» Teksty » Z Innej Bajki (dawniej: Poza Fantastyką) » Trzy kolory – Niebieski (analiza)

Trzy kolory – Niebieski (analiza)


wersja do druku

Twój dzień, Twoja woda

Autor: Redakcja: Tomasz Chmielik senior

Trzy kolory – Niebieski (analiza)
Sukces i porażka, śmierć i życie, przypadek i tragedia. Zjawiska te nieustannie towarzyszą naszej egzystencji. Jednak w odniesieniu do naszego własnego istnienia zawsze wybieramy pozytywne przejawy tej wyliczanki. Sukces, życie, przypadek (zapewne szczęśliwy i korzystny), rozbrzmiewają zgodnym chórem w naszych głowach. Nie możemy sobie wyobrazić, aby do naszego poukładanego istnienia wplotła się porażka, śmierć lub tragedia. Nawet sama myśl o tym burzy starannie budowaną harmonię naszego życia. W pewien sposób zubaża je i demaskuje z pozoru wiecznego trwania w zdrowiu i szczęściu. Śmierć jest dla nas tematem tabu, to coś czego trzeba się obawiać, ostateczne zło. Średniowieczne wizje danse macabre przemawiają do współczesnego człowieka w zupełnie inny sposób niż do człowieka średniowiecza. Temu drugiemu służyły do ciągłego przypominania sobie o kruchości własnego istnienia i tym samym, racjonalnie rzecz ujmując, nawet jeśli była to racjonalność magiczna, pokładaniu najwyższej nadziei w Bogu jako w tym, który rozdaje karty w Wielkim Przedstawieniu. Współczesnemu człowiekowi wizje te służą zaś jedynie do wyparcia tego, czego pomimo wszelkich dorobków cywilizacji nie potrafił ujarzmić. Danse macabre staje się więc obiektem zupełnego przenicowania treści. Symulakrum samego siebie, obdartego z najwyższej wartości, którą miało przekazać. Śmierć staje się jedynie elementem science fiction, który faktycznie występuje, ale nigdy w odniesieniu do nas samych. Jest czymś na uboczu, piknikiem na skraju drogi, który mija nasz rozpędzony samochód. Myślenie magiczne kończy się jednak w momencie, gdy napotyka on drzewo, które jest alegorią bezlitosnej rzeczywistości.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

To właśnie przytrafiło się Julie, bohaterce pierwszej części Tryptyku Krzysztofa Kieślowskiego. Młoda, szczęśliwa kobieta, żona słynnego kompozytora Pierre’a i matka jego pięcioletniej córeczki Anne. Wiedzie szczęśliwe, dostatnie życie, nie skażone refleksją o nieuchronności śmierci. Jej wielki dom, pieniądze, status społeczny i wszystko to, czym otaczają się przedstawiciele klasy wyższej średniej (upper middle class) ma stanowić materialny wyznacznik przesunięcia nieprzyjemnych myśli o pytania ostateczne z pokładów świadomości wprost w nieświadome. Ma to być symbolem, że w tak uporządkowanym, harmonijnym świecie nie ma miejsca na zjawiska przypadkowe. Nic bardziej mylnego. Już otwierająca scena filmu demaskuje to skrzętnie maskowane kłamstwo. Na ekranie widzimy chłopca, któremu raz za razem nie udaje się wygrać w zmaganiach z zabawką. W tle szosa i pędzący samochód. Nagle chłopcu się udaje, odnosi sukces. Widzimy jego uśmiechniętą twarz, jednak z offu słyszymy jednocześnie pisk opon i odgłos uderzenia. Oto samochód skończył swoją drogę na drzewie.
Sukces i porażka. Ich skala jest tak różna (śmierć i sukces w nic nie znaczącej zabawie), jednak ukazuję podstawową prawdę naszego życia – niczego nie można być pewnym, a żadne wyznaczniki sukcesu materialnego nie uchronią nas przed zwykłym przypadkiem. Ta krótka scena niechaj będzie alegorią naszego własnego istnienia – pasma sukcesów i (lub) porażek, które tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na potencjalność naszego dalszego istnienia. Jest to fakt, o którym tak chętnie zapominamy, omamieni coraz większymi zdobyczami humanizmu, technologii i konsumpcjonizmu wyrażającego się nieustannym procesem „dzikiej globalizacji” (odróżniam tym terminem jej negatywne cechy, globalizacja wszak sama w sobie nie jest zjawiskiem stricte negatywnym).
Mając przed oczami tę scenę spróbujmy sobie wyobrazić coś zupełnie innego, co, moim zdaniem, w sposób najbardziej obrazowy przedstawi nam ogólny sens tego przesłania. Wyobraźmy sobie zatem maklera giełdowego, który siedzi bezpieczny w swym biurze, znajdującym się na setnym piętrze wielkiego wieżowca. Aby dostać się aż tutaj (setne piętro jako wyznacznik sukcesu zawodowego) musiał on odnieść wiele sukcesów i stosunkowo mało porażek. Jego starannie zaplanowane życie nie przewiduje nieprzewidzianych zdarzeń. Polisa ubezpieczeniowa, platynowa karta, mieszkanie w chronionej dzielnicy i praca w centrum zapewnia mu poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Makler zaczyna myśleć, że takie przypadkowe zjawiska, jak napad, kradzież, wypadek samochodowy nie istnieją. Oczywiście, widuje on je w telewizji, ale nie wierzy, aby go one dotyczyły. Telewizja odrealnia świat znajdujący się za wysokim murem jego posesji. Nadaje mu pozory filmu sensacyjnego. I gdy tak nasz sympatyczny makler rozmyśla o swoim życiu siedząc wygodnie w fotelu, do jego niedostępnej fortecy (wieżowca) powoli zbliża się samolot. Czyż muszę dodawać coś więcej? Niebieski to właśnie pochwała przypadku.

Owym samochodem, który uległ wypadkowi podróżowała Julie wraz z rodziną. Dziwnym trafem (kolejny przypadek) katastrofę przeżyła tylko ona. W szpitalu, po wyjściu z szoku, jej pierwszym odruchem jest próba samobójcza – chęć dołączenia do ukochanych. Sytuacja całkiem zrozumiała i - co ciekawsze - aprobowana kulturowo (pielęgniarka, która nie próbuje jej przeszkadzać, tylko przygląda się z pewną dozą zaciekawienia) – w końcu próba samobójcza kobiety, która straciła najbliższych i pragnie się z nimi połączyć jest dla nas jak najbardziej naturalna i usprawiedliwiona, a nawet (zaryzykuje mocne stwierdzenie) oczekiwana. Moglibyśmy się zastanawiać, czy w naszym patriarchalnym społeczeństwie wymagalibyśmy tego samego od mężczyzny, ale od kobiety jesteśmy skłonni nawet tego żądać. Oto do czego doprowadziło nas dwa tysiące lat chrześcijaństwa, które pod pozorami zachowywanymi przez Kościół jest religią jak najbardziej patriarchalną i stawia kobietę w pozycji obywatela drugiej kategorii, czy nam się to podoba, czy nie. Jednak Julie nie popełnia samobójstwa. Wypluwając tabletki potrafi powiedzieć tylko dwa słowa: „Nie mogę”. Jej chęć życia jest znacznie silniejsza niż jej samej się to wydawało i spotyka ją za to sankcja społeczna w postaci pogardy (gardzi nią pielęgniarka, która spodziewała się innego zachowania). Dodatkowo ona sama zaczyna sobą pogardzać. Proces socjalizacji pierwotnej przygotował ją bowiem do podjęcia zupełnie innej decyzji i teraz czuje się ona niczym zdrajczyni. Zdradziła bowiem swojego męża, swoją córkę i cały pokładany w niej kapitał społeczny. Dlatego też przez resztę filmu będzie próbowała zerwać ze swoją przeszłością.
Scena w szpitalu niesie ze sobą jeszcze jeden dramatyczny wydźwięk. Jest nim dehumanizujący wpływ telewizji. Telewizja odrealnia bowiem każdą tragedię. Oglądając pogrzeb kompozytora wraz z Julie na małym ekraniku telewizora wydaje się on nam nierzeczywisty, niczym film sensacyjny. Nawet sama Julie zdaje się nie dostrzegać, że jest to pogrzeb jej męża. Mowa nad grobem wydaje nam się sztuczna, jakby wyreżyserowana, a same zbliżenia trumny nie wywołują u nas większych emocji. Moim zdaniem Kieślowskiemu udało się dokonać podwójnej symulacji, czy nazwijmy to nawet metasymulacji. Symulacji symulacji pogrzebu (film w filmie), który ostatecznie pozbawił tą intymną i tragiczną scenę jakiegokolwiek znaczenia. Stała się ona tłem, czymś nierealnym podwójnie. W ten sposób została wydobyta na światło dzienne kwintesencja bezduszności mediów.
Dodatkowo scena ta niesie ze sobą inne ciekawsze obserwacje. Chociażby taki fakt, że nawet w przypadku śmierci ludzkie istnienia nie są sobie równe. Długa narracja o genialnym kompozytorze i krótkie wspomnienie o śmierci jego malutkiej córeczki. Totalne odwrócenie wartości. Kultura europejska wymaga bowiem od nas, aby większą wagę przywiązywać do śmierci dziecka. W końcu dziecko jest w niej symbolem odrodzenia, przedłużenia rodu, wreszcie wyłaniania się porządku z chaosu. Tutaj natomiast nawet i ta zasada zostaje przenicowana udowadniając nam jedynie, że nawet tak tragiczne zdarzenie musi podkreślać ułudę etosu klas średnich, która ma podtrzymywać poczucie harmonii i porządku społecznego. Nawet element przypadkowy, jakim jest bez wątpienia śmierć musi być próbą usankcjonowania triumfu porządku. Dzieje się tak w sposób co najmniej groteskowy. Oto chwali się dokonania wielkiego kompozytora (status) pomijając praktycznie całkowicie tragedię jego dziecka (brak statusu, lub status odziedziczony jedynie po rodzicu; wyraża się to chociażby w użytych sformułowaniach, np. "jego córeczka").

Julie jest świadoma faktu, że jej próba połączenia się z ukochanymi zmarłymi zamieniła się w żałosną farsę. Jest pełna poczucia winy, nie potrafi sobie z tym w żaden sposób poradzić. Obwinia się o to, że nie sprostała pokładanym w niej kulturowo nadziejom. Chęć życia staje się czymś złym, tematem tabu, rzeczą na wskroś wstydliwą. W sposób nieświadomy Julie podważa jeden z filarów naszej cywilizacji – poszanowanie dla życia. Gardzi ona nim, nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Dlatego podejmuje próbę dekonstrukcji całej swojej przeszłości i rozpoczęcia wszystkiego od początku z pozycji tabula rasa. Próbując zabić wszelkie wspomnienia sprzedaje dom, pożera lizaka córki, śpi ze współpracownikiem męża, Olivierem, oraz niszczy niedokończone dzieło ukochanego. Z domu zabiera jedynie tandetną ozdobę – sznury niebieskich paciorków do zawieszenia pod lampą. Jest to jej jedyny materialny łącznik z przeszłością. Zarazem jest to dowód na to, że jej próba z pewnością zakończy się niepowodzeniem. Nadal bowiem kieruje się ona w swoim postępowaniu sentymentalizmem. Jej schronienie przed światem, mieszkanie w paryskiej kamienicy, anonimowość, jaką zapewnia ono w tłumie, traci w ten sposób pozory miejsca ucieczki. Julie świadomie lub nie zabiera do niego fragment swojej przeszłości i związku z czymś, co już przeminęło. Jej próba więc z samego założenia nie może się udać. Dodatkowo, jak bardzo nie pragnęłaby ona uciec od znajomych miejsc, jej pamięć nie pozwala na to i nęka ją wciąż znanymi obrazami. Gdy tylko Julie zamyka oczy, rozbrzmiewa muzyka komponowana przez jej męża. Ukazuje to w sposób symboliczny kolejną prawdę – możemy wyprzeć nawet najbardziej traumatyczne wspomnienia z naszej świadomości, ale nie potrafimy już tego zrobić w podświadomości. Jakże trafnie odnajduje się tutaj stwierdzenie: „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Te krótkie sceny filmu stanowią jego najgłębsza interpretację.

Tytuł mojego eseju, Twój dzień, twoja woda nawiązuje natomiast do kolejnego symbolu zawartego w filmie. Woda przedstawiona jest w nim bowiem jako coś, co oczyszcza i to również ma głębokie uwarunkowanie kulturowe (obmycie nóg, chrzest). Po każdym traumatycznym dniu Julie pływa w basenie. Chce w ten sposób oczyścić się. W sposób symboliczny zmyć cały brud minionego dnia, zostawić go poza sobą. Jakże dosadne wydaje się zatem to, że nie potrafi tego zrobić. Jest ciągle ścigana przez wspomnienia, a rzeczywistość nie pozwala jej zapomnieć. To poczucie winy wciąż daje o sobie znać.
Nawet wtedy gdy spotyka się z chłopcem, który był pierwszy na miejscu wypadku. Chce on jej oddać należący do niej krzyżyk, prezent od męża. Mówi Julie również, jakie były jego ostatnie słowa. I tutaj Kieślowski znów wznosi się na wyżyny uważnego obserwatora i filozofa codzienności. „Niech Pani kaszlnie” to ostatnie słowa dowcipu, który opowiadał Pierre, zanim drzewo przerwało nić jego życia. To najwspanialsza ilustracja groteskowości zjawiska zwanego życiem. Połączenie żartu i śmierci. Współczesne przedstawienie danse macabre, a zarazem ilustracja ironii przypadku. Odczytajmy tę scenę jako przestrogę, że nawet w najbardziej szczęśliwiej chwili naszego istnienia nie możemy być niczego pewni. Życie to gra pozorów. Odczytajmy mysz i jej młode jako symbol życia, a kota jako symbol śmierci. Według mnie te dwie sceny silnie się ze sobą łączą. Dodatkowo ukazują ciemną stronę naszego człowieczeństwa (a może już jego braku). Julie jako matka, która straciła dziecko, powinna cieszyć się cudem narodzin młodych myszy, która zagnieździła się w jej mieszkaniu. Przez Julie przemawia jednak zawiść, zazdrość o to, że jakaś inna istota mogła uczestniczyć w akcie stworzenia. Ujawnia się w ten sposób ciemna strona natury ludzkiej. Julie nie może znieść myśli, że oto pod jej pogrążonym w żałobie dachem może zabłysnąć szczęście. Sprowadza więc kota, aby położył kres tej iskierce nadziei, która zdaje się kpić z nałożonego przez nią na siebie celibatu. Kot jest jednak zarazem innym symbolem. Symbolem białych rękawiczek. Julie próbuje niczym Piłat umyć ręce od wyroku, jaki wydała. Przecież to nie ona zabiła mysz i jej młode. Tego pozoru braku odpowiedzialności nie zabije jednak ani wieczorna kąpiel, ani kolejny świt. Julie jednak nie potrafi tego zrozumieć. Jest niczym dziecko, którego proces dorastania dopiero się rozpoczął. Okrutne i głupie.

Spotkanie głównej bohaterki z matką, starą, schorowaną na Alzheimera kobietą, podkreśla głęboko zarysowany w Niebieskim obraz dehumanizacji świata. Matka, która ogląda całymi dniami telewizję, stwierdza, że „widzi cały świat”. Jej zrozumienie dla niego jest jednak praktycznie zerowe – jej chora pamięć rejestruje jedynie przesuwające się przed oczyma obrazy. Nie posiada ona w rzeczywistości żadnej wiedzy o świecie, który ogląda. Jej pamięć nie potrafi zarejestrować niczego ważnego. Kieślowski sięga po bardzo głęboki symbol – symbol choroby – aby ukazać nam coś, wydawać by się mogło, zupełnie oczywistego. Telewizja jest Alzheimerem mas – pozwala zapomnieć o wszystkim i wszystkich oraz zatracić się w opium ułudy. Tak samo odbiera to zapewne Julie, która próbuje się zwierzać przed matką, wytłumaczyć, jak się czuje. Nikt jej jednak nie słucha, a co więcej nikogo to nie obchodzi. Jest przecież telewizja, którą jej matka ogląda z fascynacją. Więcej, myli ona Julie wciąż ze swoją siostrą. „Słyszałam, że nie żyjesz”, to jedyne ciepłe słowa, które potrafi jej powiedzieć. Aż chce się rozwinąć: „Słyszałam, że nie żyjesz, bo tak mówiono w telewizji”. Czy Kieślowski świadomie opuścił, to naturalne wydawać by się mogło w obliczu danej sceny uzupełnienie zdania?
Kult telewizji wyznacza również kult materializmu. Otóż pogrążonej w żałobie Julie matka zadaje pytania o to, czy udało jej się zabezpieczyć materialnie (!!!). To stanowi już zupełne kuriozum. Upadek człowieczeństwa. Totalną dehumanizację. Dodajmy do tego, że naszą bohaterkę rozumie jedynie jej sąsiadka, prostytutka, a nagromadzenie symbolizmu osiągnie szczyt. W świecie, w którym nie rozumieją nas już bliscy, a jest to w stanie zrobić prostytutka, jakiekolwiek wartości wydają się być ogromnie zagrożone. Dodajmy do tego, że owa prostytutka jest prostytutką z wyboru, bo „lubi To” i otrzymamy dopełnienie obrazu. Seks jako sens istnienia, podwójna moralność, brak dialogu społecznego i dominujące media. Czy jest to przestroga Kieślowskiego na przyszłość, czy też epitafium dla naszej cywilizacji? A może jedno i drugie zarazem?

Następujące w końcu rozwiązanie akcji ujawnia jeszcze dotkliwiej brak wpływu głównej bohaterki na własne życie. Cała racjonalność martyrologii, jaką wokół siebie stworzyła staje się w jednej chwili całkowicie pozbawiona sensu. Jej mąż miał bowiem kochankę, która nosi jego dziecko. Całe cierpienie i podejmowane przez Julie wyrzeczenia stają się zatem pozbawione znaczenia– rozpaczała za człowiekiem, który nie był wobec niej szczery, a na swoje spotkania z kochanką wybierał Pałac Sprawiedliwości (kolejny piękny symbol). A jednak znów dopada nas symbolika odrodzenia – ciąża. Od tego Julie nie będzie już mogła uciec tak łatwo, jak od myszy z małymi. Powiem więcej – dla Julie nie ma już ucieczki. Musi ona zmierzyć się z rzeczywistością, która toczy się niezależnie od jej woli i prób ucieczki. Jest to jednak dla niej zarazem wyzwolenie – nie musi już dalej cierpieć, może zaakceptować swoje dawne życie i rozpocząć nowe. Ciąża kochanki jej męża trwale przekreśla, jakikolwiek sens martyrologii. Niweczy go całkowicie i dokonuje kolejnego przewartościowania zawartego w tym filmie. Bo ukazuje Julie w aureoli niemal świętej – osoby lepszej od otaczającego ją świata. Przewartościowuje ją z pozycji winnej, na pozycję zwyciężczyni moralnej. To nie ona jest zła, to świat jest niedoskonały i podły. Julie odzyskuje w końcu swą wolność. Jej przebaczenie dla egoistycznej kochanki męża („znienawidzi mnie Pani”) jest w pełni altruistyczne i zasługujące na najwyższe uznanie. To właśnie ono jest prawdziwą wodą tego filmu. Oczyszcza i zarazem daje szansę na lepsze jutro. Twój dzień, twoja woda, a zarazem nadzieja i odrodzenie.

To, że Julie zakochuje się w Olivierze jest ukoronowaniem Niebieskiego. Jest też zarazem ukazaniem, że miłość jest sensem życia każdego z nas. Nie możemy pogrążyć się w otchłaniach niebieskiej alienacji (kolor dominujący znaczną część filmu i będący symbolem smutku), ponieważ życie, jakkolwiek byłoby ono zdehumanizowane, nam na to nie pozwoli. Oczywiście, będzie nas ono łapało w pułapki miłości i przywiązania, które często przyniosą cierpienie, ale takie jest przecież przeznaczenie człowieka. Finał filmu – Hymn do miłości świętego Pawła ma nam natomiast o tym ciągle przypominać.



Czytaj również

Trzy kolory  - Czerwony (analiza)
Idealistyczne sny kloszarda
Trzy kolory – Biały (analiza)
Impotent na placu Pigalle

Komentarze


~gruszczy

Użytkownik niezarejestrowany
    Zmiana profilu?
Ocena:
0
Fajnie. Może wreszcie załapią się blogaskowe felietony Wojewody, a dział trafi do większej liczby użytkowników. W ogóle nieco bardziej otwarty na kulturę profil serwisu byłby bardzo ciekawym eksperymentem :-)
18-10-2007 19:07
Ivrin
   
Ocena:
0
Tekst czyta się świetnie (mnie zachęcił też do pobiegnięcia po dvd:)), a zakres tematyczny tego, co się ukazuje niech będzie zależny od ludzi - kryterium powinna stanowić jakość:)... zdecydowanie popieram otwartość...;)
18-10-2007 22:13
~Raisa Castorph

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Powyższa analiza jest bardzo naciągana i wielokrotnie świadczy o niezrozumieniu filmu. Jaka dehumanizacja? Jaki kult telewizji? W tym filmie tego w ogóle nie ma. Mam wrażenie, że autor analizy (choć prędzej: autor nadinterpretacji) mając swoje poglądy, szuka dla nich w filmie potwierdzenia. Tylko, że "Niebieski" jest o niewoli pamięci. Chora matka symbolizuje utratę pamięci, a nie dehumanizację. Osiągnęła poziom, do którego dążyła bohaterka. Podobnie jak mysz i jej młode mają związek z pamięcią, przypominają. Przez bohaterkę nie przemawia zazdrość o młode, lecz ból z powodu pobudzania pamięci.
Wiele jeszcze takich dziwnych punktów w powyższym tekście. Często zamiast teorii kulturowych lepiej odwołać się zwyczajnie do doświaczeń życiowych.
13-01-2013 17:43
~Przemysław Zalesiński

Użytkownik niezarejestrowany
    Obrona
Ocena:
0
Napiszę tak. Wolę zawsze patrzeć na wszystko przez różowe okulary, doszukiwać się w pierwszej kolejności plusów, co nie oznacza, że zapominać o minusach. To jedno. A po drugie szanowny Raise Castorph, sam Kieślowski w książce " O sobie" napisał : " Czy kult telewizora jest niewolą czy wolnością ? Teoretycznie wolnością można oglądać filmy z całego świata Praktycznie jest tak, że czujesz przymus posiadania jeszcze magnetowidu czy innych urządzeń. A jak się coś zepsuje to zaczynasz jeździć po sklepach i szukać mechanika. Naprawiasz i wkurzasz się na to, co Ci opowiadają albo pokazują. Jednym słowem, dając sobie teoretycznie wolność oglądania, natychmiast wpadasz w pułapkę swojego telewizora. Mówimy o wolności i braku wolności przy uzależnieniu od rzeczy."
Na koniec moja mała rada. Zanim zaczniesz coś krytykować, upewnij się, że masz rację, doceń czyjś wkład bez względu na jej wartość merytoryczną Twoim zdaniem i nie uważaj się na wszechwiedzące Bóstwo - Twoje zdania przypominają dogmaty. Tak to to już jest w dobie internetu, że pełno teraz nieprzemyślanej krytyki, wręcz hejterstwa. Podsumowując zanim, komuś zarzucisz braki w wiedzy, upewnij się do swojej. Ja podpisałem się, odpowiadam za swoje słowa a Ty ? A analiza ogółem, jedna z najbardziej wnikliwych jakie widziałem, dlatego gratulacje do autora. Aczkolwiek miałbym parę zastrzeżeń, co do macoszego potraktowania podstawowej wg mnie kwestii w filmie, czyli wolności - jednak niekoniecznie jest to wadą analizy a raczej wyróżnia na tle innych.
05-02-2013 15:33
~Raisa Castorph

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Skoro się wypowiadam, to oczywiste, że odpowiadam za swoje słowa.
Książę "O sobie" znam doskonale i jeśli już jesteśmy albo próbujemy być tak dokładni, to proszę przeczytać tekst otaczający podany przez Pana cytat, a wówczas zroumie Pan (albo i nie), że Kieślowski nie przytaczał go bezpośrednio w kontekście filmu "Niebieski", lecz posłużył się tym przykładem, próbując dobitniej wyjaśnić problematyczną kwestię wolności.
Kieślowski napisał też, że jest i był rzemieślnikiem. Czy według Pana to wystarczający powód, ale nie uznać go za artystę? Mam nadzieję, że Pan rozumie, że pytanie nie zawiera się jedynie na poziomie zawartych w nim słów. Chciałam raczej wskazać na absurd używania przez Pana cytatu. Gdyby Pan znalazł teraz książkę na temat fizyki, w której przytoczony byłby pogląd na temat układu słonecznego jeszcze sprzed Kopernika, to wybrałby go Pan z całości książki i uwierzył, że to słońce wędruje?
Tego typu teksty należy krytykować. Różne osoby poszukują w internecie wiedzy. Byłoby przykro, gdyby czerpały ją właśnie z takich wydumanych źródeł.
Panie Przemysławie Zalesiński, widocznie widział Pan w swoim życiu bardzo mało analiz, skoro ta wydaje się Panu wnikliwa. Wiele rzeczy smakuje dobrze, dopóki nie poznamy innych. Zazdroszczę postawy. Musi Pan być wyjątkowo szczęśliwym człowiekiem.
A już tak na marginesie, Raisa to żeńskie imię. Nie wiedział Pan, prawda? Nadmienię, że nawet można je przedeklinować.
Ach i jeszcze jedno. Pana styl pisania do złudzenia przypomina mi styl samej analizy. Wnioskuję, że albo niejako ocenia Pan swój własny tekst i "styl", albo naprawdę ocenia Pan swój tekst.
12-02-2013 17:09

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.