» Recenzje » Kingdom Come: Deliverance

Kingdom Come: Deliverance


wersja do druku

Kowal wyrusza w świat

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Kingdom Come: Deliverance
Komputerowe RPG niejedno ma imię. Niezależnie od tego, czy mowa o Falloucie, Wiedźminie, The Elder Scrolls czy Baldur's Gate wspólnym mianownikiem będzie cząstka fantastyki. Studio Warhorse postanowiło stworzyć produkcję pozbawioną tej otoczki.

Kowal swojego losu

Czescy producenci przenoszą graczy na tereny Bohemii roku 1403. Funkcję tła fabularnego pełni konflikt o władzę pomiędzy Zygmuntem Luksemburskim a Wacławem IV Luksemburskim. Armia pierwszego z nich najeżdża wioskę, którą zamieszkuje Henryk. Prosty syn kowala w wyniku bitwy traci rodzinę i przyjaciół, ale wymyka się oprawcom, by ostrzec pobliską osadę. W ten oto prosty sposób gracz wplątuje się w rozgrywki możnowładców.

Początek nie brzmi zbyt zachęcająco – w końcu ileż to już razy widzieliśmy historię z cyklu "od zera do bohatera"? Bardzo wiele, a mimo to fabuła Kingdom Come: Deliverance wciąga, głównie przez bardzo silne zakorzenienie w historycznych realiach. Kolejne scenki i dialogi pozwalają na dobre wsiąknąć w średniowieczny świat, żyjący własnym rytmem. Fabuła została tak skonstruowana oraz podana, że przez długi czas czujemy się jedynie trybikiem w wielkiej, geopolitycznej machinie, a mimo to rozgrywce towarzyszą spore emocje. Dowiadujemy się o istotnych dla Bohemii intrygach, które nie dotyczą bezpośrednio protagonisty, ale w żadnym momencie nie mamy wątpliwości, że jeszcze odegramy w nich ważką rolę.

Wystarczy kilka rozmów z NPC-ami, by zainteresować się tłem konfliktu, zaś późniejszy atak wojsk Zygmunta Luksemburskiego na dobre wrzuca nas w wir opowieści. Bohater traci rodzinę i już po chwili musi pędzić na złamanie karku, aby ujść z życiem. I nie, wspomnianego ujścia z życiem nie można traktować w kategoriach formalności. Dzieje się tak, ponieważ Kingdom Come: Deliverance to wymagająca produkcja, choć nie zawsze z założenia producentów.

Tnij precyzyjnie

Pod względem mechaniki czeskiemu tytułowi najbliżej do serii The Elder Scrolls. Twórcy oddają graczowi otwarty świat, który można i warto eksplorować, zaś wątek główny nie zawsze znajduje się na pierwszym planie. Zadania bywają jednak interesujące, jak chociażby wymknięcie się z zamku, by pochować rodziców, udział w polowaniu czy pomoc przy zaślubinach. Możemy też podjąć się wielu misji pobocznych, w mniejszym bądź większym stopniu uzupełniających przewodnią linię fabularną, oraz aktywności sprowadzających się do prostego wyeliminowania bandyty lub zdobycia określonych dóbr. Misje często posiadają więcej niż jedną słuszną metodę realizacji, stąd też będziemy mogli wyrąbać mieczem drogę do celu, przekupić lub nakłonić kogoś do pomocy, a także skradać się czy okradać innych. Jak przystało na RPG, nie zabrakło licznych statystyk opisujących postać i również w tym elemencie Kingdom Come: Deliverance zapożycza rozwiązania z serii, która dała nam Morrowinda czy Skyrima. Otóż by nabyć wprawę we władaniu bronią białą należy... z niej korzystać. Logiczne, prawda? To samo tyczy się pozostałych umiejętności – zręczność poprawimy, szyjąc z łuku, a zamknięte skrzynie przestaną stanowić trudność, gdy otworzymy kilka gorzej zabezpieczonych.

Henryka opisuje także szereg innych cech wzmacniających poczucie realizmu, jak chociażby poziom sytości czy wyspania. Zaspokojenie obu potrzeb jest kluczowe dla utrzymania bohatera zdrowego oraz gotowego do dalszych przygód. Dość powiedzieć, że niewyspany heros zaczyna zasypiać na stojąco, przez co zaczyna mrużyć oczy, zaś jego krok staje się coraz mniej pewny. Jeszcze bardziej należy uważać na jedzenie – prowiant potrafi się szybko psuć, co może doprowadzić do zatrucia pokarmowego. Na tym nie koniec realizmu, ponieważ zdjęcie metalowych elementów garderoby i zastąpienie ich ciemnymi wdziankami obniża możliwość wykrycia przez postronnych podczas nocnego skradania. Trzeba także uważać na inne drobnostki, jak chociażby kroczenie po wiosce z zakrwawionym odzieniem, co zdecydowanie nie budzi zaufania ani ludności, ani strażników. Zresztą sam ekwipunek daje do zrozumienia, że to nie standardowe RPG – zapomnijcie o opończy zapewniającej +5 do retoryki. Takie premie zapewni praktyka.

Ciekawie rozwiązano walkę, aczkolwiek niełatwo wyzbyć się wrażenia, że to element, który dzieli graczy. Podobnie jak cała mechanika, tak i pojedynki są bardzo realistyczne. Samotna walka, zwłaszcza w pierwszych godzinach zabawy, z dwoma czy trzema rywalami to jak proszenie się o śmierć. Opanowanie szermierki przynosi jednak mnóstwo satysfakcji, ponieważ niezwykle istotne jest sterowanie kamerą w taki sposób, by różnicować kąty, pod jakimi wyprowadzamy uderzenia. Nie mniej przydatne są serie ciosów, które tworzymy poprzez szybkie ponowienie ataku po celnym trafieniu. Paleta cięć i pchnięć jest spora, a do tego dochodzą jeszcze bloki, uniki czy markowanie ataków. W trakcie rozgrywki spotkamy też co najmniej kilku mistrzów miecza, którzy mogą nauczyć nas dodatkowych sztuczek. Trzeba się liczyć z tym, że tylko u części z nich nauka nie opróżni kiesy Henryka. Twórcy popisali się jeszcze jednym świetnym rozwiązaniem. Przeciwnicy – widząc, jak dobrze radzimy sobie z mieczem – mogą się poddać, a ich los zależy od nas. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by ich dobić, aczkolwiek równie korzystne jest puszczenie ich wolno. Naturalnie bez rynsztunku i złota.

Czeski film

Chciałbym zakończyć recenzję na tych peanach, lecz niestety twórcy tego nie umożliwili. Najbardziej irytuje to, że stan gry zapisywany jest jedynie przy co ważniejszych punktach kontrolnych misji. Zboczenie ze ścieżki wytyczonej przez główny wątek i powrót do niego po dwóch godzinach mitrężenia na pobliskim szlaku może wiązać się z brakiem zapisu aż do osiągnięcia kolejnego “checkpointu”, wyznaczonego przez twórców. Inną opcją zapisu jest wizyta w łaźni czy wypicie buteleczki sznapsa, lecz nie należy on do tanich trunków, a sama konieczność poszukiwania specyfiku, by zapisać grę, budzi zażenowanie. Chciałoby się, aby takie rozwiązania były dedykowane do specjalnego trybu rozgrywki, w którym nacisk na elementy survivalowe byłby jeszcze większy. W obecnej formie mechanizm zapisów wiąże się z mnóstwem frustracji. Twórcy zapowiedzieli wprowadzenie normalnego zapisu gry w kolejnej aktualizacji, aczkolwiek moderzy zdołali ich ubiec i w sieci pojawiły się już odpowiednie modyfikacje gry.

Czechom stanowczo zabrakło czasu na dopieszczenie swojego dziecka. Z jednej strony w grze można spędzić nawet kilkadziesiąt godzin i to bez wykonywania wszystkich misji pobocznych, z drugiej – bywa to droga usłana cierniami. To wręcz zaskakujące, jak szerokie spektrum niedoróbek technicznych można zaobserwować w Kingdom Come: Deliverance. Zdarzają się rzeczy mniej istotne – znikanie konia, na którym jedziemy, czy skok z małego wzgórka nieomal zakończony śmiercią bohatera. Są jednak błędy o wiele większej wagi. Niemożność rozpoczęcia dialogu z postacią kluczową dla zrealizowania danej misji to poważne utrudnienie, tym bardziej w obliczu niemożności zapisu. Czasem też z niewyjaśnionych powodów nie da się podnieść przedmiotu lub zwyczajnie nie ma go tam, gdzie być powinien.

Bolączki nie ominęły optymalizacji. Wiele było skarg graczy na spadki FPS-ów i te faktycznie występują, zaś doczytywanie tekstur w mieście przy wyższych ustawieniach graficznych jest wręcz na porządku dziennym. Same efekty wizualne są już całkiem przyjemne – Sielski klimat średniowiecznych zamków, wsi, pól i lasów oddano doprawdy dobrze, szkoda jedynie, że po zbliżeniu obiekty nie robią już takiego wrażenia. Niezależnie czy mówimy o wnętrzu domu, drzewie czy płocie – daje o sobie znać ich niska szczegółowość. Z dalszej perspektywy jest znacznie lepiej. Zamkowe blanki czy wiodące za horyzont trakty prezentują się świetnie, również po zmroku.

Kingdom Come: Deliverance nie cierpi na brak klimatu, świat jest interesujący i realistyczny, mimo iż niezbyt gęsto zaludniony. Nadrabia to wyczuwalną swojskością scenerii i przemyślaną narracją ciekawej i całkiem solidnie rozbudowanej opowieści. Twórcy prowadzą gracza za rączkę tylko przez pierwszych kilka godzin pozwalających oswoić się z mechaniką, później zaś pozostawiając los Henryka naszemu rozsądkowi. Do tego należy dodać niezłą walkę, której daleko do radosnego zaklikiwania myszki i otrzymujemy kawał świetnego RPG-a. Oczywiście nie sposób przymknąć oczu na całą masę większych i mniejszych niedoróbek oraz zbytecznych sznapsów, tyle że nawet one nie są w stanie przyćmić zalet czeskiej produkcji. Już w tym momencie mówimy o tytule, z którym warto spędzić kilkadziesiąt godzin koniecznych do ukończenia gry, zaś po kolejnej porcji poprawek będzie to wręcz propozycja nie do odrzucenia.

Plusy:

  • wciągająca opowieść oparta na wydarzeniach historycznych
  • ciekawe i rozbudowanie zadania
  • średniowieczny klimat
  • daleko posunięty realizm
  • mechanika walki
  • rozwój postaci
  • kilkadziesiąt godzin zabawy

Minusy:

  • całe mrowie błędów technicznych
  • doczytywanie tekstur
  • brak zapisu w dowolnym momencie
  • po przybliżeniu grafika traci urok

Galeria


7.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Kingdom Come: Deliverance
Producent: Warhorse Studios
Wydawca: Deep Silver
Dystrybutor polski: CDP
Data premiery (świat): 13 lutego 2018
Data premiery (Polska): 13 lutego 2018
Platformy: PC, PlayStation 4, Xbox One
Wymagania sprzętowe: Intel CPU Core i5-2500K 3.3GHz / AMD CPU Phenom II X4 940; 6 GB RAM; Nvidia GPU GeForce GTX 660 / AMD GPU Radeon HD 7870; DirectX 11; Windows 7/8/8.1 64-bit; 30 GB wolnego miejsca na dysku twardym
Nośnik: DVD
Strona WWW: www.kingdomcomerpg.com



Czytaj również

Agents of Mayhem
Ucieczka ze Stillwater
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.