» Recenzje » Belgeriada
"

Belgeriada

Belgeriada
Prószyński i S-ka, po wydaniu w trzech wielkich tomach sporej części twórczości Ursuli K. Le Guin, postanowił tym razem przypomnieć czytelnikom klasyczny cykl fantasy, składającą się z pięciu części Belgeriadę Davida Eddingsa. Po raz pierwszy w Polsce seria pojawiła się w połowie lat 90., drugi raz w latach 2004-2006 i po kolejnych kilkunastu latach postanowiono go nam przypomnieć – ale czy to był dobry pomysł?

Pierwszy tom cyklu, Pionek proroctwa, ukazał się w 1982 roku, a finałowy, Ostatnia rozgrywka czarodziejów, w roku 1984. To dla gatunku były dość ciekawe lata, bo niemal równocześnie ukazywały się między innymi tomy Fionovarskiego Gobelinu Kaya, Pierwsze Kroniki Thomasa Niedowiarka Donaldsona czy pierwsze powieści Raymonda E. Feista. Ale jest to także czas Mgieł Avalonu Bradley, Czarnej Kompanii Cooka czy wstępnej części Świata Dysku Pratchetta. Wspominam o tym, ponieważ Eddings w trzydzieści lat po premierze Władcy Pierścieni i pewnym przesycie heroic fantasy (czy może bardziej: wypaleniu formuły tego subgatunku) zaproponował czytelnikowi cykl na każdym niemal kroku czerpiący z Tolkiena, a jednocześnie całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek głębi Śródziemia. Wskutek tego, już w momencie publikacji, Eddings mógł wydawać się gatunkowo ramotką w porównaniu z autorami, którzy i przed nim (Le Guin) i równocześnie z nim (Bradley, Cook, Pratchett) pokazywali jak można było już wtedy twórczo grać ze schematami i oczekiwaniami czytelnika – więc jak Belgariada wypada po ponad trzech dekadach od tego momentu?

Trzeba otwarcie przyznać, że raczej marnie. Jeżeli chodzi o fabułę, to opiera się na najbardziej zgranym w heroicznym fantasy motywie – prosty chłopak ze wsi okazuje się przepowiedzianym przez proroctwo wybrańcem, mającym za cel pokonać Wielkie Zło. Żyje sobie nieświadom swojego losu do momentu, kiedy na sielankowych peryferiach pojawia się wysłannik Zła. Wybraniec musi uciekać i zostaje zebrana wokół niego drużyna (on w żaden sposób nie ma wpływu na to, kto, ani dlaczego mu towarzyszy), pomagająca mu usuwać kolejne przeszkody z drogi, sam zaś powoli (bardzo powoli) dojrzewa do przeznaczonej sobie roli i po wielu perypetiach oraz setkach stron drobną czcionką staje oko w oko z Wielkim Złem. Później intryga przebiega bardzo sztampowo i przewidywalnie, nie ma weń żadnych nagłych wolt kwestionujących dotychczasową wiedzę czytelnika, a średnio uważny odbiorca całkiem szybko rozgryzie wszystkie prezentowane głównemu bohaterowi „tajemnice”.

Sytuacji nie poprawia fakt, że to właśnie Garion/Belgarion jest postacią wyjątkowo irytującą i w zasadzie niemal do samego końca nikomu nieprzydatną. Jako wychowanek wsi, jest zupełnie nieprzygotowany do nowej roli i jakoś nikt nie garnie się, żeby przez kilkaset stron wprowadzić go w niuanse świata czy pozwolić mu zrozumieć, co i dlaczego właściwie robi. Momentami przybiera to dość absurdalny wyraz – wydarza się jakaś anomalia, która wstrząsa całą grupą, ale Garionowi nijak się tego nie tłumaczy, „bo nie”, a on zostawia temat w spokoju. I tak co kilkadziesiąt stron. Przekłada się to także na działania drużyny – w razie jakiegokolwiek zagrożenia czy konieczności podjęcia jakiejś decyzji, wszyscy Gariona chronią, ponieważ, poza podstawowymi obozowymi czynnościami, jest on do niczego nieprzydatny. Pełni rolę niemalże bagażu, który każdemu z pozostałych, zaprawionych i doświadczonych podróżników, przeszkadza. I może na początku ma to sens, ale niemal aż do samego końca wydaje się on zbędny – tym bardziej, gdy nawet wykonywanie przeznaczonej mu z racji urodzenia funkcji dzieje się niemal bez jego udziału, a wszystko osiąga i pokonuje przeciwności losu dzięki mocy z zewnątrz. Jednym z niewiele aktywnych momentów dla protagonisty jest finał opowieści, gdzie popisuje się niejakim sprytem. Sytuacja bywa równie żenująca w przypadku głównego wątku miłosnego, ciągnącego się przez cały cykl. Owszem, jego główni aktorzy to nastolatkowie, ale otoczeni są masą doświadczonych ludzi oraz przyjaciół, a bywa, że oboje zachowują się jak ludzie po ciężkim porażeniu mózgowym lub w najbardziej stereotypowo możliwy sposób.

Całość nieco ratuje reszta postaci. Choć i one nie są wolne od schematów, to w ich charakterach i rozwijanych relacjach widać ciekawe pomysły oraz pewien indywidualny rys. Są tu więc nieśmiertelni magowie, słusznie wydający się momentami nieludzcy; jest błędny rycerz cierpiący z powodu będącej tajemnicą poliszynela miłości; jest mistrz-szpieg, który naginaniem zasad moralnych sprawia towarzyszom sporo dyskomfortu; jest potężny barbarzyńca, mający problem ze zmniennokształtnością, a z drugiej strony będący bardzo czułym ojcem. To chyba właśnie te stosunki i rozliczne rozmowy bohaterów (poza protagonistą) oraz pokazywanie, że również ci dobrzy nie uciekają od moralnie wątpliwych (lub otwarcie złych) czynów są najciekawszymi elementami cyklu. Nie należy jednak spodziewać się przesadnego skomplikowania czy szarości świata przedstawionego: od razu i na zawsze wiadomo, kto jest zły a kto dobry, niezależnie od ich działań. Poza jednym momentem brak tutaj także jakichkolwiek rozterek etycznych.

Bardzo trudno brać na poważnie wykreowany świat, będący typowym, niemożliwym i niezbyt logicznym fantasylandem (nie mylić ze światem tolkienowskim!). Geografią nie rządzą żadne przemyślne zasady, istnieje na przykład kraj, gdzie wszyscy (szlachcice) mówią tylko i wyłącznie językiem eposów rycerskich lub taki, nie posiadający żadnych pól czy pastwisk, a o innych surowcach naturalnych trudno cokolwiek więcej powiedzieć, istnieje też taki, gdzie większość obywateli jest niemal cały czas czymś naćpana. Tego typu rozwiązania są źródłem różnych wydarzeń komediowych, a także często służą napędzaniu fabuły, ale tak wyraźnie eksponowane irytują nielogicznością oraz zaburzają  czytelniczą immersję.

Nawet biorąc pod uwagę rozliczne usprawiedliwienia (rok powstania oryginału, target, próba grania na melancholii czytelnika), Belgariada jest bez wątpienia, cyklem co najwyżej średnio-słabym. Owszem, pierwsze wydanie na polskim rynku, kiedy dostępność do tytułów fantasy była ograniczona, mogło być powiewem świeżości i machiną napędową dla gatunku, ale obecnie trudno znaleźć powód do kupna tego cyklu poza sentymentem czy zapędami literaturoznawczymi. Zarówno dla ludzi chcących poznać fantasy, jak i dla nastolatków szukających niezobowiązującej lektury, można znaleźć masę dużo lepiej napisanych i ciekawszych rzeczy niż książki Davida Eddingsa.

4.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Belgeriada
Autor: David Eddings
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Paulina Braiter
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 7 listopada 2017
Liczba stron: 1296
Oprawa: twarda
Format: 150×231mm
ISBN-13: 978-83-8123-067-4
Cena: 75 zł



Czytaj również

Młodsi bogowie - David Eddings, Leigh Eddings
Prawie epicki epilog
- recenzja
Diamentowy tron – David Eddings
Coś dla miłośników klasycznej fantasy
- recenzja
Gambit magika - David Eddings
Powieściowa Xena
- recenzja
Królowa magii – David Eddings
Belgariada: Księga druga
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.