» Recenzje » Munchkin: Lista Skarbów

Munchkin: Lista Skarbów


wersja do druku

Listy do M

Autor: Redakcja: Tiszka, Balint 'balint' Lengyel

Munchkin: Lista Skarbów
"Znacie? No to posłuchajcie..." – zdają się co jakiś czas mówić słowami pana Jowialskiego twórcy gier planszowych, po raz kolejny serwując doskonale znane już gry w nieco zmienionym kształcie lub zgoła różniące się jedynie oprawą graficzną.

Bezsprzecznym liderem w liczbie klonów jest klasyczne Monopoly, które z czasem doczekało się wersji nawiązujących do konkretnych filmów, gier komputerowych, komiksów albo państw czy miast, oraz równie popularne Memory, dostępne we wręcz niezliczonej liczbie wariacji i odsłon. Niestrudzenie depcze im po piętach Munchkin, który od czasu swej premiery w 2001 roku dorobił się pokaźnej kolekcji wersji, edycji i rozszerzeń, a także planszowej adaptacji, w mojej ocenie jednak mniej udanej od karcianego pierwowzoru.

Kolejną mutacją Munchkina jest owoc współpracy firmy Steve Jackson Games z wydawnictwem Alderac Entertainment Group (a w polskiej wersji – firm Black Monk i Bard Centrum Gier) Loot Letter, po polsku dostępny jako Lista Skarbów. Gra nominalnie opowiadająca o wyprawie do podziemi w poszukiwaniu skarbów nie jest niczym innym, jak dobrze znanym Listem Miłosnym w nowej odsłonie, za to z zasadami nie zmienionymi ani na jotę. Także dla uhonorowanej prestiżowymi nagrodami humorystycznej gry, za powstanie której odpowiada Seiji Kanai, podobne przebieranki nie są niczym nowym – oprócz klasycznej wersji jest ona dostępna między innymi w wariantach przenoszących rozgrywkę do Szmaragdowego Cesarstwa z Legendy Pięciu Kręgów, komiksowego uniwersum DC czy tolkienowskiego Śródziemia.

Zasady gry w Liście Skarbów są identyczne jak w Liście Miłosnym, nie będę więc przytaczać ich tu in extenso, zamiast tego odsyłam do stosownej recenzji, Dość powiedzieć że dostajemy 16 kart o wartościach od 1 do 8 i w każdej kolejce dysponując dwiema z nich zagrywamy jedną oraz rozpatrujemy jej efekt, starając się tak prowadzić rozgrywkę, by wyeliminować pozostałych jej uczestników lub po wyczerpaniu się talii pozostać z kartą o jak najwyższym numerze.

Również działanie kart pozostaje bez zmian – niektóre pozwalają nam podejrzeć kartę trzymaną przez innego gracza, zmusić go do wymiany karty albo ochronić nas – przynajmniej na jakiś czas – przed zakusami innych graczy. Odmienne są jedynie ich nazwy i zdobiące je ilustracje. I tak zamiast Kapłana dostajemy Młotomysz z Marsa, Króla zastępuje złowroga Altanka, a zamiast zabiegać o względy Księżniczki, pożądamy bezcennej Kupy Skarbów.

Za wyjątkiem tej ostatniej karty oraz Pierścienia Ochrony, wszystkie karty przedstawiają monstra doskonale znane z karcianego Munchkina, których potęga rośnie wraz z numerem karty. Jeśli bowiem nikomu nie uda się zdobyć na końcu gry drogocennego skarbu, porównuje się monstra pokonane w trakcie wyprawy do podziemi – pogromca Kaczora Zagłady nie może równać się z zabójcą Forumowego Trolla, chwała tego jednak zblednie, gdy ujawni swe trofeum śmiałek, który zdołał zgładzić legendarnego Smoka Plutonowego.

Zdaje się to mieć sens, traci go jednak kompletnie, jeśli spojrzymy na działanie poszczególnych kart. W Liście Miłosnym bardzo dobrze współgrało ono z fabularnym opisem kart i układało się w spójną całość, dając nam obraz dworskiej hierarchii. Dla przykładu Hrabina, będąca najbliższą przyjaciółką Księżniczki, mogła zapewnić nam jej przychylność, ale, ulegając porywom serca, traciła głowę znalazłszy się sam na sam z Księciem lub Królem – jak natomiast sensownie wytłumaczyć ucieczkę Smoka przed Altanką lub Trollem? Zaskarbienie sobie przychylności Strażniczki (i odrobina szczęścia) mogło umożliwić nam wyeliminowanie rywala, ale szczucie na innych graczy Rośliny Doniczkowej wygląda jak żart, kiepski nawet jak na niewysokie standardy Munchkina.

I to największy zarzut, jaki stawiam Liście Skarbów – pozbawiona fabularnej otoczki gra traci cały klimat, sprowadzając się do gołego algorytmu. W tej sytuacji karty równie dobrze mogłyby zostać pozbawione nazw i ilustracji; zawierając tylko numer i opis działania sprawdzałyby się równie dobrze.

Dlatego też sięgnięcie po ten tytuł polecam wyłącznie najbardziej zagorzałym fanom Munchkina, kolekcjonującym wszystkie związane z nim pozycje (tym bardziej, że do gry dołączona jest promocyjna munchkinowa karta), pozostali potencjalni użytkownicy zdecydowanie lepiej zrobią sięgając po oryginalną wersję Listu Miłosnego – przy zbliżonej, niewysokiej cenie obu karcianek, będzie ona zdecydowanie lepszym wyborem.

Plusy:

  • dobrze znana gra w nowej odsłonie
  • promocyjna karta do Munchkina

Minusy:

  • słabiej sprawdza się na dwie osoby
  • bez fabularnej otoczki traci praktycznie cały urok

 

Dziękujemy wydawnictwu Black Monk Games za udostępnienie rozszerzenia do recenzji.

5.5
Ocena recenzenta
5.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Munchkin - Lista Skarbów
Typ gry: karciana niekolekcjonerska
Projektant: Seiji Kanai
Ilustracje: John Kovalic
Wydawca polski: Black Monk
Data wydania polskiego: 2017
Liczba graczy: od 2 do 4
Wiek graczy: od 8 lat
Czas rozgrywki: 20 minut
Cena: 19,95 zł



Czytaj również

Munchkin Panic
Nie ma powodów do paniki...
- recenzja
Super Munchkin
Superbohaterowie dziś nisko latają, będzie Munchkin
- recenzja
Munchin Steampunk
Para, zębatki i nóż w plecach
- recenzja
Munchkin - Dodatek Obfitości
Groch z kapustą czy szwedzki stół?
- recenzja
Munchkin Edycja Jubileuszowa
Zagraj to jeszcze raz, Munchkin...
- recenzja
Gwiezdny Munchkin
Houston, mamy Munchkina!
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.