Robot...

Więcej czy mniej niż człowiek?

Autor: Rafał 'Capricornus' Śliwiak

Robot...
Polska prezydencja stała się okazją do zaprezentowania mieszkańcom innych krajów Wspólnoty Europejskiej nie tylko sprawności w zarządzaniu unijnymi instytucjami i programami, ale także osiągnięć naszej kultury. Na poletku komiksowym zaowocowało to wydaniem interesującego albumu Tymczasem Truścińskiego i Janusza oraz tomiku Robot... (w wersji polsko- i angielskojęzycznej), zawierającego adaptację dwóch opowiadań Stanisława Lema. W tym drugim przypadku, nauczeni zamieszaniem wokół zbioru nowel inspirowanych życiem i twórczością Chopina, urzędnicy odpowiedzialni za projekt postawili na pewniaka. Wszak dzieła nobliwego klasyka SF, które są znane i uznane na świecie, trudno podejrzewać o kontrowersyjną nieobyczajność czy wulgarne słownictwo.

Oba przetransformowane na komiks utwory Lema łączy motyw robota jako istoty co prawda sztucznej, mechanicznej, ale mocno przypominającej człowieka, a czasem doskonale go naśladującej. Danusia Schejbal, malarka i scenografka Cherub Theatre Company, wzięła na warsztat twórczy Uranowe uszy pochodzące z satyryczno-groteskowych Bajek robotów. Z kolei Andrzej Klimowski, wykładowca Royal College of Art, zajął się Zakładem doktora Vliperdiusa należącym do cyklu opowieści o Ijonie Tichym, zebranych w Dziennikach gwiazdowych


Masa krytyczna władzy

Uranowe uszy mają formę omalże biblijnej przypowieści, w której w roli Boga obsadzony został tworzący gwiazdy i planety ‘inżynier’ nazwany Kosmogonikiem. Utwór traktuje zaś z jednej strony o ludzkiej potrzebie bliskości, z drugiej natomiast – o nieuchronnym upadku władzy, która ignoruje aspiracje i pragnienia rządzonych.

Na planecie Aktynurii bezwzględny władca Architor do szykan, którymi gnębi poddanych, dodał kolejną. Nakazał wszystkim nosić zbroje z uranu, co uniemożliwia im fizyczne zbliżanie się do siebie. To ostatnie bowiem powoduje osiągniecie przez uran masy krytycznej i unicestwienie nieszczęśników w ogniu eksplozji jądrowej. W efekcie edykt Architora nie tylko utrudnia knucie spisków, ale również nawiązywanie jakichkolwiek bliższych kontaktów. Nadzieją dla skazanych na samotność i brak bliskości mieszkańców planety jest młody naukowiec Pyron, który postanawia pokonać okrutnego władcę jego własną bronią.


Czy zastąpią nas maszyny?

W Zakładzie doktora Vliperdiusa bohater odwiedza tytułową placówkę medyczną, w której przebywają osoby o różnorodnych zaburzeniach psychicznych. Wśród nich są takie, które podejrzewają, że zostały podmienione na swoje mechaniczne kopie. I zapewne Ijon Tichy uważałby ich rewelacje za niegroźne halucynacje znerwicowanych pacjentów, gdyby nie zobaczył na własne oczy choćby kobiety, która... "bezustannie rozkręca się".

Ten utwór można z kolei uznać za ostrzeżenie przed zagrożeniem, jakie dla świata ludzi mogą stanowić wytwarzane przez nich maszyny. I choć cyborgizacja ciała człowieka postępuje wolniej niż przewidywali fantaści i futurologowie, to zastępowanie przez mechanizmy i komputery ludzi w wykonywaniu różnorodnej pracy, jak również cyfryzacja kontaktów społecznych zachodzą w szybkim tempie na naszych oczach.


Obraz nie zawsze przemawia

W adaptacjach ‘stechnicyzowanej’ prozy Lema aż chciałoby się widzieć realistyczną grafikę, która podkreślałaby futurystyczny klimat opowiadanych historii. Jednak oboje artystów posługuje się specyficzną, szkicową kreską, bez szczególnej dbałości o tło i detale. Licentia grafica, chciałoby się powiedzieć, i rzecz gustu, albowiem taki, a nie inny wygląd kadrów, nie przeszkadza przecież w odbiorze obu utworów.

Jeśli jednak chodzi o wykorzystanie języka komiksu, pozwalającego na narrację obrazem, to zdecydowanie lepiej ma się ono w Zakładzie doktora Vliperdiusa. Mamy tu i narrację zza kadru, i dialogi pomiędzy postaciami, i wyraziste plansze bez słów. Z kolei w Uranowych uszach narrator w zasadzie opisuje, co się dzieje na poszczególnych kadrach, które bez jego komentarzy trudno byłoby powiązać w ciąg przyczynowo-skutkowy. Być może w tym przypadku zaważyła kwestia doboru utworu, który do jakiegoś stopnia wymusił taką właśnie formę adaptacji.


Aż prosi się o ciąg dalszy

Pewne niedociągnięcia czy odmienność gustów estetycznych niech nie przesłania nam jednak tego, co najważniejsze. Oto otrzymaliśmy interesującą próbę zmierzenia się ze spuścizną wielkiego Lema, podjętą przez artystów spoza środowiska komiksowego, ale za to doskonale odnajdujących się we współczesnej światowej sztuce graficznej. Album ich autorstwa może stać się ciekawą wizytówką polskiej fantastyki i komiksu za granicą, choć zapewne nie trafi tam pod strzechy, a raczej do środowiska koneserów. Ale to właśnie ono ma decydujący wpływ na społeczny odbiór poszczególnych dzieł, kształtując kulturowe mody i trendy.

Podsumowując: Robot... to inicjatywa wyjątkowo cenna, którą warto byłoby kontynuować. Mogłoby to zaowocować powstaniem serii powieści graficznych prezentujących dokonania polskiej literatury współczesnej i w ten sposób tworzących nową artystyczną jakość, atrakcyjną zarówno dla czytelników tejże literatury, jak i dla miłośników komiksu.