» Fragmenty książek » Alyssa i czary

Alyssa i czary


wersja do druku

Alyssa i czary

Opieram się o umywalkę, rozwiązuję bandanę Jeba i wdycham jego zapach. Przed tym popołudniem zależało mi tylko na tym, żeby pojechać do Londynu, być tam z Jebem i zdobyć punkty w college’u. Zdumiewające, jak wiele może się zmienić w ciągu kilku godzin.

Jeśli nie znajdę jakiegoś sposobu dostania się do Anglii i nie odszukam króliczej nory, przysmażą mozg Alison, a ja za kilka lat trafię tam, gdzie ona. Wykluczone, żebym przed poniedziałkiem zdołała zdobyć dość pieniędzy na bilet lotniczy. Nie wspominając już o paszporcie.

Zaciskam zęby, ściągam podarte legginsy i bandaż. Rozcięcie na kolanie niemal się zagoiło i nawet nie został strup. Jestem zbyt zmęczona i rozbita, by zastanawiać się dlaczego.

Puszczam zimną wodę i zmywam fizyczne ślady tego, co się wydarzyło, a potem osuszam skórę i bieliznę ręczną suszarką. Podkreślam oczy ciemnozieloną kredką, wciągam legginsy w fioletowo-zielono-czerwoną szkocką kratę, po czym wkładam cienką czerwoną halkę i spodniczkę mini. Jeszcze tylko zielony podkoszulek z krótkim kimonowym rękawem, a na to obcisły czerwony top bez ramiączek – oraz fioletowe rękawiczki bez palców – i jestem gotowa stawić czoło klientom.

Rzucam ostatnie spojrzenie w lustro. Za moim odbiciem coś się porusza, czarne i połyskliwe jak te pierzaste skrzydła ze sterty rekwizytów teatralnych. Przebiega mi przez głowę dziwaczne ostrzeżenie Alison: „On przyjdzie po ciebie. Przejdzie przez twoje sny. Albo przez zwierciadło… trzymaj się z dala od zwierciadeł”. Odwracam się szybko z krzykiem.

Widzę tylko swój cień. Mam wrażenie, że łazienka się kurczy, wydaje się ciasna i chwiejna, jakbym tkwiła w pudełku turlającym się ze wzgórza. Żołądek podjeżdża mi do gardła.

Wpadam do pogrążonego w półmroku magazynu i niemal przewracam się, nadeptując sznurowadła moich sięgających do kolan butów, gdy gnam w panice z powrotem do Jen.

Biegnie mi na spotkanie.

– Chryste – mówi. Prowadzi mnie do stołka barowego za ladą kasową. – Wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć. Czy w ogóle coś dziś jadłaś?

– Zupę z lodów – mamroczę.

Stwierdzam z ulgą, że klientki już wyszły i nie widziały, jak wparowałam. Cała się trzęsę.

Jen dotyka mojego czoła.

– Chyba nie masz gorączki. Może spadł ci poziom cukru.

Przyniosę ci coś do jedzenia z bistra.

– Nie odchodź – proszę i chwytam ją za ramię.

– Dlaczego? Zaraz wrócę.

Uświadamiam sobie, jak wariacko brzmi to, co mówię, więc zmieniam taktykę.

– Ta dekoracja w witrynie. Musimy… – Wyjaśnienie więźnie mi w gardle, gdy spostrzegam, że już ją skończyła. – Och…

– Tak, och. – Jen delikatnie odrywa moje palce od swojego rękawa. – Zapaliłam też z powrotem świece. Dlaczego je zgasiłaś? Potrzebujesz przecież jak najwięcej kojących wibracji. Przyniosę ci rogalik i jakiś napój – coś bez kofeiny. Nigdy nie widziałam cię tak roztrzęsionej.

Rusza, zanim mam czas zareagować.

Drzwi zamykają się za nią i zostaję sama z ustawioną przez nią dekoracją w witrynie. Manekinem Sierotą w niebieskiej peruce i stroju czarnego anioła. Olbrzymie skrzydła są przymocowane do pleców lalki czarnymi skórzanymi paskami. Na piórach lśnią czarne cekiny, a makabryczną scenę spowija dym z miniaturowego urządzenia do robienia mgły. Mam wrażenie, że te skrzydła i dym jakoś do siebie pasują.

Przypominam sobie moją przyjaciółkę ćmę z dzieciństwa. Dlaczego Alison ścigała ją z sekatorem? Tylko dlatego, że ćma wywabiła mnie na dwór podczas burzy? Musiało chodzić o coś głębszego, może zadawnioną wrogość, jednak nie potrafię się domyślić, na czym ona polegała.

Z ociąganiem odwracam się do plakatu. Czarne oczy bohatera spoglądają wprost na mnie, przeszywają mnie wzrokiem.

– Ty wiesz, prawda? – szepczę. – Znasz odpowiedzi. Prycham – i ten dźwięk w głuchej ciszy brzmi dość rozpaczliwie.

Teraz już naprawdę tracę zmysły. Nie dość, że słyszę naszeptywania owadów i kwiatów, to jeszcze oczekuję odpowiedzi od plakatu? To niewątpliwie kwalifikuje mnie do domu wariatów.

Z drżeniem podchodzę do komputera stojącego po drugiej stronie kasy sklepowej i znajduję tamtą stronę internetową. Przewijam wszystko, co już wcześniej widziałam, usiłuję znaleźć coś wiążącego się z bredzeniami Alison.

Natrafiam na kolejny zestaw rysunków: biały królik chudy jak szkielet; kwiaty mające ręce, nogi oraz usta ociekające krwią; mors, któremu z brzucha sterczy coś przypominającego korzenie drzewa. To zgraja z Krainy Czarów po potężnej dawce promieniowania radioaktywnego. Istnieje też pewien związek: ćma i te istoty z podziemnej krainy należą do baśniowej opowieści Lewisa Carrolla. Nic dziwnego, że babka Alicia wciąż malowała na ścianach swojego domu postacie z jego książki.

Począwszy od Alicji, członkowie mojej rodziny byli obłąkani. Czy to możliwe, że Alicja naprawdę wpadła do króliczej nory, a potem wróciła i opowiedziała tę historię, jednak po tym, czego doświadczyła, nigdy już nie była taka sama jak dawniej? Zresztą kto by był?

Jeżą mi się włoski na ciele, jakby przebiegł przeze mnie prąd.

Po zniknięciu ostatniej z grafik na ekranie, na czarnym tle okolonym staroświeckim ornamentem z bluszczu i kwiatów, pojawia się wiersz wypisany fantazyjnymi białymi literami.

 

Był czas mrusztławy, ślibkie skrątwy

Na wałzach wiercząc świrypły,

A mizgłe do cna boroglątwy

I zdomne świszczury zgrzypły.*

 

Czytałam kiedyś ten zagadkowy wiersz w wydaniu książkowym Alicji po drugiej stronie lustra. Biorę do ręki notes, gryzmolę u góry strony: Kraina Czarów i przepisuję wiersz słowo

w słowo. Otwieram nowe okno wyszukiwarki i szukam interpretacji. Jedna ze stron internetowych zawiera kilka wyjaśnień.

A co, jeżeli wszystkie są błędne? Przeglądam dwa, a potem mój wzrok przykuwa trzecie. Obok tekstu są ilustracje – stworzenia z długimi świderkowatymi nosami kopiące dziury pod zegarami słonecznymi. Ogarnia mnie nagle przeczucie zrozumienia i zamykam oczy. Pod powiekami widzę bawiące się dzieci. Chłopiec ze skrzydłami i jasnowłosa dziewczynka skaczą do dziury w ziemi pod rzeźbą chłopczyka trzymającego na głowie zegar słoneczny.

Nie wiem, skąd pochodzą te obrazy. Musiałam je widzieć w jakimś filmie – jednak nie pamiętam w jakim. Wydają się takie realne i takie znajome.

Notuję definicje z tej interpretacji wiersza. Według jej autora „czas mrusztławy” to godzina czwarta po południu, a „skrątwa” [* Lewis Carroll: Jabberwocky, przekład: Robert Stiller (przyp.red.)] to mityczny stwor – połączenie borsuka i jaszczurki, z nosem jak korkociąg. Te stworzenia znane są z tego, że ryją sobie legowiska pod zegarami słonecznymi. „Wierczenie” i „świrypanie” to czasowniki oznaczające wkręcanie się w ziemię na podobieństwo olbrzymiej śruby, dopóki nie powstanie głęboki tunel. W kontekście sensu tego wiersza nora jest wykopywana w charakterystycznym miejscu, jeśli wziąć pod uwagę, że „wałza” to trawnik przy zegarze słonecznym.

Pozostałe słowa nie są wyjaśnione, jednak mam już punkt wyjścia. Zgodnie z wierszem oraz obrazami w mojej pamięci wygląda na to, że królicza nora mogła się znajdować pod rzeźbą chłopczyka z zegarem słonecznym.

Teraz pozostaje mi tylko ją odszukać.

Wracam do strony internetowej dotyczącej netherlingów i przewijam ją w dół, sprawdzając, czy nie przeoczyłam jakichś szczegółów. Poniżej aż do końca ciągnie się wielki obszar pustej czarnej przestrzeni. Żadnego więcej tekstu, żadnych obrazków, chociaż jest na nie jeszcze mnóstwo miejsca. Może autor strony zachował tę pustą część na później?

Już mam opuścić stronę i poszukać informacji dotyczących zegarów słonecznych w Anglii z nadzieją, że znajdę jakieś miasto i adres, gdy moją uwagę zwraca ruch na ciemnym tle. To

jak obserwowanie świerszcza płynącego przez atrament. Jednak zamiast świerszcza na ekranie pojawia się animowana czarna ćma trzepocząca skrzydłami, taka jak ta z mojej przeszłości. Zaczynam podejrzewać, że ta ćma ma związek ze wszystkim innym: z chłopcem i dziewczynką, których widziałam przy zegarze słonecznym, i z bardzo realną klątwą ciążącą na mojej rodzinie. Gdybym tylko zdołała przypomnieć sobie coś więcej o tym owadzie. Ale moje wspomnienia są zamazane i mgliste, jakbym z zawrotnej wysokości spoglądała w dół poprzez

chmury.

Animowana ćma na ekranie znów przykuwa mój wzrok.

Rusza od góry pustej przestrzeni. Gdy przebywa jedną czwartą drogi w dół, pod jej skrzydłami pojawia się rozjarzony niebiesko napis: „Znajdź skarb”.

Czytam go wciąż na nowo, póki oczy nie zaczynają mnie piec, wstrząśniętą jego zbieżnością z tym, co powiedziała Alison: „Stokrotki są ukrytym skarbem. Skarbem zagrzebanym”.

Wkrótce po tym, jak została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym, tata zaorał kwietny ogród – zniszczył go. Nie ma tam niczego zakopanego. Co więc mogła mieć na myśli?

Na ekranie pojawia się następna linijka tekstu:

„Jeżeli chcesz uratować swoją matkę, użyj klucza”.

Cofam się gwałtownie od komputera, z walącym sercem, z dłońmi spoconymi pod rękawiczkami. To mi się nie mieści w głowie. Słowa wpatrują się we mnie, migocząc.

Jak to możliwie, że ktoś zwraca się do mnie?

Skąd miałby wiedzieć o Alison i jak mnie odszukał?

Rozglądam się po pustym sklepie.

Powinnam komuś o tym opowiedzieć. Tata nie wchodzi w grę; podpisałby zgodę na poddanie mnie terapii elektrowstrząsowej, to pewne. Jenara uzna, że to po prostu chory żart

któregoś z moich prześladowców ze szkoły.

Ale jest jeszcze Jeb. Pomimo pokręconej relacji między nami wiem, że mogę zawsze liczyć na jego wsparcie. Pokażę mu tę stronę internetową. Już na samą myśl o jego pokrzepiającym uśmiechu – uśmiechu mówiącym, że rozumie mnie tak jak nikt inny – przestaję się czuć, jakbym stała na skraju otchłani przerażenia.

Na dźwięk dzwonka nad drzwiami podnoszę wzrok. Widzę spoglądającą na mnie twarz Taelor i niemal wydaję głośny jęk. Jej elegancko uczesane, sięgające do ramion włosy lśnią złociście w świetle słońca, a na torebce błyszczy napis „Szyk, blask i polot”.

Odwracam się znowu do komputera. Na pustym ekranie błyska informacja o błędzie.

– Cześć, Alyssa – rzuca Taelor i rusza w kierunku lady, oglądając po drodze biżuterię na stojaku. – Macie dziś coś ciekawego w sprzedaży? – Bierze do ręki broszkę z górskiego kryształu w kształcie trupiej czaszki ze skrzącymi się skrzyżowanymi piszczelami. – Wolałabym coś niekojarzącego się z domem pogrzebowym.

Ignoruję ją i szukam w internecie URL – ujednoliconego lokalizatora zasobu. Powraca wiadomość o błędzie. Gwałtownie poruszam myszą. Jeżeli nie uda mi się znaleźć ponownie tej strony, nigdy nie zdołam przekonać Jeba, że naprawdę ją widziałam. Taelor podchodzi wolnym krokiem. Jeden z pasków eleganckiej torebki zsuwa się z jej opalonego na brąz ramienia.

– Przypuszczam, że to bez znaczenia – mówi. – Ludzie tacy jak ty nie dbają o to, kto nosi te rzeczy ani jak bardzo jest martwy.

Zatrzymuje się, by pogardliwie zmarszczyć nos na widok jakiejś bluzki, ciska swoją torbę na zakupy i modną torebkę na drugą stronę lady i opiera się o jej skraj gładkimi, jędrnymi rękami. Kiedyś świetnie sobie radziła na kortach tenisowych, ale ponieważ jej tata nigdy nie pojawił się na żadnym z turniejów, w których grała, rzuciła to. Cóż za strata! Dzięki dodatkowym dziesięciu centymetrom moich platform niemal dorównuję jej wzrostem.

– Czy nie powinnaś przygotować się do szkolnego balu? – pytam w nadziei, że się stąd wyniesie.

Szeroko otwiera oczy – wcielenie niewinności.

– Właśnie dlatego tu przyszłam. Byłam w sklepie obok, żeby wybrać prezent dla Jeba z okazji ukończenia liceum. Pomyślałam, że po południu podrzucę mu do domu, żeby mógł

go wieczorem włożyć.

Nawet nie pytam, co takiego mogła kupić Jebowi w sklepie jubilerskim.

– Co to jest? – Sięga szybko ręką przez ladę i przysuwa do siebie moje notatki. Próbuję je chwycić, ale jest szybsza. – Kraina Czarów, co? A więc zbierasz informacje o swojej króliczej rodzinie.

– Do widzenia, Taelor – mówię i wyszarpuję notatki, przypadkiem zrzucając jej torebkę na podłogę przed ladę.

Nie zadaje sobie trudu, żeby ją podnieść. Wyraz jej twarzy twardnieje.

– Żadne jeszcze do widzenia. Najpierw porozmawiamy.

Trzepocząca obecność w moim mózgu zachęca mnie, żebym się odgryzła. Powodowana nagłym przypływem adrenaliny rzucam:

– Dzięki, ale wolałabym już raczej porozmawiać z żukiem gnojakiem.

Taelor wytrzeszcza oczy; wydaje się zaskoczona tą obraźliwą uwagą. Uśmiecham się. Miło jest choć raz zdobyć nad nią przewagę.

Znalezienie riposty zajmuje jej kilka sekund.

– Rozmawiasz z żukami, tak? Fajnie wiedzieć, że będziesz miała z kim się bawić, gdy Jeb wyjedzie. I nie myśl sobie, że bzdurami o zranionej przyjaciółce zdołasz powstrzymać go

przed przeniesieniem się ze mną do Londynu w przyszłym miesiącu.

– Z t o b ą ?

Moja przewaga momentalnie topnieje. Czuję się jak wtedy, gdy upadłam, jadąc na desce – jakbym została schwytana w promień latarki kasku górniczego.

– Nie powiedział ci jeszcze? – Taelor wprost promienieje. –

Właściwie nie powinno mnie to dziwić. On zawsze tak się niepokoi o twój kruchy stan umysłu. – Opiera się o ladę, tak że jej twarz jest tylko kilka centymetrów od mojej. Nos drażni mi zapach jej drogich perfum. – Ostatni rok nauki spędzę w prywatnej szkole w Londynie. Zaproponowano mi tam kontrakt modelki. Moj tata wynajmie mieszkanie dla Jeba. To układ korzystny dla wszystkich. Dzięki ludziom, których poznam, Jeb nawiąże kontakty przydatne dla jego artystycznej kariery, i będziemy mogli spędzać u niego weekendy. Super, co?

Serce mi się ściska.

Taelor odsuwa się ostrożnie. Przez jej twarz przebiega wyraz paniki. Dlaczego? Przecież zrujnowała moją jedyną szansę na odzyskanie przyjaźni Jeba. Zdobyła wszystko.

– O rany. Ty naprawdę myślałaś, że masz u niego jakąkolwiek szansę, co? – rzuca drwiąco. – To, że poprosił cię, żebyś pozowała do kilku szkiców, nie znaczy, że mu na tobie zależy.

Patrzę na nią zdumiona. Jeb nigdy nie prosił, żebym mu pozowała. Bywało, że szkicował coś ołówkiem, kiedy spędzaliśmy razem czas, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że rysował mnie.

– Jego sztuka skupia się na śmierci i tragiczności, więc oczywiście podoba mu się twój grabarski styl. Tylko nie łudź się, że to komplement.

Jestem zbyt oszołomiona, by cokolwiek odpowiedzieć.

– Obu nam na nim zależy. – Głos Taelor łagodnieje i jest oczywiste, że tym razem mówi szczerze. – Ale czy zależy ci na nim na tyle, żeby pozwolić mu zrobić to, co jest najlepsze dla n i e g o ? Jest zbyt utalentowany, by ugrzęznąć na resztę życia w niańczeniu ciebie, jak twoj biedny tata. Nie uważasz, że to byłaby dla niego kolosalna tragedia?

Rozsadza mnie chęć, żeby wydrapać jej oczy.

– Ja przynajmniej mam tatę, który troszczy się o mnie na tyle, żeby być tutaj – mówię.

Te słowa wylatują jak zatruta strzała. Na widok zranionej miny Taelor natychmiast ich żałuję. Ćwierka dzwonek nad drzwiami i w sklepie rozchodzi się zapach kawy po włosku.

– O kurczę – rzuca Jen i mierzy Taelor wrogim spojrzeniem, zatrzaskując za sobą drzwi. – Co ty tu robisz?

Staje przy mnie i kładzie na ladę rogalik i mleczny koktajl owocowy. Taelor chrząka i przybiera znowu pozę nonszalancji.

– Alyssa i ja rozmawiałyśmy właśnie o Londynie i o tym, dlaczego nie będzie tam mile widziana u mnie i Jeba. – Chwyta torbę. – Śmierdzi w tej waszej trupiarni. Wychodzę.

Po jej wyjściu Jenara odwraca się do mnie.

– Któregoś dnia się zapomni i ukaże Jebowi swoją paskudną stronę.

Skubię brzeżek rogalika.

– To z jej powodu nie chciał, żebym pojechała do Londynu.

Nie chciał, żebym… im przeszkadzała.

Jen dziobie długopisem swoje siatkowe rajstopy i milczy.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

W jej oczach pojawia się smutek i żal.

– Dopiero dziś rano dowiedziałam się o jej wyjeździe. A kiedy weszłaś, nie wiedziałam, jak mam ci o tym powiedzieć.

I tak masz tyle zmartwień z powodu mamy.

Składam kartki z notatkami o Krainie Czarów i spoglądam znowu na pusty ekran komputera. Jakie to ma znaczenie, że tamta strona internetowa zniknęła? Jeb już mnie nie wspiera i nigdy nie będzie między nami tak jak kiedyś.

– Al?

Wzbiera we mnie szloch, który tłumię w sobie od kłótni z tatą. Kipi niczym tysiące bąbelków kwasu bezgłośnie rozpuszczającego mi serce. Ale nie będę płakać.

– Daj spokój. – Jen trąca mnie łokciem. – Jeżeli ktokolwiek może go przekonać, żeby ją rzucił, to właśnie ty. Powiedz mu wreszcie. Powiedz, co naprawdę czujesz.

Myślę o niezwykłych obrazach malowanych przez Jeba.

O tym, kim może się stać, jeśli tylko będzie miał szansę. Nie potrzebuje żadnego dodatkowego emocjonalnego balastu, który by go hamował. A ja jestem balastem, który zatopiłby tankowiec. Poza tym nie mogłabym znieść, gdyby odrzucił mnie wprost, twarzą w twarz. On już wybrał i postawił Taelor ponad naszą przyjaźń.

Wpycham notatki do kieszeni spódnicy.

– Nie ma o czym mówić. Bujałam się w nim w szóstej klasie, więc to się nie liczy. – Jen chce coś powiedzieć, lecz ją uciszam. – I ty też niczego mu nie wypaplaj. Uroczyste przysięgi

obowiązują na wieczność.

Jen z troską marszczy czoło, zbierając swoje przybory do makijażu i sukienkę na szkolny bal.

– To jeszcze nie koniec.

– Owszem, koniec. Jeb dokonał wyboru.

Jen wychodzi, kręcąc głową.

W chwili, gdy zamykają się za nią drzwi, odwracam się do plakatu z Kruka. Posępny facet odpowiada mi spojrzeniem, z jego oczu ciekną czarne łzy, jakby znał moje cierpienie.

Ogarnia mnie osobliwe pragnienie, żeby znaleźć się w jego ramionach – poczuć dotyk skórzanej kurtki. „Czekam na dnie króliczej nory, złotko. Odszukaj mnie”. Płonący wzrok aktora wypala mi w duszy to wyzwanie niczym piętno.

Przestraszona pogłębiającą się więzią między nami, cofam się i przewracam łokciem stojak na długopisy. Z lady na drugą stronę stacza się ołówek. Obchodzę ją, żeby go podnieść, i zaskoczona widzę na podłodze torebkę Taelor. Wyszła w takim pośpiechu, że zapomniała o niej.

Pohamowuję chęć szurnięcia jej rzeczy na ulicę. Zamiast tego podnoszę torebkę za pasek, żeby przechować ją pod ladą, dopóki Taelor nie wróci. Przy tym suwak otwiera się do połowy, odsłaniając gruby zwitek banknotów.

W otępieniu, automatycznie wyjmuję pieniądze, rozwijam plik dwudziestek i pięćdziesiątek. Jest tu ponad dwieście czterdzieści dolarów. Jeżeli dołożę je do moich oszczędności w domu, wystarczy mi na bilet w jedną stronę do Anglii i zostanie

jeszcze trochę na fałszywy paszport i wydatki. Potem musiałabym tylko ustalić lokalizację zegara słonecznego.

Nie byłby to nasz pierwszy dług wobec rodziny Tremontow.

Kiedy byłam w piątej klasie, tata pożyczył pieniądze od ojca Taelor, żeby moc zapłacić rachunki za leczenie Alison. Właśnie w ten sposób Taelor dowiedziała się o moim pochodzeniu od rodziny Alicji Liddell. Tak więc byłaby to w pewnym sensie usprawiedliwiona rekompensata. Zapłata Taelor za wszystkie lata, przez które zatruwała mi życie.

Ręce mi drżą, gdy wpycham wypatroszoną torebkę do kosza na śmieci i przysypuję ją stertą papierów. Sięgam pod ladę po odświeżacz powietrza i wkładam go – razem z pieniędzmi –

do tomu Persephone na temat mistycznych kryształów. Książka ma wszytą w oprawę elastyczną taśmę zapobiegającą jej otwarciu się. Odwracam się znowu do plakatu. Mam wrażenie, że to właśnie spojrzenie przepastnie ciemnych oczu tego gościa kieruje wszystkim, co robię, i tym razem nic nie odciągnie mnie od skraju otchłani.

Ani matka, ani ojciec, a już z pewnością nie Jeb. Teraz nawet jego uśmiech nie zdołałby mnie ocalić.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Alyssa i czary
Cykl: Alyssa z innej krainy
Tom: 1
Autor: A.G. Howard
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 22 sierpnia 2018
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka
Format: 135×202mm
ISBN-13: 978-83-280-5407-3
Cena: 39,99 zł

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.