» Recenzje » Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Valerian i Miasto Tysiąca Planet


wersja do druku

Europa górą!

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Valerian i Miasto Tysiąca Planet
Ekranizacje komiksów zazwyczaj kojarzą się z superbohaterami w kolorowych kostiumach oraz plakatami opatrzonymi logo Marvela lub DC. Europa w tym względzie wypada skromnie, przez długie lata honoru bronił osamotniony Asteriks. W końcu pojawiło się jednak wsparcie w postaci nie byle kogo, bo samego agenta Valeriana.

Wielkie kosmiczne miasto zamieszkane przez wiele ras pochodzących z najodleglejszych zakątków wszechświata siłą rzeczy musi zapewniać swoim mieszkańcom wiele możliwości. Jest także tyglem trudnym do opanowania, zwłaszcza kiedy do głosu dochodzą sprzeczne interesy. Prawdziwe kłopoty zaczynają się jednak wówczas, gdy ich źródłem jest ktoś, komu powinno się móc zaufać. Na szczęście z pomocą przybywają Valerian i Laureline, duet nietuzinkowych agentów.

Decydując się na ekranizację Valeriana Luc Besson, zrealizował swoje wieloletnie marzenie. Francuz wielokrotnie przypominał o wpływie rysunkowej historii, której jest oddanym fanem, na kształtowanie jego zainteresowań, wspominając jednocześnie, że pierwsze przymiarki do nakręcenia przygód Valeriana pojawiły się już w trakcie produkcji Piątego elementu. Od zamiaru jednak odstąpił, tłumacząc ten fakt brakiem technologii umożliwiającej realizację reżyserskiej wizji. Oczywiście można przyjąć tę informację z przymrużeniem oka, w końcu nawet dzisiaj Piąty element robi wrażenie przy każdym kolejnym seansie.

Inną ciekawostką uzmysławiającą rozmach przedsięwzięcia są środki wykorzystane na jego realizację. Budżet obrazu przekroczył 200 milionów dolarów, czyniąc go najdroższą europejską produkcją w historii. Owszem, Titanic już 20 lat temu dobił do tej kwoty, nie zmienia to jednak faktu, że skala wydatków robi wrażenie, czego namacalnym dowodem jest wybudowane specjalnie na potrzeby filmu podparyskie studio filmowe. Bessonowi zapewniono więc niezwykle komfortowe warunki pracy, z czego skrzętnie skorzystał.

Jednym z atutów Piątego elementu była niezwykła plastyka obrazu: kapitalna scenografia, świetne kostiumy i równie udana praca charakteryzatorów. Nie inaczej jest teraz – w istocie Valerian jest udanym rozwinięciem dawnych estetycznych koncepcji. Podobieństwa stylistycznie są dość wyraźnie, co raczej nie powinno nikomu przeszkadzać. Wizualny przepych zaserwowany został umiejętnie, poszczególne ujęcia pieszczą wzrok świetnymi animacjami, po brzegi wypełnionymi kolorowymi detalami, a praca kamery nadaje kadrom olbrzymiej dynamiki. Każda scena, każdy kadr po prostu olśniewa, o co zadbał stały współpracownik Bessona, Thierry Arbogast (Leon zawodowiec, Piąty element, Lucy).

Pośród pościgów przez dzielnice Miasta Tysiąca Planet nie zabrakło również krótkiej czasowo, ale niezwykle widowiskowej bitwy w kosmosie. Pierwsza myśl, jaka przychodzi przy niej do głowy, to konieczność posadzenia twórców nowych odsłon Gwiezdnych Wojen w uczniowskiej ławce, celem odebrania nauk od profesora Bessona. Przebudzenie Mocy oraz Łotr 1, kosztując więcej, zaoferowały widzom ledwie namiastkę uczty zaserwowanej przez Francuza. Siłę obrazu udanie wspomaga ścieżka dźwiękowa Alexandre'a Desplata (Autor widmo, Jak zostać królem, Grand Budapest Hotel), zaś perełką są wstawki z utworami tak wybitnych artystów jak Dawid Bowie.

Scenariusz niestety jest zdecydowanie prostszy niż w Piątym elemencie. Tamto dzieło było w zasadzie klasyczną opowieścią, momentami wręcz baśnią, o walce dobra ze złem – uniwersalną, wypełnioną archetypicznymi bohaterami. Tutaj do głosu doszła komiksowa konwencja; jest zdecydowanie bardziej dynamicznie i większy nacisk położono na tempo akcji, kosztem wewnętrznych rozterek bohaterów. Niby konwencja jest dość podobna, sporą rolę odgrywa również motyw zbrodni i odkupienia, zaś na ekranie pojawiają się bohaterowie o skrajnych cechach osobowości oraz motywach, ale są to kreacje raczej jednowymiarowe i o oczywistych intencjach. Nieciekawie prezentują się również relacje pomiędzy dwojgiem agentów, są przewidywalne i pachnące tanią komedią romantyczną. Górę wzięła widowiskowa rozrywka, chociaż może to i lepiej?

Mimo że fabuła Valeriana nie wzbudza turbulencji u odbiorcy, to widzowie docenią również poczucie humoru, o subtelnym slapstickowym zabarwieniu, podane lekko, jakby od niechcenia, ale jednak przemyślane. Gagi wplecione zostały w niemalże każdą scenę, grymas lub ścieżkę dialogową. Nie mała w tym zasługa Cary Delevingne (Legion samobójców), zdecydowanie najlepiej wypadającej z dwojga głównych aktorów. Angielka świetnie bawi się swoją kreacją, a grana przez nią Laureline przygasiła tytułowego bohatera. Na jej tle Dane DeHaan (Lekarstwo na życie, Life, Niesamowity Spider-Man 2) wypada raczej skromnie, niby szarmancko, ale bez szarpnięcia. Nie pomaga w tym również stosunkowo młody wiek aktora, niedodający mu wiarogodności. Festiwal efektów specjalnych odbił się na aktorach drugoplanowych, w zasadzie niezapadających w pamięć. A przecież Besson zaprosił na plan filmowy Clive'a Owena, Ethana Hawke'a czy Rihannę.

Europejski blockbuster kinowym hitem lata? Dlaczego by nie! Po wielu hollywoodzkich wydmuszkach, z trudem skrywających totalną pustkę fabularną, Valerian  jawi się jako bardzo świetna alternatywa dla tytułów Marvela i DC czy bubli Michaela Baya i Rolanda Emmericha. I nawet jeśli sam w sobie Valerian nie należy do utworów specjalnie skomplikowanych oraz pozostawiających odbiorcę w głębokiej refleksji, to jednak uczciwie bawi. A że został przy tym zrealizowany bez zarzutu, pieszcząc zmysły? Tym lepiej dla widzów. Obecność w kinie obowiązkowa.

8.0
Ocena recenzenta
7.58
Ocena użytkowników
Średnia z 6 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Valerian i Miasto Tysiąca Planet (Valerian and the City of a Thousand Planets)
Reżyseria: Luc Besson
Scenariusz: Luc Besson
Muzyka: Alexandre Desplat
Zdjęcia: Thierry Arbogast
Obsada: Dane DeHaan, Cara Delevingne, Clive Owen, Ethan Hawke, Rihanna
Kraj produkcji: Francja, USA
Rok produkcji: 2017
Data premiery: 2017
Czas projekcji: 2 godz. 17 minut



Czytaj również

Lucy
To nie miało tak wyglądać...
- recenzja
Przeznaczenie
W pętli swojej tożsamości
- recenzja
Sin City 2: Damulka warta grzechu
Grzechy w trzech wymiarach
- recenzja
Godzilla
Powrót gada
- recenzja
Grand Budapest Hotel
Pokój z widokiem na przygodę
- recenzja
Gangster [DVD]
Miedziane alkohole, Nick Cave i gangsterska prohibicja
- recenzja

Komentarze


earl
   
Ocena:
0

Europa w tym względzie wypada skromnie, przez długie lata honoru bronił osamotniony Asteriks.

A "Lucky Luke"?

28-07-2017 23:55
dyskordianin
   
Ocena:
0

A "Lucky Luke"?

A Binio Bill?

29-07-2017 07:59
balint
   
Ocena:
0

Fakt, był Lucky Luke w 2004 roku, czyli 13 lat temu. Ale to raczej tylko potwierdza regułę.

29-07-2017 08:46
earl
   
Ocena:
0

@ balint

Ja Lucky Luke'a oglądałem w latach 80., więc już kawał czasu temu. A pewnie, gdyby tak pogrzebać, to i inne tytuły można by znaleźć. Generalnie jednak zgadzam się z Tobą w kwestii dominacji superbohaterów z Marvela i DC.

 

@ dyskordianin

Binio Billa kojarzę ze "Świata Młodych", ale nie widziałem żadnej jego ekranizacji, więc się nie wypowiem.

29-07-2017 09:00
balint
   
Ocena:
+1

Animacje swoją drogą - ja raczej na myśli miałem filmy aktorskie :)

29-07-2017 09:05
earl
   
Ocena:
0

Ok, w takim razie masz rację.

29-07-2017 09:09
Vukodlak
   
Ocena:
+1

Za to w amerykańskich mediach społecznościowych film jest mieszany z błotem, a po premierze w USA już wydano wyrok, że jest to finansowa klapa. Ogólne oceny są co najwyżej średnie. I teraz tak się zastanawiam czy film jest takim sobie widziadłem do zapomnienia, czy rzeczywiście jest lepszy od The Force Awakens i Rogue One, ale Amerykanom po prostu trudno przełknąć, że Europejczycy też potrafią robić widowiskowe blockbustery. Dolarowa Tylogia też była na początku mieszana z błotem, bo "tylko Amerykanie mogą robić dobre westerny". Wkrótce przekonam się sam.

29-07-2017 13:01
Katodeptus
   
Ocena:
0

"Immortal - kobieta pułapka" - to chyba francuski film na podst. francuskiego komiksu. Nie wiem, czy dobry, chyba jakieś lewackie majaczenia, tym niemniej.
 

29-07-2017 13:24
adrturz
   
Ocena:
0

Jest jeszcze Lucky Luke z 2009, ale to tylko ciekawostka.

29-07-2017 15:59
Kratistos
   
Ocena:
0

Film był by świetny po pocięciu na oddzielne 5 minutowe kawałki . Wiele scen to absolutne wizualne ale też koncepcyjne mistrzostwo (bazar!). Niestety fabuła jest sklejona na gumę do żucia (raz walimy na oślep rakietami, robimy dziury w wielkich zbiornikach ale chwilę potem okazuje się że trzeba uważać na otoczenie). Wydmuszka bardzo podobna do SW czy Avatara. 

13-08-2017 16:44

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.