» Recenzje » X-Men: Apocalypse

X-Men: Apocalypse


wersja do druku

Zbyt prędko, zbyt wiele

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

X-Men: Apocalypse
Jeszcze nigdy fani kina superbohaterskiego nie cierpieli na takie przekleństwo urodzaju: jest dopiero maj, a już mieliśmy okazję obejrzeć Deadpoola, Batman v Superman oraz Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów, a na tym nie koniec – na ekrany kin trafia właśnie X-Men: Apocalypse, zwieńczenie trylogii opowiadającej o początkach Profesora Xaviera, Magneto i reszty.

Wszyscy możemy się chyba zgodzić, że X-Men: Ostatni bastion był fatalnym filmem, który na pewien czas zabił serię opowiadającą o znienawidzonych przez świat mutantach. Osadzona kilkadziesiąt lat wcześniej Pierwsza klasa, pomimo swoich wad, zdołała zatrzeć po części negatywne wrażenie wywołane przez ostatnią produkcję, a Przeszłość, która nadejdzie zupełnie niespodziewanie okazała się być jednym z najlepszych filmów superbohaterskich. Jak się jednak okazuje, nic co dobre nie może trwać wiecznie i po raz kolejny mamy do czynienia z spadkiem jakości za sprawą Apocalypse, co boli tym bardziej, że film w reżyserii Bryana Singera powtarza te same błędy, za które w ostatnich latach krytykowano już inne pozycje.

Dekadę po zakończeniu Przeszłości, która nadejdzie cały świat zdaje sobie sprawę z istnienia mutantów, a ścieżki bohaterów poprzednich filmów pozostają rozdzielone: Charles Xavier i Hank McCoy zarządzają Instytutem dla utalentowanej młodzieży (w którym znajduje się między innymi dobrze nam znana z pierwszej trylogii Jean Grey), Magneto żyje incognito w polskim Pruszkowie wraz z żoną i córką, a Raven/Mystique podróżuje po świecie, próbując pomagać prześladowanym mutantom. Wkrótce ich losy splotą się ponownie za sprawą kolejnego globalnego zagrożenia – po tysiącach lat w Egipcie budzi się En Sabah Nur, pierwszy i najpotężniejszy mutant w historii świata, który pragnie obalić panujące na Ziemi rządy "słabych" poprzez wcześniejsze zniszczenie wszystkich supermocarstw i zaprowadzenie prawa silniejszego, przy czym najsilniejszym jest oczywiście on sam. Po zebraniu czwórki popleczników – Jeźdźców Apokalipsy – rozpoczyna wojnę przeciw całemu światu.

Już po obejrzeniu trailerów miałem przeczucie, że X-Men: Apocalypse może cierpieć na problem nadmiaru postaci i wątków, który zgubił już niejednego scenarzystę. Jak się okazało podczas seansu, moje obawy były uzasadnione – istotne role w fabule odgrywają Xavier, Magneto, Mystique, Beast, Havok, Moira MacTaggert, Apocalypse, Quicksilver, Angel, Psylocke, Storm, Nightcrawler, Cyclops i Jean, nie wspominając już o postaciach z trzeciego planu, jednak niemal nikt z tego grona nie może pochwalić się satysfakcjonującą ilością czasu ekranowego, na czym cierpią w mniejszym lub większym stopniu wszyscy.

James McAvoy w roli Charlesa Xaviera prezentuje poziom zgodny z wcześniejszymi częściami i chociaż nie wyróżnia się zbytnio, to zasługuje na pochwałę – szkoda przy tym, że Nicholas Hoult grający Hanka McCoya nie ma zbyt wiele do roboty. Wbrew obawom niektórych czarnowidzów, grana przez Jennifer Lawrence Mystique nie jest główną bohaterką, a fabuła nie kręci się wyłącznie wokół niej, jednakże sama aktorka sprawia w większości przypadków wrażenie po prostu znudzonej. Najlepiej prezentuje się Michael Fassbender, który stara się jak może, by zhumanizować posta Magneto, najwyraźniej wbrew samym scenarzystom. Ci obdarowali go bowiem zdecydowanie najgorszą sceną w całym filmie, która w pojedynkę pozbawiła mnie całego entuzjazmu podczas seansu. Nie jest to bynajmniej wyolbrzymienie – scena, o której piszę, jest tak głupia, naciągana i najzwyczajniej w świecie absurdalna (i to nie w zabawnym, komiksowym stylu), iż sama w sobie doprowadziła do obniżenia oceny o półtora punktu. Mieszane uczucia budzi za to główny antagonista (w tej roli Oscar Isaac), który wprawdzie wywołuje odpowiednią grozę swoimi zdolnościami i planami, ale jednocześnie jego osobowość nie jest w żadnej mierze interesująca.

Większość pozostałych bohaterów posiada po kilka cech charakteru każdy, przez co sprawiają wrażenie jednowymiarowych, a i to nie jest najgorsze! Niektórzy (przede wszystkim słudzy Apocalypse'a) otrzymali dosłownie garstkę linii dialogowych na cały film, a ich rola ogranicza się wyłącznie do scen akcji i wyglądania fajnie na ekranie – konia z rzędem temu, kto powie cokolwiek o charakterze granej przez Olivię Munn Psylocke (której kostium tak jak budził politowanie w materiałach promocyjnych, tak budzi go nadal). Efekt końcowy jest taki, że w zasadzie można by przekazać większość padających w filmie kwestii zupełnie innym postaciom i nie miałoby to żadnego wpływu na intrygę ani tez nikt nie zauważyłby różnicy – tak niewiele charakteru i charyzmy prezentuje większość bohaterów. Pod tym względem X-Men: Apocalypse wypada słabiej niż poprzednie części, zwłaszcza w połączeniu z brakiem głębszych motywów fabularnych – o ile wcześniej mieliśmy do czynienia z wątkami dotyczącymi dyskryminacji i całym bagażem związanym z historią X-Menów, tak tutaj element ten zszedł zdecydowanie na drugi plan, ustępując miejsca jednowymiarowemu złoczyńcy i szalonej akcji.

Należy przyznać, że akcja jest bardzo dobra, a w połączeniu ze świetnymi efektami specjalnymi pozwala dobrze się bawić pomimo niespecjalnie przekonywującej fabuły. Po raz kolejny cały film kradnie grany przez Evana Petersa Quicksilver, który poprzez samo powtórzenie tego, co zrobił w Pierwszej klasie, wywołuje uśmiech na twarzy. Ostatni akt sprawia odpowiednio imponujące wrażenie pod względem wizualnym, nawet jeśli rozczarowuje z powodu wspomnianej już niewielkiej roli niektórych postaci. Reżyser zasługuje natomiast na naganę z powodu powtórzenia tego samego błędu, który zgubił Świt Sprawiedliwości – wymuszonego wprowadzenia wątku służącego rozwinięciu kinowego uniwersum Foxa, a pozbawionego niemalże całkowicie związku z wątkiem głównym. Sceny związane z Wolverinem zabierają niemalże 15 minut, a nie wywierają dosłownie żadnego wpływu na dalszą akcję – można by je usunąć całkowicie z scenariusza, a ten nic by na tym nie stracił.

Podczas jednej ze scen, młodzi mutanci wychodząc z kina, rozmawiają o obejrzanym właśnie Powrocie Jedi (akcja filmu rozgrywa się w latach osiemdziesiątych) – mówią, że pierwszy film jest godzien szacunku, bo rozpoczął serię, drugi jest najlepszy, a trzeci zdecydowanie najsłabszy. Oczywiście, ma to być ukryta kpina z Ostatniego bastionu, jednakże naprawdę smuci fakt, że dokładnie to samo odnosi się do Apocalypse, który negatywnie wyróżnia spośród wszystkich części przygód Charlesa Xaviera. Wojna bohaterów udowodniła nam niedawno, że można zrobić niegłupi film pełen akcji, przedstawiając w nim jednocześnie wielu różniących się między sobą osobowościami i motywacjami bohaterów, a najnowsze dzieło Singera wypada przy filmie braci Russo niezwykle blado. Oczywiście, wciąż jest lepiej niż w przypadku Batman v Superman... ale to chyba nietrudne?

Jan 'gower' Popieluch

Wprowadzony w Przyszłości, która nadejdzie reset fabularny przypomina zastosowanie znane widzom serialu Fringe. Wszystkie przedstawione wcześniej wydarzenia, rozmowy i relacje poszły w zapomnienie, co niestety nie wpływa dobrze na komfort oglądania – widzimy, co prawda, tych samych bohaterów, ale trudno jest śledzić, które z pamiętanych przez nas scen faktycznie miały lub będą miały miejsce, a które należą do zmienionej przeszłości lub przyszłości, która nigdy się nie wydarzy. Najważniejszą z takich niewiadomych pozostawała nowa historia Wolverine'a i uważam, że scenarzyści słusznie wprowadzili drobny wątek poświęcony postaci granej przez Hugh Jackmana – nawet jeśli nie ma on związku z resztą historii. Filmy X-Men nie istnieją bez uniwersum, więc dobrze, że zadbano o przywrócenie jego spójności.

Nie mogę zgodzić się z przedstawionym w recenzji poglądem, że początkowe wydarzenia związane z Magneto są głupie, naciągane i absurdalne. Uważam, że idealnie pasują do Erika Lensherra, poruszając dokładnie te emocjonalne struny, o których wiemy już, że mogą przywołać jego bezwzględną i brutalną stronę. Dla polskich widzów paradoksalnie na niekorzyść tego epizodu działa osadzenie go w Pruszkowie. Zamierzony nastrój powagi i smutku rujnują aktorzy boleśnie kaleczący język polski, co automatycznie wprowadza komizm absolutnie niepasujący do rozgrywających się na ekranie wydarzeń.

W kategorii starożytnych mutantów stanowiących inspiracje dla wielu religii na przestrzeni wieków, którzy powracają po stuleciach wygnania, by zniszczyć świat i powierzyć władzę nad nim prowadzonej przez siebie garstce wybrańców, nie można uniknąć porównania En Sabah Nura do Hive'a – kluczowej postaci w najnowszym sezonie Agents of S.H.I.E.L.D będącym częścią Filmowego Uniwersum Marvela. Ten drugi wychodzi z tej walki zdecydowanie zwycięsko. W Apocalypse zabrakło zwłaszcza wiarygodnego przedstawienia natury i początków złowrogiego mutanta. Widzimy, że jego zdolności są wspomagane przez istniejącą od tysiącleci zaawansowaną technologię, ale jej pochodzenie jest całkowitą tajemnicą. Trudno więc dopasować go do filmów, które konsekwentnie podkreślały ewolucyjny charakter zdolności mutantów.

Pokaz prasowy został zorganizowany przez Cinema City w wersji 4DX, więc seansowi towarzyszyły ruchy foteli, wiatr, pryskająca woda, mgła czy bodźce zapachowe. Ta technologia idealnie nadaje się do filmów z dużą ilością akcji i niezbyt wymagającą fabułą, ale w tym przypadku wszystkiego jest po prostu za dużo. Zwłaszcza że część ruchów foteli i podmuchów sprężonego powietrza wylatującego z naszych zagłówków została źle zsynchronizowana z pracą kamery i wydarzeniami na ekranie. Zawodzi również zastosowanie zapachów – doświadczamy raptem dwóch jego rodzajów, przy czym przeważa niezbyt komfortowa woń spalenizny. Za jeden pomysł autorom aranżacji należą się natomiast brawa – po szczególnie brutalnej scenie śmierci krew pryska w stronę kamery i w tym samym momencie czujemy krople na twarzy. Niesamowite wrażenie! Z systemem 4DX warto się z pewnością zapoznań, bo jest ciekawą alternatywą i zapewnia unikalne przeżycia, ale ten akurat film nie jest zbyt udaną prezentacją jego możliwości.

X-Men: Apocalypse nie jest złym filmem, ale nie jest też dobrym. Z jednej strony oglądanie go bez znajomości całości uniwersum nie ma żadnego sensu, z drugiej – ta znajomość ma jedynie ograniczone zastosowanie ze względu na niefortunny reset fabularny. Zdecydowanie najjaśniejszymi punktami są aktorzy wcielający się w Charlesa Xaviera, Moirę MacTaggert i Petera Maximoffa. Ani oni, ani cieszące oko efekty specjalne, ani kilka dobrych pomysłów nie wystarczyły jednak do wybicia się najnowszej części poza średni poziom produkcji spod znaku Fox. Kierowane przez Marvela MCU wciąż pozostaje poza zasięgiem mutantów.

Ocena: 6,5/10

5.5
Ocena recenzenta
5.94
Ocena użytkowników
Średnia z 8 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja



Czytaj również

Widzieliśmy Legion
Co jest prawdziwe?
- recenzja
Uncanny X-Men #1: Rewolucja
Druga strona tej samej monety
- recenzja
All New X-Men #2: Tu zostajemy
Dramat teraźniejszości
- recenzja

Komentarze


Umbra
   
Ocena:
0

Hmm a ja muszę napisać, że mimo wszystkich wad (kaleczenie języka było śmieszne jasne, ale nie robili tego filmu dla polaków;), które w filmie niewątpliwie mają miejsce oglądało się dobrze. Dla fana komiksu, który oczywiście musi podejść z dystansem do niektórych kwestii, najnowsza odsłona jest naprawdę bardzo fajna. I paradoksalnie (gdyż zgadzam się oczywiście z twierdzeniami recenzenta na ten temat) tak wiele postaci na ekranie to spora zaleta. Bo każdy kto uwielbiał czytać komiksy chciałby zobaczyć jak najwięcej postaci, tak było w gazetach właśnie :) Bardzo komiksowy film, według mnie na plus. Pozdro szejset.

02-08-2016 16:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.