» Teksty » Artykuły » Vis Comica Polonica

Vis Comica Polonica


wersja do druku

Czyli komiksy humorystyczne w Polsce

Autor: Redakcja: Julian 'Mayhnavea' Czurko

Vis Comica Polonica
Poza nielicznymi tytułami skierowanymi do najmłodszych czytelników, występuje w Polsce jeden typ komiksu, który ma się całkiem dobrze – to komiks humorystyczny. Jest on przyswajany mimowolnie, podczas lektury gazet i/lub czasopism. Naturalnie, teoretycy mogą się spierać, czy rysunki satyryczne to już komiksy, ale nawet jeśli pominąć jednoobrazkowe żarty Mleczki albo Raczkowskiego, to krótkich form w prasie nie brakuje, a paski pozostają stałym elementem szpaltowego krajobrazu. Oczywiście, nie sposób orzec, czy zainteresowany polityką Kowalski przypłaciłby palpitacją serca zniknięcie cyklicznego komiksu z łamów swojej ulubionej gazety. Pozostaje jednak faktem, iż przynajmniej wydawcy, być może wychowani na wieloletnim mariażu Filutka z Przekrojem, widzą w obrazkowych historyjkach sposób na urozmaicenie oferty. Na tym całkiem optymistycznym tle rysuje się smutny obraz codziennego życia komiksu humorystycznego w formie albumowej. Tomasz Kołodziejczak podczas jednego ze spotkań na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi przyznał, że wyniki komercyjne tego typu publikacji nie są zadowalające. Z tego powodu po czterech odsłonach zniknęły takie tytuły jak Jeremi, Mały Sprytek, Titeuf i Kid Paddle. Pod koniec ubiegłego roku Egmont postanowił jeszcze raz wejść do tej samej wody i reaktywować dwa ostatnie tytuły, dodając do nich propozycję dla dziewcząt w postaci serii Lou!. Niestety, już wczesną wiosną bieżącego roku fora internetowe obiegła wieść, że eksperyment się nie powiódł i francuskim cyklom humorystycznym może grozić ponowna hibernacja. Ostatnie doniesienia, pomimo podwyżki cen, są bardziej optymistyczne, a plany utrzymania serii zweryfikuje najbliższa przyszłość. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ludzie, którzy na co dzień zaśmiewają się przed ekranem komputera z biurowych przygód Dilberta nie kwapią się, by mieć go na półce? Dlaczego dzieci, które wyrastają z Kaczora Donalda, nie dzielą pierwszych erotycznych fascynacji Titeufa i Sprytka? Być może przyczyna jest wciąż jedna i ta sama: brak kultury i potrzeby czytania komiksów potęgowany przez czynniki ekonomiczne. Szukanie odpowiedzi na to pytanie nie jest jednak celem niniejszego tekstu. Zamiast tego chciałbym zaproponować dość subiektywny ranking wydanych (lub wydawanych) w ostatnim w czasie w Polsce albumów z komiksami humorystycznymi. Instrukcja obsługi Jakie przyjąłem kryteria selekcji?
  • Po pierwsze, za komiks humorystyczny uznaję przede wszystkim (choć nie trzymam się tego bezwarunkowo) publikację zbierającą krótkie żarty – paski lub jednoplanszowe historyjki, zazwyczaj z tymi samymi bohaterami lub tworzone przez jednego autora.
  • Po drugie, eliminuję wszelkie reedycje. Wybacz, Asteriksie, i wy, Kajko i Kokoszu.
  • Po trzecie, nie biorę pod uwagę zinów i produkcji okazjonalnych, tworzonych bardziej dla zabawy, niż dla osiągnięcia wielkiego sukcesu wydawniczego. Wyklucza je również brak przynależności do pierwszej kategorii.
  • Po czwarte, tylko siłą realiów rynku piszę niemal wyłącznie o komiksach ukazujących się nakładem Egmontu. Tak się jednak składa, że głównie to wydawnictwo na poważnie myśli o rozwijaniu poczucia humoru polskich czytelników.
  • Po piąte, Kaczora Donalda (wraz ze wszystkimi spin-offami) odrzucam ze względów apolitycznych. Choć tytuł ten robi wiele dobrego dla młodych fanów komiksu, na razie brak dowodów, iż coś więcej z tego faktu wynika dla rozwoju rynku komiksowego w Polsce.
  • Po szóste i ostatnie, zapraszam do lektury z przymrużeniem oka, jak na tekst o komiksie humorystycznym przystało. Jeśli pominąłem jakąś niezwykle ważną pozycję, można w ciemno założyć, iż uczyniłem tak z premedytacją.
10. Umpa-pa Jeżeli źle jest z komiksem prasowym wydawanym w formie albumowej, to co powiedzieć o dłuższych, lecz przesyconych humorem opowieściach? Poza wznawianym nieśmiertelnym Asteriksem, którego przeżyć mogą chyba tylko Kajko i Kokosz (i Kaczor Donald, gdyby ktoś miał wątpliwości), na tym polu panuje prawdziwa posucha. Choćby z tego powodu warto odnotować polską edycję klasycznego francuskiego komiksu autorstwa dobrze znanych Rene Goscinny’ego i Alberta Uderzo. Wydanie albumowe należy przy tym uznać za naturalną kolej rzeczy, gdyż przygody dzielnego rdzennego Amerykanina i jego nie mniej odważnego francuskiego przyjaciela pojawiły się już na łamach Świata Komiksu. Periodyk umarł śmiercią naturalną już pewien czas temu, ale wiele promowanych tam tytułów trafiało później na sklepowe półki. Umpa-pa z pewnością również na to wyróżnienie zasłużył. Gruby, liczący prawie dwieście stron album zbiera pierwsze komiksy serii Goscinny'ego i Uderzo. Za jego pośrednictwem przenosimy się w późne lata pięćdziesiąte i wracamy do korzeni historii obrazkowych dla młodych czytelników. Recepta na dobrą fabułę uderzająco przypomina tę znaną z przygód niepokonanych Galów. W rolach głównych występuje para bohaterów, a głównym tematem żartów są różnice kulturowe i narodowe. Przewijająca się w tle kolonizacja Ameryki pozwala również wprowadzić nacje europejskie i eksponować ich stereotypowe przywary. Brzmi znajomo? Naturalnie, indiańska siła humoru nie może się równać galijskiej, a części tomów brakuje porywających fabuł, lecz lektura Umpa-py nie sprawia przykrości. I choć od narodzin komiksu minęło już pół wieku, wciąż można się na nim uczyć, jak tworzyć eleganckie, przejrzyście narysowane opowieści.
9. Garfield Już słyszę pełne oburzenia głosy obrońców zwierząt i wielbicieli najbardziej leniwego kota świata komiksu. Sądzę, że gdyby zrobić ankietę na najbardziej znanego zwierzaka posiadającego własną serię, znalazłby się na podium razem z Kaczorem Donaldem (o ile tego można zaliczyć w poczet zwierząt). W Polsce pomarańczowy kocur posiada bodajże najliczniejszy zbiór publikacji ze swoim udziałem. Pierwsze zeszyty ukazywały się jeszcze w czasach TM-Semic, by niebawem ustąpić miejsca niewielkim tomikom Egmontu. W późniejszym okresie oferta firmowana nazwiskiem Jim Davisa znacznie się poszerzyła, a i same zbiorki pasków nabrały obfitszych kształtów, doczekując się kilku podserii. Podstawowym problemem Garfielda wcale nie jest nadwaga, lecz powolne zjadanie ogona własnej konwencji (uwaga na kłaczki). Przeczytanie kilkunastu albumików i pochłonięcie dwóch lub trzech tysięcy pasków o jedzeniu pączków, obślinionym mózgu Odiego i bogatej osobowości Jona pozwala zauważyć pewną powtarzalność pomysłów. Naturalnie, każda seria o tak bogatej historii i autonomicznej konwencji opiera się na powracających motywach. Niestety, Jim Davis zbyt rzadko wybiera wyczerpujący się najwolniej dowcip abstrakcyjny, za często stawiając na żarty sytuacyjne. Obracanie jednej sytuacji na sto sposobów bawi zagorzałego fana, lecz ukazuje zarazem brak świeżości. Nie znaczy to, że Davis unika zabawy formą komiksu i nie zaskakuje nieoczekiwanymi skojarzeniami. W statystycznym pasku woli jednak nawiązywać do świata, który już stworzył, niż szukać nowych przestrzeni. Może z tego powodu Garfield jest komiksem, z którego się wyrasta, lecz do którego zarazem z przyjemnością się wraca?
8. Lucky Luke Albumy z przygodami najszybszego kowboja Dzikiego Zachodu nie ukazują się w Polsce wedle klucza chronologicznego. Spośród bardzo bogatej oferty wydawca wybiera coraz to nowe epizody i rozwija cykl, który niebawem doczeka się u nas dziewiętnastej odsłony. Morris i Goscinny stworzyli prawie trzy razy tyle, więc – o ile Egmont nie zrezygnuje z tego tytułu – komiksy o Lucky Luke'u będą czytać jeszcze nasze wnuki. Fani serii mieli prawo czuć ostatnio rozczarowanie. Co najmniej kilka tomów prezentowało dość przeciętny poziom, wywołując wrażenie efektu "odcinania kuponów". Na szczęście, Billy Kid to powrót Goscinny’ego do starych sprawdzonych wzorów, które stały za sukcesem takich epizodów jak Wrażliwa stopa czy Jesse James. Oto "jeździec znikąd przybywa do miasteczka, które gnębi jakiś problem", w tym przypadku: legendarny przestępca, Billy Kid. Obrońca prawa i porządku rozpoczyna rozprawę z desperado od poznania społeczności, którą ma uratować. Goscinny jak zwykle wykazuje się niezwykłą zdolnością stworzenia kompletnego zestawu charakterów zamieszkujących niewielkie miasteczko. Każdej postaci przypisuje jeden charakterystyczny motyw, zazwyczaj wadę, i opiera na nim kilka komicznych sytuacji. Aby zwyciężyć, Lucky Luke musi przełamać strach ofiar Billy’ego i przemienić przywary mieszkańców w zalety. Czyni to, stosując jedną ze swoich tradycyjnych metod: poprzez przejęcie sposobu działania przeciwnika. Wiele wskazuje na to, iż również Goscinny'emu najlepiej wychodzi poleganie na sprawdzonych metodach.
7. Kid Paddle Gdy seria autorstwa Midama nie przyjęła się na polskim rynku, znalazła bezpieczną przystań w czasopiśmie CyberMycha, magazynie o grach komputerowych skierowanym do młodszych czytelników, wydawanym przez Egmont. W każdym numerze ukazywała się jedna historyjka o przygodach maniaka konsol i automatów z grami. Nic dziwnego, że również na łamach periodyku pojawiły się liczne reklamy Klubu Kawalarzy, w ramach którego Kid Paddle powrócił parę miesięcy temu. Niestety, liczna rzesza fanów gier nie była skłonna do wsparcia rynku komiksowego i Kid poza łamami CyberMychy ma – oby przejściowe – problemy. A szkoda, gdyż tytuł ten to spełnienie marzeń każdego, kto nie ma wątpliwości, że komputer służy do grania, nie do pracowania. Sam Kid nie jest postacią wybitnie oryginalną. Wpisuje się raczej w model niesfornego urwisa, który świetnie dogadałby się z Titeufem i Calvinem. Jego zamiłowanie do wszystkiego, co ohydne, niechęć do nauki i ciągła pogoń za wymyślnymi zabawami są przedstawione w sympatycznej formie, ale nie stanowią o wyjątkowości komiksu. Oryginalność ujawnia się tam, gdzie autor zbliża się do głównego tematu cyklu. Gry komputerowe wkraczają w świat Kida na dwa sposoby: w salonie z automatami lub przenosząc czytelnika w sam środek rozgrywki. W tym pierwszym przypadku pojawia się najczęściej humor sytuacyjny i gagi polegające na przeniesieniu zachowań z gry do świata realnego i vice versa. Znacznie ciekawiej wypadają jednak te żarty, w których Midam w krzywym zwierciadle przedstawia logikę rządzącą platformówkami. I o ile Kid łatwo obyłby się bez paczki kumpli, o tyle bez Blorków i mierzącego się z kolejnymi pułapkami ludzika (przypominającego z wyglądu Galla) seria straciłaby wiele ze swego uroku. Śledząc perypetie Kida, warto zwrócić także uwagę na bardzo ciekawy model rodziny obecny w komiksie. Główny bohater ma jeszcze siostrę (potencjalną ofiarę żartów) i jest wychowywany przez samotnego ojca. Tata Kida nie należy przy tym do typu "macho", więc bez wahania przyjmuje wszystkie kobiece obowiązki. Kid z pewnością nie uznaje go za wzór do naśladowania, lecz ciamajdowatość ojca w zetknięciu z bujną wyobraźnią syna stanowi dodatkowy pretekst do budowania komicznych sytuacji. Kid Paddle ma jeszcze jeden atut: nie podchodzi do gier dosłownie i nie kieruje się modą. Dzięki temu kanwą scenariuszy nie stały się gry brutalne lub łatwo rozpoznawalne. Zamiast tego nacisk położony jest na sam fenomen wirtualnej rozrywki, co gwarantuje, że przy Kidzie będziemy się śmiać jeszcze za wiele lat.
6. Titeuf We Francji nie może się z nim równać nawet Asteriks. Milionowe nakłady, serial animowany, ważny element oferty edukacyjnej. Tymczasem Titeuf to "zaledwie" komiks o chłopcu, który chce się dowiedzieć paru rzeczy o świecie. A ponieważ świat nie zawsze chce udzielać mu odpowiedzi, musi ich szukać na własną rękę, niekiedy wspierany przez paczkę rówieśników. Jak każdy chłopiec wkraczający w wiek nastoletni, Titeuf interesuje się przede wszystkim seksem. Jego świadomość spraw związanych z dorastaniem pozostaje jeszcze mocno nierozwinięta i przyswaja wiele informacji w sposób mimowolny. To nie trochę starszy Sprytek, który już wie "co i jak", lecz dzieciak brzydzący się dziewczynami. Trudne pytania, które zadaje w wielu odcinkach swoich przygód, są formułowane tak, by zaakcentować jego brak wiedzy. Ten zabieg ma na celu nie tylko wywołanie efektu komicznego, ale także ukazanie głębszych przyczyn ignorancji i wynikających z niej uprzedzeń oraz okrucieństwa. Humorystyczne epizody z codziennego życia jajogłowego chłopca można czytać jako miniwykłady, lekcje tego, jak należy postępować w stosunku do innych. Wiarygodne i bardzo życiowe motywy do scenariuszy dostarcza Midamowi wielokulturowa francuska rzeczywistość, w której dzieci nieustannie spotykają się z odmiennością. Naturalnie, sam Titeuf nie zawsze wykazuje się autorefleksyjnością i nie potrafi dostrzec, że zachowuje się paskudnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że do młodego czytelnika to przesłanie trafi. Titeuf nie ma w Polsce lekko. W kraju, w którym wychowanie seksualne to pieśń przyszłości, trudno marzyć o powodzeniu komiksu opowiadającego tak swobodnie, z wyczuciem i bez tabu o sprawach związanych z cielesnością.
5. Dilbert Spośród komiksów obecnych w tym zestawieniu prawdopodobnie tylko Garfield jest znany równie szerokiemu gronu polskich odbiorców. Spore zasługi na tym polu ma Gazeta Wyborcza na której papierowych i elektronicznych łamach komiks Scotta Adamsa gości od wielu lat. Mogłoby się wydawać, że Dilbert to komiks przeznaczony wyłącznie dla rzesz pracowników biurowych, którzy najszybciej rozpoznają sytuacje znane z codziennej praktyki. I choć nie ulega wątpliwości, że tak zdefiniowany docelowy odbiorca wyłapie więcej niuansów i odczyta każdy na dodatkowym poziomie, nie sposób powiedzieć, że mamy do czynienia z komiksem hermetycznym. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki Adamsowi, który potrafi w przystępny sposób zarysować sytuację, a potem ukazać ją w absurdalnym kontekście. Kolejne żarty nabierają na sile, przetaczając się po czytelniku jak wielka kula śniegowa. Gdy wydaje się, że jego bohaterowie osiągnęli szczyt głupoty, Adams udowadnia, że zawsze stać ich na więcej bezinteresownego cynizmu. Najpoważniejszą trudnością w lekturze Dilberta może być właśnie wielość postaci. W firmie pracuje cała galeria osobliwych indywiduów z upiornym dyrektorem na czele. Każdy ma swoje charakterystyczne cechy (a raczej uciążliwe przypadłości), które należy poznać, by w pełni rozumieć sens dowcipów. Z tego powodu, o ile nie zna się wszystkich bohaterów "z imienia", warto czytać albumiki naraz, jednym ciągiem. Ten zabieg pozwala wczuć się w korporacyjną atmosferę i nie dać wgnieść w ziemię przez wspomnianą śniegową kulę, lecz zabrać razem z nią. Co ciekawe, Dilbert to komiks niezwykły z jeszcze jednej przyczyny – jego tytułowy bohater nie jest głównym obiektem żartów. Nie jest nawet źródłem dominującego w komiksie typu humoru. To raczej obserwator absurdalnych sytuacji, zwykły człowiek w trybach wielkiej korporacyjnej machiny. Może dlatego tak łatwo się z nim utożsamić?
4. Muminki Do komiksu Tove Jansson najlepiej pasuje określenie "zjawisko". Przede wszystkim w oczy rzuca się rzadko dziś spotykana, nieco archaiczna forma narracji. Poszczególne historyjki z życia Muminków liczą sobie po kilkadziesiąt stron podzielonych na trzykadrowe paski. Te "stripy" nie są jednak wyraźnie od siebie oddzielone, przechodzą płynnie jeden w drugi. Trudno przy tym powiedzieć, że poszczególne historyjki są tworzone z myślą o efektownej, zabawnej puencie. Gdzie tu zatem humor? Jansson ukryła go przede wszystkim w słowie i w jego kontekście. Muminki są w znacznej mierze komiksem o treści odnoszącej się do zjawisk społecznych i relacji międzyludzkich, zwłaszcza rodzinnych. Żartu należy zatem szukać w pojedynczych kadrach i obserwacjach bohaterów, którzy często wygłaszają sentencje odnoszące się bardziej do świata ludzi, niż tylko i wyłącznie do własnego, muminkowego uniwersum. Niemal każda z takich wypowiedzi stanowi niewielką, ale bardzo przenikliwą satyrę. Nie są to gagi, po których "zrywa się boki" ze śmiechu, lecz subtelne "szpilki", które Jansson wbija społeczeństwu i kreowanym przez nie stereotypom. Takie ukłucia wywołują najpierw trwający dwie sekundy lekki uśmieszek, a następnie zmuszają do znacznie dłuższej zadumy. Muminki zasługują na ciepłe słowo również dlatego, że są bardzo rzadkim przypadkiem komiksu, który przemawia kobiecym głosem i przyjmuje kobiecą perspektywę. Nie chodzi tylko i wyłącznie o osobę samej autorki, lecz również postaci, które dopuszcza do głosu. W komiksach o podobnie szerokim zasięgu i sławie naprawdę ze świecą szukać tak istotnej i wyrazistej (a przy tym mądrej) bohaterki kobiecej, jaką jest Mama Muminka.
3. Lou! Najlepsza z komiksowych mam nie jest jednak na obrazkowym froncie osamotniona. Również mała Lou, bohaterka komiksu autorstwa Julien Neel, może pochwalić się nieszablonową rodzicielką. Gra namiętnie na konsoli, pisze tandetne powieści fantastyczne (w których występuje jej alter ego – Lisica) i w wielu kwestiach wydaje się mniej dojrzała od swojej córki. Stanowi zatem absolutne przeciwieństwo ojca Kida Paddle i aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby ktoś wpadł na pomysł stworzenia crossovera. Lou! to komiks skierowany do rówieśniczek fanów Titeufa (czytaj: wkraczających w wiek nastoletni małych kobietek, które są już bardziej dojrzałe od chłopaków w swoim wieku). Na naszym gruncie powinien być naturalnym wyborem dla miłośniczek W.I.T.C.H., których przecież nie brakuje. W odróżnieniu od serii o czarodziejkach, komiks Neel, choć humorystyczny, porusza znacznie poważniejsze tematy i stara się, by tłem żartów były całkowicie wiarygodnie, "życiowe" sytuacje. Dlatego Lou żyje z samotną matką, która z kolei ma problemy ze swoją matką, a komplikacje w relacjach rodzinnych są stałym refrenem wielu epizodów. Nie zawsze wesołe realia nie ochładzają jednak nastroju komiksu, w którym dominuje pogodna i pełna pozytywnych emocji atmosfera. Lou! to tytuł, który najbardziej ucierpiał na zeszytowym formacie, w jakim wydawany jest Klub Dziewczyn i Klub Kawalarzy. Także w przypadku Titeufa i Kida Paddle widać, że przejście z A4 na B5 im nie służy, ale rozmiar zbrodni ujawnia się w pełnej krasie dopiero w przypadku komiksu Julien Neel. Kadry historyjek o Lou wypełnia wiele malutkich dymków, które oddają albo szybkie wymiany zdań albo teksty dobiegające z drugiego planu. Niestety, aby umożliwić odcyfrowanie wielu z nich wydawca powinien dołączyć lupę. Pomijając ten detal, Lou! pozostaje najciekawszą propozycją w ofercie maloformatowych publikacji Egmontu. Jeśli macie młodszą siostrę, która świata poza mangą nie widzi, podsuńcie jej komiks Julien Neel. Mądry, zabawny i różowy.
2. Nowa Plastelina Komiks Krzysztofa Ostrowskiego pojawia się w tym zestawieniu jako jedyny przedstawiciel sztuki humorystycznej polskiego autorstwa. Poza nim wśród rodzimych twórców mamy w tej kategorii prawdziwą pustynię. Naturalnie, utalentowanych satyryków (starszego i młodszego pokolenia) jest wielu, lecz mało który ogląda swoje rysunki satyryczne i stripy w formie albumowej. Co prawda w ostatnich latach zbiorczych publikacji doczekał się wreszcie Marek Raczkowski, a zeszycik Bears of War autorstwa Michała Śledzińskiego znalazł się jako miły dodatek w ofercie wydawnictwa Timof i Cisi Wspólnicy, lecz były to przypadki okazjonalne. Na bezrybiu i Ostrowski ryba? Ale za to jaka! Przede wszystkim niezwykle wszechstronna. Rysunki i paski Ostrowskiego, między innymi ze względu na wielość tytułów prasowych, w których się ukazywały, odnoszą się do rozmaitych pól tematycznych. Plastelina przylepia się do znanych osobistości z kręgów władzy oraz Polaków i ich narodowych wad, ale także do politycznie obojętnych produkcji filmowych i językowych skojarzeń. Na każdym z tych obszarów spojrzenie narratora charakteryzuje skłonność do wyolbrzymienia, niezwykle często znajdująca odbicie w karykaturalnie przerysowanym wizerunku bohaterów. Nie trzeba chyba dodawać, że większość dowcipów opiera się na abstrakcyjnych skojarzeniach. Ten absurdalny humor przywołuje na myśl twórczość Gary'ego Larsona. Częste sięganie po chwyt antropomorfizacji lub animizacji, a także brutalność humoru sytuują obu autorów bardzo blisko siebie. Ostrowskiego od amerykańskiego autora (szkoda, że tak słabo znanego w Polsce – tak, to jest apel!) odróżnia jednak brak zahamowań i tematów tabu. Jego język jest bardziej dosadny, nierzadko wulgarny – jak rzeczywistość, do której się odnosi. Również tam, gdzie Larson zapewne by się zatrzymał, uznając, że żart jest zbyt okrutny, Ostrowski śmiało przekracza granice potencjalnej autocenzury. Ostrowski ma dla nas butelki z benzyną, kamienie i… plastelinę. Nie wiem, czy polski przemysł muzyczny straciłby na rozwiązaniu pewnego "cool" rockowego zespołu, ale rynek komiksowy z pewnością nie może sobie pozwolić na zniknięcie jego wokalisty.
1. Calvin i Hobbes A skoro o Larsonie mowa… Kelvin i Celsjusz gościli jego rysunki (oraz wielu polskich komiksiarzy) na łamach zeszytów, które ukazywały się w połowie lat 90. Periodyk padł po dziesięciu numerach, lecz Calvin i Hobbes powrócili pod oryginalnymi imionami, w porządnym formacie i objętości zdolnej nasycić fanów niesfornego dzieciaka i jego pluszowego tygrysa. Dlaczego jest to najlepszy komiks humorystyczny ukazujący się w Polsce? Powodów jest tyle, ile pasków i plansz, którymi Bill Watterson zaszczycił ludzkość niegodną obcowania z jego twórczością. Aby oddać królowi co królewskie, wymieńmy najważniejsze z nich. Po pierwsze, uniwersalność. Calvin i Hobbes nie jest komiksem tematycznym, chyba że za temat uznamy ludzką kondycję i wszystko, co wiąże się z byciem mieszkańcem trzeciej planety od Słońca. Bez względu na to, gdzie mieszkamy, pewne problemy pozostają takie same. Dlaczego trzeba dorosnąć? Czy lato zawsze kończy się za szybko? Po co komu szkoła? Oczywiście, poza fundamentalnymi zagadnieniami pojawiają się i mniej poważne. Przykładowo: dokąd zmierzamy i co po nas pozostanie? Watterson unika pokusy żartowania z bieżących wydarzeń i bardzo dobrze na tym wychodzi. Po drugie, równowaga. W każdym albumiku znajdziemy żarty sytuacyjne i dłuższe serie zabawnie puentowanych pasków połączonych jednym tematem, a także jednoplanszowe rozważania, raczej refleksyjne niż nastawione na wywołanie śmiechu. Co godne pochwały, są one równomiernie rozłożone w obrębie tomików, dzięki czemu lektura nie nuży przesytem jednego typu humoru. Po trzecie, bohaterowie. Ci drugoplanowi, jak Zuzia, rodzice i pani Kornik, wygraliby w swojej kategorii każdego komiksowego Oscara. Pierwszoplanowi zaś, traktowani jako nierozłączny tandem, pozostają – niczym Kevin Arnold z kultowego serialu Cudowne lata – w zasadzie bez konkurencji. Właśnie tutaj Bill Watterson w pełni objawia swój geniusz. Posłużył się postacią niesfornego, często egoistycznego małego chłopca jak maską. Calvin, choć wielu rzeczy nie rozumie, stawia światu zarzuty, które podsuwa mu umysł dorosłego narratora. W ustach dziecka nawet najbardziej patetyczne deklaracje nie brzmią sztucznie, lecz budzą sympatię dla niewinności nieskażonej społecznymi normami. Calvinowi oczywiście rzadko udaje się wytrwać w swoich postanowieniach i już po paru kadrach przedkłada swoją wygodę nad wartości, których przed chwilą bronił. Jednak czyż nie tak zadziwiająco często postępują dorośli? Lubimy wracać do tego, co w naszym dzieciństwie było dobre. Takie wyprawy wraz z upływem czasu stają się coraz trudniejsze. Na szczęście mamy dobrego przewodnika. Titeuf i inni. "Nowa Fala" komiksu dziecięcego – artykuł Wojciecha Birka O komiksach na blogu Macieja 'repka' Reputakowskiego



Czytaj również

Titeuf i inni
"Nowa Fala" komiksu dziecięcego
Lucky Luke #35: Jesse James
Legendy Dzikiego Zachodu
- recenzja
Lucky Luke #5
I'm a poor lonesome cowboy...
- recenzja
Asteriks u Belgów
Ale dzielni ci Belgowie
- recenzja
Asteriks #22: Wielka przeprawa
Galowie za Wielką Wodą
- recenzja

Komentarze


Siman
   
Ocena:
+1
Tak a propos kondycji tego typu komiksów w Polsce* - z mojego punktu widzenia jako osoby, która wychowała się na Kaczorze Donaldzie (nadal mam w domu prawie wszystkie KD, Giganty, a do tego jeszcze niebieską reedycję Asteriksów z lat 1996-2001 - za pięćdziesiąt lat sprzedam i będę bogaty ;) ), w czasach, kiedy byłem targetem komiksów typu Kid Paddle problemem był IMO fakt, że nikt, a w każdym razie nie Egmont jako wydawca, nie naprowadził mnie na komiksy inne, niż wyżej wymienione. Byłem dobrym klientem - co tylko znalazłem w reklamach w/w, natychmiast kupowałem po uprzednim wysępieniu gotówki od rodziców. Ale tam pojawiały się zapowiedzi tylko tych najlepiej sprzedających się serii. Brakowało połączenia między komiksami dla mnie jako brzdąca i dla mnie jako nastolatka - przynajmniej ja, po wyrośnięciu z Donaldów, na nic nie trafiłem, poza pojedynczymi numerami Świata Komiksu, który zresztą po jakimś czasie rodzice przestali mi kupować, jak przyuważyli półnagie panienki w którymś numerów. W efekcie o komiksie "przypomniałem" sobie już jako osoba pełnoletnia (czyli gdzieś ze dwa lata temu), kiedy zacząłem pochłaniać kolejne tomy Sandmanów czy 100 naboi.

A pamiętam jak będąc w wieku lat 8 czy 9 we Francji na wakacjach poszedłem z rodzicami do Geanta (co samo w sobie było wydarzeniem - wtedy hipermarkety w Polsce dopiero zaczęły pojawiać się w Warszawie) i tam znalazłem cały wielki dział komiksowy pełen Titeufów, Paddle'ów i Sprytków i całej masie komiksów wszelkiego sortu. Myślałem, że się rozpłaczę - z jednej strony ze szczęścia - bo w życiu nie widziałem wtedy tylu komiksów na raz, a z drugiej - z rozpaczy - bo wszystkie były po francuzku. ;) Zebrało mi się na wspominki, ale w każdym razie wtedy nie wiedziałem, że coś poza sztandarowymi produktami Egmontu w Polsce jeszcze wychodzi.

Tym bardziej smuci mnie fakt, że mimo zmiany sytuacji - Kid ma support w CyberMysze (-Myszy?) - i tak się nie sprzedaje. Przykre.


*oczywiście, musiałem poruszyć ten temat. Co mnie obchodzi twoje zestawienie, jak każdego tru polskiego fana komiksu - obchodzi mnie tylko znajdowanie kolejnych powodów, dlaczego on się u nas nie sprzedaje! ;)
21-06-2008 21:59
Repek
    @Siman
Ocena:
0
Podczas redakcji i korekty Julian spytał mnie, dlaczego nie wchodzę w temat 'kondycji komiksu w Polsce'. Cóż, to po prostu nie tekst o tym, a dyskusji było już tyle, że sam w artykule nie miałem ochoty jej po raz kolejny streszczać.

A co do doświadczeń, to ja miałem jednak trochę inaczej. KD i Punishery [plus masę innych rzeczy, które ukazywały się w latach 90.] czytałem równocześnie, bo kupowano mi (Wujek :P) wszystko, jak leci. Potem przerwa była bardziej kwestią tego, że ten dopływ się urwał. Powrót nastąpił również samodzielnie.

Może to jest 'polska droga'? Zasiać ziarenko wirusa za młodu, a choroba rozwinie się później?

Co do KP w CM - o ile wiem, cały czas się ukazuje. Gdy zbliżała się premiera Klubu Kawalarzy, szły tam reklamy całej inicjatywy.

Pozdrówka
21-06-2008 22:39
Siman
   
Ocena:
0
"Może to jest 'polska droga'? Zasiać ziarenko wirusa za młodu, a choroba rozwinie się później?
"

No cóż, w takim razie wiem już co będę kupował swoim dzieciom/siostrzeńcom/wnukom w przyszłości na urodziny. ;)
22-06-2008 15:36
~Robert

Użytkownik niezarejestrowany
    Garfield
Ocena:
0
cytat "Pierwsze zeszyty ukazywały się jeszcze w czasach TM-Semic"
a jeszcze wcześniej czarno-białe paski drukował na swoich łamach miesięcznik "Nowa Fantastyka"
22-06-2008 17:40
Repek
    @Robert
Ocena:
0
...o, ciekawe, dużo tego było?

Pozdrówka
22-06-2008 19:12
~Robert

Użytkownik niezarejestrowany
    Garfield
Ocena:
0
Nie chce mi się teraz przeglądać wszystkich archiwalnych numerów, ale wydaje mi się, że leciało to przynajmniej z rok, a może i dłużej.
Znalazłem numer NF z lipca 1991 i oprócz komiksu z F.Kovalem są cztery paski Garfielda. I tak było co miesiąc - około czterech pasków zawsze drukowanych na dole strony (np. pod opowiadaniem).
23-06-2008 09:52
Repek
    @Robert
Ocena:
0
Aha, dzięki. No, tak czy siak, to jednak komiks prasowy, a mnie bardziej chodziło o samodzielne publikacje.

Pozdrówka
23-06-2008 11:47

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.