» Recenzje » Varia #33

Varia #33


wersja do druku

Vielka Varia Timofova

Autor: Redakcja: Mały Dan

Varia #33
Sterty komiksów mają to do siebie, że rosną w sposób całkowicie niekontrolowany i odwrotnie proporcjonalny do posiadanego na rozrywkę czasu. Uparcie jednak dokłada się starań, aby z komiksami wygrać, przeczytać je i rozlokować na uginających się pod ciężarem kadrów i dymków półkach. Ponieważ zakres Varia na ogół był chronologiczny, przy jawnych opóźnieniach w relacjonowaniu edytorskich nowości trzeba teraz sięgnąć po rzadziej stosowany przez nas klucz tematyczny. Zmian koncepcji na kolejne odcinki było już wiele, a najnowsza zakłada podzielenie publikacji wydawcami. Ale tylko na dwa, może trzy odcinki. Potem powrócimy do miszmaszu variovego. Na pierwszy ogień publikacje Timof Comics z okresu od kwietnia do października 2015. Trzynaście komiksów, których średnia nota wyniosła 7,19. Wskazuje to na wysoką jakość publikacji tego wydawcy. Należy dodać, że są one bardzo różnorodne i jak banalnie by to nie zabrzmiało, raczej każdy może sobie wybrać z tego katalogu coś, co sprawi mu lekturową przyjemność.

Spis treści:

  • Bal
  • Czary Zjary
  • Sugar
  • Szósty Rewolwer #1
  • Saga o Atlasie i Axisie #1 i #2
  • Tysiąc Sztormów
  • Wróć do mnie, jeszcze raz
  • Gaia
  • Rewolucje #9: Pod śniegiem
  • Najdłuższy dzień przyszłości
  • Sam Zabel i magiczne pióro
  • Równonoce
  • Kong. The King

 

Bal 

O tym komiksie pisaliśmy w Varia już dwa lata temu, w odcinku numer 7  (zerknijcie na sam koniec). Wówczas oceniliśmy komiks na 7,5. Z perspektywy czasu ocenilibyśmy niżej, na 6, choć Portugalscy czytelnicy zdecydowanie wyższe mają o nim mniemanie, czego dowodem liczne nagrody i kolejne wydania. Trzecie wydanie portugalskie O Baile ukazało się również po angielsku (pod tytułem The Waltz) w ramach nieformalnego projektu publikowania się autorów portugalskich w języku pozwalającym na swobodny eksport ich prac (temu fenomenowi poświęciliśmy Varia #12) i zawiera dodatki (szkice plansz, szkice ogólnie, dokumentacja scenarzysty, fragment scenariusza i okładki dwóch pierwszych wydań) oraz ma twardą oprawę (co spowoduje, że nie rozleci się tak, jak wydanie pierwsze). Właśnie to wydanie stało się tekstem wyjściowym dla polskiego przekładu. Nie sięgnięto w nim po wstęp Filipe Melo, co jest dosyć dziwne, bo był to wstęp bardzo pochlebny. A notę obniżamy, bo wyżej podpisany tłumacząc bardziej wniknął w treść i nie poczuł się aż tak przestraszony tym tytułem, choć odczuł wielką przyjemność z lektury.

Nota: z 7,5 na 6

 

Czary Zjary 

Wyobraźcie sobie zieloną dziewczynę i kota, którzy siedzą na kanapie (względnie gdzieś tam się przemieszczają) i głównie palą zioło (choć inne narkotyki też lubią). Mogą sobie tak siedzieć, bo domem zajmuje się ich kumpel, Sowa, któremu robią naprawdę okrutne kawały (np. go gwałcą, dla zabawy) i ogólnie mają go w głębokim poszanowaniu. Mają kumpla, Wilkołaka Jonesa, który znany jest z jechania po bandzie, aby zawsze stać się główną atrakcją imprezy. Z bogatego repertuaru jego zachowań wspomnijmy o pocieraniu sobie jąder tarką. Do krwi. Obrzydliwe? Czasami. Zabawne? Prawie zawsze, bo narkotykowe filtrowanie świata przedstawionego nie pozwala nam urealniać tego, co widzimy. Zdarzenia rozgrywają się bardzo daleko od czytelnika, może i po drugiej stronie lustra, co sprawia, że bez zażenowania może on się śmiać z tego, co czyta. Celem tego komiksu wcale nie jest dojście na koniec "śmiechawki" do jakiejś refleksji, ani potępienie brania narkotyków (choć depresje Megg ukazano w sposób ciężki i przygnębiający). Co więc nim jest? Z punktu widzenia czytelnika chodzi o krótki romans ze światem, który komuś się przydarzył, a który samemu czytelnikowi raczej nie grozi. Z punktu widzenia postaci sytuacja wygląda inaczej. To dobrowolne uwięzienie bez początku i końca. Przynajmniej dla niektórych bohaterów.

Czary zjary nie są prostym komiksem o narkotykach, są komiksem-eksperymentem na ile można tkwić w sytuacji, której ktoś sobie nie chce uświadomić. Bajkowo-baśniowy charakter bohaterów sprawia jednak, że nie wierzymy w to, że mogą oni sobie wyrządzić krzywdę. Komiks Hanselmanna to świetny zbiór krótszych i dłuższych opowieści o zaczarowanym narkotykami świecie.

Pssst! Oskarżenia o zoofilię należy oddalić, gdyż postaci stworzone przez Hanselmanna to ewidentnie projekcje ludzkich odpowiedników i dane zwierzę, w które autor ubrał człowieka, po prostu odpowiada karykaturalnie wyolbrzymionej cesze swojego oryginału. Tak jak w jednej z historyjek Megg i Mogg, aby wejść do teatru odpowiednio malują sobie jedno wąsy i brodę, a drugie pisze na czole "ktoś inny", tak też Hanselmann próbuje nas zmylić częściowym uzwierzęceniem świata przedstawionego.

Pssst!! Wyżej podpisanego nie poraziła ilość przekleństw występujących w dialogach, przed którymi przestrzegają tłumacz i wydawca.

Nota: 9

 

Sugar. Koci żywot 

Komiks, którego tytuł mówi wszystko. W kilku epizodach poznamy życie kotów, które towarzyszyły (i nadal towarzyszą, unieśmiertelnione w tym komiksie) pewnej rodzinie. Będzie to opowieść o życiu, o przeprowadzkach, narodzinach dzieci, ale pokazana z punktu widzenia kolejnych kotów, które do głównych bohaterów trafiają. Baekent romansuje z ideami reinkarnacji i wielu żywotów, które poniekąd koty posiadają, łącząc je we wzruszającą opowieść o przywiązaniu. Trudno stwierdzić jak na kogoś, kto nigdy kota nie miał i nie kochał go podziwiając za wariactwa, niezależność i tajemniczość, podziałają przypowieści o kilku futrzakach. Na przykład rozdział o przeprowadzce, kiedy jeden z kotów zostaje sam w psutym mieszkaniu, prawdziwego kociarza doprowadzi niemalże do płaczu. No bo jak tak można zabrać meble, odejść i zostawić kota w pustym mieszkaniu?

Bakent w czerni i bieli opowiedział o kolorowym życiu z kotami. Jest to opowieść przepiękna i przemyślnie skomponowana. Pozornie stały układ siatki kadrów (małe prostokąty regularnie dzielące planszę na małe kadry) łamie nielinearna konieczność ich czytania. A w zasadzie możliwość czytania na kilka sposobów. Całość zapewnia nam dużo większą zabawę i wymaga dużej większej ilości czasu, aby ten dosyć krótki album skończyć czytać. Mrrrr.

Nota: 9

 

Szósty Rewolwer #1: Zimne martwe palce 

W katalogu Timof Comics ta pozycja z ostatnio wydanych komiksów zaskakuje najbardziej. Tak jakby wydawca badał na jakie pola (dodajmy: sprawdzone przez innych polskich publikatorów) opłaca mu się wejść. Oby się opłaciło, bo Szósty Rewolwer zdecydowanie wart jest czytelniczej uwagi. Jest to połączenie westernu z horrorem. Dosłownie. Jeśli wgłębialiście się kiedyś w teksty piosenek np. zespołu Ghoultown, to czytanie komiksu duetu Bunn/Hurt, będzie jak słuchanie długiego koncertu tegoż zespołu z autorskim konceptem na opowiedzenie jednej, wielowątkowej historii. Główny wątek dotyczy tytułowego szóstego rewolweru, o który walczą Drake Sinclair i jego sprzymierzeńcy oraz Oleander Hume na czele swoich czterech jeźdźców Apokalipsy. Każdy z sześciu rewolwerów zapewnia inna siłę ognia i umiejętnie używany jest bronią przepotężną. Do czego jeszcze jednak może ta broń posłużyć? Czytajcie uważnie i bawcie się horrorową próbą uatrakcyjnienia westernowej formuły. Zdaje się, że dla westernu jako gatunku jest to dobra droga, może nawet lepsza niż przyjęta przez filmowców - pojawiające się w sporej ilości rimejki klasyków (np. Prawdziwe męstwo, 3:10 do Yumy). Choć i filmowcy już próbowali w tę stronę pójść, czego dowodem przyzwoita Śmierć w Tombstone z Dannym Trejo. Pytanie zasadnicze w kwestii Szóstego rewolweru dotyczy kwestii rozprowadzenia wątków, które w dużej licznie zasygnalizowano w pierwszym tomie. Bo łatka horrorowy western jest atrakcyjna, ale tylko na dobrym pomyśle wyjściowym nie rozwinie się ona w satysfakcjonującą opowieść. Potrzebne są wyraziste i złożone postaci, które nadadzą akcji odpowiedniego tempa. Póki co zanosi się nieźle.  

Nota: 7,5

 

Saga o Atlasie i Axisie #1 i #2 

Poniższa nota to zbiorcza ocena serii balearskiego autora, który lubi Polskę odwiedzać, a w jego warsztatach lubią brać udział dzieciaki. O Atlasie i Axisie pisaliśmy już sporo (na przykład dla Zeszytów Komiksowych) i ten kolejny raz służy tylko bezczelnemu nagabywaniu Was do kupienia dwóch tomów, które są w sprzedaży dostępne. Atlas i Axis wędrują sobie dalej po Pangei i uczą się w tej podróży świata, który okazuje się dla nich dużo większy niż by się tego domyślali. Atlas i Axis to typowe psy wiedzione instynktem, które po złapaniu tropu Khimery, będą tam zdążać wytrwale. Ale czy wyśniona kraina i kość obfitości u kresu wędrówki spełnią ich oczekiwania? Jaką konkluzją Pau zakończy ten album? Czy sama podróż jest celem, bo nas uczy? Czy szczęście to coś więcej niż pełny brzuch?

Nota: 7

 

 

Tysiąc Sztormów

Gość dyżurny festiwali komiksowych w Polsce jest równie częstym gościem półkowym, to znaczy, że publikuje się w Polsce sporo jego komiksów. Autor jest sympatyczny i tworzy sympatycznie narysowane komiksy o rzeczach często niezbyt sympatycznych. Po przeciętnym Doomboyu (pisaliśmy o nim w zamierzchłej Varia #4) i dosyć nierównym Wężu wodnym (o nim w mniej zamierzchłej Varia #13), tym razem zaskakuje nas bardzo udanym tytułem. Tysiąc sztormów to opowieść o ciekawskich o okrutnych dzieciakach (jak tylko dzieci potrafią być okrutne), które naruszają granicę oddzielającą świat ludzi od potworów. Jak zwykle rysunkowo Sandoval miażdży czytelnika wylewającą się z kadrów mieszanką słodyczy i okrucieństwa, ale pewna rysa w opcji graficznej istnieje. Zastanawiające jest to, że nie zróżnicował konsekwentnie kreski przy założeniu podziału świata na dwie płaszczyzny, dwie warstwy. Przy tej dwoistości aż się prosiło o nadanie im opozycyjnych rysów. Dodatkowo i sama treść nie jest tym razem ani zbyt pokręcona, ani zbyt infantylna, choć nadal mamy do czynienia z lekko animalistycznym emo horrorem dla młodzieży. A wygląd bohaterów i ich zachowanie jak zwykle skręcają w stronę niebezpiecznej perwersji.

Nota: 7

 

Wróć do mnie, jeszcze raz

Wśród timofowych nowości na ostatnie MFKiG nie jeden, a dwa komiksy eksplorują temat narkotyków. W Czarach Zjarach jednak ćpanie nie jest tak udramatyzowane jak we Wróć do mnie, jeszcze raz. Oto pewien młodzian lubi narkotyki i różnorodność doznań, jakich mu dostarczają. Jego kobieta jednak za tymi stanami nie przepada. Różnorodność doznań w skrócie przedstawia nam jedna z pierwszych stron albumu. A potem otrzymujemy rozwinięcie pojedynczych kadrów w sekwencje będące zapisem kolorowych snów, czyli odjazdów i zjazdów, choć szybko zorientujemy się, że znane mu motywy ponarkotykowe przedarły się tak naprawdę do sfery trzeźwości. Prowokująco narrator powtarza wielokrotnie kwestię "budzę się", a robi to w taki sposób, że możemy podejrzewać czy budzi się po kolejnej narkotykowej sesji, czy budzi się, bo właśnie następną rozpoczął. Narrator specjalnie nie kryje swojej tożsamości z autorem scenariusza, Bartoszem Sztyborem. Nazywa się B., ale mówią na niego Sz., rozmawia z tatuażem, a do tego między narkotykami wala się na przykład komiks Szanowny. W wyborze czytelniczej interpretacji tego narkotykowego szaleństwa nie pomaga obłędnie kakofonicznie malujący Wojciech Stefaniec. Nie ulega wątpliwości, że obaj autorzy mają raczej niemyte dusze. Niech im będzie, niech im na dobranoc przygrywa QUOTSA w tych zjazdach odjazdach.

Nota: 6,5

 

Gaia 

Świat się zmienił, kiedy wyobraźnia Adama Święckiego postanowiła zesłać na niego plagę zombiepodobnych potworów, które hordami atakują ludzi. I nagle pojawia się pewne dziecko, Leo, które jest zwiastunem nadejścia lepszego. Choć wygląda jak potwór, staje po stronie ludzi i zdaje się panować nad przemianą w krwiożerczego stwora (o czerwonych oczach). Ludzie pokładają nadzieję w Palladynach, którzy plagę zwalczają.

Komiks Święckiego ma potencjał zarówno rysunkowy - oszczędna, szkicowana kreska w czerni i bieli z dodatkami koloru, jak i formalny - sceny snu/wizji w pełnym kolorze plus punktowo czerwono zrobione oczy potworów na czarno-białych planszach, ale także koncepcyjny - świat przedstawiony jest ciekawie pomyślany. Ale tak naprawdę odpuszczenie rozbudowania tego trzeciego aspektu powoduje, że dostajemy zaledwie fajną historyjkę. Można i tak, ale można było świat troszkę rozbudować i skomplikować, wprowadzić jaśniej koncept konspiracji, pogłębić zarówno kreację postaci i relacje między bohaterami oraz antagonistami. Bez tego komiks jest pełen luk i nie oferuje nic ponad przyjemność ze śledzenia rysunków, które opowiadają taką sobie historię. Aż szkoda, że to tylko tyle...

Nota: 4

 

Rewolucje #9: Pod śniegiem

Rewolucje tym razem zachodzą pod śniegiem. Takich zim z jakimi muszą się zmagać bohaterowie tego komiksu, próżno w naszym kraju już szukać. Śnieg sięga dachów domów, a ludzie żyją pod śnieżną kołderką. Ich głównym problemem jest zapewnić sposób na odśnieżanie, co starają się robić za pomocą wymyślnych maszyn. Tym razem nieroztropność jednego z konstruktorów doprowadzi do ciekawego odkrycia. A autor postara się w sposób matematyczny wyjaśnić związek między teleportacją i podróżami w czasie, próbując dokonać konkluzji czasoprzestrzennej.

Przemysław Zawrotny w swojej recenzji tego tomu Rewolucji (zob. Zeszyty Komiksowe #20, str. 137-138) pokusił się o zarys, w którym wskazuje na ewolucję serii, zarówno plastyczną, jak i koncepcyjną. Faktem jest, że kolejny sezon Rewolucji, jest diametralnie inny i kolejne części łączy nie liniowość historii (pierwsze cztery tomy ostatecznie stanowiły zamkniętą całość), ale pokazywanie tego samego świata w różnych okolicznościach przyrody. Zgadzamy się zatem z recenzentem, że Skutnik pierwszej dekady XXI wieku był bardziej intrygujący, ale nie oznacza to, że ten z drugiej jest gorszy. Akurat tom dziewiąty mimo, że jest zaledwie dosyć rozbudowaną dykteryjką, to przynosi świeży powiew w sezonie drugim serialu. Mniej musimy się domyślać i sobie dopowiadać, bo otrzymujemy więcej twardych dowodów. Po prostu steampunkowe wynalazki lepiej widać na śniegu niż we mgle. A zabawianie się myślą, że karbowany papier, na którym stworzył autor kadry, przypomina formą zdjęcie ekranu telewizyjnego, jest bardzo miłe. Więc może faktycznie oglądamy tutaj jakieś epizody filmowe? Czy na końcu ręka zza planszy nadusi guzik wyłącznika?

Nota: 9

 

Najdłuższy dzień przyszłości 

Po pierwsze - to miłą dla oka kreską narysowany komiks, a jako że jest to klasyczny komiks niemy, to autor, Lucas Varela, świadomie sprawia czytelnikowi wizualną przyjemność. Po drugie - gdyby zamienić ludzi i roboty z tej historii na psy, to spokojnie moglibyśmy uznać, że Varela to Argentyński Jason. Po trzecie - Najdłuższy dzień przyszłości opowiada o tym, jak kosmiczna (i bardzo pojemna) walizka-portal może zmienić układ sił między dwoma walczącymi o wpływy imperiami - z braku lepszego określenia - ekonomicznymi. Jedno z nich ma walizkę i pracownika biurowego, drugie robota sprzątającego z możliwością odpalenia trybu zabójcy. Varela pokazuje nam jeden dzień ze starcia tych potęg, zapewne nie pierwszego, które status quo nie zmienia. Nikt nie wygrywa. Opowieść jest sprawnie poprowadzona, sięga po nagłe zwroty akcji (szpieg czai się na każdym kroku) i miejscami bywa zabawna (robota może zafascynować mucha). Niezła rozrywka, choć przydałaby się jakaś mocniejsza puenta.

Nota: 6

 

Sam Zabel i magiczne pióro

Sam Zabel to autor komiksów, który cierpi na twórcze zaparcie. Pisana przez niego seria Lady Night nie spełnia jego oczekiwań artystycznych, a bardziej artystyczne projekty odłożył na bok i nie może się przemóc, aby do nich wrócić. Aż dokonuje niezwykłego odkrycia - istnieją komiksy, narysowane magicznym piórem, do których można wejść i przeżywać przygody na podobieństwo tych, które są w nich narysowane.

Dylan Horrocks miał znakomity pomysł na napisanie opowieści o tworzeniu komiksów i sile wyobraźni, która jest do tego potrzebna. Pomysł na stworzenie dodatkowego wymiaru w świecie przedstawionym w tej opowieści, czyli komiksowego, pozwolił mu na żonglowanie różnymi stylami graficznymi oraz na popuszczenie wodzy niczym nieskrępowanego fantazjowania. Najważniejsze w ostatecznym rozrachunku jest to, że Horrocksowi udało się utrzymać w ryzach opowieść i nie pociągnąć jej w zbyt wiele stron. Horrocks gra w sposób świadomy różnorodnością i prowadzi swój komiks do jasnej konkluzji. Podróż przez wykreowane magicznym piórem światy komiksowe sprowadza jednak głównych bohaterów na ziemię. To znaczy do komiksu, który czytamy. Granie wymiarami komiksowymi w wydaniu Horrocksa jest niezwykle ciekawe - najpierw zagłębiamy się w ten komiks, potem w kolejne, i zastanawiamy się co będzie dalej?

Nota: 6,5

 

Równonoce

To komiksowe szaleństwo rysunkowe i opowieściowe. Historii życiowych jest tutaj multum, ale linie czasowe dwie - daleka przeszłość (opowieść o chłopcu, który zostawi swój ślad na wieki i tysiąclecia), która odnaleziona zostanie w linii teraźniejszej. Style graficzne zaznaczają wszystkie cztery pory roku, na które podzielono opowieść. To wielkie dzieło Pedrosy, które jest formalnie ciekawsze od wcześniejszej Portugalii, ale też dotyczy życiowych historii. Tym razem wielu ludzi - m.in. córki z rozbitego małżeństwa, dawnego działacza lewicowego, pewnego bezdomnego, jakiegoś operatora koparki. Całość tych przebłysków łączy postać pewnej kobiety, która szuka sobie miejsca na ziemi i fotografuje. Migawka jej aparatu zatrzymuje na chwilę czas i przenosi nas w sferę wspomnień i uczuć kolejnych postaci, co przedstawiane nam jest za pomocą zwartych fragmentów pisanych. Dopiero po chwili wracamy do narracji komiksowej. W tych zapiskach z głowy pojawia się masa szczegółów, która pozwala nam odkryć, że pozornie nieznajomi, znają się, a jeśli nie, to jednak coś ich losy łączy. Pedrosa zdaje się grać na zasadzie znajomych znajomych - w końcu między wszystkimi można znaleźć jakiś związek. Równonoce to opowieść o życiach, które splatają się ze sobą w sposób inteligentny i bez zbędnych fajerwerków, które mogłyby wyblaknąć przy kolejnych lekturach. Uczta barw i odcieni napisana i narysowana z ogromnym rozmachem.  

Nota: 8

 

Kong. The King

Duże jak King Kong pozytywne zaskoczenie komiksowe z Portugalii. Niemy komiks hołdujący niememu kinu (zwraca uwagę wygląd głównych aktorów), który ślicznie, lekko i z rozmachem wymyślił i narysował urodzony w Angoli Osvaldo Medina. Małpę zastąpił słusznych rozmiarów dzikus, którego pewna ekipa filmowa spotkała na pewnej wyspie i postanowiła zabrać do wielkiego miasta. A w mieście, jak to w mieście, półnagi wielkolud stał się popularny, ale niezbyt zrozumiał świat, który go wyzyskiwał, więc postanowił powrócić do siebie.

Sporo humoru, zero pretensjonalności. Taki komiksowy Artysta.

Nota: 8




Czytaj również

Varia #31
Seria z wukakaemów
Varia #30
Co ty wiesz o komiksie brazylijskim?
Varia #29
Moje vielkie amerykańskie povakacje komiksove
Varia #26
Starość i nowość, czyli radość z importu
Varia #28
Biegniemy na rekord
Varia #27
Idziemy na rekord

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.