» Recenzje » Wieczni Batman i Robin #1

Wieczni Batman i Robin #1

Wieczni Batman i Robin #1
Rozciągnięty na przeszło tysiąc stron Wieczny Batman, okazał się dziełem równie obszernym, co rozczarowującym. Mimo dziesiątek postaci, wątków pobocznych i mnóstwa wolt był to komiks ledwie przeciętny, gubiący szansę na skonstruowanie mocnej fabuły w gąszczu ambicji rozpasanej armii twórców. Z tego też względu nie miałem wielkich oczekiwań wobec albumu inaugurującego Wiecznych Batmana i Robina. I dawno żaden komiks mnie tak pozytywnie nie zaskoczył.

Kluczem do zrozumienia zastanej w albumie rzeczywistości, są inne serie wydawane ostatnimi czasy za sprawą Nowego DC Comics. To z nich czytelnicy mogli się dowiedzieć, że Bruce Wayne na skutek wydarzeń z Ostatecznej rozgrywki nie wymyka się już nocami z luksusowej willi, a miejsce Mrocznego Rycerza zajął „zmechanizowany” i działający pod banderą gothamskiej policji James Gordon. Te nowości można też wysondować z paru początkowych dialogów, lecz znajomość pozostałych cykli, na czele z Wiecznym Batmanem, jest przydatna również z innego względu – poza Gackiem czy Robinami spotkamy więcej postaci z nietoperzej rodzinki. I nie tylko z niej.

Wayne nie jest już Batmanem, zaś na Robinów poluje morderca – w tym zdaniu można zawrzeć niezbyt porywający wstęp komiksu. Całe szczęście bardzo szybko przekonujemy się, że zagadka jest o wiele poważniejsza i sięga początków Mrocznego Rycerza, kiedy to Batman, śledząc Stracha Na Wróble, spotkał handlarkę ludźmi, tzw. Matkę. Dick Grayson był już wówczas Robinem, ale Nietoperz usilnie starał się go trzymać z dala od sprawy. Teraz to jednak na jego barkach spoczywa ciężar poznania planów Matki i natury jej dawnych relacji z Batmanem.

Pomysł na cykl wypłynął ze strony Scotta Snydera (Amerykański Wampir), którego ideę w największej mierze rozwinęli współpomysłodawca James Tynion IV (Szpon) i Tim Seeley (Grayson). Panowie przedstawili mniej rozbudowaną historię niż tą znaną z Wiecznego Batmana, ale to nie powód do narzekań, bo jest ona wyraźnie ciekawsza. Początkowe kilkanaście stron albumu nie powala, lecz później jest już tylko lepiej. Retrospekcje oraz dręczące Dicka Graysona wątpliwości mieszają się z obecnymi czasami, w których wraz z m.in. Red Robinem oraz Red Hoodem starają się przetrwać zakusy tajemniczego mordercy oraz odnaleźć Matkę. Po drodze do celu czeka ich równie tyluż niespodziewanych sojuszników, co i wrogów. Zwrotów akcji jest tu więc wiele i tym milsze zaskoczenie, że nie znalazły się wśród nich zwroty bzdurne, a niektóre potrafią znacznie wydłużyć czas spędzony z komiksem w dłoni. Tu zresztą ujawnia się kolejna zasługa scenarzystów, którzy stopniowo odkrywają karty, odmalowując nie tylko postać Matki, ale też jej sprzymierzeńców i naturę prowadzonej przez nich działalności. To właśnie główna linia fabularna powoduje chęć poznania całej historii, bo wątki poboczne już tak interesujące nie są. A że doprawiono ją całkiem zręcznie odmalowanymi relacjami poszczególnych bohaterów, na czele z „robinowskim” trio, to tylko zwiększa przyjemność płynącą z lektury. Warto nadmienić, że o ile w przypadku Wiecznego Batmana efektownych starć i dynamicznej akcji nie brakowało, tak teraz jest ich może mniej, za to stanowczo lepiej wpasowują się w historię i ilość nieuzasadnionego efekciarstwa drastycznie spadła.

Fabularnie nie możemy mówić o ideale, bo scenarzyści nie ustrzegli się paru błędów. Czasem zdarzy się zgrzyt w postaci sztucznej kwestii któregoś bohatera, innym razem protagonistom coś pójdzie za gładko, ale w skali niemal 300-stronicowego albumu nie są to szczególnie dotkliwe wady. Najpoważniejszą jest pewna scenka, która budzi obawy, czy aby twórcy siląc się na mocniejsze zagmatwanie historii w dalszej jej części nie zbratają się ze sztampą. Na to pytanie odpowie jednak dopiero kolejny tom.

Ilustracjami zajęli się głównie Tony Daniels, Scot Eaton, Alvaro Martinez, i wszyscy trzej sprawili się przyzwoicie. Rysunki są przejrzyste i szczegółowe zarazem, a jak na komiks nastawiony w dużej mierze na intensywną akcję – także dynamiczne. Najlepsze wrażenie robią te Danielsa, właśnie dzięki ich efektowności. Jedynym, co można zarzucić grafikowi, jest jego maniera do częstego eksponowania postaci na połowę lub nawet całą planszę. O ile w niektórych scenach buduje to napięcie, to już w innych wydaje się zupełnie zbyteczne. Bardzo dobre prace wyszły też spod ręki Alvaro Martineza, który wraz z odpowiedzialnymi kolejno za tusz i kolory Raulem Fernandezem oraz Sandrą Moliną świetnie posłużyli się ciemniejszymi tonacjami. Najsłabiej z wymienionej trójki zaprezentował się Scot Eaton. Mimo iż starał się dotrzymać kroku pozostałym grafikom pod względem dynamiki plansz – i można stwierdzić, że mu się to udało – to jednak pustawy drugi plan daje o sobie znać, psując wrażenia z całości.

Wieczni Batman i Robin to świetny dowód na to, że nie warto spieszyć się ze spisywaniem na straty niektórych cykli. Momentami scenarzyści balansują blisko przekombinowania i przepychu, wszakże nie przeszkadza to w odbiorze tej posępnej, złożonej, a miejscami również bardzo personalnej dla Robinów historii. Warto zagłębić się w opowieść o Matce, licząc, że autorzy udźwigną temat do końca i zapewnią jeden z najlepszych kąsków Nowego DC Comics.

8.5
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Wieczni Batman i Robin #1
Scenariusz: James Tynion IV, Scott Snyder
Rysunki: Tony S. Daniel, Tim Seeley, Steve Orlando
Wydawca: Egmont Polska
Data wydania: kwiecień 2017
Tłumaczenie: Marek Starosta
Liczba stron: 288
Oprawa: twarda
Druk: kolorowy
ISBN: 978-83-281-1970-3
Cena: 89,99 zł
Wydawca oryginału: DC Comics



Czytaj również

Batman - Detective Comics #7: Anarky
Gotham takie anarchistyczne
- recenzja
Amerykański wampir #8
Wampiry w kosmosie
- recenzja
Superman/Batman #4: Zemsta
Policz moich superbohaterów
- recenzja
Batman #07: Ostateczna rozgrywka
Dwie strony tej samej monety?
- recenzja
Batman: Wieczny Batman #3
Długo, lecz czy dobrze?
- recenzja
Baśnie (wyd. zbiorcze) #21: Długo i szczęśliwie
Zbliżając się ku końcowi
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.