» Fragmenty książek » Behemot - Peter Watts

Behemot - Peter Watts

Behemot - Peter Watts
Achilles Desjardins słyszał, że ludzie, którzy utracili wzrok, odzyskiwali go w snach.
Zresztą nie działo się tak tylko w przypadku oślepnięć. Każdy rozdarty na jawie śnił sny istot w pełni sprawnych. Osoby po amputacji wszystkich kończyn biegały i rzucały piłką. Głusi słyszeli symfonie. Ci, którzy utracili kogoś bliskiego, znów kochali. Umysł cechuje jego własna inercja – jeśli przez wiele lat przyzwyczaił się do pewnej roli, niechętnie porzuca stary paradygmat.
Koniec końców oczywiście do tego dochodziło. Jaskrawe wizje blakły, muzyka milkła, a wyimaginowane dane wejściowe zamieniały się w coś bardziej stosownego do pustych oczodołów czy uszkodzonych ślimaków. Jednak zajmowało to całe lata, a nawet dekady – a przez cały ten czas umysł co noc zadręczał się wspomnieniami tego, do czego kiedyś miał dostęp.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Tak samo było też z Achillesem Desjardinsem. W swoich snach mężczyzna znów posiadał sumienie.
Sny zabierały go w przeszłość, do czasów kiedy był bogiem w okowach – w jego rękach spoczywał los milionów istnień i mógł nimi sięgnąć aż poza orbitę geosynchroniczną czy na dno Rowu Mariańskiego. Znów walczył niestrudzenie o większe dobro, w jednej chwili otrzymując tysiące różnych informacji, posługując się odruchami i umiejętnościami dopasowywania wzorców, podkręconymi dzięki ulepszonym genom i specjalnie dostosowanym neurotropom. Tam, gdzie wybuchał chaos, przynosił opanowanie. Gdzie zabicie dziesięciu uratowałoby życie setce, dokonywał koniecznych wyborów. Odizolowywał ogniska epidemii, likwidował zatory, rozpraszał ataki terrorystyczne i katastrofy ekologiczne, mające miejsce w przeróżnych zakątkach świata. Unosił się na falach radiowych i prześlizgiwał przez najcieńsze światłowody – w jednej chwili nawiedzał młyny morskie w Peru, w następnej koreańskie satelity komunikacyjne. Znów był najlepszym prawołamaczem KRASZ-u – zdolnym nagiąć drugie prawo termodynamiki niemalże do punktu złamania, a może nawet odrobinę bardziej.
Był samym duchem w maszynie, a maszyna sięgała wtedy absolutnie wszędzie.
Mimo to w snach, które mamiły go każdej nocy, nie marzył o władzy, a o niewolnictwie. Tylko we śnie mężczyzna mógł znów poczuć to paradoksalne zniewolenie, zmywające rzeki krwi z jego dłoni. Ochrzczono je mianem Moralniaka. Pakiet sztucznych neuroprzekaźników, których nazwami Desjardins nigdy nie zawracał sobie głowy. Ostatecznie mógł zabić kilka milionów ludzi jednym poleceniem; nikt nie dałby mu takiej władzy, nie wprowadzając uprzednio kilku zabezpieczeń. Z Moralniakiem w mózgu, bunt przeciwko większemu dobru był wręcz fizjologicznie niemożliwy. Moralniak zrywał połączenie między władzą absolutną a absolutną korupcją. Jakakolwiek próba niewłaściwego użycia posiadanej władzy zakończyłaby się potężnym atakiem padaczki. Desjardins nie spędził nigdy bezsennej nocy, wątpiąc w słuszność swych działań i czystość swych intencji. Jedno i drugie wstrzyknęli mu ludzie, mający jeszcze mniej skrupułów.
Bycie zupełnie bez winy dawało mu niesamowity komfort. Dlatego śnił o niewolnictwie. Śnił też o Alice, która go oswobodziła, zerwała jego okowy.
W snach chciał z powrotem je odzyskać.
Wreszcie sny ustąpiły, tak jak to zawsze bywało. Przeszłość zatarła się, a jej miejsce zajęła niewybaczalna teraźniejszość. Świat rozpadł się na kawałki pod wpływem kolejnych, następujących po sobie zmian: z dna oceanu wyłonił się apokaliptyczny mikrob, pokonując drogę na powierzchnię w słonawym środowisku organizmu pewnej kobiety-nurka głębokomorskiego z N’AmPac. Błąkające się jego śladem Grupy Jednak Nie Trzymające Władzy nazwały go βehemotem, paląc ludzi i ich mienie w gorączkowych, choć daremnych próbach oddalenia w czasie nadchodzącej zmiany reżimu. Ameryka Północna upadła. Cały kraj przemierzały biliony mikroskopijnych żołnierzy piechoty, masowo obracając w perzynę zarówno ziemię, jak i wszelkie życie. Wojny wybuchały i cichły jakby w przyspieszonym tempie: Kampania N’AmPacijska, Kolumbijska Pożoga, Powstanie EurAfrykańskie. No i oczywiście Rio: trzydziestominutowa wojna. Wojna, której wybuch powinien uniemożliwić Moralniak.
Desjardins brał udział w nich wszystkich, w taki czy inny sposób. A podczas gdy wielokomórkowce sprzeczały się nieustannie między sobą, prawdziwy wróg pełzał nieustępliwie przez cały kraj niczym duszący koc. I nawet Achilles Desjardins, chluba Pogromców Entropii, nie był w stanie go powstrzymać.
Nawet teraz, niemal zupełnie wróciwszy do teraźniejszości, czuł cień żalu, myśląc o wszystkich tych rzeczach, których nie zrobił. Był to jednak tylko ból fantomowy, pozostałości sumienia wyciętego wiele lat temu. Ledwo udało mu się dotrzeć do niego tu, na tej niewyraźnej granicy między jawą a snem. W jednej krótkiej chwili mężczyzna przypomniał sobie, że jest wolny i zapragnął, aby tak nie było.
Potem otworzył oczy i nagle nie było już niczego, co dłużej by się tym przejmowało.

Mandelbrot leżał na jego piersi, mrucząc. Desjardins podrapał go z roztargnieniem, przeglądając poranne statystyki. Była to względnie spokojna noc: jedynym wartym odnotowania przypadkiem była grupka wyjątkowo szalonych uchodźców, próbujących przedostać się przez granicę północnoamerykańską. Pod osłoną nocy, o 01:10 czasu atlantyckiego, wypłynęli z Long Island na barce zbudowanej z przeróżnych śmieci. Po upływie godziny i dwudziestu minut kilka zainteresowanych stron z EurAfryki zaczęło rywalizować ze sobą o prawo do ich eliminacji. Biedacy dotarli tylko do Cape Cod, po czym zostali sprzątnięci przez Algierczyków (Algierczyków?).
System uznał, że nie było potrzeby wyciągania Desjardinsa z łóżka.
Mandelbrot wstał, przeciągnął się i ruszył na poranny obchód. Oswobodzony, Desjardins podniósł się z łóżka i ruszył w stronę windy. Wokół niego sześćdziesiąt pięć pięter opuszczonej nieruchomości popłynęło gładko w dół. Ledwie kilka lat temu wrzała tu praca związana z kontrolą zniszczeń. Tysiące Umoralnionych operatorów, nawiedzających cały świat balansujący bezustannie na krawędzi upadku, decydowało o życiu i śmierci z chłodną beznamiętnością. Teraz jednak został w zasadzie już tylko on sam. Mnóstwo rzeczy uległo zmianie po Rio.
Winda wypluła go na dach KRASZ-u. Otaczające go inne budynki tworzyły kształt przypominający z grubsza podkowę, napierając na granice oczyszczonej strefy. Pole statyczne Sudbury, ocierające się brzuchem o szczyty najwyższych konstrukcji, natychmiast wywołało gęsią skórkę na przedramionach Desjardinsa.
Wschodzące na horyzoncie słońce skąpało w ognistej poświacie spoczywające w gruzach królestwo.
Dzieło zniszczenia nie zostało jednak w pełni dokonane. Jeszcze nie. Miastom położonym na wschodzie, ogrodzonym murami, obwarowanym i zachowującym bezustanną czujność wobec najeźdźców zajmujących tereny położone pomiędzy nimi, udało się zachować pozory integralności. Na frontach wciąż wrzało. Jeden czy dwa utrzymywały się nawet w tym samym miejscu. Skupiska cywilizacji wciąż trwały rozrzucone po całym kontynencie – może i nie było ich wiele, ale wojna nie miała się jeszcze ku końcowi.
A wszystko dlatego, że pięć lat temu kobieta nazywająca się Lenie Clarke wyłoniła się z dna oceanu, niosąc w sobie żądzę zemsty i βehemota.
Desjardins przeszedł przez lądowisko i stanął na skraju dachu. Gdy zaczął sikać w przestrzeń, znad krawędzi przepaści wyłoniło się wschodzące słońce. Tak wiele zmian, pomyślał. Tyle katastrof naokoło, w pogoni za nowymi punktami równowagi. Jego domena przestała obejmować całą planetę, a skurczyła się do rozmiarów kontynentu, do tego przypalonego na brzegach. Wzrok skupiony kiedyś na nieskończoności, teraz sięgał jedynie wybrzeża. Ramiona otaczające cały świat amputowano na wysokości łokci. Nawet n’amerykańska część sieci została wycięta z elektronicznego ogółu niczym guz. Achilles Desjardins musiał radzić sobie z martwiczym bałaganem, pozostałym po tej operacji.
Jednak mimo to pod wieloma względami dysponował teraz większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej. Miał mniejsze terytorium, to fakt, ale za to z mało kim musiał je dzielić. Ostatnimi czasy stał się raczej cesarzem niż graczem zespołowym. Nie żeby był to powszechnie znany fakt...
Za to pewne rzeczy się nie zmieniły. Formalnie rzecz biorąc, wciąż pracował dla Komórki Reagowania na Awarie Systemów Złożonych, czy tam szczątków tej organizacji, które jeszcze ostały się na całej ziemi. Świat już dawno wywrócił się do góry nogami – a w każdym razie ta jego część – ale Desjardins wciąż czuł się w obowiązku minimalizować straty. Wczorajsze pożary stawały się dzisiejszymi pożogami, których zdaniem mężczyzny nikt nie potrafiłby już w tym momencie ugasić, on jednak wciąż pozostawał jedną z niewielu osób, które mogły powstrzymywać je przez jakiś czas. Wciąż był prawołamaczem, czy też latarnikiem, jak sam siebie nazwał w dniu, kiedy wreszcie ustąpili i pozwolili mu zostać, i dzisiejszy dzień nie będzie różnił się niczym od pozostałych. Trzeba będzie odeprzeć ataki i monitorować ruchy wroga. Trzeba będzie zakończyć życie pewnych istnień, by ocalić inne, liczniejsze lub cenniejsze. Trzeba będzie zniszczyć złośliwe wirusy i zachować pozory.
Desjardins odwrócił się plecami do wschodzącego słońca i przestąpił ponad nagim, wypatroszonym ciałem kobiety, leżącym u jego stóp. Ona też miała na imię Alice.
Zamyślił się, próbując przypomnieć sobie, czy to jedynie zbieg okoliczności.



Czytaj również

Behemot – Peter Watts
Demony końca świata
- recenzja
Wir - Peter Watts
Apokalipsa nadchodzi z morskich głębin
- recenzja
Wir - Peter Watts
Czarna Madonna od Behemota
- recenzja
Wir
Echopraksja
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.