» » Amerykańscy bogowie

Amerykańscy bogowie


wersja do druku

Amerykańscy bogowie

Rozdział pierwszy

 

Granice naszego kraju, panie? Na północy graniczymy z Zorzą Polarną, na wschodzie ze wschodzącym słońcem, na południu zamyka nas Równik, a na zachodzie Dzień Sądu Ostatecznego.

Księga dowcipów amerykańskich Joe Millera

 

Cień odsiedział w więzieniu trzy lata. A że był dostatecznie rosły i wyglądał dostatecznie groźnie, jego największym problemem pozostawało zabijanie czasu. Ćwiczył zatem, uczył się sztuczek z monetami i wiele rozmyślał o tym, jak bardzo kocha swą żonę.

Najlepszą – i w opinii Cienia być może jedyną dobrą – stroną pobytu w więzieniu było poczucie ulgi, świadomość, że upadł już tak nisko, że niżej się nie da. Osiągnął dno. Nie obawiał się, że go złapią, bo już go złapali. Nie budził się w celi zlany potem; nie lękał się, co przyniesie jutro, bo zdarzyło się to już wczoraj.

Szybko uznał, że fakt, czy popełniło się dane przestępstwo, czy nie, nie miał żadnego znaczenia. Wszyscy ludzie, których poznał w więzieniu, pielęgnowali w sobie żal do władz. Zawsze coś było nie tak. Zarzucali człowiekowi coś, czego nie zrobił, albo przynajmniej nie zrobił tego dokładnie tak, jak twierdzili. Najważniejsze jednak, że cię złapali.

Zauważył to już w ciągu pierwszych kilku dni, gdy wszystko, od więziennego slangu po kiepskie żarcie, było czymś nowym. Mimo przejmującego, wszechogarniającego przerażenia i żalu czuł też, że oddycha z ulgą.

Cień starał się nie mówić zbyt wiele. Gdzieś w połowie drugiego roku wspomniał o swej teorii Lokajowi Lyesmithowi, koledze z celi. Lokaj, oszust z Minnesoty, uśmiechnął się, wykrzywiając przecięte szramą usta.

– Ano – rzekł. – To prawda. A jeszcze lepiej, kiedy skażą cię na śmierć. To wtedy przypominasz sobie dowcipy o gościach, którzy w chwili, gdy założyli im stryczek, zrzucali buty, bo kumple stale im powtarzali, że co jak co, ale umrą w butach.

– To żart? – spytał Cień.

– Ano tak. Wisielczy humor. Najlepszy, jaki istnieje. Bum! Najgorsze już się stało. Masz parę dni, by to do ciebie dotarło, a potem powiozą cię na powietrzny taniec.

– Kiedy ostatnio powiesili człowieka w tym stanie?

– Skąd, u diabła, mam wiedzieć? – Lyesmith starannie golił głowę, nie pozwalając odrosnąć jasnorudym włosom. Pod skórą widać było linie czaszki. – Ale powiem ci coś. Kiedy przestali wieszać ludzi, cały ten kraj poszedł w diabły. Koniec dowcipów. Koniec układów.

Cień wzruszył ramionami. Nie widział niczego romantycznego w karze śmierci.

Uznał, że jeśli nie ma się na głowie wyroku śmierci, więzienie w najlepszym razie stanowi jedynie czasowy urlop od życia. Z dwóch powodów: po pierwsze, życie zakrada się nawet do celi. Zawsze masz gdzie pójść, choćby twój pion zdjęto z planszy; życie trwa dalej, nawet jeśli jest to życie pod mikroskopem bądź w klatce. A po drugie, jeśli po prostu czekasz, któregoś dnia muszą cię wypuścić.

Na początku myśl o wolności była zbyt nikła, by mógł się na niej skupić. Potem stała się odległym promyczkiem nadziei i nauczył się powtarzać sobie: „To też minie”, gdy coś poszło nie tak, bo w więzieniu zawsze coś szło nie tak. Któregoś dnia magiczne drzwi otworzą się szeroko i przekroczy próg. Zaczął zatem skreślać dni na kalendarzu z wizerunkami ptaków śpiewających Ameryki Północnej, jedynym kalendarzu sprzedawanym w więziennym sklepiku. Słońce zachodziło, ale on tego nie widział. Wschodziło gdzieś i także tego nie dostrzegał. Ćwiczył sztuczki z monetami, czerpiąc wiedzę z książki odkrytej na pustkowiu więziennej biblioteki. Ćwiczył i sporządzał w głowie listę rzeczy, które zrobi, gdy tylko wyjdzie z więzienia.

Z czasem lista Cienia stawała się coraz krótsza. Po dwóch latach skurczyła się do trzech punktów.

Po pierwsze, zamierzał się wykąpać. Wziąć porządną, długą, prawdziwą kąpiel w wannie. W pianie. Może przeczyta gazetę, może nie. Czasami miał na to ochotę, czasami niekoniecznie.

Po drugie, wytrze się, włoży szlafrok, może kapcie. Podobała mu się wizja kapci. Gdyby palił, w tym momencie zapaliłby fajkę. Ale nie. Chwyci w ramiona żonę, a ona krzyknie z udanym przerażeniem i prawdziwą radością: „Piesku, co ty wyprawiasz?!”. Zaniesie ją do sypialni i zamknie drzwi. Jeśli zgłodnieją, zamówią pizzę.

Po trzecie, potem, gdy wyjdą już z Laurą z sypialni, jakieś dwa dni później, będzie siedział cicho i przez resztę życia trzymał się z dala od kłopotów.

– I wtedy będziesz szczęśliwy? – spytał Lokaj Lyesmith. Pracowali razem w więziennym warsztacie, montując karmniki dla ptaków. Było to zajęcie tylko odrobinę ciekawsze od przebijania tablic samochodowych.

– Nie nazywaj człowieka szczęśliwym, póki żyje – odparł Cień.

– Herodot – mruknął Lokaj. – Hej, uczysz się!

– Kto to, kurwa, jest Herodot? – spytał Sopel, składając ścianki karmnika i podając je Cieniowi, który mocno dokręcał śruby.

– Martwy Grek – odparł Cień.

– Moja ostatnia dziewczyna była Greczynką – rzucił Sopel. – Nie uwierzylibyście, jakie gówniane rzeczy jadała jej rodzina. Ryż zawinięty w liście i takie różne.

Sopel sylwetką i wzrostem przypominał automat do coca-coli. Miał niebieskie oczy i włosy tak jasne, że wydawały się niemal białe. Porządnie pobił faceta, który popełnił błąd i zaczął obmacywać jego dziewczynę w barze, gdzie tańczyła, a Sopel stał na bramce. Przyjaciele tamtego wezwali policję, która zaaresztowała Sopla, sprawdziła jego dane i odkryła, że osiemnaście miesięcy wcześniej urwał się z programu resocjalizacyjnego.

– To co miałem zrobić? – spytał ze złością Sopel, gdy po raz pierwszy opowiadał Cieniowi całą swą smutną historię. – Mówiłem, że to moja dziewczyna. Miałem pozwolić na taki brak szacunku? Widziałem na niej jego łapska!

Cień odparł jedynie coś w stylu „dobrze powiedziane” i zostawił ten temat. Bardzo wcześnie nauczył się, że w więzieniu każdy odsiaduje własny wyrok. Nie należy przejmować się innymi.

Nie wychylać się. Dbać o własne sprawy.

Kilka miesięcy wcześniej Lyesmith pożyczył Cieniowi sfatygowany egzemplarz „Dziejów” Herodota.

– To nie jest wcale nudne. Bardzo fajna rzecz – rzekł, gdy Cień zaprotestował, twierdząc, że nie czytuje książek. – Najpierw sam zobacz, a potem też przyznasz, że fajna.

Cień wykrzywił się, ale zaczął czytać. I odkrył, że wbrew jego woli lektura go wciągnęła.

– Grecy – rzucił z niesmakiem Sopel. – A do tego to nieprawda, co o nich mówią. Próbowałem wsadzić go mojej panience w tyłek i mało nie wydrapała mi oczu.

Któregoś dnia Lyesmitha przeniesiono bez ostrzeżenia. Zostawił Cieniowi swój egzemplarz Herodota; między kartkami ukrył kilka monet: dwie ćwierćdolarówki, centa i pięciocentówkę. W więzieniu monety były zakazane – można wyostrzyć je o kamień i w walce rozciąć komuś twarz. Cień jednak nie chciał broni. Potrzebował czegoś, by zająć ręce.

Nie był przesądny. Nie wierzył w nic, czego nie mógł zobaczyć, lecz przez ostatnie kilka tygodni wyczuwał wiszącą w powietrzu katastrofę. Tak samo czuł się w dniach przed napadem. Żołądek ściskał mu się z lęku i choć Cień powtarzał sobie, że to jedynie obawa przed powrotem do świata zewnętrznego, nie miał pewności. Ogarnęła go paranoja, jeszcze większa niż zwykle – a w więzieniu jej zwykły poziom jest bardzo wysoki. To pozwala przetrwać. Cień stał się cichszy, spokojniejszy. Odkrył, że starannie śledzi język ciała strażników i innych więźniów, szukając czegoś, co mogłoby stanowić znak, zapowiedź czekających go złych wydarzeń. Był pewien, że nadejdą.

Miesiąc przed datą zwolnienia Cień usiadł w zimnym gabinecie naprzeciwko niskiego mężczyzny, na którego czole widniało duże ciemnoczerwone znamię. Rozdzielało ich biurko. Mężczyzna miał przed sobą otwarte akta Cienia. W dłoni trzymał długopis o paskudnie przygryzionej końcówce.

– Zimno ci, Cień?

– Tak – odparł Cień. – Odrobinę.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Witaj w krainie biurokracji. Piece włącza się pierwszego grudnia i wyłącza pierwszego marca. Nie ja ustalam zasady. – Najwyraźniej uznawszy, że wystarczy już tych uprzejmości, przesunął palcem po kartce przypiętej zszywaczem do wewnętrznej części teczki. – Masz trzydzieści dwa lata?

– Tak.

– Wyglądasz młodziej.

– Zdrowe życie.

– Piszą tu, że byłeś wzorowym więźniem.

– Dostałem już nauczkę.

– Naprawdę? – Rozmówca spojrzał uważnie na Cienia. Znamię na czole obniżyło się lekko.

Cień miał ochotę zdradzić mężczyźnie część swych teorii dotyczących więzienia. Nie odezwał się jednak. Zamiast tego przytaknął i skupił się na utrzymaniu skruszonej miny.

– Piszą też, że masz żonę.

– Nazywa się Laura.

– Co u niej?

– Mmm. Nieźle. Kiedy mnie aresztowali, wściekła się, ale odwiedza mnie, kiedy tylko może. To długa podróż. Pisujemy do siebie. Jeśli się da, dzwonię.

– Czym zajmuje się twoja żona?

– Pracuje w biurze podróży. Rozsyła ludzi po całym świecie.

– Jak się poznaliście?

Cień nie wiedział, czemu tamten o to pyta. Miał ochotę odpowiedzieć, że to nie jego sprawa, ale...

– Była najlepszą przyjaciółką żony mojego najbliższego kumpla. Urządzili nam randkę w ciemno. Zaskoczyło.

– I czeka na ciebie praca?

– Tak, proszę pana. Mój kumpel, Robbie, ten, o którym mówiłem, ma swoją własną siłownię. Byłem tam trenerem. Mówi, że ma dla mnie dawną posadę.

Uniesienie brwi.

– Tak?

– Twierdzi, że powinienem przyciągnąć klientów. Tych z dawnych czasów. I nowych. Twardzieli, którzy chcą się stać jeszcze twardsi.

Mężczyzna wydawał się usatysfakcjonowany. Przygryzł końcówkę długopisu i przewrócił kartkę.

– Co myślisz o swoim wybryku?

Cień wzruszył ramionami.

– Byłem głupi – odparł. I mówił szczerze.

Mężczyzna ze znamieniem westchnął ciężko. Odhaczył kilka punktów na liście. Potem przerzucił papiery w teczce Cienia.

– Jak chcesz się dostać do domu? Autobusem?

– Samolotem. Dobrze mieć żonę pracującą w biurze podróży.

Jego rozmówca zmarszczył czoło. Znamię zafalowało.

– Przysłała ci bilet?

– Nie musiała. Tylko numer potwierdzenia. Bilet elektroniczny. Wystarczy, że za miesiąc zjawię się na lotnisku, pokażę dokumenty i już.

Mężczyzna skinął głową, zapisał coś jeszcze, po czym zatrzas­nął teczkę i odłożył długopis. Dwie dłonie spoczęły na szarym biurku niczym małe różowe zwierzątka. Po chwili uniósł je, splótł palce i spojrzał wprost na Cienia wodnistymi, brązowymi oczami.

– Szczęściarz z ciebie – rzekł. – Masz do kogo wrócić. Czeka na ciebie praca. Możesz zostawić to wszystko za sobą. Dano ci drugą szansę. Nie zmarnuj jej.

Kiedy Cień wstał, mężczyzna nie podał mu ręki. Cień zresztą wcale tego nie oczekiwał.

Ostatni tydzień był najgorszy. Pod pewnymi względami był gorszy niż całe poprzednie trzy lata. Cień zastanawiał się, czy nie wpływa na to pogoda: ciężka, nieruchoma, mroźna. Zupełnie jakby zbierało się na burzę, która jednak nie nadchodziła. Aż go nosiło. Trzęsło. Ściskało w żołądku. Czuł, że coś jest nie tak. Na podwórzu powiał wiatr i Cieniowi wydało się, że wyczuwa w powietrzu nadchodzący śnieg.

Zadzwonił do żony na jej koszt. Wiedział, że firmy telefoniczne doliczają dodatkowe trzy dolary do każdej rozmowy z więziennego telefonu. To dlatego operatorzy są tacy uprzejmi dla ludzi dzwoniących z więzienia, uznał. Wiedzą, kto im płaci.

– Mam wrażenie, że coś jest nie tak – powiedział Laurze. Nie były to jego pierwsze słowa. Pierwsze brzmiały: „Kocham cię”, ponieważ dobrze się to mówi, zwłaszcza gdy mówi się szczerze, tak jak Cień.

– Cześć – odparła Laura. – Ja też cię kocham. Co jest nie tak?

– Nie wiem. Może pogoda. Gdyby tylko w końcu nadeszła burza, może wszystko wróciłoby do normy.

– Tu jest ładnie – odparła. – Ostatnie liście jeszcze nie spadły. Jeśli nie będzie burzy, zobaczysz je po powrocie.

– Za pięć dni – mruknął Cień.

– Sto dwadzieścia godzin i jesteś w domu.

– U was wszystko w porządku? Nic się nie dzieje?

– Wszystko super. Dziś wieczór będę się widziała z Robbiem. Planujemy urządzić ci przyjęcie-niespodziankę.

– Niespodziankę?

– Oczywiście. Nic o nim nie wiesz.

– Absolutnie nic.

– Grzeczny mąż. – Zaśmiała się i Cień uświadomił sobie, że także się uśmiecha. Trzy lata siedział w więzieniu, a ona wciąż potrafiła wywołać u niego radość.

– Kocham cię, skarbie – rzekł.

– Kocham cię, piesku – odparła Laura.

Cień odłożył słuchawkę.

Gdy się pobrali, Laura wyznała Cieniowi, że chciałaby mieć pieska, lecz właściciel domu przypomniał, że umowa najmu nie pozwala na trzymanie w mieszkaniu zwierząt.

– Hej – rzucił wówczas Cień – ja będę twoim pieskiem. Co mam robić? Gryźć ci kapcie? Sikać na podłogę w kuchni? Lizać cię po nosie? Obwąchiwać pupę? Założę się, że potrafię to robić równie dobrze, jak każdy psiak.

Podniósł ją, jakby nic nie ważyła, i zaczął lizać po nosie, nie zważając na chichoty i okrzyki, a potem zaniósł do łóżka.

W jadalni Cień ujrzał drepczącego ku niemu Sama Fetishera, który uśmiechnął się, ukazując stare zęby. Usiadł obok niego i zaczął pałaszować makaron z serem.

– Musimy pogadać – oznajmił.

Sam Fetisher był jednym z najczarniejszych Murzynów, jakich Cieniowi zdarzyło się oglądać. Tak na oko mógł mieć równie dobrze sześćdziesiąt jak osiemdziesiąt lat. Z drugiej strony Cień spotykał już trzydziestoletnich ćpunów wyglądających starzej niż Sam.

– Uhmm – mruknął teraz.

– Nadciąga burza – oznajmił Sam.

– Też to czuję – powiedział Cień. – Może wkrótce spadnie śnieg.

– Nie taka burza. Znacznie większa. Mówię ci, chłopcze. Kiedy nadejdzie, lepiej ci będzie tutaj niż tam, na ulicach.

– Odsiedziałem już swoje, w piątek wychodzę.

Sam Fetisher spojrzał na niego z ukosa.

– Skąd jesteś? – spytał.

– Eagle Point w Indianie.

– Pieprzony kłamca. Tak w ogóle? Skąd są twoi rodzice?

– Z Chicago – mruknął Cień. – Matka mieszkała tam, będąc dzieckiem, i umarła pół życia temu.

– Jak już mówiłem, nadciąga wielka burza. Nie wychylaj się, mój chłopcze. To jak... Jak się nazywają te rzeczy, na których leżą kontynenty? Jakieś płyty?

– Tektoniczne? – zaryzykował Cień.

– Zgadza się. Płyty tektoniczne. To zupełnie jak wtedy, gdy się zderzają. Kiedy Ameryka Północna uderza w Południową. Nie chcesz wtedy być w środku. Kapujesz?

– Ani trochę.

Brązowe oko zamknęło się w powolnym mrugnięciu.

– Nie mów tylko, że cię nie ostrzegałem – oznajmił Sam Fetisher, unosząc do ust łyżkę trzęsącej się pomarańczowej galaretki.

– Nie powiem.

Tej nocy Cień drzemał, co chwila budząc się i osuwając w mrok, słuchając pomruków i pochrapywań nowego współlokatora śpiącego na dolnej pryczy. Kilka cel dalej jakiś człowiek zawodził, skowyczał i szlochał jak zwierzę. Od czasu do czasu ktoś wrzeszczał, by się, do kurwy nędzy, zamknął. Cień usiłował nie słuchać. Pozwalał, by puste minuty opływały go: powolne, samotne.

Jeszcze dwa dni. Czterdzieści osiem godzin. Począwszy od owsianki i więziennej kawy, oraz strażnika nazwiskiem Wilson, który stuknął Cienia w ramię mocniej, niż trzeba, i rzekł:

– Cień? Tędy.

Cień pośpiesznie przyjrzał się swemu sumieniu. Było czyste. Co oczywiście nie znaczyło, że nie mógł znaleźć się po uszy w gównie. Tak już bywa w więzieniu. Obaj szli obok siebie. Ich kroki odbijały się echem wśród metalu i betonu.

Cień czuł w głębi gardła strach, gorzki niczym stara kawa. Nadeszło to, czego się lękał.

Gdzieś w jego głowie odezwał się głos. Szeptał, że dołożą mu rok do wyroku. Wsadzą do karceru. Odetną ręce. Odrąbią głowę. Powtarzał sobie, że to głupie, ale serce waliło mu tak mocno, jakby lada moment miało rozsadzić pierś.

– Nie rozumiem cię, Cień – powiedział Wilson.

– Czego pan nie rozumie?

– Ciebie. Jesteś za cichy, za grzeczny. Czaisz się jak stary człowiek, a ile masz lat? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia osiem?

– Trzydzieści dwa.

– I kim jesteś? Latino? Cyganem?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Może.

– Może częściowo czarnuchem? Masz w sobie czarną krew, Cień?

– Możliwe, proszę pana. – Cień szedł naprzód, patrząc wprost przed siebie. Całą uwagę skupił na tym, by nie dać się podpuścić.

– Ach, tak. Ja wiem tylko, że coś mi się w tobie nie podoba. – Wilson miał wyblakłe jasne włosy, wyblakłą jasną twarz i wyblakły jasny uśmiech. – Wkrótce nas opuszczasz?

– Taką mam nadzieję.

– Wrócisz tu. Widzę to po twoich oczach. Jesteś pojebem, Cień. Gdyby to ode mnie zależało, żaden z was, sukinsyny, w ogóle by stąd nie wyszedł. Wrzucilibyśmy was do ciemnej dziury i zapomnieli o waszym istnieniu.

Jak sekretne cele w lochach, pomyślał Cień, nie odezwał się jednak. Taką przyjął strategię przetrwania: nie odpowiadać, nie wspominać o dużej rotacji strażników więziennych, nie dyskutować o naturze skruchy, resocjalizacji, statystycznych szansach na recydywę. Nie mówił niczego cwanego ani zabawnego; na wszelki wypadek w rozmowach z pracownikami więzienia starał się głównie milczeć. Nie odzywaj się niepytany. Odsiedź swoje. Wyjdź. Wróć do domu. Weź długą gorącą kąpiel. Powiedz Laurze, że ją kochasz. Odbuduj swoje życie.

Przeszli przez kilka bramek. Za każdym razem Wilson pokazywał swoją kartę. Jeszcze schody i stanęli przed gabinetem naczelnika więzienia. Cień nigdy wcześniej tu nie był, ale wiedział, gdzie się znalazł. Na drzwiach czarnymi literami wypisano nazwisko: G. Patterson. Obok wisiała miniaturka drogowych świateł.

Górne światło płonęło czerwienią.

Wilson nacisnął guzik.

Kilka chwil czekali w milczeniu. Cień powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze, że w piątek rano będzie już siedział w samolocie do Eagle Point, ale sam w to nie wierzył.

Czerwone światło zgasło. Zapłonęło zielone. Wilson otworzył drzwi. Weszli do środka.

W ciągu ostatnich lat Cień kilka razy widział naczelnika. Raz, kiedy tamten oprowadzał po zakładzie jakiegoś polityka (Cień go nie znał), raz, gdy podczas Dni Zamkniętych przemawiał do nich, stojących w grupach po sto osób, mówiąc, że więzienie jest przepełnione i, ponieważ zostanie przepełnione, lepiej, by do tego przywykli. Dziś po raz pierwszy mógł przyjrzeć mu się dokładniej.

Z bliska Patterson wyglądał gorzej. Miał owalną twarz i siwe włosy przystrzyżone krótko po wojskowemu. Pachniał old spice’em. Za jego plecami Cień widział półkę pełną książek. Każda z nich miała w tytule słowo „więzienie”. Na idealnie czystym biurku stały tylko telefon i kalendarz „Far Side” ze zrywanymi kartkami. W uchu mężczyzny widniał aparat słuchowy.

– Usiądź, proszę.

Cień usiadł przed biurkiem. Uprzejme słówko nie umknęło jego uwagi. Wilson stanął tuż za nim.

Naczelnik otworzył szufladę biurka, wyjął teczkę i położył ją na blacie.

– Piszą tu, że zostałeś skazany na sześć lat za napad i pobicie. Odsiedziałeś trzy lata. Miałeś zostać zwolniony w piątek.

„Miałeś?”. Cień poczuł, jak ściska mu się żołądek. Zastanawiał się, ile jeszcze będzie musiał odsiedzieć. Kolejny rok? Dwa? Całe trzy? Głośno jednak powiedział tylko:

– Tak, proszę pana.

Naczelnik oblizał wargi.

– Co powiedziałeś?

– Powiedziałem: tak, proszę pana.

– Cień, wypuścimy cię dziś po południu. Zostaniesz zwolniony parę dni wcześniej. – Naczelnik powiedział to beznamiętnie, jakby ogłaszał wyrok śmierci. Cień skinął głową, czekając na resztę. Naczelnik spojrzał na leżącą przed nim kartkę. – Dostaliśmy wiadomość ze szpitala w Eagle Point. Twoja żona zmarła dziś nad ranem. Zginęła w wypadku samochodowym. Bardzo mi przykro.

Cień ponownie skinął głową.

Wilson w milczeniu odprowadził go do celi. Otworzył drzwi i wpuścił Cienia. Dopiero wtedy rzekł:

– Zupełnie jak ten dowcip z dobrą i złą wiadomością, co? Dobra wiadomość: wychodzisz wcześniej. Zła wiadomość: twoja żona nie żyje.

Zaśmiał się, jakby powiedział coś zabawnego.

Cień milczał.

***

Jak odrętwiały spakował swoje rzeczy. Część rozdał. Zostawił w celi Herodota i książkę o sztuczkach z monetami, a także, mimo chwilowego żalu, gładkie metalowe dyski przemycone z warsztatu, które, póki nie znalazł ukrytego skarbczyka Lokaja, służyły mu za monety. Na zewnątrz będzie miał mnóstwo prawdziwych monet. Ogolił się i przebrał. Przechodził przez kolejne drzwi, wiedząc, że nigdy więcej w nich nie stanie. Czuł tylko pustkę.

Zaczęło padać. Z szarego nieba lał się zamarzający deszcz. Grudki lodu kłuły twarz Cienia. Cienki płaszcz przemókł błyskawicznie podczas krótkiego marszu z budynku więzienia do żółtego, dawniej szkolnego autobusu, który miał zawieźć ich do najbliższego miasta.

Nim do niego dotarli, byli kompletnie przemoczeni. Ośmiu odjeżdżało, półtora tysiąca zostało w środku. Cień usiadł w autobusie i dygotał, póki nie zadziałało ogrzewanie. Zastanawiał się, co teraz zrobi, dokąd pójdzie.

Jego głowę wypełniły widmowe obrazy. W wyobraźni dawno temu opuszczał inne więzienie.

Bardzo długo tkwił w pozbawionym światła pomieszczeniu na wieży: brodę miał bujną, włosy zmierzwione. Strażnicy sprowadzili go szarymi kamiennymi stopniami na plac pełen barw i kształtów, ludzi i przedmiotów. Był dzień targowy. Oszołomiły go kolory i hałas. Mrużył oczy w zalewającym plac blasku słońca. W nozdrzach czuł słoną wilgoć, którą było przesycone powietrze, zapach towarów z targu. Po lewej stronie woda migotała w słońcu...

Autobus trząsł się cały podczas jazdy.

Wokół nich zawodził wiatr. Wycieraczki poruszały się ciężko tam i z powrotem na szybie, rozmazując obraz miasta, zmieniając go w plamy żółci i neonowej czerwieni. Było wczesne popołudnie, ale świat wyglądał tak, jakby zapadła noc.

– Niech to szlag – rzekł mężczyzna siedzący za Cieniem, przecierając zaparowane okno i przyglądając się mokrej postaci śpieszącej chodnikiem. – Widzę tu cipki.

Cień przełknął ślinę. Nagle przyszło mu do głowy, że jeszcze się nie rozpłakał – w ogóle niczego nie czuł. Ani łez, ani żalu. Niczego.

Przypomniał sobie o znajomym gościu, Johnniem Larchu. Mieszkał z nim w jednej celi. Johnnie opowiedział Cieniowi, jak kiedyś wyszedł po pięciu latach za kratami z setką dolarów w kieszeni i biletem do Seattle, gdzie mieszkała jego siostra.

Johnnie Larch dotarł na lotnisko, wręczył kobiecie za ladą bilet, a ona poprosiła o pokazanie prawa jazdy.

Zrobił to. Ważność prawa wygasła parę lat wcześniej. Kobieta oznajmiła, że nie jest to ważny dokument. Odparł, że może nie jako prawo jazdy, ale pozostaje dokumentem, jest w nim jego fotka, wzrost, waga. A zresztą, kim innym niby miałby być, jeśli nie gościem ze zdjęcia, do diabła?!

Poprosiła, by zniżył ton głosu.

Odparł, żeby dała mu pieprzoną kartę pokładową, bo pożałuje. Powinna potraktować go z szacunkiem. W więzieniu nie pozwala się innym na okazywanie braku szacunku.

Wtedy kobieta nacisnęła przycisk. Kilka chwil później zjawili się ludzie z ochrony, próbując przekonać Johnniego Larcha, by spokojnie opuścił lotnisko. On jednak nie chciał i doszło do utarczki.

W rezultacie Johnnie Larch nie dotarł do Chicago. Następne kilka dni spędził w miejskich barach, a gdy wydał już sto dolarów, napadł na stację benzynową z plastikowym pistoletem-zabawką, żeby zdobyć pieniądze na dalsze picie. W końcu został aresztowany za sikanie na ulicy. Wkrótce znów trafił za kraty, by odsiedzieć resztę wyroku plus niewielki dodatek za napad na stację.

A morał całej tej historii, według Johnniego Larcha, brzmiał: „Nie należy wkurzać ludzi pracujących na lotnisku”.

– Jesteś pewien, że nie chodzi raczej o to, że „zachowanie sprawdzające się w niezwykłym otoczeniu, takim jak więzienie, nie sprawdza się, a nawet więcej, może szkodzić, gdy znajdziemy się poza podobnym środowiskiem”? – spytał Cień, gdy Johnnie Larch opowiedział mu swoją historię.

– Nie. Słuchaj mnie. Słuchaj tego, co mówię, stary – odparł Johnnie Larch. – Nie wkurzaj suk z lotniska.

Cień uśmiechnął się lekko na to wspomnienie. Jego własne prawo jazdy będzie ważne jeszcze przez kilkanaście miesięcy.

– Dworzec autobusowy! Wszyscy wysiadać!

Budynek cuchnął moczem i spleśniałym piwem. Cień wgramolił się do taksówki i kazał kierowcy zawieźć się na lotnisko. Powiedział, że dorzuci pięć dolarów napiwku, jeśli tamten będzie milczał. Po dwudziestu minutach znaleźli się na miejscu. Kierowca nie odezwał się ani słowem.

A potem Cień, potykając się, wędrował już przez jasno oświet­lony terminal. Martwił się trochę, co będzie z elektronicznym biletem. Wiedział, że ma miejsce na lot w piątek, ale czy uda mu się odlecieć dzisiaj? Cieniowi wszystko, co elektroniczne, przypo­minało magię. Obawiał się, że coś takiego może w każdej chwili zniknąć. Wolał rzeczy, których mógł dotknąć.

Miał jednak swój portfel – po raz pierwszy od trzech lat trzymał go w ręku – a w środku kilka nieważnych kart kredytowych i jedną Visę, której ważność, co odkrył z miłym zaskoczeniem, kończyła się dopiero w styczniu. Miał też numer rezerwacji. Nagle uświadomił sobie, iż jest pewien, że jeśli tylko dotrze do domu, wszystko znów jakoś się ułoży: Laura wróci. Może to podstęp, by wyciągnąć go kilka dni wcześniej? Albo nastąpiła pomyłka: z wraku na autostradzie wyciągnięto ciało jakiejś innej Laury Moon?

Na zewnątrz, za oszklonymi ścianami lotniska, zajaśniała błyskawica. Cień odkrył, że wstrzymuje oddech, czeka na coś. Odległy grzmot. Odetchnął głęboko. Zza kontuaru spojrzała na niego zmęczona biała kobieta.

– Dzień dobry – powiedział Cień. Jesteś pierwszą kobietą, z którą rozmawiam od trzech lat. – Mam numer biletu elektronicznego. Miałem lecieć w piątek, ale muszę dzisiaj. Śmierć w rodzinie.

– Mmm, bardzo mi przykro. – Wystukała coś na klawiaturze, spojrzała na ekran, znów zaczęła pisać. – Nie ma problemu. Wpisałam pana na trzecią trzydzieści. Lot może się opóźnić z powodu burzy, więc proszę uważać. Jakiś bagaż?

Uniósł torbę.

– Nie muszę tego zdawać, prawda?

– Nie – odparła. – Nie musi pan. Ma pan dokument ze zdjęciem?

Cień pokazał jej prawo jazdy. Następnie zapewnił, że nikt nie dał mu bomby, którą miałby wnieść na pokład, a kobieta wręczyła mu wydrukowaną kartę pokładową. Potem przeszedł przez wykrywacz metalu, a ochrona prześwietliła mu torbę.

Lotnisko nie było duże, lecz zdumiało go, ile kręciło się po nim ludzi. Patrzył, jak od niechcenia odkładają torby, wsuwają niedbale portfele do tylnych kieszeni, zostawiają torebki pod krzesłami. I wtedy na dobre pojął, że już nie jest w więzieniu.

Zostało pół godziny do otwarcia bramki. Cień kupił sobie kawałek pizzy i sparzył wargę gorącym serem. Odebrał resztę, podszedł do telefonu. Zadzwonił do Robbiego, do siłowni. Odpowiedziała jednak automatyczna sekretarka.

– Cześć, Robbie. Powiedzieli, że Laura nie żyje. Wypuścili mnie wcześniej. Wracam do domu.

A potem, ponieważ ludzie popełniają błędy – sam często to widywał – zadzwonił do domu i wysłuchał głosu Laury.

– Cześć – rzekła. – Nie ma mnie albo nie mogę podejść do telefonu. Zostaw wiadomość, a ja oddzwonię. Miłego dnia.

Nie mógł się zmusić, by cokolwiek powiedzieć.

Usiadł na plastikowym krześle obok bramki, ściskając torbę tak mocno, że rozbolała go dłoń.

Myślał o swym pierwszym spotkaniu z Laurą. Wtedy nie znał nawet jej imienia. Była przyjaciółką Audrey Burton. Siedzieli z Robbiem w kabinie w Chi Chi i rozmawiali, najpewniej o jednej z trenerek, która oznajmiła właśnie, że otwiera własną szkołę tańca. Laura wmaszerowała tam tuż za Audrey i Cień nie mógł oderwać od niej wzroku. Miała długie kasztanowe włosy i oczy tak niebieskie, że z początku sądził, że założyła barwne szkła kontaktowe. Zamówiła truskawkowe daiquiri i uparła się, by go spróbował. A kiedy to zrobił, zaśmiała się radośnie.

Laura uwielbiała, gdy ludzie kosztowali tego, co ona.

Tego wieczoru pocałował ją na dobranoc. Smakowała truskawkowym daiquiri. Już nigdy nie miał ochoty pocałować kogoś innego.

Kobiecy głos oznajmił, że rozpoczyna się przyjmowanie na pokład pasażerów i Cień znalazł się wśród pierwszych wywołanych nazwisk. Siedział na samym końcu obok pustego miejsca. Deszcz bębnił o kadłub samolotu. Cień wyobrażał sobie małe dzieci ciskające z nieba garściami wysuszony groszek.

Tuż po starcie zasnął.

Był w mrocznym miejscu. Patrząca na niego istota miała głowę bawołu, paskudną, włochatą, o wielkich wilgotnych oczach. Głowa tkwiła na ciele mężczyzny: szczupłym i naoliwionym.

– Zbliżają się zmiany – oznajmił bawół, nie poruszając ustami. – Trzeba podjąć pewne decyzje.

Na wilgotnych ścianach jaskini zalśniło odbicie błyskawicy.

– Gdzie jestem? – spytał Cień.

– W ziemi i pod ziemią – odparł człowiek-bawół. – Tam gdzie czekają zapomniani. – Jego czarne oczy lśniły niczym szklane kulki. Głos przypominał grzmot z głębin świata. Pachniał mokrym zwierzęciem. – Uwierz – rzekł bawół. – Jeśli masz przeżyć, musisz wierzyć.

– Wierzyć? W co? – spytał Cień. – W co mam uwierzyć?

Człowiek-bawół patrzył na Cienia. Wyprostował się i jakby nagle urósł. W jego oczach zapłonął ogień. Otworzył zaśliniony pysk. Jego wnętrze też było czerwone. Płonęło ogniem wnętrza ciała spod ziemi.

– We wszystko! – ryknął człowiek-bawół.

Świat pochylił się i zawirował – i Cień znów siedział w samolocie. Wszystko wokół wciąż się kołysało. Na przodzie samolotu jakaś kobieta krzyknęła bez przekonania.

Wokół nich zajaśniały błyskawice. Przez interkom usłyszeli głos kapitana, który informował, że spróbuje nabrać wysokości, by uwolnić się od burzy.

Samolot kołysał się i dygotał. Cień zastanowił się, czy wkrótce zginie. Uznał, że to możliwe, lecz mało prawdopodobne. ­Wyglądał przez okno, patrząc na horyzont rozświetlony jasnymi błyska­wicami.

A potem znów zasnął. Śniło mu się, że wrócił do więzienia, a Lokaj szepcze w kolejce po żarcie, że ktoś wykupił kontrakt na jego życie. Cień jednak nie mógł się dowiedzieć kto ani dlaczego. A kiedy się obudził, podchodzili do lądowania.

Wygramolił się z samolotu, mrugając w oszołomieniu.

Już dawno uznał, że wszystkie lotniska w gruncie rzeczy wyglądają tak samo – nieważne, gdzie jesteś, jesteś na lotnisku. Kafelki, korytarze, toalety, bramki, kioski z gazetami, jarzeniówki. To lotnisko także wyglądało typowo; niestety nie było miejscem, do którego zmierzał. Było stanowczo za duże. Zbyt wiele ludzi, zdecydowanie zbyt wiele bramek.

Twarze mijanych osób miały zmęczony, otępiały wyraz widywany jedynie na lotniskach i w więzieniach. Jeśli piekło, to inni, pomyślał Cień, to lotniska są czyśćcem.

– Przepraszam panią?

Kobieta spojrzała na niego znad papierów.

– Słucham?

– Co to za lotnisko?

Przyjrzała mu się zaskoczona, jakby usiłowała stwierdzić, czy z niej żartuje.

– St. Louis – odparła w końcu.

– Myślałem, że samolot leci do Eagle Point.

– Bo leciał. Skierowali go tutaj z powodu burzy. Nie ogłosili tego?

– Pewnie tak. Spałem.

– Musi pan porozmawiać z tamtym człowiekiem w czerwonej kurtce.

Mężczyzna niemal dorównywał mu wzrostem. Wyglądał jak ojciec z sitkomu z lat siedemdziesiątych. Wpisał coś w komputer i kazał Cieniowi ruszyć – biegiem! – do bramki po drugiej stronie terminalu.

Cień przebiegł przez lotnisko. Ale gdy dotarł na miejsce, drzwi już się zamykały. Patrzył przez szybę na startujący samolot. Przedstawił zatem swój problem kobiecie przy bramce (spokojnie, cicho, uprzejmie), a ona skierowała go do stanowiska pomocy, gdzie Cień wyjaśnił, że wraca po długiej nieobecności, że jego żona właśnie zginęła w wypadku, a on musi jak najszybciej dotrzeć do domu. Ani słowem nie wspomniał o więzieniu.

Kobieta na stanowisku pomocy (niska, brązowoskóra, z pieprzykiem na nosie) naradziła się z jeszcze jedną kobietą, gdzieś zatelefonowała („Nie, to niemożliwe. Właśnie go odwołali”), po czym wydrukowała kolejną kartę pokładową.

– To dla pana – oznajmiła. – Zadzwonimy na bramkę i uprzedzimy, że już pan idzie.

Cień czuł się jak groszek przerzucany między trzema kupkami. Jak karta wtasowywana w talię. Znów biegł przez lotnisko, by trafić w pobliże miejsca, w którym wysiadł.

Drobny mężczyzna przy bramce odebrał od niego kartę pokładową.

– Czekaliśmy na pana – powiedział, oddzierając pasek z numerem miejsca 17D.

Cień wbiegł do samolotu. Drzwi zamknęły się tuż za nim.

Przeszedł przez przedział pierwszej klasy – zaledwie cztery fotele, trzy z nich zajęte. Brodaty człowiek w jasnym garniturze, siedzący obok pustego miejsca z przodu, uśmiechnął się szeroko, po czym uniósł rękę i, kiedy Cień przechodził obok, postukał w zegarek.

Tak, tak, przeze mnie się spóźnisz, pomyślał Cień. Obyś nie miał większych zmartwień.

Wędrował między fotelami. Uznał, że samolot jest prawie pełny, kiedy jednak dotarł na koniec, odkrył jak bardzo – na miejscu 17D siedziała już kobieta w średnim wieku. Cień pokazał jej kupon z karty. Ona wyjęła swój. Były identyczne.

– Zechce pan zająć miejsce – poprosiła stewardesa.

– Niestety – odparł. – Nie mogę. Ta pani na nim siedzi.

Stewardesa mlasnęła językiem, sprawdziła karty pokładowe, potem poprowadziła go na przód samolotu i wskazała pusty fotel w pierwszej klasie. Cień usiadł.

– Chyba ma pan dziś szczęście – powiedziała. – Życzy pan sobie coś do picia? Mamy trochę czasu do startu. Jestem pewna, że po tym wszystkim ma pan ochotę na drinka.

– Poproszę piwo – powiedział Cień. – Jakie państwo mają.

Stewardesa odeszła.

Mężczyzna w jasnym garniturze siedzący obok Cienia uniósł rękę i postukał paznokciem w zegarek – czarny rolex.

– Spóźniłeś się – oznajmił i uśmiechnął się szeroko. W tym uśmiechu nie było ani krzty ciepła.

– Słucham?

– Powiedziałem, że się spóźniłeś.

Stewardesa wręczyła Cieniowi szklankę piwa. Pociągnął łyk.

Przez chwilę zastanawiał się, czy jego sąsiad nie jest przypadkiem wariatem. Potem uznał, że zapewne chodzi mu o samolot czekający na ostatniego pasażera.

– Przepraszam, że was zatrzymałem – rzekł uprzejmie. – Śpieszy się pan?

Samolot cofnął się od bramki. Stewardesa wróciła i odebrała Cieniowi piwo. Mężczyzna w jasnym garniturze uśmiechnął się do niej. To miało znaczyć: „Nie martw się, moja droga, będę jej pilnował”, a ona pozwoliła mu zatrzymać szklankę jacka danielsa, protestując bez przekonania, że stanowi to naruszenie przepisów. (Pozwól, że ja to osądzę, moja droga).

– Czas jest tu niewątpliwie istotny – oznajmił mężczyzna. – Ale nie, nie śpieszy mi się. Martwiłem się po prostu, że nie zdążysz na samolot.

– To bardzo uprzejme z pańskiej strony.

Samolot tkwił niespokojnie na ziemi, drżąc z niecierpliwości. Silniki ryczały gotowe do startu.

– Uprzejme, akurat – mruknął mężczyzna w jasnym garniturze. – Mam dla ciebie pracę, Cień.

Głośniejszy ryk silników. Mały samolot szarpnął się naprzód, przyśpieszając gwałtownie i wciskając Cienia w siedzenie – a potem byli już w powietrzu. Światła lotniska gasły w dole. Cień przyjrzał się uważnie siedzącemu obok człowiekowi.

Mężczyzna miał rudosiwe włosy, brodę bardzo krótką, siworudą. Był niższy od Cienia, lecz wydawało się, że zajmuje wyjątkowo dużo miejsca. Kanciasta, kwadratowa twarz, jasnoszare oczy. Garnitur wyglądał na kosztowny. Miał barwę stopionych lodów waniliowych. Do tego krawat z ciemnoszarego jedwabiu i spinka w kształcie srebrnego drzewa: pień, gałęzie, głęboko sięgające korzenie.

Podczas startu trzymał szklankę jacka danielsa. Nie uronił ani kropli.

– Nie spytasz, jaką pracę? – rzekł.

– Skąd pan wie, jak się nazywam?

Mężczyzna zaśmiał się.

– Odkrycie tego, jak nazywają się ludzie, to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Trochę wiedzy, trochę szczęścia, odrobina pamięci. Spytaj, jaką pracę.

– Nie – odparł Cień.

Stewardesa przyniosła mu kolejną szklankę piwa. Pociągnął łyk.

– Czemu nie?

– Wracam do domu. Czeka tam już na mnie praca. Nie chcę innej.

Szeroki uśmiech mężczyzny w zasadzie się nie zmienił. Teraz jednak Cień dostrzegł w nim rozbawienie.

– W domu nie czeka na ciebie żadna praca. Nic tam na ciebie nie czeka. Ja tymczasem proponuję ci całkowicie legalne zajęcie – niezłą płacę, niezłe zabezpieczenie, imponujące premie. Jeśli pożyjesz dość długo, dorzucę nawet plan emerytalny. Interesuje cię to?

– Pewnie przeczytał pan moje imię na karcie pokładowej. Albo nalepce na torbie – powiedział Cień.

Tamten milczał.

– Kimkolwiek pan jest, nie mógł pan wiedzieć, że polecę tym samolotem. Sam tego nie wiedziałem. I gdyby mój lot nie został skierowany do St. Louis, w ogóle by mnie tu nie było. Podejrzewam, że żartuje sobie pan ze mnie. Może to jakiś numer, ale będzie lepiej, jeśli zakończymy naszą rozmowę.

Cień wziął magazyn lotniczy. Mały samolocik podskakiwał na niebie, utrudniając koncentrację. Słowa pływały w jego umyśle niczym mydlane bańki, gdy je czytał, by po sekundzie zniknąć bez śladu.

Sąsiad pił w milczeniu swojego jacka danielsa. Miał zamknięte oczy. Cień odczytał listę kanałów muzycznych dostępnych na pokładzie samolotów transatlantyckich. Potem obejrzał mapę świata pokreśloną czerwonymi kreskami tras linii lotniczej. Przejrzał do końca magazyn, zamknął go z wahaniem i wsunął do kieszeni na ścianie.

Nieznajomy mężczyzna otworzył oczy. Jest w nich coś dziwnego, pomyślał Cień. Jedno wydawało mu się ciemniejsze niż drugie. Spojrzał na Cienia.

– A przy okazji – rzekł – przykro mi z powodu twojej żony, Cień. To wielka strata.

W tym momencie Cień o mało go nie uderzył. Zamiast tego odetchnął głęboko (gdzieś w jego umyśle odezwał się głos Johnniego Larcha: „Jak już mówiłem, nie wkurzaj tych suk z lotniska, bo wrócisz tu szybciej, niż zdążyłbyś splunąć”). Policzył do pięciu.

– Mnie także – odparł.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Gdyby tylko dało się coś zrobić. – Westchnął.

– Zginęła w wypadku samochodowym – powiedział Cień. – To szybka śmierć. Mogło być znacznie gorzej.

Tamten znów pokręcił głową. Przez chwilę Cień miał wrażenie, że jego sąsiad stał się niematerialny, jakby samolot nabrał rzeczywistości, podczas gdy mężczyzna ją utracił.

– Posłuchaj, Cień, to nie jest żart ani dowcip. Mogę zapłacić ci lepiej niż ktokolwiek inny. Jesteś byłym więźniem. Nie sądzisz chyba, że ustawi się do ciebie długa kolejka pracodawców?

– Panie, kimkolwiek pan, kurwa, jest! – odparł Cień dostatecznie głośno, by było go słychać ponad rykiem silników. – Na całym świecie nie ma dość forsy.

Uśmiech tamtego stał się jeszcze szerszy. Cień przypomniał sobie oglądany w dzieciństwie film o szympansach. ­Mówiono w nim, że małpy i szympansy uśmiechają się tylko po to, by zademonstrować zęby w grymasie agresji, przerażenia bądź nienawiści. Kiedy szympans się uśmiecha, oznacza to groźbę. Ten uśmiech był podobny.

– Jasne, że jest. I są też premie. Pracuj dla mnie, a powiem ci mnóstwo rzeczy. Oczywiście jest pewne ryzyko, ale jeśli przeżyjesz, dostaniesz wszystko, czego tylko zapragniesz. Możesz zostać nowym królem Ameryki. Kto inny zapłaci aż tyle? Hmm?

– Kim pan jest? – spytał Cień.

– A, tak. Era informacji. Młoda damo, zechcesz nalać mi kolejną szklaneczkę jacka danielsa? Nie za dużo lodu. Nie dlatego, żeby kiedykolwiek istniała inna era. Informacja i wiedza: oto waluty, które nigdy nie wyjdą z mody.

– Pytałem: kim pan jest?

– Pomyślmy. Dziś mamy środę, a że to mój dzień, nazywaj mnie Wednesday, panem Wednesday. Choć, zważywszy na pogodę, równie dobrze mógłbym nazywać się Thursday.

– A jak nazywa się pan naprawdę?

– Popracuj dla mnie dość długo i dość dobrze – odparł mężczyzna – a może nawet ci powiem. Proszę. Propozycja pracy. Zastanów się nad nią. Nie oczekuję, że zgodzisz się natychmiast. Nie wiesz w końcu, czy nie wskakujesz właśnie do zbiornika z piraniami albo klatki pełnej niedźwiedzi. Mam czas. – Zamknął oczy i odchylił się w fotelu.

– Raczej nie – powiedział Cień. – Nie podoba mi się pan. Nie chcę dla pana pracować.

– Jak już mówiłem – odparł tamten, nie otwierając oczu – nie śpiesz się. Przemyśl sprawę.

Samolot wylądował z lekkim podskokiem i kilkoro pasażerów wysiadło. Cień ujrzał niewielkie lotnisko na pustkowiu. Od Eagle Point dzieliły go jeszcze dwa lądowania. Zerknął na mężczyznę w jasnym garniturze – Wednesdaya? Wydawało się, że tamten śpi.

Cień wstał, złapał torbę i zbiegł po stopniach samolotu na śliski mokry asfalt. Miarowym krokiem ruszył w stronę świateł terminalu. Na twarzy czuł krople deszczu.

Już na progu zatrzymał się i obrócił. Nikt więcej nie wysiadł z samolotu. Obsługa lotniska odsunęła schodki, drzwi się zamknęły i samolot ruszył po pasie. Cień obserwował go do chwili startu, po czym wszedł do środka i w wypożyczalni Budget, jedynej otwartej o tej porze, wynajął samochód. Na parkingu okazało się, że to mała czerwona toyota.

Rozłożył na fotelu obok mapę, którą dostał w punkcie wynajmu. Do Eagle Point miał jakieś dwieście pięćdziesiąt mil, głównie autostradą. Od trzech lat nie siedział za kierownicą.

Burze minęły, jeśli w ogóle dotarły tak daleko. Było zimno i jasno. Obłoki przemykały przed tarczą księżyca; przez moment Cień nie wiedział, czy to one się poruszają, czy też księżyc.

Przez półtorej godziny jechał na północ.

Robiło się późno. Poczuł głód i gdy uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny, skręcił na następnym zjeździe do miasteczka Nottamun (1301 mieszkańców). Napełnił bak na stacji Amoco i spytał znudzoną kobietę za kasą, gdzie w okolicy znajdzie najlepszy bar, w którym mógłby dostać coś do jedzenia.

– „Krokodylowy Bar Jacka” – oznajmiła. – Na zachód od drogi N.

– „Krokodylowy Bar”?

– Tak. Jack twierdzi, że krokodyle dodają charakteru. – Narysowała mu mapkę na odwrocie liliowej broszurki reklamującej zabawę z pieczeniem kurczaków i zbiórkę pieniędzy dla dziewczynki oczekującej na przeszczep nerki. – Hoduje kilka krokodyli, węża i jedną z tych wielkich jaszczurek.

– Iguanę?

– Właśnie.

Przejechał przez miasto, most, pokonał parę mil i w końcu zatrzymał się przy niskim prostokątnym budynku ze świecącym neonem Pabsta i automatem z colą przy wejściu.

Parking był prawie pusty. Cień zaparkował czerwoną toyotę i wszedł do środka.

Wewnątrz baru wisiał w powietrzu gęsty dym. Z szafy grającej dobiegały dźwięki „Walking After Midnight”. Cień rozejrzał się w poszukiwaniu krokodyli, ale ich nie dostrzegł. Zastanowił się, czy kobieta ze stacji benzynowej przypadkiem go nie na­brała.

– Co pan sobie życzy? – spytał barman.

– Ty jesteś Jack?

– Jack ma dziś wolne. Jestem Paul.

– Cześć, Paul. Piwo i hamburgera ze wszystkimi dodatkami. Bez frytek.

– Talerz chili na początek? Mamy najlepsze w stanie.

– Brzmi nieźle – rzekł Cień. – Gdzie jest toaleta?

Mężczyzna wskazał drzwi w kącie baru. Powieszono na nich głowę wypchanego aligatora. Cień nacisnął klamkę.

Był w jasnej, czystej łazience. Najpierw rozejrzał się wiedziony przyzwyczajeniem („Pamiętaj, Cień, kiedy sikasz, nie możesz się bić”, odezwał się w jego głowie Lokaj, jak zwykle cicho). Zajął pisuar po lewej, rozpiął rozporek i z ogromną ulgą sikał całą wieczność. Odczytał oprawiony w ramkę pożółkły wycinek z gazety wiszący na ścianie na poziomie oczu, okraszony zdjęciem Jacka i dwóch aligatorów.

Znad pisuaru tuż obok dobiegło uprzejme chrząknięcie, choć Cień nie widział, by ktokolwiek wchodził do toalety.

Mężczyzna w jasnym garniturze był wyższy, niż Cień myślał, widząc go siedzącego w fotelu obok. Prawie dorównywał mu wzrostem, a Cień był naprawdę wysoki. Patrzył wprost przed siebie.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Skończył sikać, strząsnął kilka ostatnich kropel i zapiął rozporek.

Potem uśmiechnął się szeroko niczym lis wyżerający przynętę ze zwoju kolczastego drutu.

– Miałeś czas, żeby się zastanowić, Cień – powiedział pan Wednesday. – Chcesz tę pracę?

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawca: MAG
Data wydania: 9 listopada 2016
Liczba stron: 608
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-7480-676-3
Cena: 45 zł



Czytaj również

Amerykańscy bogowie
To nie jest kraj dla starych bogów?
- recenzja
Amerykańscy bogowie - Neil Gaiman
Posępna wizja zmierzchu i przemijania
- recenzja
Amerykańcy bogowie - Neil Gaiman
Czytać czy nie czytać?
- recenzja
Dym i lustra
Mak w popiele
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.