» Recenzje » Terminator: Genisys

Terminator: Genisys


wersja do druku
Terminator: Genisys
Jestem wielkim fanem serii o Elektronicznym Mordercy, szerzej znanym jako Terminator, dlatego w dniu premiery śmiało ruszyłem do kina na nową odsłonę przygód blaszanego zabijaki. Oczywiście poszedłem nie bez obaw, choć podobnie jak przy Salvation (czwarta część serii), nastawiłem się na przeciętny scenariusz oraz mnóstwo akcji i dobrej rozrywki.

Czwarta część okazała się dla studia Halcyon Company kompletną porażką finansową, dlatego finalnie porzucono tworzenie nowej trylogii Terminatora, mającej rozgrywać się w postnuklearnym świecie. Terminator: Genisys jest kolejną próbą zapoczątkowania nowej serii. Tym razem twórcy dokonują całkowitego "restartu", cofając nas do wydarzeń z części pierwszej. Brzmi ciekawie, ale jeśli reżyser przerabia film akcji na kino familijne z domieszką łzawych scen, to powinien się dobrze zastanowić, czy chce oglądać reset jednej z najsłynniejszych serii science fiction.

Za przebieg fabuły w dużej mierze odpowiada Laeta Kalogridis, która pracowała przy scenariuszach do takich filmów jak Wyspa tajemnic czy Straż nocna, ale popełniła też potworki w stylu Aleksander, Tomb Rider albo Tropiciel. Niestety Terminator: Genisys należy do tej drugiej grupy produkcji. Szkoda, gdyż można było z niego wykrzesać naprawdę dużo, ponieważ ma niezły potencjał. Historia zaczyna się w odległej przyszłości, zniszczonej przez nuklearną pożogę. John Connor (Jason Clarke) szykuje się do finalnego uderzenia na siedzibę Skynet i rozprawienia się z maszynami. Te jednak zdążyły wysłać w przeszłość Terminatora z zadaniem zlikwidowania jego matki, jeszcze nim narodzi się John. Przywódca ludzi postanawia wysłać w pogoń za robotem Kyla Reese’a (Jai Courtney), mężczyznę, który poprzez splot pewnych wydarzeń jest ojcem Connora, o czym ten ostatni wie z opowieści swojej matki. Nieświadomy tego faktu Kyle rusza na ratunek. W trakcie transferu jest świadkiem ataku Terminatora na Johna, a podróżując w czasie, ogląda obrazy przeszłości, której nigdy nie przeżył. Gdy trafia do roku 1984, zauważa, że Sara Connor od dziecka ochraniana jest przez Terminatora, który likwiduje przysłane z przyszłości maszyny. Sprawa staje się coraz bardziej zawiła z każdym kolejnym odkryciem, zaś jej rozwiązanie kryje się w wizjach Kyla mówiących o programie Genisys, mającym uruchomić się w 2014 roku.

Już od powyższych rewelacji można dostać lekkiego zawrotu głowy, a jak się szybko okaże, to nie koniec. Nie wiem, ile postaci w trakcie filmu wykonało skoki w czasie, ale mam wrażenie, że była to cała armia, złożona głównie z maszyn. Te ostatnie, jak na twory przyszłości, bywają dość tępe i kruche. Zacznijmy jednak od zalet filmu, bo i takowe produkcja posiada. Pierwszym z autów są efekty specjalne. Stoją one na wysokim poziomie, choć do pełnego ideału im nieco brakuje. Nie najgorzej prezentuje się także 3D, aczkolwiek i bez niego film niewiele (jeżeli cokolwiek) traci. Miło jest popatrzeć na wizualizacje skoków w czasie, wszelkiej maści eksplozje (przy czym część z nich jest naprawdę sporego kalibru), współczesną wersję "płynnego metalu" albo nowe pomysły na futurystycznych Terminatorów. Nieco gorzej prezentują się pościgi; daleko im do tych, które widzieliśmy w Dniu Sądu czy Buncie Maszyn. Zaprezentowana w zwiastunach scena z autobusem szkolnym jest naprawdę ładnie wykonana, ale to już nie to samo, co rajd ciężarówką po kanałach, pościg z udziałem cysterny wypełnionej ciekłym azotem czy burzenie otoczenia mobilnym dźwigiem drogowym. W najnowszej odsłonie serii dominuje niestety CGI, co widać w scenach samochodowych ucieczek i pogoni. Może dlatego nie budzą one już takich emocji jak te z przeszłości.

W filmie występuje też sporo scen humorystycznych, jednak widz wielokrotnie, acz mimowolnie, śmieje się z absurdów sytuacyjnych, których w Genisys jest niestety dość dużo. Nie twierdzę, że kino akcji science fiction powinno kipieć od logiki i praw fizyki, jednak winno zachować choć odrobinę sensu. Tu go jednak nie znajdziemy, co najdobitniej pokazuje cofnięcie w czasie nie na miesiące czy chociaż tygodnie przed krytycznym wydarzeniem, a na niespełna półtorej doby przed nim. Rozumiem – trzeba ratować świat przed zagładą, ale można to zrobić z głową. Z innych zalet wymienię całkiem udaną ścieżkę dźwiękową, nawiązującą w wielu miejscach do pierwszej części serii, sporo smaczków odnoszących się głównie do Terminatora 1 i 2 oraz charakteryzację. Podano też sensowne wyjaśnienie tłumaczące, dlaczego  "stary" Terminator starzeje się fizycznie. Z kolei przytoczony fakt psucia się robota nie jest zadowalający, bo w Dniu Sądu wspominano, iż te maszyny potrafią bez serwisowania sprawnie funkcjonować grubo ponad 120 lat.

Niestety gra aktorska to inna para kaloszy. Jedyną osobą, która faktycznie włożyła wysiłek w swoją pracę, był Jai Courtney i tylko jego kreację warto było obserwować w tym filmie. Stworzona przez niego postać Kyla Reese’a mocno odbiega od tej znanej z dzieła Camerona, jednak idealnie wpasowuje się w obecną linię narracyjną. Mężczyzna jest zagubiony w otaczającym go świecie, dowiaduje się wielu faktów, o których nie miał pojęcia, sam dodatkowo wprowadza wiele nowego do fabuły. Niestety, podobnych pochwał nie można wysunąć pod adresem Jasona Clarke'a, który jest bodaj najgorszym odtwórcą postaci Johna Connora na przestrzeni wszystkich części. Mówiąc w wielkim skrócie – jest on prozaicznie nudny i do bólu przewidywalny w swych poczynaniach. Na dodatek zwiastun z jego udziałem, jak i sam plakat promujący film, nie pozostawiają żadnych złudzeń co do roli, którą przyjdzie przywódcy Oporu odegrać w Genisys. Sam aktor nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. Podobne wrażenia, choć odrobinę mniej natarczywe, odczuwamy odnośnie osoby Sary Connor, zagranej przez znaną wszystkim z serialu Gra o Tron Emilie Clarke. Dziewczyna w wielu scenach gra na tę samą nutę, będąc silną, a jednocześnie zagubioną kobietą, która zna wszystkie fakty związane z przyszłością, Dniem Sądu i jej synem. Jednocześnie swojego stalowego obrońcę nazwała Pops. Mając w pamięci kreację Lindy Hamilton z drugiej części Terminatora, silną i niezależną Sarę obdarzoną uczuciami, Emilie Clark wypada słabo. Zdecydowanie mniej stanowcza, jest bardziej naiwna i pozbawiona pewności siebie. Lepiej spisał się "dziadek" Arnold, ale i on smakuje po prostu wtórnie na tle swoich poprzednich ról w tej sadze.

Terminator: Genisys to typowy średniak, który równie dobrze mógłby nigdy nie powstać i nikt by tego nie żałował. Charakteryzuje go beznadziejny scenariusz, słabe kreacje aktorów (oprócz Jai Courtney’a), sporo nudnych i przegadanych elementów, wartka akcja okraszona udanymi efektami specjalnymi (głównie komputerowymi) oraz okazjonalny humor, nierzadko wypływający z absurdalnych sytuacji. Można pójść na niego do kina, jeśli chce się wyłączyć myślenie i zobaczyć standardowe kino akcji z masą fajerwerków. Niestety nie oferuje nic poza tym. W zasadzie mamy tutaj spore pole do popisu dla nowej trylogii, jednak zdecydowanie lepiej, aby seria nigdy nie powstała. Jeśli ktoś myślał, że Terminator: Salvation jest produkcją słabą, mającą beznadziejnego Johna Connora i bzdurną fabułę, to idąc na Genisys, może się zdziwić i z tego powodu podnieść ocenę czwartej części. Najnowszy Terminator jest praktycznie kinem familijnym, skierowanym do młodszej publiki. Nie ma w nim dramaturgii z Dnia sądu, wartkiej akcji z Buntu maszyn ani ciekawych postaci z Salvation. Jest ugrzecznioną i wygładzoną przez CGI wersją pierwszego Elektronicznego Mordercy – fakt, który najlepiej obrazuje obecny stan Hollywood.

5.0
Ocena recenzenta
5.25
Ocena użytkowników
Średnia z 4 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Terminator: Genisys
Reżyseria: Alan Taylor
Scenariusz: Laeta Kalogridis, Patrick Lussier
Muzyka: Lorne Balfe
Zdjęcia: Kramer Morgenthau
Obsada: Arnold Schwarzenegger, Jason Clarke, Emilia Clarke, Jai Courtney, J.K. Simmons, Matt Smith
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2015
Data premiery: 1 lipca 2015
Czas projekcji: 2 godz. 6 min.
Dystrybutor: United International Pictures Sp z o.o.



Czytaj również

Riddick
Riddick Niepokonany
- recenzja
Thor: Mroczny świat
Piorunujące poczucie humoru
- recenzja
Winchester. Dom duchów
Kto tu jest pacjentem?
- recenzja
Altered Carbon
Kryminalne zagadki dwudziestego piątego wieku
- recenzja
Ewolucja planety małp
Ewolucja zatoczyła koło
- recenzja
Gangster [DVD]
Miedziane alkohole, Nick Cave i gangsterska prohibicja
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.