» Recenzje » Mass Effect 2

Mass Effect 2


wersja do druku

Nadszedł czas na samobójczą misję

Autor: Redakcja: Denae, Canela

Mass Effect 2
Przed kupnem konsoli nie zastanawiałem się nad grami, w jakie się zaopatrzę po jej zdobyciu. Pojawienie się białej maszyny Microsoftu zapoczątkowało selekcję pozycji, które mnie interesują. Mimo wszystko jedną grę kupiłem całkowicie w ciemno.
Pierwsze uruchomienie Mass Effect zaowocowało moją miłością do uniwersum stworzonego przez Bioware. Grałem z zapałem chłonąc każdą misję poboczną, testując rozliczne opcje dialogowe i poznając nowo przedstawiony świat. Była to dla mnie niezwykła przygoda i pierwsza ciekawa opowieść Sci-Fi w formie gry. Oczywiście wiele osób zarzuci produkcji Bioware wykorzystanie wielu zapożyczeń fabularnych z rozlicznych Sci-fi książkowych, serialowych itd. Owszem - ale przecież już sam Cameronowy Avatar pokazał, iż wtórność może mieć bardzo interesującą postać i przyciągać odbiorców.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Kończąc grę w Mass Effect wiedziałem, że będę czekał z niecierpliwością na dalszy los przygód Komandera Sheparda i jego załogi. Początek roku 2010 rzucił mnie ponownie w świat przedstawiony, a ja dałem się ponieść kosmicznym intrygom.
Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się podobne, jednak to mylny obraz. Mass Effect 2 to kawał rozwiniętego kodu. Pora przeanalizować dokładnie każdy aspekt kontynuacji.


Dawno, dawno temu...? To nie Star Wars – To Mass Effect!

Po przygodach przedstawionych w pierwszej części nasz bohater, po pokonaniu przedstawiciela najbardziej wrogiej rasy w kosmosie – Żniwiarzy ("the Reapers"), jest świadom zagrożenia, jakie ich inwazja może spowodować. Nie mając żadnego innego planu, przeczesuje na pokładzie swojego statku – Normandii - odległe tereny w poszukiwaniu niedobitków sprzymierzonych z Reaperami - Gethów.
Okazuje się, że pojawia się nowy przeciwnik – ogromny krążownik, który w mgnieniu oka przechodzi do ataku i rozpoczyna ostrzał Normandii.
Robi się gorąco, ludzie zaczynają umierać, a pilot robi co tylko może, by ocalić ukochaną maszynę. Shepard przeprowadza szybką ewakuację reszty załogi, po czym rusza po Jokera (znany z pierwszej części, do końca nie traci wiary w szansę uratowania tego, co pozostało z ich statku). Dramatyczna scena kończy się zaprowadzeniem go do kapsuły ratunkowej i wystrzeleniem jej w kosmos. Komandor Shepard poświęca życie by ocalić każdego ze swoich kompanów. Kamera oddala się, a on tracąc tlen w kombinezonie umiera w przestrzeni kosmicznej.
Napisy początkowe wkraczają w akompaniamencie scen z próby regeneracji ciała naszej postaci. Znana z pierwszej części pro-ludzka korporacja Cerberus zainwestowała ogromne pieniądze w Projekt Lazarus – operację mającą na celu odtworzenie i zregenerowanie Sheparda. Dwa lata trwały prace nad ożywieniem naszej postaci. Przepełnieni implantami, z jeszcze niezagojonymi ranami stajemy w obliczu nowego zagrożenia. Owy statek, który zniszczył Normandię, należał do owianych kosmicznymi legendami Zbieraczy ("the Collectors"), którzy zaczęli porywać mieszkańców ludzkich kolonii. Cerberus, jako jedyna korporacja świadoma zagrożenia ze strony Żniwiarzy, podejrzewa, iż Kolekcjonerzy współpracują z nimi i dlatego potrzebuje pomocy Sheparda.
Illusive Man („Człowiek Iluzja”), który jest szefem organizacji powiadamia nas o wszystkim co się stało i proponuje swoje wsparcie w walce z nowym zagrożeniem. Naszym celem jest zebranie grupy śmiałków, którzy gotowi są wyruszyć w nieznane i dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi Zbieraczom. Fabularnie to tyle. Nie chce zepsuć zabawy nikomu, kto jeszcze nie miał możliwości pogrania.


Nowe, lepsze dziecko Bioware

Obiecany od pierwszej części motyw z importowaniem postaci do kontynuacji bardzo ładnie został wkomponowany w całą historię ze wskrzeszeniem Sheparda. Wszelkie większe decyzje podjęte w Mass Effect, wraz z danymi o naszym levelu, poziomie Renegat/Paragon, a nawet ilość kredytów, mają znaczenie. Zaprojektowana przez nas twarz bohatera, która nam towarzyszyła w poprzedniej produkcji, pojawia się przed nami, gdzie możemy ją zmienić wedle własnej woli. Klasa postaci również może ulec zmianie, jeśli chcielibyśmy zmienić strategię w tej odsłonie gry.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oprawa wizualna. Kulejące w pierwowzorze doczytywanie tekstur zostało praktycznie całkowicie wyeliminowane. Grafika jest wyraźniejsza, bardziej detaliczna i przyjemna dla oka. Występujące przy poruszaniu się sprintem przeskoki spowodowane dogrywaniem się tekstur, nie pojawiają się wcale. Tereny są inaczej zaprojektowane, co również zmniejsza ryzyko błędów graficznych. Skutkiem tego są częstsze ekrany ładowania, ale na szczęście są urozmaicone i nie irytują długością.
Poza tym faktem od razu zauważymy też modyfikację systemu walki. Po pierwsze nasza broń się przegrzewa i nie stygnie jak poprzednio – teraz wymaga klipów chłodzących, które upuszczają pokonani przeciwnicy. Rozwiązanie, które z początku wydało mi się bezsensowne. Przecież poziom grzania się karabinów, pistoletów w pierwszej części i liczne ich modyfikacje i systemów chłodzących w niej pozwalały na tworzenie różnorodnych kombinacji i personalizacji ekwipunku! Dlaczego zrezygnowano z tego na rzecz alternatywnej formy ograniczania amunicji? Wszystko staje się jasne po kilku krokach, gdy natrafiamy na nowy rodzaj broni. Granatniki, groźne lasery, bazooki, czy też armatki zamrażające wroga. Brak ograniczeń w postaci klipów chłodzących doprowadzałby do wykorzystywania „ciężkich argumentów” w każdej gorącej potyczce i bezsensowności używania innych rodzajów broni. Cały system modyfikacji karabinów i implementowania ulepszeń został usunięty w tej formie, jaką pamiętamy z poprzedniej gry. Zamiast tego na pokładzie naszego nowego statku (również nazwanego Normandia) mamy możliwość ulepszania całych zestawów ekwipunku. Jako, że nowa Normandia może zbierać surowce z planet (o tym później) to możemy też na jej pokładzie produkować broń. Wystarczy znaleźć odpowiednie plany, zgrać na nasz Omni-Klucz i wykorzystać na pokładzie. Tak samo jest ze zbroją naszego bohatera.
Teraz mamy do wyboru modyfikację poszczególnych części kosmicznego odzienia. Naramienniki, korpus, nagolenniki, hełm - każda część ma do czterech możliwych do wyboru modeli o odmiennych statystykach. Dodatkowo możemy sami sobie pofarbować zbroję, więc koniec z bieganiem w ekwipunku, który jest silny, ale kolorystycznie nam nie odpowiada.

Wracając jeszcze na chwilkę do systemu walki – zwracamy od razu uwagę, iż poprawione zostało dosłownie wszystko. Teraz celując w poszczególne części ciała możemy wywołać inny rodzaj uszkodzeń. Postrzelenie w nogę spowolni przeciwnika, strzał w broń może ją uszkodzić a dobrze wymierzony pocisk w głowę pozwala wysłać wroga na tamten świat w szybkim tempie. Cover system znany z poprzedniej odsłony spisuje się lepiej. Shepard klei się do każdej osłony, prowadzi zza nich ostrzał, a nawet przeskakuje nad nimi. Co prawda nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego chłopcy z Bioware zrezygnowali z możliwości kucania wedle własnej woli. Pozbawienie tej opcji, dla osób (takich jak ja), grających głównie snajperem - jest całkowicie bezsensowne. Mogę mierzyć z kucka kryjąc się za osłoną, ale nie mogę już po prostu przykucnąć będąc odkrytym, by poprawić celność? Absurd. Ezio w Assassins Creed 2 też nie potrafił przykucnąć... Co jest z wami twórcy gier? Nie wiecie do czego służą kolana?


Bój się mnie! Jestem potężnym Biotykiem!

Różnorodność klasowa została w kontynuacji jeszcze bardziej pogłębiona. Teraz każda klasa posiada unikalne umiejętności, które zwiększają szanse przeżycia i (dobrze wypracowane) wręcz miażdżą każdego napotkanego wyrostka. Żołnierz poza dostępem do wszystkich rodzajów broni może teraz gwałtownie przyspieszać, co działa jak swego rodzaju Bullet Time. Infiltrator może używać kamuflażu taktycznego i niczym Predator zakraść się za plecy wroga. Inne specjalizacje mają również ciekawe umiejętności, takie jak szarża biotyczna, dodatkowa tarcza czy też elektroniczny dron, który poraża jednostki mechaniczne. Każda klasa jest tak interesująca, że nie sposób odmówić sobie chociażby przetestowania poszczególnej z nich.
Umiejętności biotyczne mają różne zastosowanie i pozwalają na kombinowanie w walce. Wprawienie wroga w stan nieważkości, a następnie użycie na nim biotycznego rzutu owocuje bardzo długim lotem, który nie kończy się dobrze dla naszej ofiary. Dobrze zaplanowana zasadzka może wznieść kilku przeciwników w powietrze, co następnie możemy łączyć z innymi umiejętnościami. Rzucenie robotem, po natychmiastowym użyciu „przeładowania elektronicznego”, może zmienić go w lecącą bombę, która eksplodując narobi ogromnych szkód w szeregach przeciwnika.

Nasi kompani świetnie wykorzystują swoje umiejętności i potrafią nas pozytywnie zaskoczyć łączeniem ich. Nie raz byłem podekscytowany działaniem moich pomocników, którzy ratowali mnie z opresji. Nie wiedziałem, iż mechanika walki jest aż tak rozwinięta względem pierwszej części gry.
Sami przeciwnicy nie są już kupą jednakowego mięsa armatniego. Nie dość, że spotykamy różne frakcje najemnicze różniące się rodzajem i kolorem uzbrojenia, to jeszcze ich szeregi nie są jednakową zbitką ras. Każda grupa ma w swoich szeregach innych przedstawicieli. Krogan nigdy nie zobaczymy w Blue Suns, a żadna inna jednostka poza Eclipse nie będzie używała robotów bojowych do pomocy. Poza zespołami najemników mamy roboty obronne, znane z dodatku do części pierwszej Varreny, nową rasę drapieżnych humanoidalnych Vorcha czy też mniej humanoidalnych, robalo-podobnych Klixenów. Oczywiście nie obyłoby się bez ulubionych Gethów czy też Zombie (Husks). Wrogów jest dużo i ich modyfikacje i ulepszenia bardzo urozmaicają nam zabawę. Niektóre rasy używają pancerzy taktycznych, które są trudne do przebicia, a inne - jak chociażby Vorcha – bardzo szybko się regenerują. Musimy ciągle obierać nowe taktyki, by niszczyć różnych przeciwników. Poziomy trudności bardzo poprawiają rozgrywkę, gdyż im wyższe, tym nasi przeciwnicy reagują szybciej, trudniej ich trafić i często używają zaskakujących technik, by nas wyeliminować.


Zbieram drużynę do samobójczej misji

Większość naszych towarzyszy z części pierwszej nie wiedząc o tym, że Cerberus próbował nas wskrzesić, po zniszczeniu pierwszej Normandii poszła własnymi ścieżkami. Zespół się rozpadł, więc musimy zebrać grupę śmiałków, którzy gotowi są poświęcić swoje życie w imię walki z nowym przeciwnikiem. By dotrzeć do bazy Zbieraczy, musimy przedostać się przez Omegę 4 – przekaźnik masy, prowadzący do miejsca w kosmosie z którego nikt nie wrócił. Nie wiemy, co na nas czyha po drugiej stronie, więc musimy przygotować się jak najlepiej do tego zadania. Zbieramy materiały mogące nam pomoc w zrozumieniu tego, co może się kryć po drugiej stronie Omega 4. Człowiek Iluzja przekazuje nam dane osób, które pasowałyby do profilu misji. Pozostaje nam wyruszyć na konkretną planetę i spróbować zwerbować śmiałka. Każda misja rekrutacyjna jest inna, wprowadza nas w historię postaci i pozwala podjąć wiele trudnych decyzji. Po odpowiednim czasie spędzonym z nowym zespołem mamy dodatkowe misje lojalnościowe, które są pogłębieniem historii bohaterów i zapewnieniem sobie ich pełnej lojalności aż do grobowej deski. Zadania te są bardzo przyjemne, emocjonujące i wyjątkowe. Nie raz zaskoczyłem się pomysłami na questy i dobrze bawiłem przy każdym z nich.

Oczywiście mamy również misje poboczne. Jednak w odniesieniu do części pierwszej wszystko wygląda nieco inaczej. Po pierwsze nie ma Mako, więc nie ma możliwości zwiedzania ogromnych obszarów (niekiedy całkowicie pustych) w poszukiwaniu anomalii czy też surowców. To zostało całkowicie zmodyfikowane!
Pod koniec marca dostępny będzie do ściągnięcia pojazd Hammerhead, z dodatkowymi pięcioma misjami, ale nie oszukujmy się – jako, że teraz lądujemy tylko raz na każdej planecie, na której mamy misję – nie będziemy mogli wracać na nie potem, by sobie trochę pojeździć.
Zbieranie surowców wykonujemy z poziomu Normandii. Nasz nowy statek wyposażony jest w silny radar, który skanuje całe ciało niebieskie. Ręcznie przesuwamy skaner po planie planety, a gdy znajdziemy silne źródło potrzebnego surowca, wysyłamy sondę, która zbiera wszystko z powierzchni. Proste, łatwe i przyjemne. Przyznam, że to bardzo relaksująca mini-gra. Czasami na obiekcie skaner wykrywa anomalię, którą musimy osobiście sprawdzić. Anomalie zawierają dodatkowe misje, które mamy wykonać i często zmuszeni jesteśmy do odwiedzenia innych miejsc w galaktyce. Jest to ciekawy sposób prowadzenia zadań pobocznych, gdyż każdy taki „epizod” jest opisany w interesujący sposób, ale niestety większość nie prowadzi do trudnych moralnie decyzji, tak jak to zdarzało się w pierwszej części. Dodatkowo nie możemy wrócić na powierzchnię po zakończeniu misji, więc czasem warto zostać jeszcze chwilkę w poszukiwaniu jakiś ukrytych ulepszeń do ekwipunku. Questy poboczne są interesujące, ale wydaje mi się, iż jest ich stosunkowo mniej niż w poprzedniczce. Są pełne akcji, co jest nieco poprawą w stosunku do częstego przemierzania pustkowi w „jedynce”.


Import decyzji z pierwszej części – co to zmienia?

Dodatkowym bardzo przyjemnym smaczkiem dla fanów serii jest fakt, iż każda decyzja podjęta przez nas w Mass Effect ma swoje odwołanie w kontynuacji. To, czy Wrex przeżył w części pierwszej, czy zabiliśmy ostatnią królową Rachni czy też jak potraktowaliśmy w końcowej misji Radę Cytadeli, w drugiej części zmienia świat. Nie powiem w jaki sposób, by nie psuć nikomu zabawy. Ważne jest, że mniejsze decyzje, związane z postaciami spotykanymi na Cytedeli w pierwszej części czy też ludzie poznani w misjach pobocznych(nawet najmniejszych), są uwzględnieni. Większość mniej ważnych postaci po prostu wysyła do nas maila z opisem co u nich słychać, ale mimo wszystko to bardzo przyjemne odświeżenie wspomnień z Mass Effect. Na swojej drodze spotykamy też naszą byłą załogę(kilka osób możemy ponownie przyjąć na pokład nowej Normandii).. Poznajemy historie ich życia po zniszczeniu pierwszego statku, dowiadujemy się co obecnie robią i co o nas myślą w związku z pracą po stronie Cerberus (korporacja ta znana jest ze swoich kontrowersyjnych badań i proludzkich ruchów politycznych).

Nasze romansowe miłostki w poprzedniczce, również się pojawiają i możemy dalej starać się utrzymać z nimi bliskie więzi, albo też rozpocząć romans z kimś innym z nowego zespołu. Ciekawym detalem jest zdjęcie naszej pierwszej miłości w mesie kapitańskiej. Kiedy ją zdradzimy, bohater kładzie zdjęcie twarzą do dołu, tak jakby się wstydził swego czynu i nie chciał patrzeć tej osobie w oczy. Interesujący szczegół.
Innym ważnym elementem importowanego save`a gry jest stan paska Renegat/Paragon. Teraz, gdy pasek ten jest odpowiednio wysoko, możemy wywierać większy wpływ na ludzi w opcjach dialogowych. Im wyższy poziom Paragon/Renegat, tym większe możliwości. Dodatkowo możemy też przerywać rozmowę w gwałtowny sposób poprzez wciśnięcie określonego przycisku na padzie. Może to zmienić tor konwersacji. Znienacka kogoś uratujemy, bądź też gwałtownie przerwiemy maniakalny monolog przeciwnika strzelając mu w głowę.


Dźwięki kosmosu

Oprawa dźwiękowa jest na wysokim poziomie. Muzyka ponownie skomponowana została przez Jacka Walla, lecz jest znacznie ciekawsza niż w pierwowzorze. Każda melodia wydaje się przemyślana, pełna interesujących przejść i wpadających w ucho rytmów. Nawet teraz pisząc tą recenzję potęguję swoje wrażenia przez słuchanie soundtracku do gry. To kawał dobrej muzyki, która jest świetnie dopasowana do futurystycznego uniwersum Mass Effect.
Przychodzi kolej na ocenę Voice Actingu. Jako, że gra do recenzji była w pełni zlokalizowana, nie pozostaje mi nic więcej jak ocenić pracę naszych aktorów. Niestety zawiodłem się tutaj pod każdym względem. Polscy aktorzy (nie ujmując ich umiejętnościom scenicznym) nie potrafią podkładać głosów. Albo w życiu nie słyszeli bohaterów tej gry w oryginale, albo stwierdzili, że ich umiejętności modulacji głosu poprawią odbiór postaci. To przeteatralizowanie przyprawia o irytację. Głosy wyolbrzymiają sens słów i robią z twardych postaci rzucających się raperów. Tak, musimy spojrzeć prawdzie w oczy: rzadko kiedy zdarza się dobra pełna polonizacja gry. Dragon Age było porażką i Mass Effect 2 również jest, pod tym względem. Słuchając wypowiedzi niektórych postaci chciało się ryknąć śmiechem, a niektóre tłumaczenia (które jak zauważyliście wykorzystałem w recenzji specjalnie, by się nieco pobiczować mentalnie)
po prostu nie pasują. Człowiek Iluzja a Illusive Man to dla mnie całkowicie inne osoby. No i dodatkowo uważam, iż sami aktorzy nie zostali odpowiednio dobrani. Głosu Martina Sheena nie zastąpi żaden „Grucha” czy też kapitalnego głosu kapitana Bailey'a, któremu w oryginale podkładał znany z Battlestar Galactica Michael Hogan, nie da się zastąpić chrapliwym chrząkaniem Maleńczuka! Płakać mi się chciało słysząc te wszystkie dialogi, więc szybko zdobyłem wersję angielską, by nie zniszczyć sobie opinii o samej grze.
Angielski voice acting jest bardzo dobry. Każda postać ma przez to charakter, odpowiedni dla każdego gatunku akcent i po prostu mówi, a nie kwiczy. Niektóre postacie mają głosy modulowane w różny sposób, w polskiej wersji brzmi to tak jakby aktor nałożył siatkę na mikrofon, albo też mówił w masce gazowej. Tak się nie robi. To rani graczy... Jeszcze długo nie będziemy dorównywać zagranicznym voice aktorom.


Kosmiczny turysta! Tak to właśnie ja!

Mass Effect to gra, do której często wracałem. Miałem odpowiedni zapis gry, gdzie mogłem jeszcze trochę popodróżować po galaktyce i pobawić się w turystę. Widoki na niektórych planetach zapierały dech w piersiach. Przyjemnie było odwiedzić Cydatelę, wejść do klubu, odtańczyć klasyczny „taniec Sheparda” i wyłączyć grę. Czasem po prostu lubiłem na chwilę znowu pobyć się w tamtym uniwersum.
Mass Effect 2 jeszcze bardziej nas przybliża do świata gry. Mamy własną mesę kapitańską, gdzie możemy odsłuchiwać wybrane melodie z obu części, popatrzeć na akwarium z rybkami, które możemy kupić w różnych miastach. Dodatkową „hecą” jest kosmiczny chomik, który siedzi w klatce i popiskuje na nas wesoło. Nasz bohater ma w końcu wolną rękę i może podrywać większą ilość osób, poprawienie stosunków z załogą może też polegać na napiciu się z kimś i powspominaniu starych czasów, czy też pograniu w karty z mechanikami. Wszystko to, by nasz bohater stał się bardziej ludzki.
Zwiedzane miasta tętnią życiem, mamy kilka klubów, w których możemy sobie trochę potańczyć, napić się drinka/ów (może skończyć się to utratą przytomności!) czy też porozmawiać z ciekawymi personami. Druga część pokazuje nieco szersze spektrum tego świata i pozwala nam wniknąć jeszcze głębiej w sekrety poszczególnych gatunków. Owszem, pojawiają się pytania na temat braku występowania przedstawicielek żeńskiej płci gatunków, w których istnieje podział płciowy, czy też jak niektóre rasy się rozmnażają, ale uważam, że do momentu pojawienia się zwieńczenia trylogii nie możemy zarzucać niespójności. Nie wiemy, co pokaże nam ostatnia część.

Ogromnym plusem jest Sieć Cerberus, czyli wbudowany w grę komponent, z którego udostępniane są dodatki. Każdy egzemplarz Mass Effect 2ma kod, dający nam do niej dostęp. Możemy za darmo ściągnąć nowe komplety zbroi, dodatkową postać do rekrutacji, czy też przyszłe dodatki jak chociażby pojazd Hammerhead. Jeżeli nie mamy kodu, musimy ściągnąć go z Marketplace za 1200 punktów. W tym przypadku kupno używanej gry nie popłaca.
Jeżeli nasza postać przeżyje zakończenie głównego wątku, to możemy spokojnie dalej przemierzać galaktykę i czekać na pojawienie się dodatków.


Pora wykonać misję

Mass Effect 2 wydawał mi się stosunkowo krótki, dopiero po przeanalizowaniu zapisu z pierwszej części wyszło na jaw, że gra wcale taka nie jest. Pierwowzór z wszystkimi dodatkami i misjami pobocznymi zajął mi ok. 45 godzin. Trzeba podkreślić, że dużo czasu spędzało się na przeczesywaniu pustych planet w poszukiwaniu sekretnych miejsc. Dwójka jest pełna akcji i ciągle coś się dzieje. Nie ma nawet chwili nudy. Po zakończeniu przygody z Mass Effect 2 mój zapisany stan gry wskazuje 76 godzin.Dodatkowo ukończenie jej nie wiąże się z końcem zabawy, gdyż zawsze pozostaje zagranie na innym poziomie trudności, inną klasą i flirtując z innymi postaciami. Jest tyle ścieżek do wyboru, że chce się wrócić do gry i sprawdzić co się stanie, gdy nieco inaczej rozwiążę tę lub tamtą misję.
To ogromny świat Science-Fiction, pełen ciekawych i barwnych bohaterów, różnorodnych ras - tych humanoidalnych i tych mniej, zaskakujących zwrotów akcji i genialnych rozwiązań personalizacji swojego bohatera.
Nie trzeba grać w pierwszą część, by poznać Mass Effect 2, ale mimo wszystko rekomenduję to, gdyż świat przedstawiony zyskuje wtedy dwukrotnie na wartości i bogactwie.
Oceniam angielską wersję gry. Jeżeli kogoś interesuje na ile oceniłbym wersję PL, to wystarczy, że odejmie sobie od końcowej oceny półtora oczka (całe jedno za aktorów psujących postacie i pół za nieudane próby modulacji głosu).


Dziękujemy firmie Electronic Arts Polska za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

9.5
Ocena recenzenta
9.29
Ocena użytkowników
Średnia z 17 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 6
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Mass Effect 2
Seria wydawnicza: Mass Effect
Producent: BioWare
Wydawca: Electronic Arts
Dystrybutor polski: EA Polska
Data premiery (świat): 26 stycznia 2010
Data premiery (Polska): 28 stycznia 2010
Platformy: Xbox 360, PS3
Strona WWW: eu.masseffect.com



Czytaj również

Mass Effect: Andromeda
Chciałabym, ale się boję
- recenzja
Mass Effect 2
- recenzja
Mass Effect 2
- recenzja
Dragon Age: Origins
Umarł król, niech żyje król
- recenzja

Komentarze


twilitekid
   
Ocena:
0
76 godzin?! Przeskanowałeś wszystkie planety do stanu "depleted" czy jak? : )
17-03-2010 18:18
Squallu
   
Ocena:
0
Owszem ;] Ale dużo powrotów miałem w nadziei poszukiwania dodatkowych smaczków, wiesz przesłuchiwanie wszystkich reklam, rozmów npc.

Powiedzmy, ze sam świat gry też chciałem wyssać do poziomu "depleted" ;]

Zakładamy, że fan a nie psychopata jak ja miałby coś koło 50-60 godzin, bez siedzenia cały dzień tylko na zbieraniu surowców i czytaniu opisu każdej planety.
17-03-2010 19:30
Avalanhe
    Poziom recenzji...
Ocena:
0
Recenzja bardzo profesjonalnie napisana. Czyta się bardzo płynnie i w zasadzie nie mam się do czego przyczepić.
Szczerze mówiąc bałem się, że nie dasz rady się zdystansować do tematu ale udało Ci się doskonale.

Gratz :D

Co do gry to się wypowiem jak wreszcie zagram (szczęśliwie na PCcie możemy sobie "zrobić" spolszczenie kinowe) :D
17-03-2010 19:40
twilitekid
    @Squallu
Ocena:
0
No ja czytałem opis każdej planety. Surowce zbierałem, kiedy rzeczywiście mi się chciało, ale często do poziomu moderate czy poor ; ). Później juz mi sie nie chciało i tylko zwiedzałem, czytałem i szukałem anomalii. Powrotów też miałem trochę. I tak dobiłem 49h ; ).

W każdym razie, szacun za wytrwałość ; ).
17-03-2010 21:45
Squallu
   
Ocena:
0
Dziś odpaliłem postać od 1 lvl i gram na Insane - ciężko jest nie ma co... Jeden wkurzony kroganin potrafi mi ładnie w szeregach narobić spustoszenia.
17-03-2010 23:20
Sony
    Ja ukończyłem na Insane
Ocena:
+1
Niestety save z ME1 trafiło :( i musiałem się zadowolić standardowym poczatkiem.

Generalnie mam zachwane dwa zakończenia :

Jedno mega złe :) - czyli wszyscy zginęłi - więc nici z importu do ME3

Jedno mega pozytywne :) czyli wszyscy przetrwali + uratowana załoga Normandii. Najbardziej mi zależało na Kelly - która jest najważniejszym członkiem załogi - KARMI RYBKI, chomik to twardziel, a ryby są "mientkie" i szybko zdychają bez jedzenia. :)
18-03-2010 07:16
arakin
   
Ocena:
0
Fajna recenzja :)
19-03-2010 07:43
Squallu
   
Ocena:
0
Miło mi. Staram się pisać w miarę obiektywnie ale i z namiastką wrażeń jakie odczuwa się grając.
19-03-2010 10:26
~MWC

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Uwaga - "kamuflażu", nie "kamuflaża" - warto by raz jeszcze oddać tekst do redakcji i korekty, bo błędów językowych przejawia mnogość. Merytorycznie zaś niezły, znać recenzenta zażyły stosunek z tytułem :)
20-03-2010 00:32
Squallu
   
Ocena:
0
Poprawiłem. dziękuję za uwagę. Dwie korektorki "mnogości" nie zauważyły a faktycznie owy kamuflaż. Dziękuję za uważne czytanie mojego tekstu.
20-03-2010 02:31
Adahl
   
Ocena:
0
Po pierwsze. Nie ma tekstów idealnych i nawet po najlepszej korekcie błędy czasem występują. Po drugie, z całej tej "mnogości" wskazałeś jeden. Jeśli pokażesz inne, chętnie je poprawimy, ale proszę też nie przesadzaj. W gazetach widywałem teksty z większą ilością błędów. Dzięki za uwagi :)
20-03-2010 12:36
Avalanhe
    Czy to jakaś tradycja??
Ocena:
+1
Dlaczego zwykle krytykę bez przytoczonych argumentów dodają "użytkownicy niezarejestrowani".
Radosna anonimowość w internecie...nich ją szlag trafi!!
20-03-2010 19:22
Squallu
   
Ocena:
0
Chłopaki. Jestem otwarty na wszelką konstruktywną krytykę.

"Czas nas uczyy pokooory.." (nucę a nawet nie pamietam kto to śpiewa ;p)
20-03-2010 20:15
Czarny
   
Ocena:
0
W oryginalne jest "pogody", nie pokory. Grażyna Łobaszewska. :)
21-03-2010 21:38
Squallu
   
Ocena:
0
xD wiedziałem xD Moja dziewczyna też mi to mówiła xD ale pokora jakoś bardziej do kontekstu sytuacji pasowała xD
22-03-2010 12:47
~Biesiarz

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
jeżeli chodzi o tą grę, to z czystym sumieniem polecam. szczególnie że jest więcej dodatków niż do Dragon Age, a następne już nadchodzą (nowa grywalna postać hip hip... hura, hura, hura). 76h!!!! szaleniec, szatan nie gracz.
29-03-2010 23:03
Sternik
   
Ocena:
0
Bardzo solidna, i prawdziwa ;) recenzja
02-05-2010 20:45

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.