» Opowiadania » Burza

Burza


wersja do druku

Richard Skolek

Autor: Redakcja: Tomasz 'Asthariel' Lisek
Tłumaczenie: Kalina Jarosz

Burza
Richard Skolek – zamieszkały w Brnie czeski pisarz i tłumacz języka angielskiego, autor humoresek, wierszy oraz baśni. „Burza“ jest jego debiutem w dziedzinie fantastyki.

Burza

Mercé schodziła po grubo ociosanych kamiennych schodach; kroczyła pomału i uważnie, aby się nie poślizgnąć. Pamiętała, jak jeszcze jako dziewczynka bawiła się na nich i jakie wówczas wydawały się jej olbrzymie – jak dawno to musiało być. A była to w ogóle ona, a nie przypadkiem jakaś inna dziewczynka, którą obserwowała? Mercé przybyło już dość siwych włosów, by mogła zachować jakikolwiek pewny osąd. Nie ujrzy już żadnego deszczu ani burzy; jej linia życia wkrótce się skończy.

Nie obawiała się śmierci. Za pomocą ziółek wyrwała z jej szponów dość mieszkańców Ferranu i gdyby teraz spłaciła dług, byłoby to sprawiedliwe. Uczyniła nawet więcej niż należy i odejście w tak podeszłym wieku było jej po prostu potrzebne, jak od dawna oczekiwany sen wieńczący żmudny dzień. W czasie, kiedy inni opuścili swoich bliskich podczas burzy, Mercé gotowała się do podróży jeszcze wtedy, gdy na niebie nie było ani jednej chmurki. Wodniaków nie było widać już od kilku lat i zdawało się, że zaprzestali swojej bezcelowej wojny.

Na skraju wioski spotkała Adrię i jej małego braciszka – udawali, że się bawią, ale Mercé wiedziała, że czekają na nią. Adria chciała się upewnić, że stara zielarka ich odwiedzi, aby poopowiadała chłopcu jakieś przerażające baśnie o wodniakach – znanych mu tylko jako stworzenia ze starych bajań – a jej jakąś miłosną historię, na co Mercé chętnie się zgodziła. Adria była dość duża aby dowiedzieć się, jak to jest między mężczyzną a kobietą, a na miejscowych nie można było w tej kwestii polegać. Dziewczynka miała o tyle dobrze, że jej ojcem był Guifré, znany z tego, że z językiem radził sobie nawet lepiej, niż z młotem i kowadłem – a nikt nie znał lepszego kowala. Mimo to nawet on prawdopodobnie nie poradziłby sobie z tak wymagającym zadaniem.

Ferran było wioską składającą się z kilku chat i jednej skromnej świątyni, i nieraz trzeba było tutaj i pełnić kilka ról. Mercé poza zbieraniem ziółek pomagała w przychodzeniu dzieci na świat, a kiedy dorastały, wyjaśniała im, skąd się wzięły. Dzięki temu rodzice mieli o jedną kłopotliwą rozmowę  mniej, a ona na stare lata –odrobinę rozrywki.

Dzieci zadowolone odbiegły, a zielarka poszła pomodlić się do Tempestego. Tu, dla większości ludzi w górach, religia była sposobem na wyjaśnienie świata dookoła, na zrozumienie nieznanego, ale dla Mercé nie było to takie proste. Nie była w stanie przyjąć, że wszystko działo się z woli boga burzy; była starsza od kultu Tempestego i wiedziała, że jego nadejście nic by nie zmieniło, przynajmniej nie od razu. Kilka lat temu zdarzyło się coś niezwykłego – przybył uczony, ubliżył Tempestemu i został wygnany przez Ferrańczyków, później jednak, po niekończących się walkach, nagle ustały napaści wodniaków. Księża oczywiście przypisali to bogu, ale skąd mogli wiedzieć, że to jego zasługa? A jeśli tak – czemu trwało to tak długo i dlaczego wynagrodził ich wtedy, kiedy powinien ukarać? A Mercé mimo tych herezji szła się mu pokłonić – jego kult albowiem zdołał zjednoczyć wszystkie górskie wioski i pomógł im znaleźć wspólny język za każdym razem, kiedy musieli się porozumieć, a za to stara zielarka skłonna była pochylić swe obolałe plecy.

W świątyni panowała grobowa cisza. Ferran nie miał własnego proboszcza, musiało go ze sobą dzielić kilka sąsiednich wiosek, i dzięki temu w sanktuarium Tempestego zwykle nikt nikomu nie przeszkadzał. Mercé zapatrzyła się w chybotliwy płomyk świecy, wiotki i senny; pozwoliła nieść się wspomnieniom. Tyle walk stoczono z wodniakami, tymi zagadkowymi istotami o bladej skórze, które były zbyt słabe, by zwyciężyć mieszkańców, a w ich żyłach płynęła woda zamiast krwi, a jednak ciągle wracały i próbowały ich pokonać. Czasem udało im się porwać jakieś dziecko lub zniedołężniałą staruszkę, ale tyle ich ginęło podczas tych najazdów! Wystarczyło je dźgnąć widłami lub zranić nożem, aby padły na ziemię i jęczały, aż zostawała z nich brudna kałuża wody, którą wnet połykała miłosierna ziemia w kilku małych łykach.

A potem ataki wodniaków ustały. Może zrozumiały, że cena jest zbyt wysoka; może ich pozornie nieskończone hordy się wykończyły; a może miało to coś wspólnego z tym uczonym wariatem; a może rzeczywiście była to wola Tempestego. Najważniejsze było to, że mieszkańcy mogli żyć spokojnie i nie musieli się ich już obawiać – Mercé mogła sama iść zbierać zioła i wiedziała, że jeśli nie zginie przez okrutne góry, nic jej się nie stanie.

Przed świątynią nagle podniosła się wrzawa. Zielarka z wysiłkiem wyprostowała się i poszła spojrzeć, co się dzieje. Obawiała się, że stało się coś złego i że będą potrzebne jej umiejętności, ale okazało się, że się myliła – do Ferranu właśnie przybyli kupcy zza morza. Zamiast gliny mieli tam tylko piasek,  rośliny były wielką rzadkością. Mercé za bardzo w to nie wierzyła, za wielką wodną pustynię nie zaglądał żaden mieszkaniec, zaś tajemniczy wędrowcy mogli to zmyślić, jednak za każdym razem przywozili sporo zadziwiających przedmiotów, których nie było w górach – egzotyczne smakołyki, ogniste korzenie i lśniące ozdóbki, tak chętnie zakładane przez kobiety.

Twarze kupców były jak zawsze zasłonięte bogato rzeźbionymi maskami,  ich ciała zakrywały wielowarstwowe szaty. Obładowane towarami osły niemrawo ryczały – handlarze  najwyraźniej kupili je niedawno i zwierzęta nie zdążyły przywyknąć do swych nowych panów. Z jednej strony było to dość niezwykłe – przeważnie udawało im się ze sobą zżyć już po kilku dni spędzonych w górach – jednak kupcy zmieniali się, więc nic dziwnego, że czasem przychodziła grupa, która sobie z nimi nie radziła. W zamorskich ziemiach jakoby mieli tylu handlarzy, że mogli ich wysyłać do wszystkich zakątków świata, więc byłoby niesprawiedliwe, gdyby jedni się bogacili, a inni ubożeli, więc się umówili, że na niektórych trasach będą się zmieniać. No i się dogadali – podobno trzeba było do tego kilku gróźb władcy i ostrych mieczy jego straży. W tę część Mercé wierzyła, bo widziała to na własne oczy również w Ferranie – każdy mężczyzna był w głębi duszy zdobywcą i ujarzmić go mogła tylko starszyzna, mądra kobieta lub inny, silniejszy mężczyzna.

Dwóch kupców uprzejmie, lecz ostrożnie powitało mieszkańców, trzeci wyruszył prosto ku nim. Obojętnie wyminął zielarkę i bez wahania wkroczył do świątyni. W górskim chłodnym wietrze jego szata przypominała podmuch pustyni; płomyki świec pobladły, jakby się go przestraszyły. Wędrowiec doszedł do ołtarza Tempestego, padł na kolana i zaczął się modlić do boga burzy, żarliwie ale cicho. Mercé nie mogła rozróżnić poszczególnych słów, zauważyła jednak, że nie przemawiał on w krótkich ostrych słowach, w których słychać szorstki piasek;  mężczyzna, z pozoru cudzoziemiec, mówił w języku gór. U progu sanktuarium szybko pojawili się ciekawscy – kupcy byli innowiercami i nigdy dotąd nie wstępowali do świątyni, mieli własnych bogów i nie kłaniali się innym. Dwaj pozostali handlarze czekali na placu; gorączkowo się wykłócali i po chwili rzucili spojrzeniem na tłum wieśniaków, ale nie odważyli się podejść bliżej.

Kupiec nagle przestał się modlić. Wstał i zwrócił do Mercé oraz pozostałych.

– Tempesty postanowił was nagrodzić. – przemówił stanowczym, ale niezwykle wysokim głosem. – Bóg burzy wie, że służyliście mu dobrze i wiernie. Widział to i postanowił, że weźmie was do niebios, abyście mogli się z nim weselić na wieki.

Mieszkańcy byli oszołomieni; nikt na to nie odpowiedział, nawet kowal Guifré, który zawsze musiał mieć ostatnie słowo, ani swarliwa Moya, której nikt nigdy nie pragnął, ponieważ znana była ze żmijowego języka.

– Wiem, że mi nie wierzycie, nie jestem jednym z was, ani nawet z waszej wiary. Dlatego Tempesty weźmie mnie do siebie jako pierwszego. Jego piorun spadnie z nieba i zabierze mnie  do niego, i spali zwątpienie we wszystkich niepewnych sercach. Potem rychło poznacie, kto pójdzie w moje ślady.

Kupiec wyszedł powolnymi krokami przed świątynię; tłum rozstąpił się przed nim , jakby nie chciał mieć z szaleńcem nic wspólnego. Cudzoziemiec wzniósł ręce do nieba. Nad wioskę nadciągała chmura, ale nic poza tym się nie  stało.

– Jak u starego chłopa. – Moya nie mogła sobie darować – Chciało by mu się, a nic z tego nie będzie.

– Idźże lepiej do cienia. – dołączył Guifré – Słonko ci łepetynę przysmażyło.

Kupiec spojrzał na nich, a oczy tak mu płonęły, że wydawało się że spopielą drewnianą maskę .

– Tempesty wybawił was od wodniaków i weźmie was do siebie, jego hojność nie ma granic. Patrz uważnie, kowalu, a uwierzysz!

I wtedy w kupca uderzył piorun. Świat na krótką chwilę zmienił się w oślepiający snop iskier; kiedy Mercé odzyskała wzrok, nie zobaczyła nic poza zbitą glebą na placu. Pod cudzoziemcem jakby zapadła się ziemia. Może rzeczywiście połknęło go niebo?

*     *     *

Następnego dnia Mercé wstała jeszcze przed świtem i wyszła się przejść. W miarę, jak jej czas upływał, nie potrzebowała już tyle snu, ale tym razem wędrowała po świeżo obudzonej okolicy z innego powodu – po dziwnych zdarzeniach, które widziała na własne oczy, jej myśli były zbyt rozgorączkowane, a serce zbyt niespokojne, aby mogła pozwolić sobie na odpoczynek. Co to wszystko znaczy? Czy kupiec mówił prawdę i Tempesty naprawdę  postanowił ich nagrodzić?

Jego dwaj towarzysze nie zamienili z Ferrańczykami ani jednego słowa; kawałek za wioską postawili swój namiot i skryli się wewnątrz, jakby chcieli przez to powiedzieć, że z tymi diabelskimi sztuczkami nic ich nie łączy. Było pewne, że nie mieli z tym nic wspólnego i że nie wiedzą, jak się teraz zachować. Mercé nie miała im tego za złe – mieszkańcy również nie wiedzieli, co począć. Były to rzeczy między niebem a ziemią, wydarzenia, które zawsze omijały ich małą i nieznaczącą wioskę, i o których nie mieli pojęcia. Obłąkanego uczonego wygnano ze wsi całe lata temu, i oczywiście mogli w podobny sposób pozbyć się też kupców, ale Mercé czuła, że to by niczego nie rozwiązało.

Dlaczego Tempesty miałby ich nagrodzić właśnie teraz? Dlaczego miałby  wysyłać cudzoziemca, który nie dzielił ich wiary jako swego posłańca? Czemu pragnąłby okazać tak wielki szacunek właśnie tej wsi, gdzie mieszkało sporo ludzi, których przekonania w kwestii wiary były zmienne jak wiatr? Mercé wiedziała, że nie ona jedna miewa w Ferranie heretyckie myśli.

A przecież stało się coś, czemu nie sposób zaprzeczyć; widziała to na własne oczy, wszyscy widzieli. Kupiec przepowiedział, że uderzy go piorun, i tak się rzeczywiście stało. Nie padało, nie przyszła żadna burza, tylko chmury złowieszczo zawisły i uderzyły w ziemię – jednym, precyzyjnie wymierzonym ciosem potwierdziły jego słowa. To przecież nie mógł być przypadek.

A na tym zagadki się nie kończyły. Kupiec miał, jak na zamorskiego wędrowca, niezwykle wysoki głos, a językiem gór posługiwał się biegle. Nie była to łamiąca się mowa człowieka, który po raz pierwszy zawitał do tych krain; mówił lekko, z przekonaniem i  wewnętrzną siłą.

Z drugiej strony, Tempesty zawsze miał dla swoich wyznawców jakieś niespodzianki i zwykle zachowywał się w sposób dość nieprzewidywalny – pomyślała zielarka. Nim wybawił ich od wodniaków, cały Ferran sądził, że czeka ich gniew i że osada zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. To wówczas do ich wioski przyszedł ów cudzoziemski uczony w towarzystwie dwóch zbrojnych, i na dachu świątyni przymocował długi żelazny pręt. Mieszkańcy się temu sprzeciwiali, ale mędrzec przed ich oczami wymachiwał królewskim glejtem; nikt też nie miał dość odwagi, by postawić się zbrojnym.

Kiedy przyszła burza, pierwsza błyskawica  uderzyła prosto w żelazny pręt, później prześlizgnęła się po drewnianym dachu, który wnet się zapalił, a potem po okapie zeszła do ziemi, gdzie znikła w snopie iskier. Zwykły letni deszcz stał się wtedy dopustem bożym. Wiatr kwilił i zabierał ze sobą wszystko, co nie było mocno przytwierdzone do ziemi, z nieba  bił grad wielki jak kurze jajka, a ciemna chmura miotała jedną błyskawicę za drugą; wszystkie jednak pętał ten dziwaczny wynalazek, wszystkie po okapie spełzły do ziemi. Cały Ferran sądził, że jest to gniew Tempestego, i wygnał uczonych ze zbrojnymi; później kowal Guifré wlazł na dach świątyni, dzielnie przedarł się przez płomienie i zepchnął żelazny pręt w dół.

Tyle, że zamiast karać za ów grzech jeszcze wiele dni lub lat – była to przecież właśnie ich wioska, która, choć niechcący, próbowała spętać jego straszliwą moc – Bóg burzy, jakby dzięki uczynkowi kowala, odpuścił i z jakiegoś powodu chciał ich jeszcze nagrodzić. Deszcz, zastąpiwszy grad, ugasił pożar, i zaraz potem burza zupełnie ucichła. Jakby tego było mało, wodniacy nie pojawili się od tej pory. Wydawało się, że Tempesty objął pieczę nad Ferranem i innymi górskimi wioskami. 

Kiedy Mercé wróciła do wsi, słońce  stało wysoko, a we wsi panował gorączkowy ruch , i jak to już bywa, ci najgłupsi mówili najwięcej. Handlarze cały czas skrywali się w swoim namiocie i odmawiali wyjścia na zewnątrz, co tylko silniej rozniecało już dość rozgorączkowaną wyobraźnię mieszkańców Ferranu.

Ktoś wezwał proboszcza – Adria tuż po wschodzie słońca ze swym małym braciszkiem biegła do sąsiedniej wioski aby go przyprowadzić, i ojciec Mateu faktycznie przyszedł, szatę miał czarną jak noc, a włosy białe jak śnieg. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie wie, co począć z tajemniczymi wydarzeniami. Mercé było go żal; był to dobry człowiek. Jego wiary szczególnie nie lubiła, podzielała jednak jego niepewność i niepokój – był stary, zbyt stary na coś takiego. Jego kości z wiekiem stały się kruche; gdyby dowiedział się, że wszystko w co wierzył i czemu poświęcił swoje życie, było jednym wielkim błędem, łatwo mogłyby się połamać.

Zwołał ich wszystkich do świątyni Tempestego i wygłosił długą mowę, było to jednak tylko chaotyczne błądzenie we mgle; dzieci niespokojnie się wierciły, a i sama zielarka złapała się na tym, że słuchała jednym uchem, a wypuszczała drugim, i że ogląda ślad na dachu, gdzie na spalone miejsca położono nowe płótno. Za każdym razem, kiedy proboszcz zaczynał mówić pewnie i do rzeczy, i już wydawało się że może mieszkańcom doradzić jak się zachować wobec tych dziwnych wydarzeń, chował się zaraz za wodospadem pustosłowia. Nikt nie miał mu za złe ostrożności, ale Mercé wiedziała, że ona dziś Ferranowi nie wystarczy. Ludzie potrzebowali przywódcy, zaś nim ojciec Mateu zdecydowanie nie był.

Kiedy po ceremonii wszyscy wyszli przed świątynię, zauważyła że cały czas świeci słońce; po niebie płynął tylko jeden czarny obłoczek. Przez chwilę na niego patrzyła – czysty błękit nieba uspokajał, mąciła go tylko jedna chmurka, jakby kleks na niemal czystym płótnie. Może to wszystko jest jakimś żartem Tempestego? Wystraszyć paru wieśniaków, zamieszać w głowie paru starym ludziom żeby zrozumieli że nie są tak mądrzy jak sądzili, a potem na niebie utworzyć coś śmiesznego?

Nagle sobie uświadomiła, że chmurka zbliża się szybko, zbyt szybko. Nawet gdyby gonił ją orkan, nie mogłaby sunąć tak wściekle, a przecież była coraz bliżej, aż zawisła nad wsią. Wisiała tam cicha, złowieszcza, groźna; wisiała na błękitnym niebie, dumna i nieustępliwa. I wtedy nagle jej ciemne wnętrze rozwarło się i coś wyrzuciło. Pomału opadało to do ziemi; musiało być lekkie jak piórko, bo zamiast spaść jak raptowny deszcz, pląsało z boku na bok, aż przed oczami osłupiałych wieśniaków zatrzymało się na dachu świątyni.

Przez chwilę nikt nie odważył się ruszyć, dopiero kiedy braciszek Adrii przerwał płaczem tę grobową ciszę, ludzie zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego tak, jakby cały Ferran miał się rozpaść. Ktoś przyniósł drabinę, wdrapał się na nią i wyciągnął rękę, aby tę zagadkową rzecz podać księdzu; wyglądało to jak kawałek dziwacznego pergaminu. Niektórzy z miejscowych pewnie nigdy nie widzieli nawet  zwykłego – przyszło na myśl Mercé. Mało kto umiał czytać – w Ferranie ani rachowanie, ani pisanie nie miało dużego znaczenia.

Sługi Tempestego oczywiście to nie dotyczyło – ojciec Mateu był z nich wszystkich bez wątpienia najbardziej uczony. Cichym głosem przeczytał jedyne słowo, które było napisane na niezwykłym pergaminie:

„Kowal”.

To właśnie do kowala Guifré’a kupiec zwrócił się, nim uderzył w niego piorun. Mercé również przypomniało się, co powiedział i czego wówczas nie rozumieli – „Potem rychło poznacie, kto pójdzie w moje ślady.” Teraz już wiedzieli, kogo bóg burzy weźmie do siebie jako następnego. Całe zgromadzenie spojrzało na Guifrégo. Kowal, zawsze aż nadto wygadany, tym razem milczał. Do  Tempestego się mu wcale nie spieszyło, było to oczywiste, z drugiej strony nie miał również dość odwagi, by sprzeciwić się jego woli.

A potem ojciec Mateu zaskoczył wszystkich – zsunął z siebie szatę duchownego, zdjął z karku naszyjnik z niebieskich kamieni, który był oznaką jego pozycji wśród bożych sług, i został w samych lnianych spodenkach. Odłożył na bok swe dostojeństwo i zostały mu tylko szyderstwa innych oraz odrobina współczucia, należąca się każdemu staremu człowiekowi; w jego oczach  rozżarzył się nigdy nie widziany wcześniej ogień. Wydawało się, że pergamin był znakiem, na który czekał.

– Pisano w uczonych księgach, że tak się kończy świat. – mówił poruszony – Że Tempesty weźmie nas do siebie, wszystkich bez wyjątku. Sądziliśmy, że ten czas jest daleki, ale jak widać byliśmy w błędzie. Znaki z nieba nie objawiają się na co dzień, a ja jestem przekonany, że jest to naprawdę koniec świata, najpierw Tempesty zbawił nas od wodniaków, a teraz nam daje ostatni, najlepszy dar. Już księża i proboszczowie nie są do niczego potrzebni. A ty, kowalu, nie obawiaj się niczego.

Tłum zaszemrał niespokojnie.

– Wiem, że niektórzy z was jeszcze wątpią, i nawet ja nie mogę mieć absolutnej pewności, ale mimo to mocno wierzę, że się nie mylę. Posłuchajcie słów ze świętej księgi! Jeden z pierwszych braci prorokował, że kiedy bóg burzy zacznie u kresu wieku brać do siebie ludzi, zacznie od cudzoziemca, heretyka, który nosi w sercu tylko złoto i chciwość. A po nim zabierze do niebios męża, którego karmi siła jego ramion; wydźwignie go do siebie z nawet najgłębszego boru.

Twarz Guifrégo raz po raz zmieniała się – zbladła, potem pociemniała, w miarę jak mieszały się w nim różne uczucia. Smutek, strach, gniew. Mercé nie była w stanie powiedzieć, była tylko pewna, że w środku gotuje się od niezgody.

 – Jest tylko jeden sposób na potwierdzenie nad wszelką wątpliwość, czy się mylę. Pójdźmy wszyscy do lasu, tam gdzie znajduje się najgłębsza dolina. Jeśli jest to rzeczywiście wola Tempestego, odnajdzie cię on, Guifré, i weźmie do ciebie. Tylko tak możemy się przekonać, czy przez znaki przemawia bóg burzy.

Synek kowala nie zaprotestował, za mały był żeby rozumieć, ale Adria wyrwała się do ojca i zaczęła przejmująco płakać, chyba zrozumiała, czego się od niego oczekuje. Guifré objął ją, objął też małego chłopca, a potem delikatnie pokierował ich do Mercé.

– Tempesty widać wie, że te dwa ciągle na karku to nie jest prosta sprawa. – ogłosił. Powiedział to dla żartu, oczy jednak  mu się zaszkliły. – Nikogo lepszego nie mógł wybrać. – powiedział chełpliwie, aby ukryć swą słabość. – Z całej wsi jeno ja mam dość odwagi, aby iść jako pierwszy. „I tu ma naprawdę rację”, pomyślała Mercé.

Cały Ferran wyszedł go odprowadzić – ludzie nie wiedzieli, co myśleć, ale jeśli było gdzieś jakiekolwiek wyjaśnienie, to skrywało się w prastarym borze. Ojciec Mateu szedł na czele zgromadzenia, Guifré kroczył stanowczo tuż za nim i głośno się chwalił za każdym razem, kiedy ubywało mu odwagi; jednak okazywana brawura tylko odkrywała jego niepewność.   

Kiedy zaszli tak daleko, że poza drzewami nic nie było widać, proboszcz się zatrzymał i bez słowa skinął pozostałym, aby odsunęli się od kowala. W lnianych spodenkach wywierał tego dnia większy szacunek, niż kiedykolwiek, gdy nosił szatę duchownego. Przez chwilę wydawało się, że będzie przemawiać do boga, ale zamiast tego wspomniał, że jest tylko członkiem ich ludu; przyłączył się do pozostałych i w żaden sposób nie ingerował.

Z niebios przez gęste korony drzew przebijały pojedyncze promienie słońca  dlatego mieszkańcy nie wiedzieli, co się dzieje tam na górze. Guifré spojrzał w niebo , Ferran obserwował Guifré’a. A potem z nieba nagle spadł piorun i kowal znikł w snopie iskier.

*     *     *

Zielarka sądziła, że przywyknie do nowego rytmu życia, ale nie miała racji. Co kilka dni Tempesty brał do siebie kilku kolejnych mieszkańców Ferranu, a pozostałym wysyłał jeden ze swych arkuszy pergaminu, na którym widniały nowe imiona, ale obeszło się bez narzekań. Guifré dodał im wiary, ta jednak nie zdołała uspokoić nagle osieroconych dzieci. Proboszcz kilkukrotnie im powtórzył, że jako śmiertelnicy nie mogą zrozumieć planów boga burzy, ale Mercé nie o to chodziło – nie potrzebowała wiedzy o tym, czemu się tak dzieje, pragnęła tylko aby Tempesty pamiętał o rodzinach, dokonując swoich wyborów. Pozostawił w Ferranie mnóstwo sierot; wydawało się, że zupełnie nie dba o dzieci i zabiera do siebie przede wszystkim silnych mężczyzn.

Wreszcie na pergaminie pojawiło się imię Mercé; bóg zapewne nie chciał niepotrzebnie straszyć Ferrańczyków i pergaminy wysłał wieczór przed kolejnym wniebowzięciem. Następnego ranka Mercé przespacerowała się jak zawsze, tylko wszystko tym razem wyglądało inaczej; widziała to w końcu ostatni raz. Głęboko wdychała słodkie poranne powietrze, przyglądała się pięknym kroplom rosy, podziwiała górskie szczyty, otaczające całą dolinę. W jej wnętrzu mieszały się różne uczucia – smutek, strach, napięcie, ale przede wszystkim radość i ulga, przecież jej podróż zmierzała do końca tak czy owak, a jeśli miałaby wybierać między tym, że pewnego ranka się po prostu nie obudzi, a wielką przygodą na drodze do niebios, wolała to drugie. Dogadała się z Moyą, że będzie dbała o dzieci – zasługiwały co prawda na kogoś lepszego, niż tę jędzowatą kwokę, ale przez ostatnie dni kobiecina trochę zmiękła, a zresztą Mercé i tak nie miała nikogo innego do wyboru – właściwie niczym innym się nie martwiła. Cieszyła się, że nareszcie odpocznie.

Gdy przejęta, ale ze wszystkim pogodzona wróciła do wsi, spostrzegła że reszta Ferranu nie podziela jej uczuć; poczynania Tempestego u niektórych wzbudziły wątpliwości, tym większe, że w wiosce już nie było żadnego dorosłego mężczyzny. Jedno z dziewcząt umieściło na dachu świątyni żelazny pręt, który zapewne ukradło z opuszczonej kuźni Guifré’a, trzy kolejne stały przed sanktuarium, aby nikt nie mógł wejść do środka ani wyjść przez dach. Mercé uważała ich starania za bezrozumne – bóg czy nie-bóg, była tu jakaś potężna siła, z którą nikt nie mógł się zmierzyć, najlepiej więc się jej nie sprzeciwiać, nie śmiała im jednak tego wytykać. Nie zależało jej już specjalnie na życiu, ale te młode kobiety miały jeszcze wszystko przed sobą.

Ku jej zdziwieniu, wyglądało na to, że nikt im się nie sprzeciwia. Ferran znacznie się przerzedził, a wszyscy odważni ludzie byli w niebiosach; nawet Mercé zaskoczyło, że grupa dziewcząt znalazła w sobie tyle kurażu. Ojciec Mateu także milczał – czasem zapominał o swojej roli zwyczajnego mieszkańca, teraz jednak postanowił nie działać przeciwko większości.

Nagle pojawili się dwaj kupcy. Od chwili, kiedy ich towarzysz odszedł do Tempestego, chowali się w swoim namiocie kawałek za wioską, teraz jednak tak spieszyli do świątyni, że aż unosiły się im długie szaty.

– Ściągnijcie to zaraz! – krzyknął jeden, a jego oczy spod drewnianej maski świeciły ze złości. – Wasz bóg wam nakazał, musicie się go słuchać!

Mercé zauważyła, że w jego mowie nie słychać było fałszywych tonów pustyni, i że mówi ich językiem czysto.

– Biegnij z powrotem do swojego namiotu. – oburzyła się na niego dziewczyna, która stała najbliżej. – Tego się nie rusza.

– Nasz towarzysz zginął za waszą wiarę – odparł mężczyzna. – Jeśli rozgniewacie swojego boga, może on ukarać i nas!

– Od początku się chowaliście i nie chcieliście od nas nic, nawet handlować wam się odechciało – dziewczyna nie dawała się zniechęcić. – Jak się boisz, to idź do innej wsi.

Mężczyzna nie czekał dłużej i szybkim ruchem uderzył ją w twarz. Dziewczyna zatoczyła się i oparła o ścianę świątyni. Jej obie koleżanki ustąpiły przestraszone. Kupiec prędko wlazł po drabinie na dach, zaskoczyła go jednak ostatnia z heretyczek – nim się spostrzegł, cięła go trzymanym w ręce nożem. Ze zranionego przedramienia zaczęła ciec... woda.

Przerażeni i bezradni mieszkańcy tylko się przyglądali, jak cudzoziemiec zrzuca z dachu zaskoczoną dziewczynę razem z żelaznym prętem, i jak Tempesty bierze do siebie kolejne dusze. Nim do Mercé dotarło, co się właściwie stało, poraził ją piorun. Całe ciało zaczęło ją mrowić, jakby przebiegały po nim tysiące wygłodniałych mrówek, ale nie bolało. Ferran znikł, a zamiast niego wszędzie zrobiło się biało-niebiesko; pod stopami czuła delikatną koronkę chmury. Było tu tak pięknie, tak niezwykle; a potem lekką parę rozerwał głodny tłum wodniaków, i biel została splamiona krwią.

*     *     *

W ziemię uderzyły dwa pioruny, przynosząc ze sobą słabowitego starca i młodzieńca. Obaj mieli bardzo bladą cerę i dziwaczne szaty.

– Tutaj umarł twój ojciec – powiedział starzec i wskazał na największą ze spalonych budowli. – Wpadł do ich zasadzki. Większość od razu skoczyła mu na pomoc, ale zabili ich, zabili ich wszystkich.

– Ale my przecież jesteśmy nieśmiertelni – odezwał się młodzieniec. – Kiedy nas zabiją, zostaje z nas woda, która odparowuje do chmur, i znów się rodzimy. Jak to się stało, że ojciec znów się nie narodził?

Starzec smutno pokiwał głową: – Ponieważ wymyślili na nas coś nowego. Była tutaj broń, która zniszczyła jego błyskawicę, dlatego kiedy uderzył w ziemię, zmarł. Na zawsze. I wszyscy, którzy chcieli go uratować, zmarli wraz z nim.

– I dziś ich pomściliście?

– Tak. Niewielu nas zostało, paru dorosłych na gromadę dzieci; czekaliśmy, aż dorośniecie. Mogliśmy ich przenieść do nieba tylko wtedy, gdy się nie bronili.  Chcieliśmy, abyście wiedzieli jak smakowite jest ich mięso. Niektórzy z nich wątpili, ale nie opierali się. Stąd cały ten teatrzyk. Przynieśliśmy ich mnóstwo, a pozostałych spaliliśmy piorunami.

Młodzieniec zamyślił się.

– I co teraz się stanie z tą doliną? – zapytał.

– Jest twoja. Nie pozostał tu żaden z nich, możesz z nią zrobić co zechcesz. Nie zapominaj tylko, że są oni ekspansywni. Prędzej czy później, przyjdą tu kolejni.

 Mówiąc to, podał mu rękę. Razem czekali na piorun, który zabierze ich z powrotem do nieba.

 

Tekst został przetłumaczony i opublikowany za zgodą autora.




Czytaj również

Burza - Maciej Parowski
Ciekawy pomysł i więcej nic
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.