» Recenzje » Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu

Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu


wersja do druku

Zmierzch? Zaćmienie? Ściema.

Autor: Redakcja: Marigold

Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu
Właśnie wróciłem z drugiej części Sagi Zmierzch i jestem zachwycony! Od dawna czekałem na ten film, już przy pierwszych zajawkach plakatów drżały mi dłonie, oba zwiastuny wywoływały niekontrolowane pocenie się. Jestem wielkim fanem historii miłosnej Belli i Edwarda, a jako fan Świata Mroku czuję się tym bardziej zaangażowany emocjonalnie w skomplikowane konflikty między światem wampirów i wilkołaków…

not.

No dobra, czekałem na Księżyc w nowiu, ale bynajmniej nie z uwielbienia do serii. Nie potrafię traktować jej inaczej niż taniej slapstickowej komedii, moje WoDziarskie serce krwawi na czarno na widok tego, co uczyniono wampirom, zaś zmysł fabuły i narracji jest tak porażony, że popada w katatonię. Lekturę książki zakończyłem po drugim zdaniu, od którego gałka oczna zaczęła mi wysychać i obkurczać się. Niemniej, miałem ogromną ochotę sprawdzić, jak twórcy Zmierzchu się pogrążają, a także zupełnie szczerze chciałem zobaczyć Volturi – jedyny element wykonany w zgodzie z wampirzą estetyką – oraz liczyłem na kilka przynajmniej poprawnie wykonanych i nieco inspirujących scen. Tych ostatnich było niestety mniej niż w pierwszej części (bo z dwóch zrobiła się jedna!), ale całość sprawiała ciut lepsze wrażenie (pewnie dlatego, że wprowadzono campową Volterrę i jej mieszkańców).

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


Wampiry w dzień? Narysowane mięśnie brzucha? To MUSI się udać!

Nie mogę powiedzieć, że film spełnił moje oczekiwania, bo oczekiwać można czegoś pozytywnego – ot, dostałem to, czego się spodziewałem i co wpasowuje się w poetykę podjętą w części pierwszej. Czyli wbrew temu, co sugerowałoby kino akcji z wampirami i wilkołakami, mamy montaż o geriatrycznym charakterze, a akcja jest wartka i sprawna niczym bieg z balkonikami przez płotki. Dykcja filmu przypomina ruch robaczkowy jelit: przykurcz i dłużyzny w partiach z założenia romantycznych (w praktyce bliższych zaparciu), po których następuje istna galopada, biegunka obrazów, które w sposób reporterski streszczają jedyny dynamiczny i rokujący wątek. No i gra aktorska. Gra. Aktorska. Co za mocne słowa.

W Oświeceniu na Akademii Królewskiej w Paryżu funkcjonowało coś takiego jak specjalne wzorniki, które prezentowały kompleksowo, jakie gesty i wyrazy twarzy odpowiadają konkretnym sytuacjom i stanom emocjonalnym. Krytyka stwierdzała, że w efekcie przedstawienia były sztuczne, a twarze zamieniały się w wykrzywione grymasem maski, niemniej u podstaw myślenia artystycznego było jasno zdefiniowane decorum.

Wydaje się, że twórcy filmu mieli zmysł artystyczny i być może nawet sięgnęli po szacowne wzorniki, jednakże zapewne czytali je do góry nogami. Jedno jest pewne, zrezygnowali z miękkiej i nijakiej mimiki na rzecz bardziej przemawiającego do wyobraźni (czy też wyręczającego ją) grymasu o sile ekspresji porównywalnej tylko z teatrem indyjskim albo burleską kabuki. Coś jednak sprawiło, że wszystko było na odwrót i tak na przykład podczas romantycznej sceny Edward miał minę, jakby miał odczuwalne problemy z prostatą. Cała reszta była adekwatnie trafiona.


Zamiast trumny – psychoanalityczna kozetka

Mistrzowskie były także dialogi, tak cudownie banalne, że dobre nawet dla osób o najbardziej skołatanych nerwach – żadna niespodzianka nie mogła nikogo wyprowadzić z równowagi. Ale najprzyjemniejsze były liczne, przepyszne freudyzmy. Dzięki nim całe sceny nabierały nowego smaku. Na przykład Belka i Edek omawiają swoje problemy związkowe, i zaczynają nazywać je po imieniu:
B: I want to come with you!
E: I don’t want you to come.

No i wszystko jasne. Wszak Edward odmawiał jej względów już od pierwszej części. Po takim "przesłyszeniu" dalsza część dialogu nabierała coraz większej pikanterii, bo wszystko idealnie pasowało do psychoanalitycznego odbioru. Podobnie w przypadku sceny, kiedy Bella próbuje otrząsnąć się z traumy porzucenia i po miesiącach roztkliwiania się nad pustym stolikiem w szkole, siada do lunchu z przyjaciółmi. Kolega postanowił wesprzeć bohaterkę duchowo:
K: Czyżby Bella do nas wróciła? Blado wyglądasz. Potrzeba ci białka. Pójdziesz ze mną do kina?

No comment.

Pomijając te miodne freudyzmy, nadające kontekst scenom (o, jeszcze Bella dotyka Jacoba, w którym budzi się wilk i wykrzykuje: "You’re hot!"), dużo radości sprawiło mi czytanie pewnych wątków w trybie antropologicznym. Przede wszystkim interesowało mnie, jak i w jakim stopniu autorka (a za nią filmowcy) projektuje na tekst ideologię mormońską. Oczywiście natrętne łączenie wszystkich w heteroseksualne (acz monogamiczne! Po co zrażać sceptyków?) pary oraz grzeczna do obrzydzenia relacja głównych bohaterów (chcieliby, ale nie mogą) są wszechobecne, niemniej drobiazgi wymknęły się spod kontroli. Śmiesznie przedstawiono podstawowy Problem Wilkołaka, czyli "co się dzieje z twoim ubraniem podczas przemiany?" – koszulka zostaje rozerwana na strzępy, ale krótkie spodenki i trampki już nie. Książka miała w tej kwestii wytłumaczenie – jakże sensowne! – które jednak nie dostało się do wersji filmowej, należy więc ten motyw tłumaczyć jedynie kwestiami cielesno-estetycznymi. W scenie, gdy przywódca watahy wynosi z lasu nieprzytomną Bellę i idzie w kierunku jej ojca, w pierwszej chwili pomyślałem: "I jak wytłumaczysz mu, że znalazłeś ją śpiącą, kiedy całkiem nagi wynosisz ją z lasu po kilku godzinach zaginięcia?". Ta nieoczywistość pozostaje jedynie na poziomie domysłów, dla których granicą jest pewna wilkołacza konwencja, niemniej…

Podczas gdy wampiry są grzeczne do obrzydzenia i zrywają z prawie wszystkimi wzorami kulturowymi, w przypadku wilkołaków zachował się jeden rys, czyli sugestia homoerotycznych relacji. Wampiryzm jest jedną z masek dla relacji lesbijskiej – w sadze Zmierzch w ogóle się nie pojawia, nawet w pojedynczych ujęciach ustawia się mężczyzn i kobiety w szeregu naprzemiennie, a jedyna zażyłość między bohaterkami ma charakter siostrzany i jest nieco infantylna. Niemniej dwuznaczne relacje w obrębie watahy – aktualizujące wilkołactwo jako reprezentację relacji gejowskiej – zostały zasugerowane, choć potem zneutralizowano je postacią "dobrej, skrzywdzonej, ale pełnej wyrozumiałej miłości" żony.


Świecisz jak miliony monet

Inny zastanawiający wątek antropologiczny to oczywiście wampirza przypadłość, z którą mroczni bohaterowie kryją się przed społeczeństwem. Chodzi oczywiście o błyszczenie się niczym psu obróżka wysadzana cyrkoniami. Gdyby potraktować to poważnie a jednocześnie ze sceptycyzmem naukowym, należałoby zadać pytanie, czego w zasadzie boją się wampiry? Na czym miałoby polegać ich zdemaskowanie? Oczywiście, możemy założyć, że w świecie przedstawionym błyszczenie jest jednoznacznie kojarzone z głodnymi krwi potworami – skoro ludzie mają święto z okazji przegnania wampirów przez św. Marka, to może wiedza o potworach jest w miarę powszechna. Niemniej w XXI wieku widok wybrokatowanego, półnagiego faceta podczas karnawałowego święta wzbudziłby raczej powszechne rozbawienie i entuzjazm. Można zatem przypuszczać, że cały ten motyw to jedynie maska skrywająca to, czego autorka nie chciała pokazywać wprost i sięgnęła po obiekt zastępczy.

Strach wampira przed słońcem, którego działanie zgodnie z tradycją działa niszczycielsko na potwora, można wyjaśnić na różnych – oczywiście banalnych – poziomach symbolicznych. Stworzenie nocy boi się światła dnia. Ucieleśnienie śmierci jest niszczone przez życiodajne promienie. Istota z archaicznego porządku lunarnej bogini ucieka przed jasnością w epoce dominacji solarnego boga. Ucieleśnienie strachu, popędów, nieświadomości, intuicji ugina się pod mocą rozumu, odwagi, superego, inteligencji. Jak zatem wytłumaczyć, że autorka wybrała wariant, w którym wampir wystawiony na światło dzienne pomnaża jego blask w milionach refleksów?

Na to pytanie znajduję tylko jedną odpowiedź – dość zawiłą, dla mnie co prawda satysfakcjonującą, ale jednocześnie obnażającą niekonsekwencję i fatalną wyobraźnię twórczą pisarki. Dowiedziałem się, że w książce pada porównanie, iż Edward błyszczy niczym diamenty. Jeżeli miałbym łączyć diament ze sprawami śmierci, do głowy przychodzi mi jeden wątek: kiedy w Indiach podczas pogrzebu spala się ciało osoby praktykującej ascezę, zamiast popiołu pozostaje po niej diamentowy proszek (zwany sarira). W tradycji hinduizmu diament jest ściśle związany ze sprawami oświecenia, co wyraża się w symbolu wadżra (dosłownie: diament, piorun), odnoszącym się między innymi do nagłego i bezpośredniego poznania Rzeczywistości.

Jak mormońska autorka mogłaby wpaść na tak odległe skojarzenie? Według mnie mogła sięgnąć na przykład do Wampira: Maskarady, w którym stan wampirzej duchowej harmonii nazywano Golkondą. Co ciekawe, pierwszym, który jej dostąpił miał być Saulot, założyciel linii Salubri, który udał się w poszukiwania oświecenia na daleki Wschód. Mamy zatem kilka tropów. Po pierwsze, w wampirzej mitologii, którą mogła inspirować się autorka, pojawia się wątek dalekowschodniego mistycyzmu, którego podwaliny ufundował hinduizm. Po drugie, rodzina Cullenów, praktykująca "wegetariańską" ascezę i z Ojcem-lekarzem, jest bardzo stylizowana na Salubri. Po trzecie zaś sama Golkonda to nazwa miasta w Indiach, które było nie tylko symbolem niewyczerpanych dóbr, ale także słynną kopalnią diamentów. Wszystkie symbole w pewien sposób do siebie pasują i można prześledzić związek między archaicznymi znaczeniami a powieściową bzdurą. A bzdurą między innymi dlatego, że "diamentowa przypadłość" dotyczy wszystkich wampirów, a nie tylko garstki wybranych, pracujących nad sobą. Ot i cały mozolnie wyciągany spomiędzy indyjskich rupieci sens uleciał niczym smrodek taniego kadzidełka sprzedawanego w przejściu podziemnym.


Motylek, baranek, badylek

Wspomniałem, że w filmie były też naprawdę fajne momenty, które z liczby dwóch w pierwszej części ograniczyły się do jednego w New Moon. W filmie otwierającym sagę urzekła mnie scena gry w baseball przy użyciu Dyscyplin – dzięki pewnej lekkości i sympatycznemu przymrużeniu oka – oraz nieco koślawo spointowana scenka gotowania z "kuchnia tv" obiadu dla śmiertelniczki – za ironiczny dystans. W Księżycu w nowiu najciekawsza scena była dla odmiany zrobiona na poważnie, a chodzi o pokazaną w końcówce wycieczkę turystów po siedzibie Volturi. Uważam, że motyw był naprawdę mocny, sam nigdy nie wpadłem na nic podobnego. Sądzę, że skojarzenia z prowadzeniem ludzi pod prysznice w nieco innej czasoprzestrzeni, są całkiem trafne i właśnie o taki efekt – zupełnego odczłowieczenia – chodziło twórcom. Gdyby jeszcze potrafili zachować powagę i rozsądek w innych sprawach, może nie planowałbym wybrania się na trzecią część z totalnie ironicznym i kontestacyjnym nastawieniem. Niestety, pointa filmu, która doprowadziła do łez całą salę kinową, pogrzebała wszelkie nadzieje.

Chyba najgorsze jest to, że przez najbliższych kilka lat będziemy świadkami wampiromanii. Już teraz, jak grzyby po deszczu, wyrastają kolejne naśladowcze serie – ostatnio w Matrasie widziałem książeczkę o bohaterce, która jest tak inna, że aż zwykła i która trafia do szkoły wampirów. Harry Potter z domu Tremere. Życzyłbym sobie, żeby reakcją na cały ten zgiełk było nakręcenie porządnego filmu o krwiopijcach – godnego następcy Wywiadu z wampirem. Niestety, zmysł praktyczny podpowiada mi, że skończy się jakąś głupawą pseudo-komedią, ośmieszającą to, co już teraz samo z siebie jest śmieszne. Czyli beznadziejnie groteskową. A że po tym kultura będzie już tak zniesmaczona trupim odorkiem, że motyw zostanie na dłuższy czas zarzucony i nastanie boom na nową głupotę. Czarodziejów i watykańskie spiski już mieliśmy, więc są passé. Co zatem byście obstawiali?

Galeria


3.5
Ocena recenzenta
3.26
Ocena użytkowników
Średnia z 46 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: The Twilight Saga: New Moon
Reżyseria: Chris Weitz
Scenariusz: Melissa Rosenberg
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe
Obsada: Kristen Stewart, Robert Pattinson, Taylor Lautner, Ashley Greene, Peter Facinelli, Elizabeth Reaser, Kellan Lutz, Nikki Reed, Jackson Rathbone, Bronson Pelletier, Billy Burke, Rachelle Lefevre, Dakota Fanning, Jamie Campbell Bower, Anna Kendrick, Michael Welch, Christian Serratos
Kraj produkcji: Australia, USA
Rok produkcji: 2009
Data premiery: 20 listopada 2009
Dystrybutor: Monolith



Czytaj również

Księżyc w nowiu
Księżyc w kryzysie
- recenzja
Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1
Dyskretny urok wampiryzmu
- recenzja
Zmierzch
De gustibus…
- recenzja
Saga Zmierzch: Przed świtem cz.2
Młodzi, lśniący i bogaci
- recenzja
Piękne istoty
Urokliwy czar miłości
- recenzja
Cosmopolis [DVD]
Dziwny nie znaczy gorszy... ani lepszy
- recenzja

Komentarze


Pseudo
    Wow!
Ocena:
+2
Ja czegos nie załapałem czy częsc z Was naprawde stara sie dyskutowac o pseudorecenzji pisanej ewidentnie dla jaj(choc trafnej :P)?

ps Wilkołaki są lepsze od wampirów a elfy od krasnoludów.
28-11-2009 11:31
996

Użytkownik niezarejestrowany
    :)
Ocena:
0
@Malaggar - mój komć był @rincewind bpm
28-11-2009 13:09
Malaggar
   
Ocena:
0
@Craven - mój był @kolega, który skasował swojego komcia ;)
28-11-2009 13:14
996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
aaa sorry man :)
28-11-2009 13:19
11186

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Strasznie podoba mi się pierwsze zdjęcie w tekście, po okładce. Wprost nie mogę się napatrzeć na te odmierzone od linijki wąpierze. Na ich uprasowane w kant ubranka (jak dla lalek), przerysowaną ale dedykowaną właśnie krwiopijcom mimikę. Tak, takie wampiry mogłyby swobodnie wystąpić w teledysku Christyny Aguliery. Wszystkie trzy. :>
28-11-2009 13:50
Arieen
   
Ocena:
0
Khem, nie rozumiem tego fragmentu:

"Tych ostatnich było niestety mniej niż w pierwszej części (bo z dwóch zrobiła się jedna!), ale całość sprawiała ciut lepsze wrażenie (pewnie dlatego, że wprowadzono campową Volterrę i jej mieszkańców)."

W jakim sensie i czego "z dwóch zrobiła się jedna"?
28-11-2009 13:54
Malaggar
   
Ocena:
0
@squirel: Nie mogłby. Są za słabe aktorsko. Zmierzchu widziałem z 30 minut łącznie, ale poziom "gry" mnie powalił.
Z drugiej może to jest jakaś metoda: Pokazanie ludziom, że nie musisz być zdolny, by spełnić marzenie o "aktorstwie".
28-11-2009 13:58
Repek
    @Arieen
Ocena:
+2
W jakim sensie i czego "z dwóch zrobiła się jedna"?

Chodzi chyba o to, że w 1. części Marheva widział dwie dobre sceny [pomysły], a w 2. części ta ilość skurczyła się do jednej.

Vide:
i nieco inspirujących scen. Tych ostatnich było niestety mniej

"tych ostatnich" odnosi się do "inspirujących scen".

Pozdrówka!
28-11-2009 14:31
MEaDEA
    Dla fanów Zmierzchu!
Ocena:
+2
11186

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
A ja gorąco polecam Twilight Moms:

http://fc07.deviantart.net/fs51/f/ 2009/329/a/6/Twilight_Moms_by_InLov e WitEdwardC.jpg

PS: no i dlaczego mój awatar się nie chce zmienić? o_O
28-11-2009 16:54
Mayhnavea
   
Ocena:
0
@ Arieen, repek:

No, jest dokładnie tak, jak napisał repek. W pierwszej części były dwie fajne sceny, które zresztą wspomniałem w recenzji. Ta scena, kiedy Edward poznaje ojca Belli, trzymającego w ręku strzelbę, była zabawna, ale na dłuższą metę mi się nie podobała (teraz dialoguję z repkiem). A to dlatego, że przy wszystkich zabaw ze stereotypami jakoś strasznie nie lubię powielania motywu ojca-zazdrosnego-o-córkę. Wiem, że ta cała zabawa z aluzją do polowania, łowcą i ofiarą była bardzo celowa i świadoma, ale jakoś tak... Może to dlatego, że mnie osobiście trochę przeraża kompleks Elektry?


@ MEaDEA, squirel:

Fantastyczne!
28-11-2009 18:37
   
Ocena:
+1
Sorry, ale zgadzam się z gregiem
28-11-2009 21:41
Mayhnavea
   
Ocena:
0
Nie przepraszaj :D
Ale za to możesz napisać, z którym z jego twierdzeń się zgadzasz. I jeżeli chodzi o kwestię, że literatura jest kluczowa do zrozumienia któregoś z wątków filmu, ew. że dokonałem nadużycia odwołując się do książki, podczas gdy tak było tylko w filmie, to też byłbym wdzięczny za konkret :)
28-11-2009 21:53
~Cy

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Z ksiazka obcowalem tylko na zasadzie towarzyszenia w lekturze. Moja narzeczona musiala to przeczytac, zeby miec o czym gadac z kolezankami w pracy. Meka byla potworna. W zyciu nie nasluchalem sie tylu glupawych tekstow o marnej skladni. Przedziwnych konstrukcji fabularnych i zwyczajnego kalectwa literackiego...Biedna dziewczyna nie mogla sie poczatkowo skupic, targana nieustajacymi parsknieciami smiechu. Potem przyszlo zmeczenie. Nie wiem czy dala rade tej tak zwanej powiesci.

Ale okazuje sie (jak zwykle) ze sa ludzie, ktorzy takie cos czytaja nawet w orginale i doszukuja sie tam glebi, wzlotow i porywow...Wspolczuje. Szczerze mi za, bo to znaczy ze kultura czytania w narodzie zwyczajnie upadla.

A recenzja bardzo trafna, ale rzeczywiscie zaskakuje ze autor mial az tyle zapalu, zeby pisac o takim dnie...tyle ze tym razem sztuki filmowej.
30-11-2009 12:50
~Imperare

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jestem pod wrażeniem. Czytam to, co myślę sobie po cichutku w główce!
30-11-2009 17:57
Sting
    Odnosząc się...
Ocena:
+5
...do ewolucji wizerunku wampira z któregoś tam kolejnego komentarza, trzeba zauważyć, że jego przekształcenia dokonywane przez autorkę bardzo szybko, moim zdaniem, zmienią jego wizerunek na popkulturowy kicz.

W sumie nie dzieje się nic niezwykłego. Ot, wampir staje się Baudrillardowskim symulakrum, słowem zmieści wszystko, co pod ów termin wrzucimy. W konsekwencji termin "wampir" przestanie mieć jakikolwiek sens, a odwołanie do romantycznej wizji stanie się jedną z możliwych interpretacji.

Później zaś nastanie jakaś nowa Meyer, która mianem "wampira" określi dwunastometrowego różowego gluta zjadającego dżdżownicę i, o dziwo, to rozumienie też się zmieści.

Niestety, żyjemy w czasach całkowitego rozmycia się wszelkich znaczeń i pomimo, że Mayhnavea bardzo dobrze rozprawia się z antropologiczną analizą, to wyznawane przeze mnie stanowisko naukowe (opierające się na Derridzie, Baumanie, Lyotardzie i Baudrillardzie) niejako uchyla po części sensowność jego wywodu, a mianowicie ten fragment, ktory mówi, że z powodu określonej, zakorzenionej wizji kulturowej autorka zbiera cięgi.

Dla mnie owo zakorzenienie już nie istnieje, więc łatkę "wampira" można przypiąć naprawdę wszystkiemu (oczywiście pewni odbiorcy łatwiej łykną tę, inni inną wizję, ale właśnie o to chodzi - te wizje się nawzajem nie wykluczają, bo dziś już nic nie jest określone). Tutaj chodzi raczej o jej mierny kunszt pisarski. To, co piszę Meyer jest tak niewiarygodne, sztuczne i chaotycznie pozbawione jakiejkolwiek logiki przyczyn i następstw (swoją drogą ta ksiązką to piękna ilustracja tego, w jaki sposób myślą ludzie później nowoczesności - widać to w całkowitej puentylistyczności fabuły, której sens autorka odkrywa dopiero po napisaniu, a nie widzi całości obrazu na początku pracy), że nie można w to uwierzyć. Mowiąc słowami Lyotarda, jej "wielka narracja" przegrywa z innymi i dlatego jej nie kupujemy. Kontekst kulturowy dla współczesnego zjadacza chleba nie ma, moim zdaniem, żadnego znaczenia, może jedynie balansuje gdzieś w zakamarkach podświadomości, zupełnie nieuświadomiony i ledwie obecny.

Ale tutaj możemy się sprzeczać o wyznawane szkoły i autoryety. Dyskusja akademicka (aczkolwiek rozwijająca i prowadząca do nowych wniosków). ;]

Co do samego filmu, to jest on słaby. Tak samo sztucznie i sztampowo reżyserowany, jak sama książka napisana.

Od razu uprzedzę zarzuty Gregga - czytałem pierwszy tom, drugi do połowy i nie znajduje tam nic, co byłoby chociażby przejawem "czytadła". Dla mnie Meyer to grafomanka najgorszego rodzaju i nie wierzę, że na przekładzie aż tak dużo traci. Tu chodzi o same koncepty, tok prowadzenia narracji i tak dalej. Jej brak umiejętności i wyobraźni widać w samej strukturze tekstu.
30-11-2009 21:14
Scobin
   
Ocena:
+1
A ja poniewczasie zaznaczę jeszcze jedno. Najpierw cytaty (wybaczcie, że długie, ale nie umiem inaczej stworzyć kontekstu).

Scobin:
"Zmierzch" – na tyle, na ile mogę wnioskować po pierwszym filmie i dyskusjach na temat pozostałych utworów (jeśli się mylę, proszę o korektę) – zmierza w zupełnie innym kierunku: oswaja wampiry, wyrywa im kły. Upiory, nieludzie, stają się tutaj równie ludzkie od samych ludzi, a może nawet bardziej ludzkie.

Gregg:

Scobin - mylisz się w odniesieniu do wampirów Zmierzchowych. Problem w polega na tym, że siłą rzeczy przyglądamy się tam z bliska tym "dobrym" wampirom. Cullenom-wegeterianom, Cullenom-lekarzom i kochającym ludzi istotom.

Ale cały czas jest tu podkreślane (na co nie ma po prostu miejsca w filmie), że oni stanowią wyjątek. Są absolutnym promilem w społeczności wampirów (jest wspomniana jeszcze jedna podobna rodzina z Alaski). A cała reszta wampirów, tych "żyjących" według swojej natury zdecydowanie kły, jad i inne "Dyscypliny" zachowała. I straciła większość cech ludzkich
.


I teraz znowu ja. Wydaje mi się, że mojej tezy o "swojskości" postaci wampira w Zmierzchu można by jednak bronić, jeśli:

(A) "złe" wampiry co prawda stanowią większość w całym świecie przedstawionym powieści i filmu, ale przez niemal cały czas przyglądamy się głównie "dobrej mniejszości" i to ona de facto tworzy "czytelniczy obraz wampira"

lub

(B) wampiry potrafią być złe, amoralne, odpychające, psychopatyczne – ale tylko na sposób ludzki (innymi słowy, ich postępowanie nie różni się od tego, co na ich miejscu moglibyśmy zrobić my, ludzie). Bez pierwiastka obcości, który ma np. Lord Ruthven w "Wampirze" Polidoriego [można przeczytać online, polecam, krótkie :-)].

Co o tym sądzicie? Pytania do tych, co czytali: czy (A) jest prawdziwe? Czy (B) jest prawdziwe?
30-11-2009 22:02
Mayhnavea
   
Ocena:
+3
@ Sting:

Bardzo dziękuję za Twój głos, naprawdę przyjemnie mi sie czytało :D

Niestety, żyjemy w czasach całkowitego rozmycia się wszelkich znaczeń i pomimo, że Mayhnavea bardzo dobrze rozprawia się z antropologiczną analizą, to wyznawane przeze mnie stanowisko naukowe (opierające się na Derridzie, Baumanie, Lyotardzie i Baudrillardzie) niejako uchyla po części sensowność jego wywodu, a mianowicie ten fragment, ktory mówi, że z powodu określonej, zakorzenionej wizji kulturowej autorka zbiera cięgi.

Cięgi za zburzenie wizji autorka dostała – ode mnie. Wprawdzie Masa jest zachwycona jej interpretacją, niemniej nie wszyscy są tak wyrwani z korzonkami z kulturowego gruntu. Może nie jest to kwestia zabobonnej wiary rodem z etnograficznej utopii ;) ale nawet przy ułamkowej świadomości wtórnej, romantycznej tradycji, już widać, że coś jest nie-tak.

Zatem na pewno mamy symulakrum, ale jednocześnie szyte tak grubymi nićmi, że dla wielu odbiorców (o czym świadczą m.in. komentarze tutaj; zresztą nastolatki ze wszystkich części ciała Edwarda najmniej biorą pod uwagę jego zęby) widoczna pozostaje historyczność motywu. Nawet jeśli nie podadzą konkretów, to mają świadomość, że dokonano szeregu reinterpretacji i transformacji.

Inna sprawa, starałem się pokazać samą precesję tego symulakru (choć tego tak nie nazwałem, bo nie o tym recenzja i nie ten target), przejście od "głębokiej rzeczywistości" choćby w kulcie hinduistycznym poprzez pęknięcia aż do czystej zasymulowanej rzeczywistości.

Inna sprawa jest taka, że niektóre symulakry nie muszą być takie puste, jakby się wydawało. Choć nimi sobie gramy w sposób swobodny, jesteśmy w stanie je zakotwiczyć w czymś większym. Zakładając, że autorka jest wyrugowana z kultury i w żaden sposób (poprzez tradycje, ikonografię, język) "diamentowa ideologia" do niej nie dotarła, to możemy założyć, że ja jestem w stanie wykonać taki ruch. Mając alergię na próżnię sensów, szukam jakiegoś gruntu, na którym mógłbym osadzić symulakr i próbować oświetlać go z nowych perspektyw - skoro jest pusty, powinien być podatny na takie zabiegi.

Osobiście jestem przekonany, że można – i należy – wykonywać oba te ruchy, pracę archeologa oraz zakorzeniania w dostępnej wiedzy/doświadczeniu. Nie będę twierdził, że w ten sposób można dotrzeć do Prawdy, niemniej powstaje wtedy nowa interpretacja, nowy układ znaczeń.

Inną jeszcze kwestią jest to, że samo powstanie symulakru może być symptomem czegoś innego. Jeżeli oderwiemy wampira Meyer od jego etnograficznych korzeni, skupimy się na tych jego cechach, które w jej tekście przetrwały, możemy zacząć się zastanawiać np. jakiego rodzaju doświadczenie – być może pokoleniowe? religijne? etniczne? – za tym stoi. Sądzę, że to mogłoby być bardzo ciekawe (wciąć się czepiam założenia, że mimo banalizacji kultury, wciąż nei cierpimy pustki znaczenia). Przykład tego będzie w odpowiedzi dla Scobina.


@ Scobin:

Z tezą dobrego wampira zgadzam się w 100%. I znów, wbrew zniechęceniu niektórych wróciłbym tutaj do kwestii wyznaniowej autorki książki. W zasadzie mogłaby tutaj być nie mormonką, a purytanką, na jedno by wyszło. A chodzi mi konkretnie strukturę enklawy oraz jej retorykę. Takie ustawianie się (dobrej i czystej) grupy wobec (zepsutej i zakłamanej) społeczności na zewnątrz jest bardzo charakterystyczne dla wzniosłej retoryki, którą możemy wywodzić od Reformacji. I to zależności religijne powinny być tutaj wzorem do odczytywania zależności w społeczności wampirów.

Czyli rodzina Cullenów jest metaforą zboru purytańskiego, który podróżuje w poszukiwaniu obiecanej krainy, a po drodze próbuje stworzyć mały raik na ziemi (zasada nieagresji, paktowanie z tubylcami – wprowadzanie ładu na wzór religijny). To, co na zewnątrz może być podłe, złe i okrutne, ale w samej relacji my-oni jest zapowiedź nadejścia ery sprawiedliwości oraz zniszczenia bądź potępienia tych "innych". Bez czytania książki jestem w stanie się założyć, że Edward ma prywatnego questa pt. "chcę odzyskać swoją duszę" – w filmie było to raczej zasugerowane w półsłówkach, w powieści narrator zapewne bardziej się zbliżył do myśli i uczuć bohatera w tej kwestii (tu pytanie do czytających: mam rację?).

Czyli tak, wampir jest oswajany dokładnie na tej samej zasadzie jak można oswajać człowieka poprzez postawienie czytelnikowi przed nosem wzoru cnót wszelakich i skontrastowania go z zepsutymi, handlującymi odpustami papistami.

Hmm, czy byłem w tym wywodzie komunikatywny i czy potwierdziłem którąś z Twoich tez Scobinie, albo pokazałem inną możliwość?

Pozdrawiam!
30-11-2009 23:21
Scobin
   
Ocena:
0
Myślę, że odpowiedziałeś w zakresie hipotezy A (raczej nie tezy; hipotezy). Zresztą przy pierwszym filmie, choć pamiętam go jak przez mgłę, też mam wrażenie, że twórcy różnymi sposobami starali się stworzyć przyciąganie przede wszystkim między nami a "dobrymi" wampirami (a nie złymi).

Natomiast tworząc hipotezę B, miałem na myśli coś innego. Nie chodziło mi w tym wypadku tylko o oswajanie "dobrych" wampirów, ale także tych "złych".
30-11-2009 23:56
Sting
    Precesję...
Ocena:
+4
...symulakru nakreśliłeś bardzo dobrze. Również z freudyzmem poszedłeś w nader istotnym, dla naszych rozważań nad tym symulakrum, kierunku (spoko, zaraz ktoś powie, że "jak ktoś chce, to się mu skojarzy", ale ja mam tak jakoś dziwnie, że dla mnie Freud dokonał naprawdę istotnego odkrycia).

Oczywiście zgadzam się, że jest szyte tak grubymi nićmi, że nie można w to uwierzyć. Historyczność motywu zakorzeniona jest jeszcze bardzo mocno, ale powoli (vide te wszystkie nastolatki, dla których "Zmierzch" jest jedynym dostępnym wykładnikiem terminu "wampir"; cud, że w ogóle coś czytają, chociaż myślę, że znaczna część widziała tylko film, wedle zasady "jak dobre, to nakręcą" i "książki są głupie, bo nie widać") zaczyna się ona poddawać pod napływem nowych interpretacji. Ja tu widzę dwa podstawowe naruszenia mitu, które skazują tę książkę na krytykę - zerwanie z opozycją noc-dzień (splyciłem i sprowadziłem do symbolu, bo Julian już to wyjaśnił szeroko w swoim tekście) i przeniesienie seksualizmu na poziom meta. Oba, jak słusznie zauważyłeś, łączę z wierzeniami religijnymi autorki - jeżeli ktoś myśli, że wyznając określone poglądy, można pisać, wypowiadać się, tworzyć i myśleć niezależnie od nich, to jest w poważnym błędzie. Już elementarny kurs socjologiczny lub psychologiczny (a najlepiej oba) udowodniają, iż jest to niemożliwe (stąd chociażby idealistyczny i niemożliwy do spełnienia w całości postulat w naukach społecznych, aby przy rozpoczynaniu badań uniknąć wpływu przesądów i zachować obiektywizm badawczy).

1) Zerwanie z opozycją noc-dzień. To jest pierwszy poważny i jak dla mnie decydujący w wyjaśnieniach objaw zerwania z mitem wampiryzmu. Dlaczego Meyer tak robi? Postarajmy się to wyjaśnić, a raczej przedstawić moją interpetację tego faktu. Wszyscy zgodzimy się, że niemal każda religia ma jakiegoś głównego złego, dla Meyer będzie to "demon", ewentualnie najzwijmy go "diabłem" lub "upadłym aniołem". Teraz tak, autorka chcę napisać książkę dla nastolatek, bo nasze czasy są pełne chuci, zła i tak dalej (pamiętajmy, w jaki sposób może myśleć autorka poprzez pryzmat wyznania) i... decyduje się na prosty zabieg marketingowy. Przecież jeśli wprowadzi "upadłe anioły", "demony" itd., to żadna nastolatka tego nie łyknie, bo po pierwsze Meyer dostanie łatkę wojującej fanatyczki, a do młodych taka symbolika nie trafi. Więc czemu nie podstawić pod "upadły anioł" "wampir" i nie pojechać na fali? W końcu i to i to, to zło wcielone, więc dla autorki i jej zamierzeń "wampir" staje się idealnym symbolem.

No dobra, powiecie, ale przecież mamy tutaj te dobre "wampiry", nie mogą to być zatem "słudzy szatana". Cóż, motyw odkupienia jest stary, jak świat i tutaj świetnie się wpisuje. Autorka wciąż podkreśla przecież, że te "wampiry", to wyjątki. Dodatkowo to świecenie, odbijanie światła i tak dalej. Dla mnie wyjaśnienie Mayhnavey, chociaż bardzo eleganckie i pomysłowe, było w tym przypadku zbyt skomplikowane. Dajmy na to, że autorce przyśnił się anioł (cóż, jeśli jest głęboko wierząca, to może być prawdopodobne), a jeśli anioł świeci, a upadły anioł, to taki anioł tylko, że zły, to pewnie też świeci, itd. itd. Od razu uprzedzam, że ten tok myślowy na pewno tak nie wyglądał, to analiza jedynie, ba, zapewne w ogóle nie było toku myślowego, tylko zadziałała podświadomość. I tak oto pod "wampira" Meyer podpięła zupełnie inny mit. Na potrzeby rynku i moralności oczywiście. ;]

2) Przeniesienie seksualizmu na poziom meta. To mój własny termin wymyślony ad hoc, który zaraz postaram się wyjaśnić. Widzimy już, że pod jeden mit podstawiono nam drugi, pozostaje zatem kwestia seksualizmu, z którą już tak łatwo pójść nie może, bo wampir romantyczny jest napakowany seksualizmem, aż po same brzegi. Jako że ma to być seria umoralniającą i tak naprawdę nie chodzi w niej o wampiry, to trzeba coś z tym zrobić. Autorka wybiera najprostszy sposób, przerzuca go na poziom meta (dlatego nastolatki nie zwracają uwagi na zęby, tylko na symbole seksualne - pośladki, krocze, klata, zaryzuje stwierdzenie, iż szukają jakiegokolwiek seksualizmu, bo jego brak jest nienaturalny nie tylko dla mitu wampira, ale dla naszej kultury w ogóle"), ale nie mogąc całkowicie uciec od mitu "wampira" zaczyna się gra iście freudowska, dopakowana w filmie przez reżysera, bo przecież musi się to sprzedać, a bez seksu lub ciągłych doń odwołań film u nastolatek zaliczyłby nieziemską klapę. W książce może być tego mniej, nie tak wyraźne, a w kinie trzeba COŚ pokazać, a jak nie można pokazać, to trzeba COŚ powiedzieć. Samo medium ("przekaźnik jest przekazem" McLuhan) wymusza zatem jakąkolwiek zabawę z seksualnością. To zaś zadaje ostateczny cios wiarygnodności nieszczęsnego "wampira", bo wampir metaseksualny zdaje się, poprzez zaprzeczenie, zaledwie swoim cieniem, a w zasadzie to "aniołem, który jest upadły, ale grzeszyć nie może, bo chce jednak zostać zbawiony".

Taka jest moja intepretacja owego fenomenu i wymieszania dwóch pojęć w jedno nowe symulakrum, które modyfikuje "czyste" symulakrum działające na zasadzie precesji i zmienia je w coś zupełnie odmiennego jakościowo i tak wymieszanego, że w efekcie pustego.

Słaba strona tej interpretacji? Cóż, są tam przecież wilkołaki. Jak wyjasnić te stworzenia skoro "wampir" to "upadły anioł". Potencjalne wyjasnienia są dwa, a w zasadzie oba mogą zachodzić w tym samym czasie.

1) Wspomnania już przeze mnie puentylistyczność pisarska. Skoro autorka nie wie, jak skończy się jej książka, to nie wie również, co będzie w kolejnych tomach. Pierwszy się sprzedaje, więc trzeba wymyślić coś nowego. Tutaj jadąc po najprostszej bandzie skojarzeń - wampir-wilkołak - dostajemy kolejnego nadnaturala (zresztą ów wilkołak jest popkulturowy aż do bólu zębów - rzućcie okiem na zdjęcie: jakiś tam popkulturowy tribal, charakterystyczne rysy dla kogoś nieskażonego złem cywilizacji zachodniej, jeden wielki symbolizm).

2) Motyw braterstwa. To w sumie również mocne zakorzenienie religijne.

Na koniec tego długiego posta. Julianie ja też szukam sensów w otaczającym mnie świecie. Niestety to nie jest popularne w konsumpcjonizmie. ;]

Pozdrawiam!
01-12-2009 10:10

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.