie była zamknięta – nikt nie kradł jedzenia, ze strachu, że zostanie wykryty i wychłostany. Otah zgarnął do worka po dwie garście twardych bułeczek i suszonych owoców. Nie potrzebował wody. Na ziemi wciąż leżał śnieg, a Tahi-kvo pokazał im, jak go topić ciepłem własnego ciała w taki sposób, by zimno nie przeniknęło do serca.

Kiedy się już zaopatrzył, poszedł do głównej sali; światło księżyca wpadające przez wysoko umieszczone okna kładło się słabą ­poświatą w wielkiej nawie, gdzie przez ostatnie trzy lata Otah co rano przyjmował postawę hołdu. Drzwi oczywiście były zaryglowane i chociaż chłopiec miał dość siły, by je otworzyć, hałas mógłby kogoś obudzić. Z szafki przy wrotach wziął parę szerokich plecionych butów śnieżnych i wszedł po schodach do sali wykładowej. Jej okna wychodziły na świat tkwiący w okowach zimy. W chłodzie oddech Otaha już się zmieniał w pióropusz wilgoci.

Wyrzucił śnieżne buty i worek przez okno na pokrytą śniegiem ziemię, a potem przecisnął się przez otwór i zawisł na czubkach palców, trzymając się kamiennego zewnętrznego parapetu. Nie spadł z wysoka.
Otrzepał śnieg z nogawic, grubymi rzemieniami przywiązał do stóp śnieżne buty, podniósł pękaty worek i ruszył na południe w stronę głównej drogi.

Zanim się zorientował, że nie jest sam, księżyc, znajdujący się niemal u szczytu swego nocnego łuku, przesunął się w stronę zachodniego horyzontu o szerokość dwóch dłoni w grubych rękawicach. Kroki, idealnie dopasowane do rytmu jego kroków, złamały ów rytm – co było tak zamierzoną prowokacją, jak chrząknięcie. Otah zamarł, a po chwili się odwrócił.
– Dobry wieczór, Otahu Machi – rzekł swobodnym tonem Milah-kvo. – Piękna noc na spacer, co? Tylko trochę zimna.

Otah się nie odzywał, więc Milah postąpił do przodu; miał w ręce worek, a jego kroków niemal nie było słychać. Oddech miał gęsty i biały niczym gęsie pióro.
– Tak – rzekł nauczyciel. – Jest zimno, a ty znajdujesz się z dala od łóżka.
Otah przyjął postawę zgody właściwą dla ucznia wobec nauczyciela. Nie zawierała cienia przeprosin i Otah miał nadzieję, że Milah-kvo nie dostrzeże, że się trzęsie, a jeśli nawet, to przypisze to zimnu.
– Opuszczasz szkołę przed zakończeniem nauki, chłopcze. Okrywasz się hańbą.

Otah przyjął postawę dziękczynną odpowiednią na koniec lekcji, lecz Milah-kvo machnął lekceważąco ręką i usiadł na śniegu, przyglądając się chłopcu z ciekawością, która deprymowała ­Otaha.
– Dlaczego? – zapytał Milah-kvo. – Masz jeszcze szansę na poprawę. Wciąż jeszcze możesz się okazać godny. Dlaczego więc uciekasz? Jesteś aż takim tchórzem?
Otah odzyskał mowę.
– Tchórzostwem byłoby pozostanie, Milahu-kvo.
– Jak to?
W głosie nauczyciela nie brzmiała nuta osądu czy badania. Zupełnie jakby pytanie zadał przyjaciel, który naprawdę nie zna odpowiedzi.
– W piekle nie ma zamków – rzekł Otah. Po raz pierwszy spróbował powiedzieć o tym komuś innemu i okazało się to trudniejsze, niż się spodziewał. – Jeśli nie ma zamków, to co może tam trzymać człowieka, prócz strachu, że odejście może się okazać gorsze?
– A ty uważasz, że szkoła to rodzaj piekła.
To nie było pytanie, więc Otah nie odpowiedział.
– Jeśli pozostaniesz na tej ścieżce, staniesz się najniższym z najniżej sytuowanych – rzekł Milah. – Zhańbionym dzieckiem bez przyjaciół i sprzymierzeńców. A bez piętna, które by cię chroniło, twoi starsi bracia mogą cię wytropić i zabić.
– Tak.
– Masz dokąd pójść?
– Główna droga prowadzi do Pathai i Nantani.
– Gdzie nikogo nie znasz.
Otah przyjął postawę zgody.
– To cię nie przeraża? – zapytał nauczyciel.
– Taką podjąłem decyzję.
Ujrzał rozbawienie na twarzy Milaha-kvo.
– Rozumiem, ale chyba jest alternatywa, której nie wziąłeś pod uwagę.
Nauczyciel sięgnął do swego worka i wyjął szmaciane zawiniątko. Przez chwilę ważył je w zamyśleniu na dłoni, a potem upuścił na śnieg przed sobą. Była to czarna szata.

Otah przyjął postawę intelektualnego zapytania. Brakło mu słownictwa, lecz Milah-kvo go zrozumiał.
– Andat są potężni, Otahu. Jak pomniejsi bogowie. I nie lubią, kiedy się ich zamyka w jednym kształcie. Walczą z nim, a ponieważ przyjmowane przez nich kształty stanowią odbicie poetów, którzy ich wiążą... Świat jest pełen chętnych ofiar – ludzi godzących się z wymierzanym im okrucieństwem. Andat ukształtowany z takiego umysłu zniszczyłby poetę, który by go związał i uciekł. To, że wybrałeś działanie, jest tym, co znaczą czarne szaty.

– A zatem... ci inni... oni wszyscy też opuścili szkołę?
Milah się roześmiał. Nawet na zimnie ów śmiech zabrzmiał ­ciepło.
– Nie. Wszyscy podążacie odmiennymi ścieżkami. Ansha usiłował wyrwać Tahiemu-kvo rózgę. Ranit Kiru zadawał zakazane pytania, przyjmował karę i pytał znowu, aż Tahi zbił go do nieprzytomności. Przez wiele tygodni był zbyt obolały, by włożyć jakąkolwiek szatę, lecz same jego sińce były wystarczająco czarne. Każdy z was coś uczynił. To znaczy, jeśli postanowisz przyjąć szatę. Jeśli ją zostawisz, będzie to po prostu zwykła rozmowa. Być może interesująca, lecz banalna.

– A jeśli przyjmę szatę?
– Dopóki będziesz chodził w czerni, nie zostaniesz wyrzucony ze szkoły. Będziesz pomagał uczyć normalnych chłopców tego, czego sam się nauczyłeś – ufać własnej sile.
Otah zamrugał, a pierś przepełniło mu uczucie, którego nie potrafił nazwać. Jego ucieczka ze szkoły nabrała nowego znaczenia. Stała się oznaką jego siły, dowodem odwagi.
– A andat?
– No i andat – rzekł Milah-kvo. – Zaczniesz się o nich uczyć na poważnie. Dai-kvo nigdy nie przyjął ucznia, który najpierw nie nosił w szkole czarnej szaty.

Otah pochylił się i zdrętwiałymi z zimna palcami podniósł strój. Napotkał rozbawiony wzrok Milaha-kvo i mimo woli uśmiechnął się szeroko. Milah-kvo roześmiał się, wstał i objął Otaha ramieniem. To była pierwsza uprzejmość, jakiej doświadczył chłopiec w szkole.
– A więc chodź. Jeśli wyruszymy teraz, być może dotrzemy do szkoły przed śniadaniem.
Otah przyjął postawę zgody przepełnionej entuzjazmem.
– I mimo że tym razem chyba możemy ci to wybaczyć, nie nabierz zwyczaju wykradania jedzenia z kuchni. To denerwuje kucharki.

***

List nadszedł kilka tygodni później i jako pierwszy przeczytał go Milah. Siedział w górnej sali, na chwilę zapomniawszy o uczniach, i powtórnie czytał staranne pismo, czując, jak tężeje mu twarz. Kiedy przeczytał dość, by mieć pewność, że wszystko dobrze zrozumiał, wsunął złożony papier do rękawa szaty i wyjrzał przez okno. Zima się kończyła, lecz odwieczne wiosenne odrodzenie sprawiało na nim ironiczne wrażenie.

Usłyszał, że do sali wchodzi Tahi – poznał kroki starego przyjaciela.
– Był posłaniec – rzekł Tahi. – Ansha powiedział, że przybył posłaniec od daia-kvo...
Milah obejrzał się przez ramię. Na okrągłej twarzy Tahiego odmalowywały się uczucia Milaha.
– Właściwie od jego opiekuna.
– Czy dai-kvo...
– Nie – odparł Milah i wyjął list. – Nie umarł, tylko umiera.
Tahi wziął kartki, lecz nie spojrzał na nie.
– Na co?
– Na starość.
Tahi przeczytał list w milczeniu, a potem z westchnieniem oparł się o ścianę.
– Nie... nie jest tak źle, jak mogłoby być – powiedział.
– Na razie nie. Pojawi się jeszcze w szkole. Może nawet dwa razy.
– Nie powinien przybywać – warknął Tahi. – Te odwiedziny to formalność. My sami dobrze wiemy, którzy chłopcy są gotowi. Możemy ich wysłać. On wcale nie musi...

Milah odwrócił się, przerywając mu subtelną postawą, wyrażającą jednocześnie prośbę o wyjaśnienie oraz żałobę. Tahi zaśmiał się z goryczą i spuścił wzrok.
– Masz rację – rzekł. – Ale świat podobałby mi się bardziej, gdybyśmy mogli ująć daiemu-kvo nieco ciężaru. Choćby na krótko.
Milah chciał przyjąć jakąś postawę, lecz zawahał się i tylko skinął głową.
– Otah Machi? – zapytał Tahi.
– Może. Możliwe, że będziemy musieli go wezwać do Otaha. Ale jeszcze nie teraz. Ledwie włożył szaty. Pozostali wciąż uczą się przyjmować go jak równego. Zadecydujemy, kiedy już się przyzwyczai do władzy. Nie chcę wzywać daia-kvo, dopóki nie będziemy mieli pewności.
– Przybędzie następnej zimy bez względu na to, czy będziemy mieli jakiegoś gotowego chłopca, czy nie.
– Możliwe. Możliwe też, że tej nocy umrze. Albo my umrzemy. Żaden bóg nie uczynił świata pewnym.
Tahi uniósł dłonie w postawie rezygnacji.

***

Była ciepła, późnowiosenna noc; wydawało się, że zapach zieleni przenika cały świat. Otah rozciągnął się z kolegami na wzgórzu leżącym na wschód od szkoły. Obok nich siedział Milah-kvo; wciąż coś mówił, wciąż coś opowiadał. Mówił o andat.
– Są jak... urzeczywistnione myśli – powiedział Milah. Wykonywał dłońmi gesty, które nie były formalnymi pozycjami, lecz i tak wywoływały uczucie zachwytu. – Jak oswojone idee przyobleczone w ludzki kształt. Weźcie Wodę Spadającą Na Dół. W Starym Imperium nazywała się Deszczem, a potem na początku wojny ponownie ją schwytał Diit Amra i jej imię zmieniono na Ku Morzu. Lecz myśl, widzicie, była ta sama. A jeśli zdołacie ją utrzymać, to będziecie potrafili wstrzymać bieg rzek. Albo zadbać, by wasze uprawy otrzymywały dosyć wody. Albo sprowadzić na wrogów powodzie. Ona była potężna.

– Czy ktoś mógłby ją znów schwytać? – zapytał Ansha, już nie Ansha-kvo dla Otaha.
Milah pokręcił głową.
– Wątpię. Była chwytana i uciekała zbyt wiele razy. Przypuszczam, że ktoś mógłby znaleźć nowy sposób, by ją opisać, ale... już tego próbowano.
Nawet Otaha te słowa przejęły chłodem. Opowieści o andat były jak opowieści o duchach i zawsze kończyły się makabrycznym opisem ceny, jaką płacił niewprawny poeta.
– Jaka była jej cena? – zapytał Nian Tomari cichym, pełnym napięcia głosem.
– Ostatni poeta, który tego próbował, był starszy ode mnie o pokolenie. Powiadają, że kiedy mu się nie udało, brzuch mu spuchł jak u ciężarnej kobiety. Gdy go rozcięto, był pełen lodu i czarnych wodorostów.

Chłopcy w milczeniu wyobrażali sobie tę scenę – krew poety, ciemne liście, blady lód. Dari zabił komara.
– Milahu-kvo? – zapytał Otah. – Dlaczego po każdej ucieczce trudniej jest utrzymać andat?
Nauczyciel się roześmiał.
– Doskonałe pytanie, Otahu. Powinieneś je jednak zadać daiemu-kvo. Odpowiedź by cię przerosła.
Otah przyjął postawę akceptacji napomnienia, lecz nie pozbył się ciekawości. Słońce zniknęło za horyzontem i zrobiło się chłodno. Milah-kvo wstał, a oni poszli w jego ślady; w mroku, w ciemnych szatach wyglądali jak upiory. W połowie drogi do wysokich kamiennych budynków Ansha ruszył biegiem, za nim Riit, a potem Otah i pozostali; pędzili pod górę do wielkich wrót, ścigając się o pierwsze miejsce, a przynajmniej o to, by nie być ostatnim. Kiedy przyszedł Milah, byli zarumienieni i roześmiani.

– Otahu – odezwał się Enrath, ciemnoskóry starszy chłopiec z Tan-Sadaru – bierzesz jutro z rana trzecią kohortę, żeby przekopała zachodnie ogrody?
– Tak.
– Tahi-kvo chciał, żeby skończyli i umyli się wcześniej. Po posiłku zabiera ich na lekcję.
– Mógłbyś dołączyć do naszych popołudniowych zajęć – zaproponował Milah, który usłyszał ich rozmowę.
Wchodząc do wielkiej sali, oświetlonej blaskiem pochodni, Otah przyjął postawę wdzięczności. Lekcja z Milahem była nieskończenie lepsza od dnia spędzonego na pilnowaniu jednej z najmłodszych kohort podczas wykonywania przez nie obo­-wiązków.

– Wiecie, dlaczego robaki poruszają się pod ziemią? – zapytał Milah-kvo.
– Bo nie umieją latać? – rzekł Ansha i się roześmiał.
Zawtórowało mu kilku chłopców.
– To prawda – odparł Milah. – Ale to dobrze robi glebie. Spulchniają ją, by korzenie mogły sięgnąć głębiej. Zatem w pewnym sensie Otah i trzecia kohorta będą jutro wykonywać pracę robaków.
– Ale robaki robią to, jedząc ziemię i wydalając ją – powiedział Enrath. – Tak powiedział Tahi-kvo.
– Jest pewna różnica w technice – zgodził się oschłym tonem Milah, ku radości wszystkich, łącznie z Otahem.

Czarni spali po czterech w mniejszych pomieszczeniach, ogrzewanych stojącym pośrodku koksiakiem. Nadeszła odwilż, lecz noce wciąż były przejmująco zimne. Otah, jako najmłodszy w jego pokoju, musiał zajmować się ogniem. Milah-kvo budził ich w ciemności poranka, tak długo pukając do drzwi, aż odezwały się wszystkie cztery głosy. Myli się przy wspólnych baliach i jedli przy długim drewnianym stole, przy którego jednym końcu siedział Tahi-kvo, a przy drugim Milah-kvo. Mimo że jego spojrzenie stało się bardzo życzliwe, Otah wciąż czuł się niezręcznie przy tym okrągłolicym nauczycielu.
Po umyciu talerzy czarni się rozdzielali; większa grupa udawała się do kohort, by przeprowadzić je przez codzienne obowiązki, a mniejsza – rzadko więcej niż pięciu czy sześciu chłopców – szła z Milahem-kvo, by cały dzień się uczyć. Po drodze do wielkiej sali Otah już planował zajęcia, z radością myśląc o przekazaniu swojej kohorty Tahiemu-kvo i dołączeniu do garstki ulubieńców Milaha-kvo.

W wielkiej sali chłopcy stali w szeregach, trzęsąc się z zimna. Trzecia kohorta składała się z najmłodszych; było to kilkunastu chłopców w wieku około ośmiu lat, ubranych w szare szaty. Otah przechadzał się przed nimi, wypatrując nieprawidłowej postawy albo czy któryś się nie drapie.

– Dzisiaj będziemy przekopywać ziemię w zachodnich ogrodach – oznajmił ostrym tonem. Niektórzy z drobniejszych chłopców wzdrygnęli się. – Tahi-kvo nakazał, by przed południem robota była skończona, a wy umyci. Za mną!
Wyprowadził ich do ogrodów. Dwa razy się zatrzymywał, by sprawdzić, czy zachowują szyk. Kiedy jeden z chłopców – Navi Toyut, syn wysoko postawionej rodziny utkhaiem z Yalakehtu – zgubił rytm, Otah uderzył go mocno w twarz. Chłopiec natychmiast wyrównał krok.
Zachodnie ogrody były brunatne i puste. Na ziemi leżały suche gałązki – zimowe trupy zeszłorocznych zbiorów – między którymi przepychały się ku górze blade źdźbła chwastów. Otah poprowadził podopiecznych do szopy na narzędzia, gdzie najmłodsi zgarnęli pajęczyny ze szpadli i łopat.

– Zacznijcie od północnego krańca! – zawołał i kohorta rozstawiła się do pracy.
Szereg był nierówny; niektórzy chłopcy byli wyżsi od innych, a żaden nie zachował równego odstępu, tak że luki między nimi przypominały dziury po mlecznych zębach. Otah przeszedł się wzdłuż szeregu, pokazując każdemu chłopcu, gdzie ma stać i jak trzymać szpadel. Kiedy wszyscy już znaleźli się na swoich miejscach, Otah dał znak do rozpoczęcia pracy.

Posłuchali, lecz byli mali i niezbyt silni. Zapach świeżej ziemi roznosił się bardzo powoli. Kiedy Otah chodził po skopanej ziemi za plecami chłopców, jego buty ledwie się w nią zagłębiały.
– Głębiej! – warknął. – Przewracajcie ziemię, a nie tylko ją poruszajcie. Robaki spisałyby się lepiej.
Kohorta nic nie mówiła, nie podnosiła wzroku, tylko jeszcze mocniej wparła się w wysuszone, szorstkie styliska łopat. Otah pokręcił głową i splunął.

Słońce wzniosło się na półtora dłoni, a oni skopali tylko dwie grządki. W miarę, jak się ocieplało, chłopcy zdejmowali wierzchnie szaty i kładli je złożone na ziemi. Mieli do skopania sześć grządek. Otah chodził ze zmarszczonym czołem za szeregiem. Czas się kończył.
– Tahi-kvo kazał to skończyć przed południem! – zawołał. – Jeśli go zawiedziecie, każę was wszystkich wychłostać.
Usiłowali wykonać to zadanie, lecz kiedy dotarli do końca czwartej grządki, stało się jasne, że im się to nie uda. Otah wydał surowym tonem rozkazy, by pracowali dalej, i poszedł poszukać Tahiego-kvo.

Nauczyciel nadzorował kohortę, której kazano wysprzątać kuchnię. Lakierowana rózga poświstywała co chwila. Otah stanął przed Tahim w postawie przeprosin.
– Tahi-kvo, trzecia kohorta nie zdąży do południa skopać ziemi w zachodnich ogrodach. Chłopcy są słabi i głupi.
Tahi-kvo przyglądał się mu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Otah czuł, że czerwieni się ze wstydu. W końcu nauczyciel przyjął oficjalną postawę akceptacji.
– A zatem poczekamy jeden dzień – powiedział. – Kiedy zjedzą, zaprowadź ich do ogrodów jeszcze raz i każ dokończyć pracę.
Otah przyjął postawę wdzięczności i utrzymywał ją, dopóki Tahi-kvo nie skierował uwagi na swoją kohortę. Potem wrócił do ogrodów. Pod jego nieobecność trzecia kohorta zwolniła tempo, lecz gdy tylko się zbliżył, zaczęła gorączkowo pracować. Wszedł na na wpół skopaną grządkę i wbił spojrzenie w chłopców.

– Straciłem przez was popołudnie z Milahem-kvo – powiedział Otah cicho, lecz tak gniewnie, że słychać go było doskonale.
Żaden z chłopców nie patrzył mu w oczy; czuli się winni. Otah odwrócił się do najbliższego i wskazał łopatę, którą chłopiec ­trzymał.
– Ty. Daj mi to.
Chłopak zrobił spłoszoną minę, lecz posłusznie oddał łopatę. Otah wbił ją w świeżą glebę. Ostrze zagłębiło się tylko do połowy. Otah poruszył z wściekłością ramionami. Chłopiec przyjął postawę przeprosin, lecz Otah jej nie zaakceptował.

– Macie przewracać ziemię! Przewracać! Jesteście zbyt głupi, by to pojąć?
– Otahu-kvo, przepraszam. Tylko że...
– Jeśli nie umiesz tego robić jak człowiek, możesz brać przykład z robaka. Na kolana.
Chłopiec nie zrozumiał.
– Na kolana! – krzyknął Otah, nachylając się ku chłopcu. Oczy malca wezbrały łzami, ale posłuchał. Otah wziął do ręki grudę ziemi i mu ją podał. – Jedz.
Chłopiec spojrzał na grudę, a potem na Otaha. A potem, szlochając tak, że aż trzęsły mu się wątłe ramiona, włożył ziemię do ust. Pozostali otaczali go milczącym kręgiem. Chłopiec poruszał zabłoconymi wargami.
– Wszystko! – rozkazał Otah.
Chłopiec wziął kolejny kęs, a potem, wciąż płacząc, przewrócił się na ziemię. Otah splunął ze wstrętem i zwrócił się do reszty kohorty.
– Do roboty!

Rozbiegli się na swoje stanowiska; drobne ręce i nogi chłopców poruszały się z gorączkową energią zrodzoną ze strachu. Chłopiec o zabłoconych wargach siedział i płakał, ukrywszy buzię w dłoniach. Otah wbił obok niego jego łopatę.
– No i? – zapytał cicho. – Na co czekasz?
Chłopiec wymamrotał coś, czego Otah nie dosłyszał.
– Jeśli chcesz mówić, to rób to tak, żeby ludzie cię słyszeli.
– Moja dłoń – wykrztusił chłopiec wśród szlochu. – Dłonie mnie bolą. Próbowałem. Próbowałem kopać głębiej, ale tak bardzo bolało...

Odwrócił dłonie do góry; spojrzenie na krwawiące pęcherze było jak wychylenie się w przepaść – Otah poczuł nagły zawrót głowy. Chłopiec spojrzał mu w twarz, wciąż szlochając, i Otah rozpoznał ten cichy, zawodzący dźwięk, chociaż nigdy wcześniej go nie słyszał; był to dźwięk, jaki sam bardzo chciał wydać przez wiele miesięcy spania w zimnie, mając nadzieję, że nie przyśni mu się matka. Była to ta sama melodia, którą słyszał w swojej dawnej kohorcie – dziecko płaczące przez sen.

Otahowi zaciążyły nagle czarne szaty, a w jego umyśle rozśpiewały się wspomnienia tysiąca upokorzeń, tak jak mogłoby zadźwięczeć kryształowe szkło w odzewie na głos śpiewaka.
Ukląkł obok płaczącego chłopca, czując, jak na wargi cisną mu się słowa, a potem umykają. Reszta kohorty stała w milczeniu.

***

– Posłałeś po mnie? – zapytał Tahi.
Milah nie odpowiedział, tylko pokazał na okno. Tahi podszedł do przyjaciela i spojrzał na scenę rozgrywającą się poniżej. Na do połowy skopanej grządce czarno odziany chłopak tulił w ramionach płaczące dziecko, a pozostali członkowie kohorty patrzyli na to z otwartymi ustami.
– Jak długo to trwa? – zapytał Tahi ze ściśniętym gardłem.
– Tak już ich zastałem. Nie wiem, kiedy to się stało.
– Otah Machi?
Milah jedynie skinął głową.
– Trzeba to przerwać.
– Tak. Ale chciałem ci to pokazać.
W ponurym milczeniu zeszli na dół, przecięli bibliotekę i wyszli do zachodnich ogrodów. Trzecia kohorta zauważyła ich i zaczęła udawać, że pracuje. Otah nadal obejmował chłopca.
– Otahu! – warknął Tahi.
Chłopiec w czerni podniósł na niego wzrok; oczy miał zaczerwienione i pełne łez.
– Źle się czujesz, Otahu – rzekł łagodnie Milah. Postawił go na nogi. – Powinieneś wejść do środka i odpocząć.
Otah popatrzył najpierw na jednego nauczyciela, potem na drugiego i z wahaniem przyjął postawę uległości, po czym pozwolił się Milahowi ująć pod rękę i odprowadzić. Tahi nie poszedł za nimi; Milah słyszał jego głos smagający trzecią kohortę niczym bat.

Znalazłszy się z powrotem w pomieszczeniach dla elity, Milah przygotował dla Otaha filiżankę mocnej herbaty i zastanowił się nad sytuacją. Pozostali wkrótce się dowiedzą, co się stało, o ile już to do nich nie dotarło. Nie wiedział, czy poprawi to położenie chłopca, czy je pogorszy. Nie wiedział nawet, na co ma nadzieję. Jeśli to było tym, na co wyglądało, to było sukcesem, którego Milah się bał. Musi mieć pewność, zanim podejmie jakiekolwiek działanie. Nie chciał wzywać daia-kvo, gdyby Otah nie był gotów.

Otah siedział zgarbiony na pryczy nauczyciela; przyjął gorącą herbatę i posłusznie zaczął pić. Miał już suche oczy i patrzył przed siebie. Milah przystawił sobie stołek i przez długą chwilę obaj siedzieli w milczeniu.
– Nie wyświadczyłeś dzisiaj temu chłopcu przysługi.
Otah uniósł dłoń w pozycji akceptacji napomnienia.
– Takie pocieszanie chłopca... to go nie wzmacnia. Wiem, że niełatwo być nauczycielem. Ostre traktowanie dziecka, nawet jeśli ma to mu w końcu wyjść na dobre, wymaga twardego współczucia.
Otah skinął głową, lecz nie podniósł wzroku.
– Czy kiedykolwiek wyrzucono czarnego? – zapytał w końcu cichym głosem.
– Wyrzucono? Nie. Dlaczego pytasz?
– Zawiodłem – wyjaśnił Otah. – Nie jestem dość silny, by dawać im takie nauczki, Milahu-kvo.
Milah spojrzał na swoje dłonie, myśląc o swoim starym mistrzu. O cenie, jaką będzie musiało zapłacić to stare ciało za kolejną podróż do szkoły. Kiedy się odezwał, nie umiał całkowicie pozbawić głosu ciężaru podjętej decyzji.
– Odsuwam cię na miesiąc od obowiązków – oznajmił. – Wezwiemy daia-kvo.

***

– Otahu – usłyszał znajomy szept. – Co takiego zrobiłeś?
Otah odwrócił się na pryczy. Koksiak emanował zbyt nikłym światłem, by można cokolwiek zobaczyć. Chłopiec utkwił wzrok w żarzących się węglach.
– Popełniłem błąd, Ansho – odparł.
Taką odpowiedź dawał w ostatnich dniach tym nielicznym, którzy mieli odwagę zapytać.
– Podobno przybywa dai-kvo. I to niespodziewanie.
– Być może to był poważny błąd.

Otah pomyślał, że być może pierwszy raz ktoś wzniósł się tak wysoko i tak bardzo zawiódł. Być może po raz pierwszy czarne szaty otrzymał ktoś, do kogo tak bardzo nie pasowały. Pamiętał pokrytą śniegiem zimną, pustą równinę, którą przemierzał tej nocy, kiedy Milah-kvo go awansował. Teraz zrozumiał, że jego ucieczka nie była oznaką siły, tylko zapowiedzią niepowodzenia.
– A co dokładnie zrobiłeś? – zapytał Ansha w ciemności.
Otah znów ujrzał twarz chłopca, zakrwawione dłonie i łzy upokorzenia, spływające po jego brudnych policzkach. To on spowodował ten ból i nie potrafił wyznaczyć granicy między wstydem, że to zrobił, i wstydem, ze jest zbyt słaby, by to zrobić ponownie. W żaden sposób nie mógł wyjaśnić, że nie może prowadzić tych chłopców do osiągnięcia siły, ponieważ w głębi serca nadal jest jednym z nich.
– Nie byłem godzien mojej szaty – odpowiedział.
Ansha już się nie odezwał i Otah wkrótce usłyszał cichy, głęboki oddech śpiącego. Pozostali byli zmęczeni po całym dniu pracy. Po całym dniu spędzonym na bezcelowym wałęsaniu się bez żadnych obowiązków po szkolnych salach i pokojach Otah nie miał powodu być zmęczony. Czarną szatę włożył tylko dlatego, że nie miał innej, swojej.

Zaczekał w ciemności, aż opuściły go nawet żarzące się węgle, a on sam nabrał pewności, że pozostali śpią głęboko. Wtedy wstał, włożył szatę i wyszedł cicho na korytarz. Chłodne pokoje, w których spały młodsze kohorty, znajdowały się niedaleko. Otah wszedł między śpiące postacie. Ich ciała były tak małe, koce tak cienkie... Przebywał wśród czarnych tak krótko, a już zapomniał tak wiele.

Chłopiec, którego szukał, leżał zwinięty na pryczy pod kamienną ścianą, plecami zwrócony do pokoju. Otah pochylił się ostrożnie i zasłonił mu dłonią usta, by stłumić ewentualny krzyk. Chłopiec jednak obudził się w milczeniu. Otah zaczekał, aż w jego oczach dostrzeże błysk rozpoznania.

– Goją ci się dłonie? – zapytał.
Chłopiec kiwnął głową.
– To dobrze. Zachowuj się cicho. Nie chcemy obudzić pozostałych.
Otah zabrał rękę i chłopiec natychmiast przyjął postawę głębokich przeprosin.
– Otahu-kvo, okryłem hańbą ciebie i szkołę.
Otah delikatnie zamknął dłoń chłopca.
– Nie masz sobie nic do zarzucenia – powiedział. – To ja popełniłem błąd. Ja za to zapłacę.
– Gdybym pracował ciężej...
– Niczego byś przez to nie osiągnął – rzekł Otah. – Niczego.

***

Drzwi z brązu zadźwięczały i się rozwarły. Chłopcy stali w szeregach w postawie powitania, jakby byli posągami. Otah, który stał wśród czarnych, także ją przyjął. Zastanawiał się, jakie opowieści o tej wizycie krążyły wśród kohort wydziedziczonych dzieci – czy wyrażały nadzieję powrotu do utraconej rodziny, czy wyniesienia do statusu poety. Marzenia.

Starzec wszedł do środka. Wyglądał na słabszego, niż Otah go zapamiętał. Po uroczystych powitaniach pobłogosławił wszystkich swoim ochrypłym szeptem. Następnie odszedł z nauczycielami, a czarni – wszyscy prócz Otaha – zajęli się przydzielonymi im kohortami. Otah wrócił do swego pokoju i usiadł zrozpaczony, czekając na nieuchronne wezwanie. Nie czekał długo.

– Otahu – odezwał się od drzwi Tahi-kvo. – Przynieś herbatę dla daia-kvo.
– Ale uroczysta szata...
– Nie jest potrzebna. Tylko herbata.
Otah wstał i przyjął postawę uległości. Nadszedł czas.

***

Dai-kvo siedział w milczeniu, wpatrując się w ogień. Jego zetknięte palcami dłonie wydawały się mniejsze, niż je zapamiętał Milah, a skóra na nich była cieńsza i obwisła. Wokół oczu i ust mistrza można było dostrzec oznaki zmęczenia podróżą, lecz kiedy zauważył wzrok Milaha i przyjął postawę częściowo pytania, a częściowo wyzwania, Milah pomyślał, że w jego twarzy kryje się coś jeszcze. Głód albo nadzieja.

– Jak się mają sprawy w świecie? – zapytał Milah. – Niewiele tu słyszymy o tym, co się dzieje w wielkich miastach.
– Sytuacja jest dość dobra – odparł dai-kvo. – A tutaj? Jak się mają twoi chłopcy?
– Dość dobrze, o najwyższy.
– Naprawdę? W niektóre noce wydaje mi się to wątpliwe.
Milah przyjął postawę zachęcającą daia-kvo do rozwinięcia tematu, lecz bez skutku. Stare oczy ponownie zapatrzyły się w ogień. Milah opuścił dłonie na kolana.

Wrócił Tahi i zanim usiadł na swoim krześle, przyjął postawę posłuszeństwa i szacunku.
– Chłopiec już idzie – powiedział.
Dai-kvo przyjął postawę akceptacji, lecz tylko tyle. Milah ujrzał w oczach Tahiego własny niepokój. Wydawało się, że zanim rozległo się ciche stukanie do drzwi i do pokoju wszedł Otah Machi z tacą z trzema czarkami herbaty, upłynęło zbyt wiele czasu. Zachowując kamienną twarz, chłopiec postawił tacę na niskim stoliku i przyjął rytualną postawę powitania.

– Jestem zaszczycony twoją obecnością, o najwyższy dai-kvo – powiedział.
Oczy starca ożyły, z wielkim zainteresowanie wpatrzone w Otaha. Skinął głową, lecz nie odesłał chłopca do nauki. Zamiast tego wskazał mu puste miejsce, które zwykle zajmował Milah. Chłopiec spojrzał na Milaha, a on skinął głową. Otah usiadł, wyraźnie zaniepokojony.
– Powiedz mi – rzekł dai-kvo, biorąc czarkę z herbatą – co wiesz o andat?
Chłopiec przez chwilę nie mógł mówić, lecz kiedy się odezwał, głos mu nie drżał.
– Są myślami, o najwyższy. Przełożonymi przez poetę na kształt, który dysponuje wolą.

Dai-kvo sączył herbatę i obserwował chłopca. Czekał, by powiedział coś więcej. Cisza nakazywała Otahowi mówić, lecz najwyraźniej brakło mu słów. W końcu dai-kvo odstawił czarkę.
– Nie wiesz o nich nic więcej? Jak się ich wiąże? Co musi uczynić poeta, by jego dzieło różniło się od poprzednich? Jak można przekazywać schwytanego ducha z pokolenia na pokolenie?
– Nie, o najwyższy.
– A dlaczego? – zapytał cicho dai-kvo.
– Milah-kvo powiedział, że większa wiedza byłaby dla nas niebezpieczna. Nie byliśmy gotowi do przyjęcia dalszych nauk.
– To prawda – zgodził się dai-kvo. – Prawda. Byliście tylko wypróbowywani. Nie uczeni.
Otah spuścił wzrok. Pobladły, przyjął postawę skruchy.
– Przykro mi, że zawiodłem szkołę, o najwyższy. Wiem, że miałem im pokazać, jak być silnym, i chciałem tego dokonać, lecz...
– Nie zawiodłeś, Otahu. Przeszedłeś próbę.
Dłonie Otaha drgnęły, w jego oczach pojawiła się niepewność. Milah odchrząknął i, przyjąwszy postawę, którą prosił daia-kvo o pozwolenie, powiedział:
– Przypominasz sobie naszą rozmowę w śniegu tej nocy, kiedy zaproponowałem ci czerń? Powiedziałem wtedy, że andat zniszczyłby poetę o słabym umyśle.
Otah skinął głową.

– A poeta o okrutnym sercu zniszczyłby świat – ciągnął Milah. – Silny i łagodny, Otahu. To rzadka kombinacja.
– Teraz spotykamy ją rzadziej niż niegdyś – rzekł dai-kvo. – Tak jak żaden chłopiec nie przywdział czarnych szat, nie okazawszy siły woli, również żaden nie odłożył czarnej szaty, nie wyrzekłszy się okrucieństwa, które niesie ze sobą władza. Ty uczyniłeś jedno i drugie, Otahu Machi. Okazałeś się godzien i chciałbym cię przyjąć na swego ucznia. Wróć ze mną, chłopcze, a nauczę cię tajemnic poetów.

Chłopiec wyglądał tak, jakby ktoś go zdzielił pałką. Z twarzy odpłynęła mu cała krew, dłonie znieruchomiały, lecz w oczach lśniło rodzące się zrozumienie. Chwila się przeciągała, aż wreszcie Tahi nie wytrzymał.
– I cóż? Możesz coś powiedzieć, chłopcze.
– To, co zrobiłem... ten chłopiec... nie zawiodłem?
– Nie zawiodłeś. Okryłeś się najwyższą chwałą.
Na wargi Otaha powoli wypływał uśmiech, lecz grymas ów był śmiertelnie zimny. Kiedy się odezwał, w jego głosie brzmiała wściekłość.

– Upokarzając tego chłopca, okryłem się najwyższą chwałą?
Milah zobaczył, że Tahi marszczy brwi. Pokręcił głową. Teraz była to już sprawa między chłopcem i daiem-kvo.
– Pocieszając go – powiedział starzec.
– Pocieszając go za to, co zrobiłem.
– Tak. Ilu innych chłopców w czerni postąpiłoby tak samo? Szkolenie jest tak zaplanowane, by zawierało te próby. Tak jest od czasu wojny, która zniszczyła Imperium, i dzięki temu miasta khaiem trzymają się razem. Kryje się w tym bardzo głęboka mądrość.
Otah powoli przyjął postawę wdzięczności wobec nauczyciela, lecz było w niej coś dziwnego – coś w ustawieniu nadgarstków, co świadczyło o emocji, której Milah nie umiał rozpoznać.

– Jeśli to była chwała, o najwyższy, to zaiste rozumiem.
– Tak? – zapytał starzec z nadzieją w głosie.
– Tak. Byłem twoim narzędziem. W tamtym ogrodzie nie byłem sam. Byłeś tam też ty.
– Co ty mówisz, chłopcze? – warknął Tahi, lecz Otah mówił dalej, jakby go nie słyszał.
– Powiadasz, że Tahi-kvo nauczył mnie siły, a Milah-kvo współczucia, lecz można się od nich nauczyć czegoś więcej. Jako że to ty zaprojektowałeś szkołę, uważam, ze powinieneś wiedzieć, czego się od ciebie nauczyłem.
Dai-kvo sprawiał wrażenie zdezorientowanego i jego dłonie ułożyły się w jakiejś niedokończonej postawie, lecz chłopiec nie przerwał. Utkwił wzrok w starcu i wydawało się, że jest pozbawiony wszelkiego strachu.

– Tahi-kvo pokazał mi, że moim jedynym przewodnikiem jest mój własny osąd, a Milah-kvo, że lekcja wyuczona do połowy nie ma wartości. Mój osąd nakazywał mi opuścić to miejsce, i ­słusznie. Nie powinienem był pozwolić się skusić do powrotu. I to jest wszystko, o najwyższy, czego się tu nauczyłem.
Otah wstał i przyjął postawę odejścia.
– Otahu! – warknął Tahi. – Usiądź!
Chłopiec zignorował go, odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Milah skrzyżował ręce na piersi i patrzył na drzwi, nie wiedząc, co powiedzieć ani nawet co myśleć. Węgle w palenisku osiadły pod własnym ciężarem.
– Milahu – szepnął Tahi.
Milah spojrzał na przyjaciela, który pokazał na daia-kvo. Starzec ledwie oddychał. Dłonie ułożył w pozycji głębokiego żalu.




Czytaj również

Cień w środku lata - Daniel Abraham
Harlequin w płaszczyku fantasy
- recenzja
Cień w środku lata - Daniel Abraham
W sam raz na zimę
- recenzja
Cień w środku lata
Rozdział 1
Smocza droga - Daniel Abraham
Gra z czytelnikiem
- recenzja
Smocza droga #2
Kapitan Marcus Wester

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.