» Recenzje » Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu

Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu


wersja do druku

Zmierzch? Zaćmienie? Ściema.

Autor: Redakcja: Marigold

Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu
Właśnie wróciłem z drugiej części Sagi Zmierzch i jestem zachwycony! Od dawna czekałem na ten film, już przy pierwszych zajawkach plakatów drżały mi dłonie, oba zwiastuny wywoływały niekontrolowane pocenie się. Jestem wielkim fanem historii miłosnej Belli i Edwarda, a jako fan Świata Mroku czuję się tym bardziej zaangażowany emocjonalnie w skomplikowane konflikty między światem wampirów i wilkołaków…

not.

No dobra, czekałem na Księżyc w nowiu, ale bynajmniej nie z uwielbienia do serii. Nie potrafię traktować jej inaczej niż taniej slapstickowej komedii, moje WoDziarskie serce krwawi na czarno na widok tego, co uczyniono wampirom, zaś zmysł fabuły i narracji jest tak porażony, że popada w katatonię. Lekturę książki zakończyłem po drugim zdaniu, od którego gałka oczna zaczęła mi wysychać i obkurczać się. Niemniej, miałem ogromną ochotę sprawdzić, jak twórcy Zmierzchu się pogrążają, a także zupełnie szczerze chciałem zobaczyć Volturi – jedyny element wykonany w zgodzie z wampirzą estetyką – oraz liczyłem na kilka przynajmniej poprawnie wykonanych i nieco inspirujących scen. Tych ostatnich było niestety mniej niż w pierwszej części (bo z dwóch zrobiła się jedna!), ale całość sprawiała ciut lepsze wrażenie (pewnie dlatego, że wprowadzono campową Volterrę i jej mieszkańców).

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


Wampiry w dzień? Narysowane mięśnie brzucha? To MUSI się udać!

Nie mogę powiedzieć, że film spełnił moje oczekiwania, bo oczekiwać można czegoś pozytywnego – ot, dostałem to, czego się spodziewałem i co wpasowuje się w poetykę podjętą w części pierwszej. Czyli wbrew temu, co sugerowałoby kino akcji z wampirami i wilkołakami, mamy montaż o geriatrycznym charakterze, a akcja jest wartka i sprawna niczym bieg z balkonikami przez płotki. Dykcja filmu przypomina ruch robaczkowy jelit: przykurcz i dłużyzny w partiach z założenia romantycznych (w praktyce bliższych zaparciu), po których następuje istna galopada, biegunka obrazów, które w sposób reporterski streszczają jedyny dynamiczny i rokujący wątek. No i gra aktorska. Gra. Aktorska. Co za mocne słowa.

W Oświeceniu na Akademii Królewskiej w Paryżu funkcjonowało coś takiego jak specjalne wzorniki, które prezentowały kompleksowo, jakie gesty i wyrazy twarzy odpowiadają konkretnym sytuacjom i stanom emocjonalnym. Krytyka stwierdzała, że w efekcie przedstawienia były sztuczne, a twarze zamieniały się w wykrzywione grymasem maski, niemniej u podstaw myślenia artystycznego było jasno zdefiniowane decorum.

Wydaje się, że twórcy filmu mieli zmysł artystyczny i być może nawet sięgnęli po szacowne wzorniki, jednakże zapewne czytali je do góry nogami. Jedno jest pewne, zrezygnowali z miękkiej i nijakiej mimiki na rzecz bardziej przemawiającego do wyobraźni (czy też wyręczającego ją) grymasu o sile ekspresji porównywalnej tylko z teatrem indyjskim albo burleską kabuki. Coś jednak sprawiło, że wszystko było na odwrót i tak na przykład podczas romantycznej sceny Edward miał minę, jakby miał odczuwalne problemy z prostatą. Cała reszta była adekwatnie trafiona.


Zamiast trumny – psychoanalityczna kozetka

Mistrzowskie były także dialogi, tak cudownie banalne, że dobre nawet dla osób o najbardziej skołatanych nerwach – żadna niespodzianka nie mogła nikogo wyprowadzić z równowagi. Ale najprzyjemniejsze były liczne, przepyszne freudyzmy. Dzięki nim całe sceny nabierały nowego smaku. Na przykład Belka i Edek omawiają swoje problemy związkowe, i zaczynają nazywać je po imieniu:
B: I want to come with you!
E: I don’t want you to come.

No i wszystko jasne. Wszak Edward odmawiał jej względów już od pierwszej części. Po takim "przesłyszeniu" dalsza część dialogu nabierała coraz większej pikanterii, bo wszystko idealnie pasowało do psychoanalitycznego odbioru. Podobnie w przypadku sceny, kiedy Bella próbuje otrząsnąć się z traumy porzucenia i po miesiącach roztkliwiania się nad pustym stolikiem w szkole, siada do lunchu z przyjaciółmi. Kolega postanowił wesprzeć bohaterkę duchowo:
K: Czyżby Bella do nas wróciła? Blado wyglądasz. Potrzeba ci białka. Pójdziesz ze mną do kina?

No comment.

Pomijając te miodne freudyzmy, nadające kontekst scenom (o, jeszcze Bella dotyka Jacoba, w którym budzi się wilk i wykrzykuje: "You’re hot!"), dużo radości sprawiło mi czytanie pewnych wątków w trybie antropologicznym. Przede wszystkim interesowało mnie, jak i w jakim stopniu autorka (a za nią filmowcy) projektuje na tekst ideologię mormońską. Oczywiście natrętne łączenie wszystkich w heteroseksualne (acz monogamiczne! Po co zrażać sceptyków?) pary oraz grzeczna do obrzydzenia relacja głównych bohaterów (chcieliby, ale nie mogą) są wszechobecne, niemniej drobiazgi wymknęły się spod kontroli. Śmiesznie przedstawiono podstawowy Problem Wilkołaka, czyli "co się dzieje z twoim ubraniem podczas przemiany?" – koszulka zostaje rozerwana na strzępy, ale krótkie spodenki i trampki już nie. Książka miała w tej kwestii wytłumaczenie – jakże sensowne! – które jednak nie dostało się do wersji filmowej, należy więc ten motyw tłumaczyć jedynie kwestiami cielesno-estetycznymi. W scenie, gdy przywódca watahy wynosi z lasu nieprzytomną Bellę i idzie w kierunku jej ojca, w pierwszej chwili pomyślałem: "I jak wytłumaczysz mu, że znalazłeś ją śpiącą, kiedy całkiem nagi wynosisz ją z lasu po kilku godzinach zaginięcia?". Ta nieoczywistość pozostaje jedynie na poziomie domysłów, dla których granicą jest pewna wilkołacza konwencja, niemniej…

Podczas gdy wampiry są grzeczne do obrzydzenia i zrywają z prawie wszystkimi wzorami kulturowymi, w przypadku wilkołaków zachował się jeden rys, czyli sugestia homoerotycznych relacji. Wampiryzm jest jedną z masek dla relacji lesbijskiej – w sadze Zmierzch w ogóle się nie pojawia, nawet w pojedynczych ujęciach ustawia się mężczyzn i kobiety w szeregu naprzemiennie, a jedyna zażyłość między bohaterkami ma charakter siostrzany i jest nieco infantylna. Niemniej dwuznaczne relacje w obrębie watahy – aktualizujące wilkołactwo jako reprezentację relacji gejowskiej – zostały zasugerowane, choć potem zneutralizowano je postacią "dobrej, skrzywdzonej, ale pełnej wyrozumiałej miłości" żony.


Świecisz jak miliony monet

Inny zastanawiający wątek antropologiczny to oczywiście wampirza przypadłość, z którą mroczni bohaterowie kryją się przed społeczeństwem. Chodzi oczywiście o błyszczenie się niczym psu obróżka wysadzana cyrkoniami. Gdyby potraktować to poważnie a jednocześnie ze sceptycyzmem naukowym, należałoby zadać pytanie, czego w zasadzie boją się wampiry? Na czym miałoby polegać ich zdemaskowanie? Oczywiście, możemy założyć, że w świecie przedstawionym błyszczenie jest jednoznacznie kojarzone z głodnymi krwi potworami – skoro ludzie mają święto z okazji przegnania wampirów przez św. Marka, to może wiedza o potworach jest w miarę powszechna. Niemniej w XXI wieku widok wybrokatowanego, półnagiego faceta podczas karnawałowego święta wzbudziłby raczej powszechne rozbawienie i entuzjazm. Można zatem przypuszczać, że cały ten motyw to jedynie maska skrywająca to, czego autorka nie chciała pokazywać wprost i sięgnęła po obiekt zastępczy.

Strach wampira przed słońcem, którego działanie zgodnie z tradycją działa niszczycielsko na potwora, można wyjaśnić na różnych – oczywiście banalnych – poziomach symbolicznych. Stworzenie nocy boi się światła dnia. Ucieleśnienie śmierci jest niszczone przez życiodajne promienie. Istota z archaicznego porządku lunarnej bogini ucieka przed jasnością w epoce dominacji solarnego boga. Ucieleśnienie strachu, popędów, nieświadomości, intuicji ugina się pod mocą rozumu, odwagi, superego, inteligencji. Jak zatem wytłumaczyć, że autorka wybrała wariant, w którym wampir wystawiony na światło dzienne pomnaża jego blask w milionach refleksów?

Na to pytanie znajduję tylko jedną odpowiedź – dość zawiłą, dla mnie co prawda satysfakcjonującą, ale jednocześnie obnażającą niekonsekwencję i fatalną wyobraźnię twórczą pisarki. Dowiedziałem się, że w książce pada porównanie, iż Edward błyszczy niczym diamenty. Jeżeli miałbym łączyć diament ze sprawami śmierci, do głowy przychodzi mi jeden wątek: kiedy w Indiach podczas pogrzebu spala się ciało osoby praktykującej ascezę, zamiast popiołu pozostaje po niej diamentowy proszek (zwany sarira). W tradycji hinduizmu diament jest ściśle związany ze sprawami oświecenia, co wyraża się w symbolu wadżra (dosłownie: diament, piorun), odnoszącym się między innymi do nagłego i bezpośredniego poznania Rzeczywistości.

Jak mormońska autorka mogłaby wpaść na tak odległe skojarzenie? Według mnie mogła sięgnąć na przykład do Wampira: Maskarady, w którym stan wampirzej duchowej harmonii nazywano Golkondą. Co ciekawe, pierwszym, który jej dostąpił miał być Saulot, założyciel linii Salubri, który udał się w poszukiwania oświecenia na daleki Wschód. Mamy zatem kilka tropów. Po pierwsze, w wampirzej mitologii, którą mogła inspirować się autorka, pojawia się wątek dalekowschodniego mistycyzmu, którego podwaliny ufundował hinduizm. Po drugie, rodzina Cullenów, praktykująca "wegetariańską" ascezę i z Ojcem-lekarzem, jest bardzo stylizowana na Salubri. Po trzecie zaś sama Golkonda to nazwa miasta w Indiach, które było nie tylko symbolem niewyczerpanych dóbr, ale także słynną kopalnią diamentów. Wszystkie symbole w pewien sposób do siebie pasują i można prześledzić związek między archaicznymi znaczeniami a powieściową bzdurą. A bzdurą między innymi dlatego, że "diamentowa przypadłość" dotyczy wszystkich wampirów, a nie tylko garstki wybranych, pracujących nad sobą. Ot i cały mozolnie wyciągany spomiędzy indyjskich rupieci sens uleciał niczym smrodek taniego kadzidełka sprzedawanego w przejściu podziemnym.


Motylek, baranek, badylek

Wspomniałem, że w filmie były też naprawdę fajne momenty, które z liczby dwóch w pierwszej części ograniczyły się do jednego w New Moon. W filmie otwierającym sagę urzekła mnie scena gry w baseball przy użyciu Dyscyplin – dzięki pewnej lekkości i sympatycznemu przymrużeniu oka – oraz nieco koślawo spointowana scenka gotowania z "kuchnia tv" obiadu dla śmiertelniczki – za ironiczny dystans. W Księżycu w nowiu najciekawsza scena była dla odmiany zrobiona na poważnie, a chodzi o pokazaną w końcówce wycieczkę turystów po siedzibie Volturi. Uważam, że motyw był naprawdę mocny, sam nigdy nie wpadłem na nic podobnego. Sądzę, że skojarzenia z prowadzeniem ludzi pod prysznice w nieco innej czasoprzestrzeni, są całkiem trafne i właśnie o taki efekt – zupełnego odczłowieczenia – chodziło twórcom. Gdyby jeszcze potrafili zachować powagę i rozsądek w innych sprawach, może nie planowałbym wybrania się na trzecią część z totalnie ironicznym i kontestacyjnym nastawieniem. Niestety, pointa filmu, która doprowadziła do łez całą salę kinową, pogrzebała wszelkie nadzieje.

Chyba najgorsze jest to, że przez najbliższych kilka lat będziemy świadkami wampiromanii. Już teraz, jak grzyby po deszczu, wyrastają kolejne naśladowcze serie – ostatnio w Matrasie widziałem książeczkę o bohaterce, która jest tak inna, że aż zwykła i która trafia do szkoły wampirów. Harry Potter z domu Tremere. Życzyłbym sobie, żeby reakcją na cały ten zgiełk było nakręcenie porządnego filmu o krwiopijcach – godnego następcy Wywiadu z wampirem. Niestety, zmysł praktyczny podpowiada mi, że skończy się jakąś głupawą pseudo-komedią, ośmieszającą to, co już teraz samo z siebie jest śmieszne. Czyli beznadziejnie groteskową. A że po tym kultura będzie już tak zniesmaczona trupim odorkiem, że motyw zostanie na dłuższy czas zarzucony i nastanie boom na nową głupotę. Czarodziejów i watykańskie spiski już mieliśmy, więc są passé. Co zatem byście obstawiali?

Galeria


3.5
Ocena recenzenta
3.26
Ocena użytkowników
Średnia z 46 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: The Twilight Saga: New Moon
Reżyseria: Chris Weitz
Scenariusz: Melissa Rosenberg
Zdjęcia: Javier Aguirresarobe
Obsada: Kristen Stewart, Robert Pattinson, Taylor Lautner, Ashley Greene, Peter Facinelli, Elizabeth Reaser, Kellan Lutz, Nikki Reed, Jackson Rathbone, Bronson Pelletier, Billy Burke, Rachelle Lefevre, Dakota Fanning, Jamie Campbell Bower, Anna Kendrick, Michael Welch, Christian Serratos
Kraj produkcji: Australia, USA
Rok produkcji: 2009
Data premiery: 20 listopada 2009
Dystrybutor: Monolith



Czytaj również

Księżyc w nowiu
Księżyc w kryzysie
- recenzja
Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1
Dyskretny urok wampiryzmu
- recenzja
Zmierzch
De gustibus…
- recenzja
Saga Zmierzch: Przed świtem cz.2
Młodzi, lśniący i bogaci
- recenzja
Piękne istoty
Urokliwy czar miłości
- recenzja
Cosmopolis [DVD]
Dziwny nie znaczy gorszy... ani lepszy
- recenzja

Komentarze


Scobin
   
Ocena:
+5
Ja tylko na temat wampira: w kulturze zachodniej już na początku XIX wieku (punktem zwrotnym jest 1819 rok, data publikacji "Wampira" Johna Polidoriego) pojawił się wampir-obcy, z jednej strony atrakcyjny arystokrata, a z drugiej burzyciel porządku i ładu społecznego. Wampir w romantyzmie (można też wspomnieć "Narzeczoną z Koryntu" Goethego z r. 1797) był kimś, kto przychodzi z zewnątrz, kto jest ludzki i nieludzki zarazem. Dlatego straszył.

Takiego wampira zakołkował Stoker, czyniąc go na pół groźnym łotrem, którego można pokonać, stając z nim twarzą w twarz. Anne Rice i Świat Mroku to kolejne etapy przemian wampiryzmu w kulturze popularnej, a najnowszym stadium jest "Zmierzch" oraz jego kontynuacje literackie i filmowe.

Ja ostatnio nabrałem sentymentu właśnie do wampira romantycznego, który jest faktycznie księciem nocy i nie daje się łatwo zrozumieć czy pokonać. "Zmierzch" – na tyle, na ile mogę wnioskować po pierwszym filmie i dyskusjach na temat pozostałych utworów (jeśli się mylę, proszę o korektę) – zmierza w zupełnie innym kierunku: oswaja wampiry, wyrywa im kły. Upiory, nieludzie, stają się tutaj równie ludzkie od samych ludzi, a może nawet bardziej ludzkie (dobroczynne, moralne).

Można zadać pytanie, czy nieco nie na siłę uczłowieczamy to, co obce, podobnie jak w filmach science-fiction (por. np. "Dystrykt 9" czy niedawną "Terrę"). Czy pewnych rzeczy lepiej nie pozostawić w nocy, w cieniu – choćby po to, by pamiętać, że noc i cień rzeczywiście istnieją.
27-11-2009 15:08
Savarian
   
Ocena:
0
@Gregg
"Każdy ma prawo wymyślić sobie dowolnego stwora, choćby galaretowatą masę latającą nad miastem i zasysającą dym z kominów, po czym nazwać ją wampirem."

Prawo ma ale niech się nie dziwi, że potem będzie za to zganiony, bo pewnych konwencji nie łamie się jak piszczeli kilofem.

"A Wy macie ochotę zakołkować aktorkę za to, że ośmieliła się wykoncypować "wampira", który gra w baseball zamiast mrocznie larpować, jak przystało temu symbolowi kultury"

A tutaj kłania się czytanie ze zrozumieniem. Autorowi recki ten element akurat się podobał :>

Peace
27-11-2009 15:34
~Gregg

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+4
Scobin - mylisz się w odniesieniu do wampirów Zmierzchowych. Problem w polega na tym, że siłą rzeczy przyglądamy się tam z bliska tym "dobrym" wampirom. Cullenom-wegeterianom, Cullenom-lekarzom i kochającym ludzi istotom.

Ale cały czas jest tu podkreślane (na co nie ma po prostu miejsca w filmie), że oni stanowią wyjątek. Są absolutnym promilem w społeczności wampirów (jest wspomniana jeszcze jedna podobna rodzina z Alaski). A cała reszta wampirów, tych "żyjących" według swojej natury zdecydowanie kły, jad i inne "Dyscypliny" zachowała. I straciła większość cech ludzkich.

James polujący na ludzi nie tyle z potrzeby, co z wyrachowania, dla czystej rozrywki i sportu. Wyrachowany, przebiegły i cierpliwy sadysta. Podobnie jak Emmet nie stroni od walki z innymi wampirami. Volturi lubujący się w śmierci nie tylko ludzi, ale i odszczepieńców ze swojego rodzaju. Z pełnym sadyzmem i okrucieństwem. Powolnym, wysmakowanym, jak na tych ikonicznych wampirów przystało. Jasper, który poddaje się zwierzęcemu instynktowi, niczym rekin, który zwietrzył zapach krwi. I pękają wszelkie moralne i inne hamulce. Tu wciąż są niebezpieczne, nieoswojone wampiry. I te z lasu, i te z miasta i te z włoskiego pałacu.

W filmie to tylko migawki, ale przecież film nie miał być horrorem o wampirach. Nie miał być czystym filmem akcji o wygrzewie wampiry-wilkołaki. To wciąż ma być romansidło głównie dla nastolatek. Nie ma sensu doszukiwać się tu mroku, Nosferatu ani innych ksenomorfów plujących żrącym kwasem.
27-11-2009 15:47
Scobin
   
Ocena:
0
OK, dzięki za uściślenie. :-) Być może kiedyś sam poczytam – ciekaw jestem, jakie mniej więcej są proporcje w pokazywaniu "złych" i "dobrych" wampirów. Niewykluczone, że np. fifty-fifty.
27-11-2009 16:06
Mayhnavea
   
Ocena:
+8
No, wreszcie dyskusja ]:D Super.

Na początek, bardzo dziękuję za przemiłe komentarze :) Chociaż tyle wymiernie dobrego z obejrzenia tej perły kinematografii.

A teraz trochę konkretów.


@ Slann:

Boże, co za nieskładna recenzja siląca się na humor.

Zacznę od drugiej kwestii. Możesz mi spokojnie zarzucić, że mam poczucie humoru jak z reklamy proszku do prania, nadmiar słów nie przesłania płycizny myślowej czy coś w tym guście, ale jedno skoryguję: nie siliłem się.

Wróciłem z kina do domu po 1 w nocy, bo seans zaczął się o 22:15. Miałem ogromną ochotę iść spać, poszedłem zrobić sobie jeszcze kanapkę. I wtedy się zaczęło. Zdania same się układały, tekst się komponował gdy smarowałem bułkę masłem. Z jedzeniem w dłoni pognałem do pokoju, włączyłem laptopa i zacząłem spisywać. Tak więc nie siliłem się na humor, gdyż – lepszy czy gorszy – sam mi się pchał na klawiaturę. Nie było momentu, żebym siedział i myślał "to teraz muszę zjechać fabułę, ale jakby to zrobić, żeby było zabawnie". To taka anegdota.

A co do nieskładności recenzji – mimo całej spontaniczności w spisywaniu jej starałem się zachować w miarę przejrzystą konstrukcję i wyważyć uwagi szczegółowe z odniesieniem do szerszego kontekstu. Masz może do tego jakieś uwagi merytoryczne?

Czekam na reckę Malaggara

Ja też. Zanim zadecydowałem o oddaniu recenzji Marigold do publikacji, upewniłem się, że będzie jeszcze jedna – żeby był przynajmniej dwugłos. Mam świadomość, że moje spojrzenie jest tendencyjne, gdyż nie ukrywam, że nie jestem targetem tego typu kina. Niemniej, z komentarzy wynika, że wielu innych polterowiczów też nie jest, a odbiór filmu jest podobny.


@ Gregg:

Pomijam wycieczki freudowskie. Mam wrażenie, że w dowolnym filmie, choćby przyrodniczym o geologii Ziemii, można na siłę dopatrzeć się odpowiednich podtekstów.

Dlaczego pomijać? Tu nie chodzi o skojarzenia z każdą dziurą i każdym patykiem. W pewnych tekstach te "podteksty" są wyraźniejsze, w przypadku Zmierzchu podejrzewam wręcz premedytację. Poza tym kino "klasy zerowej", czy też "naiwne" (nie wchodząc w szczegóły tego terminu) jest szczególnie podatne na tego typu "wymsknięcia".

Tu oczywiście łatwiej poszaleć, bo nikt nigdy nie ukrywał, że to seria o zakazanej miłości.

Nie tyle zakazanej, co trzymanej na bardzo wątłej smyczy. Generalnie jest tak, że bohaterowie na siebie lecą, nie mogą tego sfinalizować, wobec wszystko wokół zaczyna nabierać erotycznego zabarwienia.

Nie wiem, dla mnie widok grupki facetów, którzy bez koszul skaczą do wody (w dodatku są "dzikimi" z rezerwatu) nie powoduje automatycznego posądzenia o związki gejowskie. Podobnie jak całujące się w policzki przyjaciółki.

Zwróć uwagę, że wyszedłem nie od samych scen, ale od motywów, odpowiednio wilkołaka i wampira, i ich kulturowego znaczenia. I zauważyłem, że w pierwszym wypadku jedna z faset symbolu, wskazująca na jego erotyczny wymiar, jest w pewien sposób aktualizowana, a w drugim przypadku – nie. Zresztą nie napisałem nigdzie, że całujące się przyjaciółki to od razu lesbijska aluzja – może wróć do tekstu recenzji, bo przypisujesz mi nie moje sądy. Poza tym akurat nie chodzi o fakt, że tam latają półnadzy faceci, raczej chodzi o wypowiedź Jacoba, który opisuje relacje panujące w watasze. Potem się wyjaśnia, że to chodzi o "stado" oraz pozycję "alfy" i reszty samców, niemniej aluzja jest. Oczywiście rozróżniam "aluzję" od "faktu", gdyż ona otwiera jedynie pewne pole interpretacyjne.

Drażni mnie także nakładanie szablonu religijnego na przesłanie filmu. Tak, akurat wiadomo, że pisarka jest mormonką. No i co z tego? Czy teraz każdy film/książkę będziemy recenzowali przez pryzmat wyznania autorów?

Jeżeli autor książki powie, że jego powieść jest shintoistyczna, to tak, będę ja czytał przez pryzmat shinto. Jeżeli autorka cyklu wprost mówi, że jej pisarstwo ma propagować ideologię mormońską, to też będę przyjmował analogiczną perspektywę. Film jest bardzo blisko literackiego wzorca, więc nawet jeśli pozbawiony jest pewnych symboli, to ideologia definiuje jego strukturę na bardziej podstawowym poziomie.

Generalnie myślę też, że recenzując ekranizację książki warto pokusić się o przeczytanie tej książki. Inaczej recenzujemy tylko i wyłącznie FILM, dzieło reżysera, nie znając odniesienia podstawowego.

Recenzuję film. Reżyser przeniósł do filmu zamysł autorki, jego ingerencja była minimalna i ograniczyła się do technik. Jednakże, kiedy odwołuję się do pisarki, to nie chodzi mi o anegdoty czy konkretne elementy, tylko bardziej abstrakcyjną i głębszą organizację treści – a ta została zachowana.

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem jak poważnie można trzymać się kurczowo wydumanego pojęcia wampira, który ma wyglądać tak, a nie inaczej, zachowywać się tak, a nie inaczej. Tym bardziej, że to jak wampir MA wyglądać, jak działać zależy ogromnie od danej kultury.

No właśnie, zależy od kultury. Fantazmatyczna postać nie jest jakimś glutem dryfującym w próżni, jest uwikłany w konteksty i tradycje. Galaretowaty sześcian z D&D nie jest reprezetatywny dla żadnego wątku kulturowego, więc można z nim zrobić cokolwiek bez żadnej szkody. Niemniej tacy bohaterowie jak: wampir, wilkołak, anioł, demon, itd., są dla kultury istotni, reprezentują pewne wartości, wyrażają jakieś lęki.

Jeżeli ktoś pisze książkę, w której anioł zamiast skrzydeł ma napęd odrzutowy, to to nie jest "ot taka tam fantazja literacka" – każdy czytelnik z odrobiną wyczucia zacznie się zastanawiać, dlaczego technologia zastapiła skrzydła. Zacznie się zapewne zastanawiać czego reprezentacją są te skrzydła, co oznacza "latać", jaki wymiar ma "pióro anioła". A może na tych skrzydłach były jeszcze oczy? Może były z ognia? Światła? A potem może sobie zadać pytanie, co się stało, że element zwierzęcy (jakiego zwierzęcia?) został zastąpiony mechanizmem. I czy mechanizm może zawierać w sobie takie treści, jakie zawierają np. pierzaste skrzydła?

Oczywiście, można powiedzieć: "Oj tam, oj tam, anioły są wydumane. Ja nigdy nie widziałem anioła, więc kupuję każde jego wyobrażenie, nawet jeżeli to będzie gumowy kurczak w doniczce". Ale takie podejście zakłada, że kultura jest bez-sensu i można z nią zrobić cokolwiek i bez konsekwencji. Tym czasem uważam, że jest zupełnie na odwrót – i to jest problem ludzi, że nie rozumieją różnych rzeczy, tak jak autorka (pisarka), która potrafi tylko ślizgać się po estetycznych kliszach (wspomniane przez Ciebie straszne, mordujące wampiry), a zupełnie nie ma zrozumienia dla jakichkolwiek podstaw wzoru, do którego się odwołuje (błyszczące światloluby, trupy płodzące dzieci, etc.).

Całą dywagację o mistycznych tradycjach Indii, przeplatanych jedynie słuszną wykładnią WoDu pominę. Bo jest oparta na jednym jedynym słówku "diament" wyjętym z książki.

Cóż, na tym polega interpretacja :) Całe systemy religijne są często ufundowane na "jednym jedynym słówku". Przyznaję, że to był wysiłek, żeby tak ustawić konteksty dla Zmierzchu, żeby bzdurne błyszczące wampiry miały jakikolwiek sens. Nie ustawiam tutaj WoDu jako żadnej wykładni, próbuję się nim jedynie posiłkować. Kiedy ukazywałem zmierzchowy bezsens, miałeś pretensje. Kiedy staram się odnaleźć w nim jakieś znaczenie, też jest nie tak.

Pozostańmy zatem na stanowisku, że Tobie wystarcza estetyczna warstwa historii i tekst "taki-jaki-jest", a ja potrzebuję dokopywać się do całego tła, które – sam sobie zakładam! – gdzieś tam musi być :) Dla mnie tak jest ok i nie będę przekonywać, że moje interpretacje są jedyne czy słuszne.

Której autor recenzji nie czytał.

No nie, zdecydowanie nie. I nie zamierzam tego zmieniać. Niemniej mam przyjaciół z wykształceniem polonistycznym i fantastyczną pamięcią, którzy udzielili mi takiej pomocy w zakresie zmierzchologii, jaka była mi potrzebna. I nie sądzę, żeby po przeczytaniu książki nagle coś się zmieniło w tym kawałku, który wcześniej mi przytoczono :)



A tak zupełnie na koniec, to wpadło mi do głowy, że lepszym odniesieniem dla nadnaturalnych bohaterów sagi są nie wampiry, ale upadli aniołowie (to by sugerowało błyszczenie, a jednocześnie zepsucie). Tak czysto rozrywkowo, ciekaw jestem, czy w powieści pojawiają się określenia "Mój ty mroczny aniele". :] Serio.
27-11-2009 17:01
~Gregg

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
OK, dzięki za odpowiedź. Myślę, że poglądy mamy należycie wyjaśnione i ustawione.

Mimo wszystko wciąż mnie boli, i chyba boli to najbardziej od samego początku, właśnie nie dyskusja o filmie, tylko fakt, że odwołujesz się do książki, KTÓREJ NIE CZYTAŁEŚ. wielka kropa

Wybacz, stwierdzenia, że przyjaciele Ci opowiedzieli co trzeba jest dość żenująca. Wspaniale, że masz przyjaciół polonistów (a w oryginale może czytali? Bo książka sporo traci w tłumaczeniu.), ale mimo wszystko zachęcam do samodzielnego zgłębienia tematu. Znaczy, weź przeczytaj. Potem dyskutuj.

I owszem, wydaje mi się więcej mówisz o książce, o pisarce i jej wyznaniu niż o filmie. Brniesz po omacku względnie bazując na subiektywnej opinii przyjaciół polonistów.

Dla przykładu, z Twojej odpowiedzi:
"Recenzuję film. Reżyser przeniósł do filmu zamysł autorki, jego ingerencja była minimalna i ograniczyła się do technik. Jednakże, kiedy odwołuję się do pisarki, to nie chodzi mi o anegdoty czy konkretne elementy, tylko bardziej abstrakcyjną i głębszą organizację treści – a ta została zachowana."

Jak możesz stwierdzić, czy reżyser przeniósł zamysł autorki i jak duża lub mała była jego ingerencja? Skąd wiesz, czy organizacja książki została zachowana?

Niestety ignorancja "książkowa" Twoja i Twoich przyjaciół polonistów (być może nie mają jednak tak dobrej pamięci) bardzo wyraźnie tu się objawiła.

Bo ingerencja jest spora, sama autorka miała fazę ostrego protestu przed przeinaczaniem jej przesłania (zapewne uciszyły to tantiemy) i organizacja książki jest niespecjalnie zachowana.

Jeśli faktycznie chcesz dokopać się tła - proszę, zmuś się i samodzielnie bohatersko przeczytaj książkę. Najlepiej w oryginale. Być może wtedy powrócisz do własnej recenzji i przemyśleń i wówczas Twoje osądy będą bardziej miarodajne.
27-11-2009 17:19
Mayhnavea
   
Ocena:
+2
@ Gregg:

ak możesz stwierdzić, czy reżyser przeniósł zamysł autorki i jak duża lub mała była jego ingerencja? Skąd wiesz, czy organizacja książki została zachowana?

Wydaje mi się, że specjalnie nie chcesz zrozumieć tego, co piszę. Pomoc współoglądających polegała na tym, że wiem, że całe sceny były bezpośrednio przekładane z książki, skoro osoba oglądająca po raz pierwszy film wiedziała, co się wydarzy w jakiej kolejności. Nie wątpię jednak, że twórcy filmu dokonali dużych cięć i rekompozycji – przy adaptacji takich rzeczy się nie uniknie. Pisałem, co sam zauważyłeś, że "]chodzi mi […] o bardziej abstrakcyjną i głębszą organizację treści", czyli np. relacje między pojedynczymi bohaterami, społecznościami i społeczeństwem. Te są zachowane i nie mają wiele wspólnego z tym, czy autorka pisała o tym na stronie trzeciej czy osiemdziesiątej ani czy się rozpisała na 9 akapitów, czy skwitowała jednym zdaniem.

Wybacz, stwierdzenia, że przyjaciele Ci opowiedzieli co trzeba jest dość żenująca. Wspaniale, że masz przyjaciół polonistów

Litości, po co w ogóle uderzasz w taką retorykę? :) Wybaczysz mi, że nie dam się sprowokować? :)

I owszem, wydaje mi się więcej mówisz o książce, o pisarce i jej wyznaniu niż o filmie.

Ponieważ uprawiasz bibliotekarską agitkę i chcesz mi udowodnić, że piszę o rzeczach, o których nie mam pojęcia, to może jakiś konkret, co? O wątkach mormońskich napisałem tyle, o: "Oczywiście natrętne łączenie wszystkich w heteroseksualne (acz monogamiczne! Po co zrażać sceptyków?) pary oraz grzeczna do obrzydzenia relacja głównych bohaterów (chcieliby, ale nie mogą) są wszechobecne, niemniej drobiazgi wymknęły się spod kontroli." To jest jedno zdanie, reszta jest o filmie i tym, jak bigoteryjne założenia przegrały z prawem komercji i rozniecania nastoletnich żądz. To może wyjaśnisz mi, w jaki sposób lektura książki miałaby mi tu w czymś pomóc?

Jeśli faktycznie chcesz dokopać się tła - proszę, zmuś się i samodzielnie bohatersko przeczytaj książkę. Najlepiej w oryginale. Być może wtedy powrócisz do własnej recenzji i przemyśleń i wówczas Twoje osądy będą bardziej miarodajne.

Jeżeli chcesz na poważnie dyskutować o filmie i jego recenzji – proszę, zmuś się i przeczytaj moje wypowiedzi ze zrozumieniem. Wszak polski to nasz wspólny język. Może kiedy się dogadamy, co w recenzji jest na temat filmu, co książki, wejdziemy na poziom merytoryczny, a nie będziemy się sprzeczać o słowa i przedmiot zainteresowania :)
27-11-2009 17:51
Scobin
   
Ocena:
0
A propos omawiania bez czytania: Bayard. ;-)
27-11-2009 17:55
lucek
   
Ocena:
0
Świetna, celna recenzja. Filmowi daję 4, nie zasługuje na to, by dostać mniej i zbliżyć się do klasyki złych filmów (Manos, the Hands of Fate et consortes, jakby to powiedział nieodżałowany KK).

Ten obraz jest zwyczajnie kiepski i niewart dłuższej refleksji. Podziwiam Cię, mr. Mayhnavea, że chciało Ci się aż tyle myśleć i pisać na jego temat :-)


l.
27-11-2009 18:03
Mayhnavea
   
Ocena:
0
@ SCobin:

Przebóg, ja tu żadnej analizy literackiej nie robię :P Odwołałem się do książki w kilku punktach, a i to ogólnikowo, co nie ma żadnego wpływu na ocenę przekładu intersemiotycznego, bo tym też się nie zajmuję. No :]

A w ogóle dzięki za linkę, bardo fajne. Szczególnie mnie zainteresowała ta kategoria książki-ekranu. Trzeba się będzie tym bardziej zainteresować :] Czytałeś ją może?


@ lucek:

Nie chciało, zmusiło :]
27-11-2009 18:04
~Gregg

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
No cóż, z jednej strony mamy usilne próby dowiedzenia, że nie potrafię czytać ze zrozumieniem. Z drugiej zaś strony absolutny opór przed przyznaniem się do ignorancji.

Chcesz, bym podał konkret. Miejsce, gdzie piszesz o czymś, o czym nie masz pojęcia?

Proszę bardzo - wjechałeś bardzo głęboko w domysły, skąd autorka wytrzasnęła motyw świecącego wampira. Szafujesz tu porównaniami do mitologii WoDu, hinduizmu.

Wiesz, gdybyś faktycznie zgłębił nieco temat, zobaczyłbyś jak śmieszne są te dywagacje w obliczu faktów.

A fakt jest taki, że autorce świecący w blasku słońca wampir się przyśnił... Tak po prostu. Słyszycie już ten łoskot walących się misternie budowanych hindu-wodziarskich konstrukcji? Tu tyle filozofii, odniesień do kultury i popkultury a kobiecie się po prostu przyśniło i wzięła to napisała. Co więcej, sama przyznaje, że o wampirach w ogóle nie miała specjalnego pojęcia. Trochę sobie poczytała dopiero później, gdy już było trzeba (Bella szuka info w wampirach w sieci). Zapewne do tej pory nie wie co to takiego WoD, a być może RPG w ogóle.

Dobrze, dość z mojej strony. Nie zamierzam więcej nikogo zachęcać czy nakłaniać do czytania czegokolwiek. Dziękuję za dyskusję.
27-11-2009 18:26
Scobin
   
Ocena:
+3
@Julek

Nie czytałem Bayarda, możemy więc o nim spokojnie porozmawiać.
27-11-2009 18:30
~Chris

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
nie no wczoraj byłem na tym filmie i momentami chciałem wychodzić w trakcie tych rozwlekłych dialogów typu: A:kocham cie, B: ja też cię kocham-porażka!juz wiem ze nie bedzie mnie na kolejnych tego typu produkcjach w kinie. szkoda gadac sztuka filmowa spada na psy!
27-11-2009 20:40
Mayhnavea
   
Ocena:
+1
@ Gregg:

Łomatkojedyna! Przyśnił! No i?

A ponieważ wykazywanie mojej ignorancji opierasz na tym, że nie czytałem powieści, to powiedz, w której części sagi autorka robi warsztatowy wtręt na temat tego snu?

Skoro autorka o wampirach "sobie poczytała dopiero później" to skąd wiesz, co czytała i że to akurat nie był WoD? Ja prezentuję taką możliwość, nie utrzymuję, że to pewna i sprawdzona biograficznie inspiracja.

A jeśli przyśnił jej się jakiś gość świecący w słońcu, a o wampirach nie miała specjalnego pojęcia, to skąd założenie, że to był wampir? To tak, jakbym nie miał pojęcia o kangurach, a przyśniłby mi się taki pływający w morzy Bałtyckim. A może jednak w procesie twórczym pomiędzy pojedynczym obrazem a całym tekstem były etapy pośrednie, w trakcie których rzeczy wikłały się w konteksty i były konkretyzowane?

A skoro jej się przyśnił taki motyw, to dlaczego od razu zakładać, że był bezsensowny? Według Ciebie sny też są wykorzenione z kultury, wiedzy czy doświadczenia? Już rozumiem, że literatura i film dryfują sobie w próżni, ale w takim razie ludzie też?

Ale skoro już zacząłeś rzeczowo odnosić się do moich wypowiedzi, co mnie bardzo cieszy, to może wskażesz mi miejsce, gdzie braki w lekturze powieści negatywnie odbijają się na jakości recenzji? Bo ostatnio powołałeś się na jakiś wywiad, nie? Byłbym wdzięczny, przynajmniej nie będę myślał, że wypisałeś trzy duże komentarze tylko po to by zarzucić mi ignorancję i popisać się przeczytaniem kilku kiepskich książek.


@ Scobin:

To wspaniale. Uważam, że jego spostrzeżenia są bardzo trafne, a co Ty sądzisz?
27-11-2009 21:02
rincewind bpm
    No i wydało się
Ocena:
+2
Jestem jedynym polskim fantastą, który nie wpadł na pomysł, by iść na to do kina :D
27-11-2009 22:28
Malaggar
   
Ocena:
+1
Rince: Ja też nie wpadłem ;)
Więc zmartwię moich fanów, antyfanów i całą resztę. NIe będzie mojej recki ;)
27-11-2009 22:31
~Astarael

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Wypraszam sobie wtręt o ignorancji przyjaciół polonistów. (@Greg) Książki przeczytałam, nawet chyba ze dwa razy każdą. A mój nieszczęsny umysł każe mi pamiętać większość scen, głównie dlatego, że były podręcznikiem pt. "jak nie pisać sceny miłosnej", "jak nie pisać relacji z pojedynku" itd. Jedyną znośną częścią całości cyklu była ta, w której narratorem był wilkołak.

Przyjaciółka polonistka, co wzięła i przeczytała, bo "poloniści czytają wszystko, nawet napisy na tubce pasty do zębów".
27-11-2009 23:12
Malaggar
   
Ocena:
0
Będę złośliwy.
Gregg ma nick przez dwa "g".
27-11-2009 23:15
996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Hmmm
Ja wpadłem na ten pomysł ale szybciutko uznałem go za głupiutki :P
27-11-2009 23:46
Malaggar
   
Ocena:
0
Ale to nie był prztyczek w nos względem Gregga ;)
Chyba, że sugerujesz, że to moje drugie ja ;)
27-11-2009 23:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.