» Teksty » Felietony » Wieczny Batman

Wieczny Batman


wersja do druku

Gawędy o cyklach #1

Autor: Redakcja: Tiszka

Wieczny Batman
Choć Wieczny Batman nie jest najobfitszym w albumy cyklem powstałym w ramach Nowego DC Comics, to zapewne jednym z najobszerniejszych. Dość powiedzieć, że w trzech tomach czytelnicy mierzą się z około 1200 stronami wypełnionymi zwrotami akcji, widowiskowymi scenami oraz dziesiątkami złoczyńców i herosów. Czy warto zagłębić się w tak rozległą opowieść?

Wieczny Batman to cykl niezwykły już z samego założenia. Kilkudziesięciu scenarzystów i grafików nakreśliło gigantycznych rozmiarów historię kręcącą się wokół nieśmiertelnych prób pokonania zamaskowanego stróża Gotham. Powód? W 2014 roku Batmanowi stuknęło już 75 lat!

Na liście scenarzystów zameldowali się m.in. John Layman, Tim Seeley, Kyle Higgins, Ray Fawkes, a na ich czele staneli prowodyrzy całego zamieszania, czyli Scott Snyder (Amerykański Wampir) oraz James Tynion IV (Detective Comics). Przy tak obszernym dziele potrzebne było również mrowie ilustratorów, m.in. R. M. Guera (Skalp), Jason Fabok (Liga Sprawiedliwości), Dustin Ngyuen (Superman/Batman) czy Rafael Albuquerque (Amerykański Wampir).

A fabularnie? Młody porucznik Jason Bard trafia do policji Gotham jako protegowany samego komisarza Gordona. Nie dane mu jest jednak zacieśnienie więzi ze słynnym stróżem prawa. Gordon popełnia błąd w trakcie jednej z akcji, a w konsekwencji giną dziesiątki osób. Szybko okazuje się, że wtrącenie komisarza za kratki to tylko początek wojny wypowiedzianej Batmanowi i jego pomocnikom.

Najbardziej irytuje potworna wręcz wtórność jednego z rozwiązań fabularnych. Batman co i rusz zbliża się do odkrycia tożsamości skrytego za murem innych łotrów głównego antagonisty, lecz w ostatniej chwili okazuje się, że za jego plecami czai się kolejny, jeszcze groźniejszy. I tak kilka razy w trakcie lektury. Zrozumiałbym, gdyby taka sytuacja miała miejsce raz czy dwa na kartach całej serii, ale już po pierwszym tomie twórcy nie pozostawiają złudzeń i później zgodnie z przewidywaniami grają tą kartą do upadłego. Wielka szkoda, bo wpływa to negatywnie także na pozostałe zwroty akcji, które zwyczajnie przestają oddziaływać na świadomość odbiorcy.

Można też odnieść wrażenie, że w omawianym cyklu Batman został spłaszczony, nie poznajemy go od strony detektywa budzącego respekt błyskotliwymi posunięciami, a jedynie mocarza, który świetnie radzi sobie w starciach. Scenarzyści próbowali dodać także wątek miłosny, niestety nieudolnie i w pewnym momencie sprawia on wrażenie porzuconego również przez twórców, sprowadzając się w gruncie rzeczy do paru bardzo krótkich scen. Jedyne, co faktycznie można zaliczyć na plus w przypadku Batmana, to odczuwalna i przytłaczająca go bezsilność, związana z trudną sytuacją panującą w mieście.

Pozostałe postacie też nie wypadają najlepiej – ich ogromna wręcz liczba, zarówno tych negatywnych, jak i pozytywnych, potrafi wprawić w niemałe zdumienie: w końcu jedną z największych zalet Gotham poza Gackiem są jego jakże charakterystyczni oponenci i sprzymierzeńcy. Lecz radość ze spotkania tak licznej gromadki herosów i antybohaterów w jednym komiksie ulatuje bardzo szybko. Niestety, większość z nich zlewa się w jednorodną plamę, spośród której wyróżniają się jeszcze bohaterowie pokroju Red Hooda czy Batgirl, ale już wizerunki antagonistów nie doczekały się należnej im kreacji.

Nie po raz pierwszy Bane to zaledwie góra mięśni, dumna i potężna, ale nie wybijająca się bystrością umysłu, Clayface to tylko zmiennokształtny złoczyńca, a Pingwin poza jedną sceną właściwie nie oferuje niczego ciekawego. Antybohaterów jest o wiele więcej, wymieniłem ledwie drobną ich część, lecz poważne spłycenie dotyka tak samo słynnych łotrów, jak i tych mniej znanych. Najlepiej wypadają Catwoman, do której przemiany dochodzi może ciut zbyt szybko, ale tak proces, jak i efekt spokojnie można nazwać intrygującymi, oraz Falcone przejawiający choć odrobinę polotu. Są wprawdzie jeszcze dwie negatywne postacie warte uwagi, lecz ze względu na ich późne wkroczenie na scenę, nie zdradzę personaliów.

Scenarzyści nie popisali się także w innym aspekcie – w pewnym momencie pojawia się parę dialogów świadczących o wewnętrznych kłopotach grupki herosów, którzy przestali działać ramię w ramię. W obliczu zagrożenia całego miasta postanawiają na powrót zacieśnić współpracę, ale jest ona bardzo korespondencyjna i sprowadza się do raptem parunastu kadrów. O wiele pozytywniejszego tonu można użyć w kontekście ich relacji z Alfredem Pennyworthem i jego córką Julią, w których widać spoiwo łączące „pelerynowate” indywidua.

Chociaż sporo narzekam, to jest to głównie efekt zmarnotrawienia potencjału wystarczającego na twór o dwie klasy lepszy, o bardziej frapujących rozwiązaniach fabularnych niż kolejkowanie antagonistów, z którymi będzie musiał zmierzyć się Nietoperz. Są jednak także strony pozytywne i docenią je przede wszystkim lubujący się w dynamicznych scenach. Jako że łotrów ci u nas dostatek, to i solidnego mordobicia nie zabraknie, w dodatku okraszonego porcją strzelanin czy pościgów. Dodajmy do tego paraliż całego, trochę przesadnie pustawego, Gotham oraz atmosferę zaszczucia pozytywnych postaci i oto w dłoniach trzymamy mieszankę, która, choć nieprzesadnie lotna, potrafi zadowolić w roli czytadła.

Pozytywne słowa należą się także za oprawę graficzną i choć wszystkich grafików nie ma sensu wymieniać, gdyż pochłonęłoby to cały akapit, to warto pochwalić tych najlepszych oraz wytknąć niedociągnięcia najsłabszym. Zacznijmy od tych drugich. David Lafuente stanowczo zbyt mocno popuścił wodze fantazji, efektem czego są plansze nie tyle słabe technicznie, co niepasujące do reszty cyklu, zaś wizerunki herosów przywodzą na myśl ich wersję młodocianą, a sylwetka Robina, który nagle w trzecim tomie staje się chłopcem, zwyczajnie razi.

Drugi tom otwierają za to udane plansze Jorge'a Lucasa, przy których Brett Smith nie pożałował tuszu; trzeba im oddać, że efekt prac jest klimatyczny. Świetne, o czym wspominałem przy okazji recenzji finalnego tomu, poradził sobie również Juan Ferreyra, posługujący się ciekawymi ujęciami i efektownymi kolorami. Intrygująco wypadły też proste ilustracje Joe’go Quinonesa, wzmocnione surrealistycznymi barwami Kelsey Shannon.

Jeśli komuś zależy przede wszystkim na pokaźnej porcji widowiskowej rozrywki, to zdecydowanie nie zawiedzie się na cyklu o Wiecznym Batmanie, lecz warto zauważyć, że zamysł twórców był o wiele ambitniejszy, tyle że nie udało się go wcielić w życie. Nietrudno spostrzec, iż scenarzyści nie udźwignęli ogromu postaci i wątków, część ledwie zarysowując i pozostawiając bez satysfakcjonującego rozwinięcia. Wieczny Batman to jeden ze świetnych przykładów na to, że dużo nie musi oznaczać świetnie. Na rynku znajdują się cykle wprawdzie bardziej kameralne, ale godniejsze uwagi.

7
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Batman : Wieczny Batman #1
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV, John Layman
Rysunki: Jason Fabok, Dustin Nguyen, Mikel Janin
Wydawca oryginału: DC Comics
Wydawca polski: Egmont
Data wydania polskiego: 20 marca 2016
Tłumaczenie: Marek Starosta
Liczba stron: 480
Format: 170x260 mm
Okładka: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328116290
Cena: 99,99



Czytaj również

Batman: Wieczny Batman #3
Długo, lecz czy dobrze?
- recenzja
Amerykański wampir #8
Wampiry w kosmosie
- recenzja
Batman #07: Ostateczna rozgrywka
Dwie strony tej samej monety?
- recenzja
Komiksowy Grudzień 2016
Przegląd zapowiedzi
Amerykański Wampir #7
Szklanka krwi - raz!
- recenzja

Komentarze Obserwuj


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.