» Fragmenty książek » Accelerando

Accelerando


wersja do druku

Rozdział 1. Langusty

Autor:
Accelerando
Manfred znów jest w trasie: pomaga bogacić się nieznajomym.
Jest upalny letni wtorek. Stoi na placu przed dworcem Centraal, ma włączone gałki oczne. Kanał skrzy się słońcem, wokół śmigają skutery i rowerzyści-kamikadze, ze wszystkich stron trajkocą turyści. Plac pachnie wodą, ziemią, rozgrzanym metalem i spalinami z zimnych katalizatorów, jak pierdnięciem; w tle podzwaniają tramwaje, nad głową fruwają ptaki. Zerka w górę, pstryka fotkę gołębiowi, kadruje zdjęcie i wypluwa je na swój blog, żeby pokazać, że dojechał. Mają tu dobre pasmo, zauważa, zresztą, nie tylko pasmo, cała sceneria jest niezła. Amsterdam już sprawia, że czuje się potrzebny, choć dopiero wysiadł z pociągu ze Schiphol. Zaraża się dynamicznym optymizmem innej strefy czasowej, innego miasta. Jeśli ten nastrój się utrzyma, ktoś tu się rzeczywiście nieźle wzbogaci.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Ciekawe, kto to będzie.

***

Manfred siedzi na stołku na skraju parkingu przy Brouwerij ’t IJ, przygląda się przegubowym autobusom i popija jedną trzecią litra gueuze, tak cierpkiego, że pierzchną wargi. Kanały jazgocą mu w kąciku wyświetlacza HUD, rzucając weń skompresowanymi infopakietami przefiltrowanych informacji dla prasy. Walczą o jego uwagę, migocąc i po chamsku falując na pierwszym planie. Na przeciwnym rogu, przy poobijanych motorowerach, gada sobie i chichocze paru żuli – może lokalnych, choć raczej wędrownych, zwabionych do Amsterdamu przez magnetyczne pole tolerancji, którym Holandia promieniuje na Europę jak pulsar. Na kanale pyrka łódź z turystami; po drodze przemykają cienie skrzydeł ogromnego wiatraka. To maszyna do przepompowywania wody, na XVI-wieczny sposób zamieniająca siłę wiatru w suchy ląd. Manfred czeka na zaproszenie na imprezę, ma tam poznać człowieka, z którym pogada o zamianie energii w przestrzeń na sposób XXI-wieczny i zapomni przy okazji o osobistych problemach.

Nie zwraca uwagi na okienka komunikatora, rozkoszując się intensywną, wolnoprzepustową chwilą przy piwie, w towarzystwie gołębi, gdy wtem podchodzi do niego kobieta i pyta:
– Pan Manfred Macx?
Manfred unosi wzrok. Kurierka jest Efektywnym Cyklistą: same płynnie pracujące, opalone od wiatru mięśnie, obleczone w pean na cześć tworzyw polimerowych – neonowobłękitna lycra i żółty jak osa poliwęglan, upstrzony diodami detektorów kolizji i ciasno zwiniętymi poduszkami powietrznymi. Podaje mu pudełko. Manfred waha się przez chwilę, zdumiony, jak bardzo ta kobieta kojarzy mu się z Pam, byłą narzeczoną.

– Jestem Macx – odpowiada, przesuwając wierzchem lewego nadgarstka pod czytnikiem kodów kreskowych. – Od kogo to?
– Od FedEksa. – Głos nie należy do Pam.
Kobieta rzuca mu pudełko na kolana, przeskakuje przez niski murek i wsiada na rower. Jej telefon już ćwierka. Kurierka znika w obłoku emisji o rozproszonym widmie.
Manfred obraca pudełko w dłoniach: jednorazowy telefon z supermarketu, przedpłacony gotówką – tani, skuteczny i nie do wyśledzenia. Ma nawet funkcję telekonferencji – za to tak go lubią wszyscy szpiedzy i rozmaici oszuści.

Pudełko dzwoni. Manfred rozrywa wieczko i trochę zły wyciąga aparat.
– Słucham? Kto mówi?
Głos po drugiej stronie ma silny rosyjski akcent, w epoce tanich usług tłumaczących w czasie rzeczywistym zakrawający niemal na parodię.
– Manfred. Miło mnie was słyszyć. Chcecie spiersonalizować swój interfiejs, poznajomić się, nie? Mam wielie do zaoferowania.
– Kto mówi? – podejrzliwie powtarza Manfred.
– Ja, organizacja znana dawniej jako KGB kropka RU.
– Pana translator chyba źle działa. – Manferd delikatnie trzyma telefon przy uchu, jakby był zrobiony z wątłego jak dym aerożelu, kruchego jak zdrowie psychiczne osoby po drugiej stronie.
– Niet... nie, przepraszam. Przepraszam, że nie korzystam z kommiersyjnego tłumacza. Oni są idieologiczno podejrzane, u nich przeważnie kapitalistyczna semiotyka i tylko płatne API. Czyli muszę sobie lepiej zaimpliemientować angielski, tak?
Manfred dopija piwo, odstawia szklankę, wstaje i rusza główną ulicą, z telefonem przyklejonym do głowy. Owija swój mikrofon krtaniowy wokół tandetnej plastikowej obudowy, puszcza na fonię prosty proces nasłuchu.
– Pan twierdzi, że sam nauczył się języka tylko po to, żeby ze mną rozmawiać?
– Da, eto łatwo: wyhodować sieć neuronową na miliard węzłów, pościągać sobie Teletubisie i Sezamkowu Ulicu. Przepraszam, że nakładam taką entropię ze złą gramatyką. Ja boję się cyfrowych odcisków palca, ukrytych steganograficzno w moich-naszych materiałach do nauki.

Manfred przystaje w pół kroku, przy czym omal nie rozjeżdża go jadący na GPS rolkarz. Robi się coraz dziwniej, na tyle dziwnie, że zapala mu się w głowie ostrzeżenie o odczapiastości – a ono nie reaguje na byle co. Całe życie Manfreda rozgrywa się na granicy pomysłów od czapy, wyprzedza o piętnaście minut czyjąkolwiek inną przyszłość – i zwykle on spokojnie to kontroluje, jednak w takich chwilach czuje drgnienie strachu, przeczucie, że właśnie przeoczył jakiś zakręt podczas podejścia do lądowania w rzeczywistości.
– Eee... chyba nie do końca rozumiem. Podsumujmy: mówi pan, że jest pan jakimś typem AI, pracuje dla KGB kropka RU i boi się pan procesów o naruszenie praw autorskich przez warstwę semiotyczną pana translatora?

– Już się mocno sparzyłem na wirusowych licencjach użytkownika. U mnie nie ma chęci eksperymentować z patentowymi firmami-wydmuszkami należącymi do czeczeńskich infoterrorystów. Wy człowiek, u was nie ma strachu, że firma od płatków zajmie panu jelito cienkie za trawienie w nim nielicencjonowanego jedzenia, prawda? Manfred, musisz mnie-nam pomóc. Ja chcę zdezerterować.
Manfred staje jak wryty.

– Człowieku, rozmawiasz nie z tym handlowcem wolną przedsiębiorczością. Ja nie pracuję dla rządów. Tylko i wyłącznie dla firm prywatnych.
Jakaś dzika reklama przebija mu się przez antyśmieciowe proxy i rozlewa po migającym okienku nawigacyjnym jaskrawym kiczem z lat pięćdziesiątych, na chwilę, zanim proces-fag jej nie ubije i nie ustanowi nowego filtra. Manfred opiera się o witrynę sklepu, masując czoło i przyglądając się wystawie starodawnych mosiężnych kołatek.
– A próbowałeś z Departamentem Stanu?
– Nie ma sensu. Departament Stanu to wróg Nowowo SRR. Departament Stanu nam nie pomożet.
To się robi już zbyt odjechane. Manfred nigdy za dobrze się nie orientował w staro-nowej, nowo-starej europejskiej metapolityce: już lawirowanie po staro-starej, walącej się biurokracji jego amerykańskiego dziedzictwa przyprawia go o ból głowy.
– No, gdybyście go nie orżnęli w drugiej połowie lat zerowych... – Manfred postukuje lewym obcasem w chodnik, rozglądając się za sposobem zakończenia rozmowy. Kamera mruga doń z latarni. Macha do niej, zastanawiając się machinalnie, czy to KGB, czy drogówka. Czeka na namiary imprezy, które powinny przyjść za pół godziny, i ten przekwalifikowany zimnowojenny Eliza-bot wkurza go. – Rozumiesz, nie robię biznesu z rządowcami. Nie cierpię kompleksu wojskowo-przemysłowego. Nienawidzę tradycyjnej polityki. To wszystko kanibale w grze o sumie zerowej. – Nagle coś przychodzi mu do głowy. – Posłuchaj, jeśli zależy ci na przetrwaniu, możesz wypuścić swój wektor stanu do którejś sieci peer-to-peer: wtedy nikt nie będzie mógł cię skasować...

– Niet! – Sztuczna inteligencja jest tak przerażona, jak tylko da się przenieść łączem VoIP. – My nie open-source! Nie chcemy tracić autonomii!
– Skoro tak, to nie mamy o czym gadać. – Manfred uderza w przycisk rozłączający rozmowę i wrzuca komórkę do kanału. Aparat uderza w wodę, słychać pyknięcie palących się litowych ogniw. – Pieprzone niedobitki z kacem po zimnej wojnie – klnie pod nosem Manfred, wściekły, trochę na siebie, że stracił spokój, a trochę na namolną istotę kryjącą się za anonimowym telefonem. – Jebane kapitalistyczne agenty.

Rosja od piętnastu lat znajduje się pod butem aparatczyków, krótki flirt z anarchokapitalizmem zastąpiło breżniewowskie ręczne sterowanie i putinowski purytanizm, nic więc dziwnego, że mur się kruszy – ale wygląda na to, że nie wyciągnęli żadnych wniosków z problemów ­trapiących teraz Stany Zjednoczone. Neokomuchy wciąż myślą kategoriami dolarów i paranoi. Manfred jest tak wściekły, że chciałby kogoś wzbogacić tylko po to, żeby zagrać na nosie temu ewentualnemu dezerterowi: „No widzisz! Na dawaniu się zyskuje! Idź z tym programem! Przetrwają tylko hojni!”. Ale KGB tego nie zrozumie. Miał już kiedyś do czynienia z dawnymi komunistycznymi słabymi AI, umysłami wyhodowanymi na marksistowskiej dialektyce i austriackiej szkole ekonomii – są tak zahipnotyzowane krótkoterminowym zwycięstwem globalnego kapitalizmu, że nie potrafią dać się ponieść nowemu paradygmatowi, dostrzec dłuższej perspektywy.
Idzie dalej, zamyślony, z rękoma w kieszeniach. Zastanawia się, co by tu teraz opatentować.

***

Apartament Manfreda w hotelu Jan Luyken opłaciła wdzięczna międzynarodowa organizacja ochrony praw konsumenta, a nieograniczony bilet na transport publiczny szkocka grupa sambapunkowa w rewanżu za świadczone usługi. Ma karty pracownicze sześciu największych przewoźników lotniczych, choć nigdy żaden go nie zatrudniał. W jego kurtkę safari wszyto, dzięki uprzejmości niewidzialnego college’u, który chce zostać następnym Media Labem, sześćdziesiąt cztery klastry superkomputerów. Natomiast bezrozumne elementy ubrania uszył na miarę e-krawiec z Filipin, którego Manfred nie widział na oczy. Kancelarie prawne zajmują się gratis jego wnioskami patentowymi – człowieku, ile on patentuje – choć prawa zawsze przekazuje Fundacji na rzecz Wolnego Intelektu, w zamian za możliwość korzystania z ich wolnej od jakichkolwiek zobowiązań infrastruktury.

W kręgach magików od Własności Intelektualnej Manfred jest żywą legendą: to on opatentował praktykę biznesową polegającą na przenoszeniu e-firmy w jakieś miejsce o łagodnych przepisach regulujących własność intelektualną, żeby uniknąć obciążeń licencyjnych. To on opatentował wykorzystanie algorytmów genetycznych do patentowania wszystkiego, co da się wypermutować z początkowego opisu problemu – nie po prostu lepszą pułapkę na myszy, ale zbiór wszystkich możliwych lepszych pułapek. Mniej więcej jedna trzecia jego wynalazków jest legalna, jedna trzecia nielegalna, reszta zaś legalna na razie, ale stanie się zabroniona, gdy tylko legislatozaur się zbudzi, zwęszy pismo nosem i spanikuje.

Niektórzy adwokaci od patentów z Reno przysięgliby, że Manfred Macx to pseudonim, alias bandy pieprzniętych anonimowych hackerów uzbrojonych w Algorytm Genetyczny, Który Pożarł Kalkutę: taki Serdar Argic własności intelektualnej1, albo kolejny matematyczny borg w rodzaju Nicholasa Bourbakiego2. Niektórzy prawnicy z San Diego i Redmond przysięg­liby na wszystko, że Macx jest ekonomicznym sabotażystą pragnącym podkopać fundamenty kapitalizmu, a pewni komuniści z Pragi myślą, że jest bękartem Billa Gatesa i papieża.

Manfred jest u szczytu kariery zawodowej, polegającej w skrócie na wymyślaniu dziwacznych, ale nadających się do użytku pomysłów i rozdawaniu ich ludziom, którzy dorabiają się na nich fortun. Robi to bezpłatnie, gratis. W zamian zyskuje niemal pełną niezależność od tyranii pieniądza; pieniądz jest w końcu symbolem biedy, a Manfred nigdy nie musi za nic płacić.

Ma to jednak pewne wady. Zajęcie patologicznie ufnego handlarza memami sprawia, że nieustannie pali go szok przyszłości – tylko żeby nie wypaść z obiegu, musi codziennie wchłonąć ponad megabajt tekstu i parę giga audio-wideo. Skarbówka ma go nieustannie na oku, bo po prostu nie może uwierzyć, że taki styl życia da się utrzymać bez przekrętów. Do tego dochodzą jeszcze kwestie, których nie kupi się za pieniądze, na przykład, szacunek rodziców. Nie rozmawia z nimi od trzech lat: ojciec uważa go za cygana-darmozjada, a matka nigdy mu nie wybaczyła, że rzucił tani kurs emulujący Harvard. (Wciąż tkwią w tym nudnym, mieszczańskim, XX-wiecznym paradygmacie „studia-praca-dzieci”).

Narzeczona, a niekiedy domina, Pamela, zostawiła go sześć miesięcy temu; Manfred wciąż nie do końca rozumie dlaczego. (Pamela, paradoksalnie, jest w Urzędzie Skarbowym łowcą, lata po całym świecie na koszt podatnika i próbuje przekonywać zglobalizowanych przedsiębiorców, żeby dla dobra Departamentu Skarbu płacili podatki). A na domiar wszystkiego, Południowe Konwencje Baptystów potępiły go jako Szatana na wszystkich swoich stronach internetowych. Byłoby to nawet zabawne – bo Manfred, jako nawrócony ateista, w Szatana nie wierzy – gdyby ktoś mu ciągle nie przysyłał zdechłych kotów.

***

Manfred wpada do hotelowego apartamentu, rozpakowuje swego Aineko, wtyka do ładowania świeży zestaw ogniw i wkłada do sejfu większość prywatnych kluczy. Potem rusza prosto na imprezę, która odbywa się u De Wildemanna, o dwadzieścia minut piechotą, a jedyne zagrożenie stanowią tramwaje, podkradające się do niego pod osłoną wyświetlanej na HUD-zie ruchomej mapy.

Po drodze okulary informują go o najnowszych wydarzeniach. Europa po raz pierwszy w historii osiągnęła pokojową polityczną unię i korzysta z tego bezprecedensowego stanu, żeby zharmonizować krzywiznę bananów. Na Bliskim Wschodzie, no cóż, kiepsko jak zawsze, lecz wojna z fundamentalizmem niespecjalnie Manfreda interesuje. W San Diego naukowcy zgrywają langusty do cyberprzestrzeni, zaczynając od zwoju podprzełykowego, po jednym neuronie na raz. W Belize palą modyfikowane genetycznie kakao, a w Gruzji książki. NASA wciąż nie umie wyprawić człowieka na Księżyc. W Rosji komuniści znów wygrywają w wyborach, zyskując jeszcze bardziej przytłaczającą większość w Dumie; tymczasem w Chinach krążą gorączkowe plotki o zbliżającej się rehabilitacji Mao i jego powtórnym przyjściu na świat, żeby ocalić kraj przed katastrofalnymi skutkami Tamy Trzech Przełomów. Z doniesień ekonomicznych: amerykański Departament Sprawiedliwości oburza się – paradoksalnie – na działania Baby Bills3.

Rozparcelowane oddziały Microsoftu zautomatyzowały swoje prawne poczynania – rodzą spółki zależne, emitują im akcje i wymieniają się tytułami własności w cudacznej parodii wymiany plazmidów u bakterii, tak szybko, że gdy pojawiają się zobowiązania podatkowe, ich adresaci już nie istnieją, choć w bombajskich farmach biurowych ci sami pracownicy dalej siedzą nad tym samym oprogramowaniem.

Witamy w dwudziestym pierwszym wieku.
Nieustająca i wędrowna impreza w realu, na którą chce się wbić Manfred, stanowi dziwny atraktor dla niektórych amerykańskich wygnańców, zaludniających w tym dziesięcioleciu miasta Europy – ci nie żyją z funduszy rodziców, ale są autentycznymi politycznymi dysydentami, ostatecznymi ofiarami outsourcingu albo uciekają przed poborem. To miejsce, w którym nawiązuje się dziwaczne znajomości, a wymieszanie otwiera drogi na skróty w przyszłość, jak szwajcarskie kawiarniane ogródki, gdzie przed II wojną światową zbierali się uchodźcy z Rosji. Tym razem impreza zlokalizowała się na tyłach De Wildemanna, trzystuletniej brązowej knajpy, w której karta piw liczy szesnaście stron, a drewniane ściany ­zdobią plamy w kolorze skisłego piwa. Powietrze jest tu ciężkie od tytoniu, drożdży piwnych i melatoniny w sprayu – połowa gości pielęgnuje potężnego kaca spowodowanego zmianą stref czasowych, a druga połowa, pracując nad nim, bełkocze mieszanym dialektem europejskiej socjety.

– Ej, widzieliście go? Wygląda jak Demokrata! – wykrzykuje jakiś konserwatywny bywalec, aktualnie podpierający bar.
Manfred wślizguje się w lukę obok niego i natrafia na wzrok barmana.
– Jedno berliner weisse – mówi.
– Pijesz to coś? – pyta bywalec, w obronnym geście osłaniając dłonią swoją colę. – Gościu, co ty robisz?! W tym jest pełno alkoholu!
Manfred szczerzy się do niego.
– Trzeba podnieść sobie poziom drożdży. Ten szajs zawiera od cholery prekursorów neuroprzekaźników, fenyloalaniny i glutaminianu.
– A ja myślałem, że zamawiasz piwo...

Manfred jest nieobecny, jedną dłoń trzyma na polerowanej mosiężnej rurze, którą przypływają z beczek na zapleczu popularne gatunki piw: któryś z nowocześniejszych klubowiczów przylepił na niej pluskwę kontaktową, więc teraz w kolejce do jego zainteresowania tłoczą się vCardy wszystkich nosicieli osobistych sieci bezprzewodowych, którzy odwiedzili bar przez ostatnie trzy godziny. W powietrzu kłębi się od ultraszerokopasmowych dialogów WiMaksem i Bluetoothem, a Manfred ekspresowo przewija obłędnie długą listę zapisanych kluczy, szukając jednego konkretnego nazwiska.

– Proszę. – Barman podaje mu nieprawdopodobnie wyglądający puchar z błękitnym płynem zwieńczonym czapą skłębionej piany i ze słomką wetkniętą pod absurdalnym kątem.
Manfred bierze go i wycofuje się na tyły piętrowego baru, idzie schodkami na górę, do stolika, gdzie jakiś facet z dredami gada z garniturem z Paryża. Bywalec przy barze nagle rozpoznaje go, wpatrując się weń wytrzeszczonymi oczyma. Rzuca się ku drzwiom tak pośpiesznie, że omal nie wylewa coli.
Cholera, myśli Manfred, chyba trzeba dokupić sobie pasma na serwerze. Potrafi rozpoznać pierwsze objawy: jego strona webowa zaraz zwali się od nawału gości. Wskazuje na stolik.

– Wolne tutaj?
– Zapraszam – odpowiada gość z dredami.
Manfred odsuwa krzesło, po czym uświadamia sobie, że drugi facet – nieskazitelny dwurzędowy garnitur, porządny krawat, krótko ostrzyżone włosy – jest dziewczyną. Kiwa do niego głową, lekko uśmiechając się na tę spóźnioną reakcję. Pan Dred też kiwa głową.
– Pan Macx, prawda? – pyta. – To chyba najwyższa pora, żebyśmy się poznali.
– Jasne. – Manfred wyciąga dłoń do uścisku.
Jego asystent dyskretnie wymienia cyfrowe odciski palców, potwierdzając, że dłoń należy do Boba Franklina, magika od nowych firm w Trójkącie Naukowym ze sporymi osiągnięciami inwestycyjnymi, ostatnio wchodzącego w obróbkę mikroskopową i technologię kosmiczną. Frank­lin zdobył pierwszy milion dwadzieścia lat temu i teraz jest specjalistą od inwestycji ekstropianistycznych. Działa wyłącznie za granicą, odkąd pięć lat temu IRS, starając się zaszyć bulgocącą ranę w piersi federalnego budżetu, zaczął urządzać przedsiębiorcom jesień średniowiecza. Manfred zna go od prawie dziesięciu lat z zamkniętej listy mailingowej, ale na żywca widzi go pierwszy raz.

Garniturzyca w milczeniu przesuwa po stole wizytówkę: mały, czerwony diabełek macha ku niemu trójzębem, wokół jego nóg buchają płomienie. Bierze kartę, unosi brwi.
– Annette Dimarcos? Miło mi poznać. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo z marketingu Arianespace.
Dziewczyna się uśmiecha.
– Nic nie szkodzi. Ja też nie miałam przyjemności spotkać słynnego altruisty od inwestycji wysokiego ryzyka. – Mówi z mocno paryskim akcentem, takie wyraźne przypomnienie, że samą rozmową wyświadcza mu uprzejmość. Klipsy z kamerami przyglądają mu się ciekawie, rejestrując wszystko do korporacyjnej pamięci. Jest autentyczną nową Europejką, nie to, co większość tłoczących się w barze amerykańskich wygnańców.

– No więc... – Ostrożnie kiwa głową, niepewny, jak się wobec niej zachować. – Bob, rozumiem, że ty jesteś w grze?
Franklin również kiwa głową; grzechoczą koraliki.
– No pewnie. Odkąd pospadały Teledesiki, wszystko trochę wzięło... no wiesz, na wstrzymanie. Jeśli masz coś dla nas, wchodzimy.
– Hm. – Rój satelitów Teledesica załatwiły tanie balony i trochę mniej tanie, napędzane energią słoneczną stratosferyczne automaty z przekaźnikami laserowymi o rozproszonym widmie: od tego zaczęła się poważna recesja w satelitarnym interesie. – Kryzys musi się kiedyś skończyć, ale... – tu skinienie ku Annette z Paryża – ...z całym szacunkiem, nie wydaje mi się, żeby któryś z istniejących przewoźników miał mieć udział w tym przełomie.
Garniturzyca wzrusza ramionami.

– Arianespace patrzy daleko. Rzeczywistość jest, jaka jest. Z samych rakiet się nie wyżyje. A transmisja danych to nie jest jedyna siła rynkowa w kosmosie. Musimy badać nowe możliwości. Osobiście pomagałam firmie zdywersyfikować się w kierunku konstruowania reaktorów dla okrętów podwodnych, produkcji nanotechnologii w mikrograwitacji oraz usług hotelarskich. – Gdy tak recytuje oficjalne materiały, jej twarz przypomina nieskazitelną maskę, choć kiedy dodaje: – Jesteśmy elastyczniejsi niż amerykański przemysł kosmiczny... – Manfred wyczuwa sardoniczne rozbawienie.
– Może i tak – odpowiada i powoli pociąga berliner weisse.

Ona wdaje się w długą, sztywną opowieść, o tym, jak to Arianespace jest zdywersyfikowanym dot-comem, mającym aspiracje orbitalne, szereg firm handlujących pełnym asortymentem pamiątek, dekoracje do filmów z Bondem i obiecującą sieć hoteli na niskiej orbicie okołoziemskiej. Twarz odgrywa w odpowiednich momentach znudzenie, niewiarę, przy czym jest o wiele bardziej wyrazista niż głos – to sygnał poza pasmem, niewidzialny dla służbowych klipsów.

Manfred wchodzi w rolę, sporadycznie potakuje, stara się sprawić wrażenie, że traktuje to poważnie: jej zabawna, przewrotna gra przykuła jego uwagę o wiele skuteczniej niż sama handlowa gadka. Franklin wsadził nos w piwo, drżą mu ramiona – stara się nie ryknąć śmiechem na gesty, którymi Annette wyraża swoje zdanie o ofensywnych, przedsiębiorczych działaniach pracodawcy. Choć faktycznie, w opracowanym przez marketingowców pieprzeniu kryje się ziarno prawdy: dzięki tym hotelom i turystycznym wycieczkom orbitalnym Arianespace nadal osiąga zyski, w przeciwieństwie do LockMartBoeinga, który po odłączeniu Pentagonowej kroplówki zbankrutowałby w pół sekundy.

Do stolika podchodzi chyłkiem kolejna osoba: przysadzisty facet w denerwująco jaskrawej hawajskiej koszuli, z przeciekającymi długopisami w kieszeni na piersi i najgorszym oparzeniem od dziury ozonowej, jakie Manfred widział od lat.
– Cześć, Bob – mówi. – Co tam słychać?
– Spoko. – Franklin wskazuje Manfreda. – Manfred, poznaj Ivana MacDonalda. Ivan, Manfred. Siądziesz? – Nachyla się ku niemu. – Ivan to artysta od publicznych instalacji. Głównie sztuka ekstremalnie konkretna.
– Konkretnie, gumowany beton – dodaje Ivan, nieco zbyt głośno. – Różowy gumowany beton.
– Aaa! – Jakimś sposobem udało mu się wywołać priorytetowe przerwanie: Annette z Arianespace z drgnieniem ulgi wypada z roli marketingowego zombiaka i zwolniona z obowiązku powraca do niekorporacyjnej tożsamości. – To ty obgumowałeś Reichstag, tak? Na bazie z nadkrytycznego dwutlenku węgla i rozpuszczonych polisiloksanów? – Klaszcze w dłonie, oczy błyszczą jej entuzjazmem. – Wspaniałe!
– Obgumował co? – szepcze Manfred do ucha Boba.
Franklin wzrusza ramionami.

– Mnie nie pytaj, ja jestem tylko inżynierem.
– Pracuje nie tylko w betonie, także w wapieniu i piaskowcu; jest świetny! – Annette uśmiecha się do Manfreda. – Obgumowanie symbolu tej, no, autokracji, czy to nie wspaniałe?
– A ja myślałem, że jestem trzydzieści sekund do przodu na krzywej – rzuca smętnie Manfred. I dodaje do Boba: – Postawisz następnego?
– Teraz podgumuję Trzy Przełomy! – oświadcza głośno Ivan. – Jak tylko obeschnie po powodzi.
W tym momencie na łączu w głowie Manfreda siada coś potężnego, jak ciężarny słoń, śląc mu w sensorium ogromne rozpikselowane plamy. Pięć milionów maniaków sieciowych z całego świata właśnie zagląda na jego stronę, cyfrowy tłum obudzony jedną notką posłaną przez kogoś po drugiej stronie baru. Manfred się krzywi.

– Przyszedłem tu, żeby pogadać o ekonomicznych korzyściach z podróży kosmicznych, ale właśnie mam efekt slashdota4. Mogę po prostu posiedzieć i się napić, dopóki nie ustąpi?
– Jasne, czemu nie. – Bob kiwa na barmana. – Jeszcze raz wszystko to samo!
Przy sąsiednim stoliku, osoba nosząca makijaż i długie włosy, ubrana w sukienkę – Manfred nie ma ochoty spekulować co do płci tych odklejonych euroświrów – wspomina instalowanie sprzętu do cyberseksu w teherańskich domach uciech. Dwóch gości, z wyglądu studentów, kłóci się zawzięcie po niemiecku. Strumień tłumaczenia w okularach informuje go, że spierają się, czy Test Turinga jest rasistowską ustawą, sprzeczną z europejskim corpus iuris dotyczącym praw człowieka. Dociera piwo, Bob podsuwa Manfredowi jakieś inne.
– Spróbuj tego. Zasmakuje ci.
– No dobra. – To coś w rodzaju dymnego doppelbocka, pełnego pysznych ponadtlenków. Sam zapach sprawia, że w nosie Manfreda włącza się alarm przeciwpożarowy, krzyczący: „Niebezpieczeństwo, Will Robinson! Rak! Rak!”. – Niezłe. A mówiłem, że po drodze tutaj omal mnie nie napadnięto?
– Napadnięto? Eee, to poważna sprawa. Myślałem, że obecność policji zlikwidowała... i co, chcieli ci coś sprzedać?
– Nie, ale to nie byli tacy zwykli goście od marketingu. Znasz kogoś, kto dysponuje szpiegowskim botem Warpac z demobilu? Dość nowy model, pierwszy i ostrożny właściciel, trochę paranoik, ale ogólnie rozsądny... i rozumiesz, on twierdzi, że jest sztuczną inteligencją ogólnego zastosowania.
– No, nie! Rany, NSA by się zdenerwowała.
– Tak myślałem. Biedactwo, i tak pewnie nikt go nie zatrudni.
– A w biznesie kosmicznym?
– No tak. W biznesie kosmicznym. Smutne, nie? Odkąd Rotary Rocket padła drugi raz, to już nie to samo. A, jeszcze NASA, nie zapominajmy o NASA.
– Za NASA. – Annette z sobie tylko znanych powodów szczerzy się od ucha do ucha i unosi szklankę do toastu.
Ivan, ekstremalny beton podgumowany, obejmuje ją. Annette wtula się w niego; on także unosi szklankę.
– Za kolejne kosmodromy do podgumowania!
– Za NASA! – powtarza Bob. Piją. – No, Manfred, za NASA?
– NASA to kretyni. Chcą wysyłać na Marsa zapuszkowane naczelne. – Manfred przełyka haust piwa i energicznie odstawia szklankę na stół. – Mars to tylko ciemna masa na dnie studni grawitacyjnej, nie ma tam nawet biosfery. Powinni pracować nad kopiowaniem umysłów i rozwiązać problem konformacji w nanotechnologii. Wtedy moglibyśmy całą dostępną materię zamienić w komputronium i przetwarzać na nim nasze myśli. Na dłuższą metę to jedyne wyjście. Teraz Układ Słoneczny to czysta strata – wszystko w nim jest głupie. Policzcie tylko, ile jest MIPS-ów na miligram. A jak nie myśli, to nie pracuje. Trzeba zacząć od ciał o małej masie, zrekonfigurować je na nasz użytek. Rozmontujmy Księżyc! Rozmontujmy Marsa! Zbudujmy sfery złożone ze swobodnie orbitujących nanokomputerów, wymieniających dane laserowymi łączami, gdzie każda kolejna warstwa żywi się ciepłem odpadowym poprzedniej, wewnętrznej. Takie umysły-matrioszki, jedna sfera Dysona w drugiej, każda wielkości układu planetarnego. Niech głupia materia zatańczy po turingowsku, jak jej zagramy!
Annette przygląda mu się z zainteresowaniem, a Bob patrzy nieufnie.

– Jak dla mnie, to dość długoterminowe. Na ile ty lat patrzysz w przód?
– Bardzo długoterminowo, przynajmniej ze dwadzieścia, trzydzieści. Ale, Bob, o rynku rządowym możesz zapomnieć; w życiu nie pojmą czegoś, czego nie da się opodatkować. I jeszcze, widzisz, na rynku samoreplikujących się robotów niedługo wykluje się coś takiego, co sprawi, że rynek tanich lotów na orbitę w dającej się przewidzieć przyszłości będzie się podwajał co piętnaście miesięcy. Zacznie się to, hm, za jakieś dwa lata. Dla ciebie to cenna podpowiedź, a dla mnie podstawa mojego planu ze sferami Dysona. To będzie działać tak...

***

W Amsterdamie jest noc, w Dolinie Krzemowej ranek. Dziś na świecie urodzi się pięćdziesiąt tysięcy ludzkich dzieci. Tymczasem zautomatyzowane fabryki w Indonezji i Meksyku wyprodukują kolejne ćwierć miliona płyt głównych z procesorami robiącymi ponad dziesięć petaflopów – mniej więcej rząd wielkości poniżej dolnej granicy mocy obliczeniowej ludzkiego mózgu. Za kolejne czternaście miesięcy krzem będzie już stanowić większość mocy przetwarzania ludzkiego gatunku. A pierwszymi żywymi istotami, które poznają nowe AI, będą przetransferowane langusty.

Manfred wlecze się z powrotem do hotelu, wyczerpany do szpiku kości i dobity zmianą stref czasowych; okulary wciąż się zacinają, przygniecione efektem slashdota przez sieciowych maniaków pasożytujących na jego gadce o rozmontowywaniu Księżyca. Jąkając się, szeptem podsuwają mu wskazówki w peryferyjnym polu widzenia. Na powierzchni Księżyca majaczą fraktalne płanetniki, gdy nad głową z hukiem przetaczają się ostatnie tej nocy wielkie airbusy. Mrowi go skóra, w ubraniu osadził się brud z trzech dni.

Wraca do pokoju; Aineko wita go miauknięciem i ociera mu się głową o kostkę. To najnowszy model Sony, wszystko daje się w nim aktualizować; Manfred pracował nad nim w wolnych chwilach, przy użyciu open-source’owych narzędzi programistycznych, rozbudowując zestaw sieci neuronowych Aineko. Nachyla się, głaszcze ją, potem zrzuca ubranie i zmierza do łazienki. Odziany wyłącznie w okulary wchodzi pod prysznic i nastawia gorący, parujący strumień. Prysznic próbuje nawiązać przyjacielską pogawędkę o piłce, lecz Manfred jest na tyle śpiący, że nawet nie chce mu się bawić z głupawą siecią asocjacyjną. Męczy go myśl o czymś, co się tego dnia wydarzyło, jednak niezupełnie potrafi określić, co to takiego.

Wycierając się, ziewa. Syndrom zmiany stref dopada go, jak uderzenie aksamitnym młotem między oczy. Sięga po stojącą przy łóżku fiolkę, łyka na sucho dwie tabletki melatoniny, kapsułkę pełną przeciwutleniaczy i bombę multiwitaminową. Potem kładzie się na wznak, z nogami razem i lekko rozłożonymi rękoma. Apartament przygasza światła na polecenie tysiąca petaflopów rozproszonej mocy przetwarzania, na których chodzą sieci neuronowe sprzęgające się z jego białkowym mózgiem przez okulary.

Manfred wpada w głęboki ocean nieświadomości, zamieszkany przez ciche głosy. Nie wie, że gada przez sen – ten bezładny bełkot nie znaczyłby nic dla drugiego człowieka, ale dla kryjącej się za okularami metakory jest wszystkim. Młoda postludzka inteligencja, której kartezjańskim teatrem dyryguje, wyśpiewuje mu natarczywie, kiedy Manfred śpi.

***

Zawsze po przebudzeniu jest najwrażliwszy. Z wrzaskiem wypada w jawę, gdy pokój zalewa sztuczne światło; przez chwilę nie jest pewien, czy w ogóle spał. Zapomniał okryć się kołdrą i teraz ma stopy jak bryły zamarzniętej tektury. Dygocąc od niewytłumaczalnego napięcia, wyciąga z małego neseserka komplet czystej bielizny, potem wkłada brudne dżinsy i podkoszulek. Będzie musiał poświęcić dziś trochę czasu na polowanie na dzikiego T-shirta wśród amsterdamskich targowisk, albo znaleźć Renfielda5 i posłać go po ubrania do sklepu. Właściwie powinien jeszcze znaleźć siłownię i trochę poćwiczyć, ale nie ma czasu – okulary przypominają mu, że jest sześć godzin do tyłu za teraźniejszością i musi to nadrobić. Bolą go korzenie zębów, a język przypomina runo leśne spryskane środkiem Agent Orange. Ma wrażenie, że coś wczoraj poszło nie tak; żeby tylko pamiętał co.

Myjąc zęby, ekspresowo czyta nową popfilozoficzną książkę, potem wtyka na publiczny serwer blogonotkę o paśmie zeżartym przez wczorajsze wizyty na jego stronie. Wciąż jest zbyt podenerwowany, by podyktować poranną tyradę na swój blog-kronikę. Mózg ma wciąż nieostry, jak oblepione zbyt dużą ilością krwi ostrze skalpela – potrzebuje bodźców, ekscytacji, ukłucia nowości. Cokolwiek to będzie, poczeka, najpierw śniadanie. Otwiera drzwi sypialni i prawie wdeptuje w leżące na dywanie małe, wilgotne, kartonowe pudełko.
Pudełko – widział już parę podobnych. To jednak nie ma żadnych stempli ani adresu – tylko jego imię i nazwisko, wypisane wielkimi, dziecinnymi gryzmołami. Klęka i delikatnie je podnosi. Waga się mniej więcej zgadza. Gdy je przechyla, coś przesuwa się w środku. I śmierdzi. Ostrożnie, mimo złości, wnosi je do pokoju, potem otwiera, potwierdzając najgorsze podejrzenia. Ten został odmóżdżony chirurgicznie, wydłubano mu mózg, jak jajko na twardo.
– Kurwa!
Ten wariat pierwszy raz dostał się aż pod drzwi sypialni. Perspektywy są bardzo niepokojące.

Manfred waha się przez chwilę, wypuszczając agenty, żeby poszukały miejscowych statystyk aresztowań, stosunków z policją, informacji o corpus iuris, o holenderskich przepisach dotyczących znęcania się nad zwierzętami. Nie jest pewien: wykręcić 2-1-1 na archaicznym głosowym telefonie czy dać sobie spokój?

Aineko wyczuwa jego lęk i chowa się pod komodą, miaucząc żałośnie. Zwykle poświęciłby chwilę, żeby ją uspo­koić, ale nie teraz: sama jej obecność wydaje się mocno kłopotliwa, stanowi przyznanie się do kompletnej nieudolności. Jest zbyt realistyczna, jakby mapy neuronowe tych martwych kociaków – na pewno wykradzione do jakiegoś podejrzanego eksperymentu z transferem – wylądowały w środku jej plastikowej czaszki. Klnie jeszcze raz, rozgląda się i wybiera najprostszą z opcji: zbiega po schodach po dwa stopnie na raz, potyka się na półpiętrze, wpada do jadalni na parterze, gdzie odprawi codzienny poranny obrzęd.

Śniadanie jest niezmiennikiem, wyspą geologicznej przeszłości z głębin, nieruchomą pośród wypiętrzeń całych kontynentów nowych technologii. Czytając pracę o steganografii z kluczem publicznym oraz pasożytniczym podszywaniu się pod cudzą tożsamość w sieci, mechanicznie przyswaja miskę płatków z chudym mlekiem, potem przynosi półmisek pełnoziarnistego chleba i plastry dziwnie upstrzonego pestkami holenderskiego sera. Przed nakryciem stoi filiżanka mocnej czarnej kawy, sięga więc po nią i wysiorbuje połowę, po czym uświadamia sobie, że nie jest przy stole sam. Ktoś siedzi naprzeciwko. Manfred unosi obojętny wzrok i nagle zamiera.

– Dzień dobry, Manfred. Powiedz, jak to jest: wisieć własnemu państwu dwanaście milionów trzysta sześćdziesiąt dwa tysiące dziewięćset szesnaście dolarów i pięćdziesiąt jeden centów? – Uśmiecha się doń jak Gioconda, jednocześnie czule i wyzywająco.
Manfred zawiesza do odwołania wszystko w swoim sensorium i wpatruje się w nią. Ma na sobie nieskazitelny szary służbowy kostium, kasztanowe włosy ciasno spięte z tyłu, kpiące błękitne oczy. I jest piękna jak zawsze: wysoka, włosy – srebrzystoszary blond – figura i rysy sugerujące niewykorzystaną szansę jako modelka. Przypięta do klapy plakietka-przyzwoitka – gwarantująca biznesową należytą staranność – jest wyłączona. Po incydencie ze zdechłym kotem, walcząc jeszcze ze zmianą czasu, czuje się sponiewierany, a do tego jest brudniejszy niż zwykle, więc warczy na nią:
– Ta kwota jest wyssana z palca! Wysłali cię tutaj, bo pomyśleli, że ciebie posłucham? – Odgryza i przełyka kęs chleba z grubym plastrem sera. – A może sama postanowiłaś powiedzieć mi to osobiście, żeby mieć okazję zepsuć mi śniadanie?
– Manny. – Marszczy brwi, zraniona. – Jeśli masz być taki konfrontacyjny, to lepiej sobie pójdę. – Zawiesza głos, a po chwili kiwa głową. – Nie przejechałam takiego kawału drogi tylko przez twoją zaległość podatkową.
– Aha. – Manfred odstawia ostrożnie kawę i zastanawia się, usiłując maskować skrępowanie i zdenerwowanie. – No to, co cię sprowadza? Częstuj się kawą. Nie mów, że przyleciałaś aż tutaj, żeby mi powiedzieć, że nie możesz beze mnie żyć.
Smaga go wzrokiem jak szpicrutą.

– Nie łudź się. W lesie jest wiele liści, a na czatach dziesięć tysięcy chętnych facetów, i tak dalej. Ale kiedy będę wybierać kogoś do udziału w tworzeniu mojego drzewa genealogicznego, możesz być pewien, że to nie będzie ktoś, kto żałuje na utrzymanie dzieci.
– Z tego, co ostatnio słyszałem, sporo czasu spędzałaś z Brianem – odpowiada ostrożnie Manfred. Brian: imię bez twarzy. Za dużo kasy, za mało uczucia. Wspólnik w jakiejś korporacyjnej kancelarii księgowej, czy coś takiego.
– Brian? – prycha. – To się skończyło sto lat temu. Zaczął świrować na moim punkcie – spalił mój ulubiony gorset, wyzywał od dziwek za chodzenie do klubów, chciał mnie zerżnąć. Jego pragnienie: zostać ojcem rodziny, jednym z tych gości, którzy zawsze dotrzymują słowa. Rzuciłam go z wielkim hukiem, ale chyba skopiował moją książkę adresową, bo paru znajomych mówiło, że ciągle wysyła do nich obraźliwe mejle.
– W tych czasach to normalne. – Manfred kiwa głową, niemal współczująco, choć jakiś niesympatyczny zakamarek mózgu się cieszy. – W takim razie pies go trącał. Wygląda na to, że nadal jesteś na scenie, tak? Ale rozglądasz się za, ehem...
– Za tradycyjną rodziną? Tak. A co, Manny, przeszkadza ci to? Urodziłeś się czterdzieści lat za późno: wciąż wierzysz, że przed małżeństwem trzeba się dotrzeć, ale nie chce ci się radzić z konsekwencjami.

Manfred dopija resztkę kawy, niezdolny sensownie odpowiedzieć na takie non sequitur. To sprawa pokoleniowa: ta generacja lubi lateks i skórę, pejcze, wkładki analne i elektrostymulatory, ale szokuje ją idea wymiany płynów ustrojowych – taki społeczny skutek uboczny nadużywania antybiotyków w poprzednim stuleciu. Z Pamelą byli zaręczeni przez prawie dwa lata, a mimo to nigdy nie mieli stosunku z penetracją.
– Po prostu nie podoba mi się posiadanie dzieci – mówi w końcu. – I w najbliższym czasie nie planuję zmienić zdania. Wszystko zmienia się tak szybko, że trudno planować jakieś zobowiązania choćby na dwadzieścia lat; równie dobrze można by mówić o następnej epoce lodowcowej. A co do pieniędzy, to jestem sprawny reprodukcyjnie, po prostu nie mieszczę się w granicach dominującego paradygmatu. Pomyśl, gdyby był rok tysiąc dziewięćset pierwszy, byłabyś zadowolona, gdybyś dopiero co wyszła za mąż za magnata dorożkarskiego?
Palce jej drgają, jemu czerwienieją uszy, ale przynęty dwuznacznika nie chwyta.

– Co, nie czujesz się odpowiedzialny? Ani wobec kraju, ani wobec mnie? I w tym właśnie problem: żaden z twoich związków nie był dla ciebie ważny, nie wspomnę już o tym absurdzie z rozdawaniem własności intelektualnej. Aktywnie szkodzisz ludziom, których znasz. Manfred, ja nie wyciągnęłam z dupy tych dwunastu baniek; oni nawet się nie spodziewają, że ty to zapłacisz. Ale niemal dokładnie tyle podatku dochodowego miałbyś do zapłacenia, gdybyś wrócił do domu, założył firmę i wszystko zawdzięczał samemu...

– Nie zgadzam się. Mieszasz dwie skrajnie różne sprawy i obie nazywasz „odpowiedzialnością”. I nie zamierzam teraz zacząć liczyć sobie za swoje usługi, tylko po to, żeby skarbówce zbilansowały się tabelki. To jest ich, kurwa, wina, i dobrze o tym wiedzą. Trzeba było nie ścigać mnie jako podejrzanego o prowadzenie zakrojonego na wielką skalę przekrętu z mikrobilingami, kiedy miałem szesnaście lat...
– Dawno i nieprawda. – Lekceważąco macha ręką. Palce ma długie i smukłe, osłonięte czarnymi, lśniącymi rękawiczkami – ekranowane elektrycznie, by zapobiec kłopotliwym emisjom. – Odrobina porządnych konsultacji i można o tym wszystkim zapomnieć. I tak musisz wcześniej czy później przestać dziadować po świecie. Dorosnąć, stać się odpowiedzialnym człowiekiem i robić co należy. A tak, szkodzisz tylko szarym ludziom, bo oni nie rozumieją, o co ci chodzi.
Manfred zagryza język, żeby zdławić pierwszą reakcję, potem dolewa sobie kawy i pociąga łyk. Serce mu szaleje: ona znowu wyzywa go do walki, znów chce go pokonać i zawłaszczyć.
– Pam, ja pracuję dla ogólnego dobra, a nie jakiegoś wąsko zdefiniowanego narodowego interesu. Chodzi o agalmiczną przyszłość. Ty ciągle tkwisz w modelu ekonomicznym sprzed osobliwości, rozumującym kategoriami niedoboru. Alokacja zasobów nie jest już problemem – za jakieś dziesięciolecie w ogóle się skończy. Kosmos jest płaski we wszystkich kierunkach, a z pierwszego wszechświatowego banku entropicznego da się pożyczyć tyle pasma przesyłowego, ile tylko zechcemy. Nawet znaleziono już pierwsze tropy inteligentnej materii – obiekty MACHO, wielkie i gęste brązowe karły w halo galaktycznym, promieniujące w dalekiej podczerwieni – a to ich promieniowanie ma podejrzanie niską entropię. Według ostatnich wyliczeń, jakieś siedemdziesiąt procent masy barionowej galaktyki M31 stanowiło komputronium, i to 2,9 miliona lat temu, kiedy wylatywały stamtąd fotony, które teraz widzimy. Przepaść w inteligencji między nami a obcymi jest pewnie bilion razy większa niż różnica między nami a nicieniami. Czy ty w ogóle rozumiesz, co z tego wynika?

Pamela skubie kęs chrupkiego pieczywa, a potem zaszczyca Manfreda powolnym, drapieżnym spojrzeniem.
– Nie obchodzi mnie to. Za daleko, żeby mieć na nas jakikolwiek wpływ, prawda? To nie ma znaczenia, czy wierzę w tę osobliwość, której się dopatrujesz, czy w tych twoich obcych tysiąc lat świetlnych stąd. To chimera, tak jak Problem Roku Dwutysięcznego, a uganianie się za nią nie pozwala ci pomóc przy redukcji deficytu budżetowego ani założyć rodziny – a mnie to właśnie obchodzi. I zanim mi powiesz, że obchodzi mnie tylko tyle, bo tak zostałam zaprogramowana, chcę tylko zapytać: jak bardzo głupia jestem według ciebie? Bo twierdzenie Bayesa mówi, że mam rację, i dobrze o tym wiesz.
– Co ty... – Zamiera, zbity z tropu, szaleńczy potok jego zapału spiętrza się na tamie jej pewności. – Dlaczego? No, rozumiesz dlaczego? Czemu, do cholery, jest dla ciebie takie ważne, co ja robię?
„Odkąd zerwałaś zaręczyny”, chce dodać, ale milknie.
Pamela wzdycha.

– Manny, urząd skarbowy ma o wiele więcej zmartwień, niż możesz sobie wyobrazić. Każdy dolar podatku zebrany na południe od Missisipi idzie na obsługę długu, wiedziałeś o tym? Na emeryturę odchodzi właśnie najliczniejsze pokolenie w historii, a szkatuła jest pusta. I do tego my, nasze pokolenie, nie generujemy wystarczającej liczby wykwalifikowanych pracowników, żeby zapewnić prostą zastępowalność podatników, odkąd nasi rodzice rozpieprzyli państwowy system edukacji i wyprowadzili niskopłatne prace do innych krajów. Za dziesięć lat jakieś trzydzieści procent naszej populacji będzie albo emerytami, albo ofiarami Ruiny Krzemowej. Chcesz, żeby siedemdziesięciolatkowie zamarzali na ulicach New Jersey? Bo jak dla mnie, takie właśnie masz nastawienie. Nie starasz się pomóc, uciekasz przed swoją odpowiedzialnością właśnie wtedy, gdy stoimy przed olbrzymimi problemami. Gdyby tylko udało się rozbroić bombę zadłużenia, moglibyśmy uczynić tak wiele – zwalczyć problemy starzenia się, naprawić środowisko, rozprawić się ze społecznymi kłopotami. A ty po prostu rozpieprzasz swój talent, pomagając beznadziejnym Eurognojkom snuć mrzonki o szybkim dojściu do milionów, które co gorsza się sprawdzają, podsuwając wietnamskim zaibatsu, co mają następnego skonstruować, żeby zabrać pracę naszym podatnikom. I dlaczego to robisz? Nie możesz po prostu wrócić do kraju i wziąć odpowiedzialności przynajmniej za swój kawałek?
Wymieniają się przeciągłym spojrzeniem wzajemnego niezrozumienia.

– Posłuchaj – kontynuuje ona niepewnie. – Przyjechałam na parę dni. Prawdziwym celem jest spotkanie z bogatym uchodźcą podatkowym, gościem od neurodynamiki, który właśnie został uznany za bogactwo narodowe. Jim Bezier. Nie wiem, czy o nim słyszałeś, ale jeszcze dziś rano jestem umówiona na podpisanie mu amnestii podatkowej, a potem w zasadzie mam dwa dni wolnego i nic do roboty poza zakupami. No i rozumiesz, wolałabym wydać pieniądze na coś pożytecznego, a nie karmić nimi Unię Europejską. Ale jeśli chcesz spędzić ze mną miło czas i potrafisz przez maksymalnie pięć minut nie kląć na kapitalizm...

Wysuwa ku niemu palec. Po chwili wahania Manfred też wyciąga palec. Dotykają się opuszkami, wymieniając vCardy i numery ­komunikatorów. Pam wstaje i wymyka się z sali śniadaniowej. Oddech Manfreda zamiera, gdy dostrzega błyśnięcie kostki w rozcięciu spódnicy, długiej na tyle, żeby spełniać warunki amerykańskich przepisów o molestowaniu seksual­nym w miejscu pracy. Obecność Pam przywołuje wspomnienia o jej skrępowanej namiętności, czerwoną poświatę po porządnym rżniątku.

Próbuje znowu wciągnąć mnie w swoją orbitę, myśli oszołomiony. Wie, że ma na niego taki wpływ, kiedy tylko zechce: posiada klucze prywatne do jego podwzgórza i pieprzyć całą metakorę. Trzy miliardy lat determinizmu reprodukcyjnego sprawiły, że jej XXI-wieczna ideologia ma tak wielkie kły; jeśli naprawdę postanowiła objąć jego gamety przymusowym poborem na wojnę przeciwko załamaniu demograficznemu, trudno mu będzie z tym walczyć. Pozostaje tylko jedno pytanie: obowiązek to czy przyjemność? A zresztą, co za różnica?
8.46
Ocena użytkowników
Średnia z 27 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Accelerando (Accelerando)
Autor: Charles Stross
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Autor okładki: Irek Konior
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 14 stycznia 2009
Liczba stron: 412
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205 mm
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
ISBN-13: 978-83-7480-115-7
Cena: 35,00 zł



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.