» Horror czyli Kulthulhu » Opowiadania » 68 tik - opowiadanie

68 tik - opowiadanie


wersja do druku
Autor: Redakcja: - 'Rastif' -

Wstrzymywał oddech... a potem liczył. Sam nie wiedział na co, czy do ilu. Tak jak tysiące innych dzieci w jego wieku po prostu wstrzymywał oddech i czekał, wciąż licząc i licząc. Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy... pięćdziesiąt sześć. I koniec. Jednym przepełnionym dwutlenkiem węgla przeciągłym wydechem kończył swoje odliczanie, urywał je tylko po to, by jeszcze kiedyś mieć możliwość liczenia ale... Ale on nie liczył jak długo może wytrzymać na bezdechu, jak inni chłopcy w jego wieku, o nie, on był inny i doskonale o tym wiedział. Wiedział, że nie liczy sekund. Wiedział też, że nie liczy już na cokolwiek. Liczył, jak długo się umiera...

Dlaczego? Sam pewnie tego nie wiedział, ale liczenie zajmowało mu większość wolnego czasu. Żadnego wdechu przedtem, po prostu na jakiś czas przestawał oddychać i tyle. Przestawał oddychać tak samo, jak życie przestawało mieć chęć jeszcze choć przez chwilę w nim trwać. Nagle, bez uprzedzenia i nad wyraz często...

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Wiedział tylko, że to białe na górze wszyscy nazywali sufitem, to białe po bokach ścianami, a to białe pod nim prześcieradłem. I na tym kończyła się jego wiedza. Chociaż nie... Wiedział jeszcze, że w białych jak wszystko wokół ścianach po jego lewej stronie jest otwór, który wszyscy nazywali oknem. W otworze tym czasem pojawiała się ciemność. Dziura wypełniona ciemnością, która pociągała go i zdawała się wzywać do siebie ilekroć tylko ją ujrzał. A widział ją rzadko. Przynajmniej tą ciemność za oknem. Wiedział, że kiedy zamyka oczy, ciemność też się pojawiała, ale nie był to ten sam rodzaj mroku co za oknem, o nie... Ten był jakiś blady i... i nie taki jak powinien być, nie tak gęsty i soczysty, ciężki i matowy zarazem. Kiedy zamykał oczy, wszystko najzwyczajniej w świecie przestawało być widoczne... Widocznie tak miało być...

Czasem, kiedy wstrzymywał oddech na zbyt długo, przeważnie zaraz po doliczeniu do sześćdziesięciu ośmiu, przychodziła do niego ciemność taka jak za oknem. Ta idealna i nie do ogarnięcia, pociągająca ciemność. Ale nigdy nie mógł długo w niej trwać i nacieszyć się nią wystarczająco... Nigdy. Nie chodziło jednak o to, że na jakiś czas przestawał czuć, jak coś w nim ciągle robi to monotonne "bum, bum, bum, bum...". Nie miał na myśli też tego dziwnego uczucia lekkości, które zwykle go ogarniało. Zawsze zaraz po przyjściu ciemności przychodził do niego ktoś jeszcze. Wiedział, bo zawsze zanim się zjawił słyszał przeciągłe "piiiiiiiiiiiiiii". A potem ten ktoś robił coś w miejscu, którego on, mimo najszczerszych chęci, nigdy nie mógł zobaczyć, mówił coś szybko i znów zjawiał się ktoś. Przeważnie dwójka, lub trójka ktosiów krążyła wokół niego jeszcze przez chwilę, szepcząc i krzycząc coś do siebie na przemian, a potem robiło się biało. Znowu... Diabelnie biało, jasno i źle. I ciągłe "łup, łup, łup" gdzieś między jego myślami dawało mu do zrozumienia, że znów zabrali mu ciemność...

Przeważnie liczył, kiedy ciemność pojawiała się za oknem. Wtedy dłużej trwało, nim wszyscy "ktosie" zjawiali się u jego boku. Mógł dłużej tarzać się w mroku, tulić się do niego i napawać się czasem, którego w końcu mógł, a właściwie nie chciał liczyć... Nie chciał, bo po co wiedzieć, ile tym razem będzie trwało jego szczęście? Szczęście, które witało u niego tylko w tych krótkich chwilach, kiedy mrok nakrywał go i pochłaniał jego umysł...

Naprzeciw jego ściany wisiało koło... A na tym kole widniały jakieś znaki i krążyły po nim trzy małe i cienkie kreski, które wydawały z siebie prawie bez przerwy ciche "tik, tak, tik". W przerwach między jednym, a drugim "tik" zwykł umiejscawiać poszczególne cyfry i liczby,ot tak, aby tylko mieć orientację ile trwa, zanim doliczy do sześćdziesięciu ośmiu. Trwało to zawsze sześćdziesiąt osiem "tik".

Zawsze kiedy kreski na kole układały się w jedną kreskę, a krótsza z nich była na dole koła ktoś do niego przychodził. Ktoś Inny. Ktoś inny od wszystkich innych ktosiów. Nie był ubrany na biało i przychodził zawsze, kiedy kreski na kole były ułożone tak jak teraz. Inni ktosie, właśnie ci biali, kręcili się ciągle, bez względu na układ kresek na kole, które zresztą nazywali zegarem. Ale Ktoś Inny zawsze, kiedy się zjawiał, miał zmartwioną minę, a z tego, co wszyscy nazywali oczami, leciała mu woda. Ktoś Inny zawsze mówił w taki przyjemny sposób. Odkąd tylko pamiętał Ktoś Inny mówił do niego właśnie w TEN sposób... Sposób miękki i idealnie pasujący do ciemności za oknem.

Nigdy nie obchodziło go to, co mówił, po prostu pojawiał się, a miękki głos tak idealnie pasujący do ciemności, zaczynał brzmieć i brzmiał tak miękko i cudownie, aż Ktoś Inny nie wyszedł. A wtedy znów myśli wracały do bieli. Wszechotaczającej, nieustępliwej bieli, która zdawała się tu być od zawsze. I zawsze się jej bał... Zawsze tu był. Od zawsze. On i biel, która zawsze go przerażała... I tylko ciemność i ten ukochany głos sprawiały, że choć na chwilę przestawał się bać. Przestawał się bać również w snach. Śnił często, że ciemność przemawia do niego tym miękkim i przyjemnym głosem, taka piękna w swej mętności i ciężkości. Śnił zawsze, kiedy miał już dość opierania się lękowi przed bielą, tęskniąc do kojącego mroku...

Zegar wciąż wydawał z siebie monotonne "tik" gdy postanowił, że tym razem zacznie liczyć, kiedy Ktoś Inny przyjdzie. Nie wiedział dlaczego, ale ciemność za oknem pojawiła się jeszcze zanim kreski na zegarze ustawiły się w jednej linii. Był tu od zawsze i tylko siedem razy zdarzyło się, żeby Ktoś Inny przyszedł, kiedy za oknem pojawiał się kuszący mrok. Siedem razy przez jakiś czas tak się działo, więc postanowił, że będzie mniej spał, skoro nie musi tego robić, by paść w błogi uścisk ciemności.

Coś go jednak bezwiednie kusiło... Kusiło, by połączyć trzy jedyne mu znane przyjemności i w końcu pojął, że nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by to zrobić. Zaczął nawet liczyć na próbę, jednak po czterdziestu dwóch skończył. Skończył, bo nie chciał, aby białe ktosie pojawiły się przed Ktosiem Innym. Kiedyś nierozważnie już tak postąpił i w rezultacie nie widział Ktosia Innego przez dłuższy czas. W końcu Ktoś Inny się pojawił, a aksamitny głos zaczął płynąć tak samo, jak łzy po jego policzku. Jeden, dwa, trzy, cztery... Mrok za oknem przyjemnie zgęstniał i zmatowiał. Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, trzydzieści jeden... Zmatowiał i zaczął się do niego uśmiechać i wychylać zza okna tak przyjaźnie i z widocznym uczuciem. Pięćdziesiąt jeden, pięćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery... Ktoś Inny wciąż mówił w ten swój miękki, przyjemny sposób, kiedy ciemność objęła go delikatnie, tak, jak zawsze o tym marzył... Przy akompaniamencie żywego aksamitu sączącego się powoli gdzieś coraz dalej i dalej, przy spojrzeniu ukochanej ciemności zza okularów szyb... Sześćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt dwa... Przy słabnącym "bum, bum, bum" gdzieś w środku i narastającym uczuciu spełniającego się marzenia pomiędzy myślami... Sześćdziesiąt sześć, sześćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt osiem...

I siedmioletni Adam umarł o osiemnastej jeden i osiem sekund, zatapiając się w ukochanej ciemności, szczęśliwy jak nigdy dotąd w swoim sparaliżowanym życiu, które przy akompaniamencie głosu swej matki spędził w szpitalnym łóżku. A zegar na białej ścianie ciągle wydawał z siebie swoje monotonne "tik, tak, tik"...
Tagi: Kult | horror | Cthulhu



Czytaj również

Komentarze


Aesandill
   
Ocena:
0
Niezłe.
Smutne.
Ale ok.
03-05-2009 10:44
~Pioter

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Zakończenie nie pasuje, według mnie psuje cały stworzony klimat...
04-05-2009 17:24
~musk

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Dobre. Byloby swietne, gdyby nie to, ze za duzo tlumaczysz. Czytelnik i tak zrozumie, ze chodzi o sparalizowane dziecko, zegar, matke, szpital itp. jesli tego nie napiszesz explicite.
05-05-2009 13:26
Podtxt
   
Ocena:
0
~musk ma rację. Po wycięciu ostatniego akapitu i kilku zda które nas ostatecznie utwierdzają że zegar to zegar, a Ktoś Inny to matka, tekst byłby naprawdę inspiracjogenny. Poza tym, ja np. wyobraziłem sobie na początku że Ktoś Inny to ojciec - późniejsze definitywnie określenie że to matka skomentowałem skrzywieniem.

Zostaw więcej pola dla wyobraźni.
09-05-2009 13:08
   
Ocena:
0
A mnie nieco niepokoją teksty w tym dziale, choć z zupełnie innego powodu, niż było zamierzone…
13-05-2009 19:18

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.