» Recenzje » Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1

Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1


wersja do druku

Dyskretny urok wampiryzmu

Autor: Redakcja: Beata 'Cherrywave' Gosławska

Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1
Premiery filmów wchodzących w skład megapopularnej Sagi Zmierzch zawsze stanowiły dla mnie nie lada wydarzenie. Niczym wierny fan bladolicego Edwarda i romantycznej Belli, oglądałem w kinie każdy kolejny epizod ich pełnej sentymentalnych uniesień historii. Ba! Zafascynowany globalnym sukcesem produkcji sięgnąłem nawet po jej literacki pierwowzór pióra Stephenie Meyer. Poznawszy więc od podszewki fenomen tego tasiemca przyznać muszę, że zarazem czytając jak i oglądając Zmierzch, mam naprawdę niezły ubaw. Równocześnie świadom jestem faktu, że trudno jest porównywać mój entuzjazm do ślepego oddania, jakim darzą cykl najwierniejsi jego wyznawcy.

Tym, co pierwotnie zwróciło moją uwagę na serię, było wykorzystanie w jej fabule postaci wampira. Choć dzisiejsze kino przeżywa swoisty (przynajmniej pod względem ilościowym) renesans produkcji z krwiopijcami w roli głównej, wyraźnie doskwiera mu brak interesującej reprezentacji tego legendarnego dziecięcia nocy. Dlatego na seans pierwszego Zmierzchu wybierałem się jeszcze z pewnymi oczekiwaniami co do jakości jego realizacji. Mimo to, gdy film ten okazał się raczej karykaturą niż następcą Wywiadu z wampirem, nie odczułem wielkiego zawodu. Odkryłem w nim bowiem źródło zupełnie innej, specyficznej rozrywki.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Mój stosunek do przebojowego cyklu określić mogę jako, pewnego rodzaju, odbiór kultowy. Ze świadomością cynizmu i wyrachowania kryjącego się za taką postawą przyznaję, że projekcje Zmierzchu, Księżyca w nowiu i Zaćmienia były dla mnie pretekstem do, jakże satysfakcjonującego, przyjęcia roli wrednego malkontenta. Wypatrywanie i wytykanie błędów popełnionych przez twórców wyżej wymienionych produkcji (i to nie tylko względem filmu wampirycznego), stało się dla mnie sportem sezonowym, do którego z podszytą szyderstwem chęcią powróciłem i w ubiegłym roku. Otóż do kin zawitała czwarta część serii – Przed świtem.

Obraz podpisany przez Billa Condona (swoją drogą całkiem sprawnego hollywoodzkiego reżysera, autora nominowanych w kilku kategoriach do Oscara Dream Girls) mojego nastawienia nie zmienił. Po raz kolejny za to zobaczyć mogłem spektakl naiwności i egzaltacji, tak dobrze znany mi z poprzednich odsłon cyklu. W Przed świtem odpowiednią ilość tych wielkich wzruszeń zapewniają sceny ukazujące "ten pierwszy raz" głównych bohaterów, następującą po nim dramatyczną ciążę czy równie traumatyczny poród.

Fabularny punkt wyjścia nowego filmu to chwila, w której Bella i Edward stają na ślubnym kobiercu, aby przyrzec sobie wierność po wsze czasy. Młodemu państwu Cullen nie dane jest jednak długo cieszyć się swym szczęściem. Wspomniany błogosławiony stan, w jakim okazuje się być Bella, doprowadzić może nawet do jej śmierci − wszak dziewczyna nosi w sobie dziecko wampira, od poczęcia naznaczone piętnem żądzy krwi. Wystarczająco już napiętą sytuację pogarsza fakt, że o całym zajściu dowiaduje się miejscowa wataha wilkołaków, która odbiera pojawienie się nowego członka rodziny wampirów jako zerwanie pokojowego sojuszu i pretekst do podjęcia walki z krwiopijcami.

Najbardziej denerwującą cechą Przed świtem jest przesadny ton, w jaki film nagminnie uderza. Brak subtelności zmienia produkcję w istną huśtawkę skrajnych nastrojów, przeskakującą raz po raz od przesłodzonej sielanki (na przykład w scenach ukazujących miodowy miesiąc Belli i Edwarda) do łzawego melodramatu (szczególnie w końcowej "porodowej" sekwencji). Ta nadmierna ekspresja opowiadanej historii zbliża ją niestety do estetyki typowej dla opery mydlanej. Skojarzenia z Dynastią wzmacniają zaś pocztówkowe krajobrazy, których w tej części filmu jest naprawdę sporo (ach ta bajeczna podróż poślubna!).

Dużo poważniejszym mankamentem obrazu jest jednak to, co uczyniono z jego dialogami. Bohaterowie filmu nie rozmawiają ze sobą. Oni deklarują, przysięgają lub wygłaszają swoje wydumane kwestie. Relacje międzyludzkie ukazane w filmie ograniczają się zatem do sztucznego pozowania. Oglądając Przed świtem naprawdę trudno odnieść wrażenie naturalności, o odrobinie luzu nie wspominając. Wszystkie występujące tu postaci irytują wystudiowaną i przyciężkawą manierą. Wyjątek w tym względzie stanowi jedynie scena, w której goście na ślubie Belli i Edwarda wygłaszają swe weselne przemowy i życzenia. Rzecz autentycznie zabawna, wyjątkowo nie wbrew intencji reżysera.

Filmu nie ratuje także obsada aktorska, mimo że główne role powierzono przecież bożyszczom nastolatek. Młodzi aktorzy polegli z kretesem w starciu z posągowością postaci takich jak Edward, Bella czy Jacob. Najbliżej jakiegokolwiek sukcesu była Kristen Stewart, która jako jedyna podejmuje tutaj próby nadania swej bohaterce czegoś w rodzaju życia emocjonalnego. W każdym razie wydawało mi się, że w przeciwieństwie do jej kolegów z planu, nie gra ona tylko jedną miną. Bo męska część obsady, czyli Robert Pattinson i Taylor Lautner, za swój cel występu w Przed świtem uznała chyba tylko potwierdzenie swego statusu naczelnych ekranowych przystojniaków Hollywood.

Kolejna część Sagi Zmierzch okazuje się − tak jak podejrzewałem − opowieścią kiczowatą w swej pretensjonalności. Przyznać jednak muszę, że jako realizacja filmowa, jest ona i tak o wiele lepszym produktem od swojego literackiego pierwowzoru. Być może narażam się teraz na gniew wielbicieli (wątpliwego moim zdaniem) talentu pani Meyer, ale książkowa wersja Przed świtem była tworem napisanym w sposób grafomański, przy okazji stanowiąc najgorszą częścią całego cyklu. Filmowcy odpowiedzialni za ekranizację nadali jej przynajmniej jako taką konstrukcję dramaturgiczną oraz puentę, której w przesadnie opasłej powieści zabrakło. Dzięki temu ta adaptacja może i śmieszy, ale daje się mimo wszystko oglądać.

Na koniec chciałbym podzielić się dość zabawną, jak sądzę, refleksją, która naszła mnie w trakcie seansu. Siedząc w kinie odniosłem bowiem nieodparte wrażenie, że Przed świtem to film o wymowie ostentacyjnie antyaborcyjnej (szczególnie przekonała mnie do tego scena, w której Edward rozmawia z nienarodzonym jeszcze płodem). Zastanawiające wydaje się jednak, że film opowiadający o ciąży, którą należy zachować za wszelką cenę, ukazuje ją jako wypełnioną tak okrutnymi mękami fizycznymi. W ogóle czwarta część Zmierzchu jest chyba najbrutalniejszym filmem z całej serii, lecz nie z powodu obecność postaci rodem z horroru (przypominam, że to produkcja o wampirach i wilkołakach), a groteskowo krwawym obrazom porodu właśnie. Czyżby twórcy filmu namawiali nas na odrobinę sado-maso?
4.0
Ocena recenzenta
1.45
Ocena użytkowników
Średnia z 10 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: The Twilight Saga: Breaking Dawn - Part 1
Reżyseria: Bill Condon
Scenariusz: Melissa Rosenberg
Muzyka: Carter Burwell
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Obsada: Kristen Stewart, Robert Pattinson, Taylor Lautner, Ashley Greene, Peter Facinelli, Elizabeth Reaser, Kellan Lutz, Nikki Reed, Jackson Rathbone, Bronson Pelletier, Billy Burke, Rachelle Lefevre, Dakota Fanning, Jamie Campbell Bower, Anna Kendrick, Michael Welch, Christian Serratos
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2011
Data premiery: 18 listopada 2011
Dystrybutor: Monolith



Czytaj również

Księżyc w nowiu
Księżyc w kryzysie
- recenzja
Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu
Zmierzch? Zaćmienie? Ściema.
- recenzja
Zmierzch
De gustibus…
- recenzja
Saga Zmierzch: Przed świtem cz.2
Młodzi, lśniący i bogaci
- recenzja
Piękne istoty
Urokliwy czar miłości
- recenzja
Piękna i Bestia
Jeszcze raz, ale ładniej
- recenzja

Komentarze


Nausicaa
   
Ocena:
0
Na sali kinowej, będąc studentką, zaniżałam średnią wieku. To jak to jest z tymi filmami "dla nastolatków"? :P
Koszmarny film. Żenada mnie brała na okrągło.
16-01-2012 19:44
Eva
   
Ocena:
0
Znaczy, ja nie byłam trzeźwa jak to oglądałam, ale, jakkolwiek również twierdzę, że Kirsten jeszcze nigdy tak dobrze nie zagrała (bo jej postać przez pół filmu była martwa), to byłam pod pozytywnym wrażeniem Jacoba. Naprawdę, chłopak który go grał zrobił co mógł i zrobił dobrze.
Poza tym świetnie się bawiłam. Głównie obserwując publiczność :D
18-01-2012 20:28
Repek
   
Ocena:
0
Film tak nudny i żałośnie toksyczny, że nawet nieśmieszny. Pewnie dlatego cały czas się śmiałem. :)
17-11-2012 01:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.