» Recenzje » Polowanie na prezydenta

Polowanie na prezydenta


wersja do druku

Historia o tym jak zepsuć pastisz

Autor: Redakcja: Sprzeczności, Rafał 'Raf303' Gyurkowich, Aleksandra 'yukiyuki' Cyndler

Polowanie na prezydenta
Być może jestem zbyt ponurym człowiekiem, jednak kompletnie nie rozumiem humoru Skandynawów. Bardzo lubię książki autorów pochodzących z dalekiej północy Europy, widziałem trochę filmowych produkcji z tego regionu świata, ale satyra i komedie potomków Wikingów kompletnie do mnie nie trafiają. Ciężko mi zrozumieć, w jaki sposób skandynawscy reżyserowie nakłaniają aktorów wielkiego formatu do zagrania w takich dziwadłach. Big Game, przetłumaczony u nas jako Polowanie na prezydenta, w założeniu miał być pastiszem wyśmiewającym i nabijającym się z wszelkiej maści produkcji, gdzie wybraniec losu ratuje najważniejszego człowieka na Ziemi, czyli prezydenta United State of America.

Obecnie, dzięki elekcji Baracka Obamy otrzymaliśmy kinową falę czarnoskórych prezydentów USA; trend, który wykorzystano i w tym filmie, a rolę przywódcy państwa powierzono Samuelowi L. Jacksonowi. Niestety mimo wielu dobrych chęci scenarzystów Polowanie na prezydenta to produkcja denna, z wielu, ale to bardzo wielu, powodów będąca kompletnym nieporozumieniem jako pastisz czy tym bardziej kino akcji.

Scenariusz jest niejako połączeniem fabuły filmów Air Force One i Olimp w ogniu, z tą różnicą, że rzecz dzieje się w lasach Finlandii. Prezydent USA, William Alan Moore, leci swym wielkim i luksusowo wyposażonym samolotem do stolicy Finlandii, Helsinek, na bardzo ważne zebranie głów najważniejszych państw świata. Podczas przelotu nad zalesionymi górami dochodzi do zdrady szefa prezydenckiej ochrony na pokładzie Air Force One. W jej wyniku Moore zostaje zrzucony na ziemię w specjalnej kapsule, a samolot ulega zniszczeniu wraz z całą załogą. Nim stojący za zamachem terroryści docierają do sondy, odnajduje ją młody trzynastoletni Fin. Chłopak, który właśnie przechodzi swój myśliwski chrzest, ratuje prezydenta i pomaga mu przetrwać w dziczy. Zaczyna się szalony pościg, w którym stawką jest głowa najważniejszego człowieka na Ziemi.

Sam pomysł w swym założeniu nie był zły – wyśmiać motyw wiecznie porywanego prezydenta USA, dziurawej ochrony oraz samotnego wędrowca, który ratuje sytuację. Niestety, wykonanie to już zupełnie inna para kaloszy. Zacznijmy od tego, że na przestrzeni całej produkcji nigdzie nie czuć, iż mamy do czynienia z parodią. Wręcz przeciwnie. Wszystko wydaje się być pokazane bardzo poważnie i tak odbierane przez postacie, co tylko ośmiesza film w oczach widza. Zamiast śmiać się z gagów sytuacyjnych, widz kwaśno uśmiecha się na widok kolejnych, totalnie wyssanych z palca, absurdów. Do tego spora ich część zamiast śmiechu budzi politowanie. Rozumiem, że wszystko w Polowaniu na prezydenta jest pokazane na wyrost, ale Finowie chyba zapomnieli o słowie "umiar". W efekcie tego, wybuch o sile małej bomby atomowej nie robi na nikim wrażenia, tak samo jak zestrzelenie śmigłowca za pomocą łuku (bynajmniej nie takiego, jakiego używał Rambo).

Na dokładkę mamy tragiczną wręcz grę aktorską oraz bardzo mizerne efekty specjalne. Po seansie miałem wrażenie, że aktorzy zainkasowali kasę, "zrobili swoje" (byle tylko pokazać się przed kamerą) i uciekli, zapominając, że przyszli do pracy. Podczas kręcenia tego potworka żaden z nich nie wykrzesał z siebie nawet jednej iskry zaangażowania. Zdaję sobie sprawę, że scenariusz nie pozwalał na wiele, ale zagrać gorzej niż Kristen Stewart w sadze Zmierzch – to już naprawdę woła o pomstę do nieba. Niestety, w Big Game wszyscy zachowują się tak jak ona, gdyż grają na jedno "kopyto" z dwoma minami na krzyż – zdziwioną albo zdeterminowaną.

W dziedzinie CGI również nikt nie zaszalał. Mamy kilka eksplozji, sporo strzelaniny, parę scen w lesie, które aż biją po oczach sztuczną scenografią, a także kilka naprawdę pięknych zdjęć plenerów Finlandii. Tylko dla nich warto było przecierpieć półtorej godziny absurdu oraz wizualnej porażki. Większość scen nagrywanych w studiu aż bije swą sztucznością; podobnie wszelkiej maści eksplozje. Pod względem muzyki, nic nie zapada w pamięć na dłużej niż pięć sekund, więc po seansie zastanawiamy się, w jakim celu zmarnowaliśmy tyle czasu.

Reasumując, Polowanie na prezydenta to gniot na miarę tworów Uwe Bolla, a być może nawet coś gorszego. Ten film nie prezentuje sobą nic wartościowego i porównywanie go do Kosmicznych jaj lub Czy leci z nami pilot jest zwyczajną obrazą intelektu widza. Radzę omijać tego potworka szerokim łukiem, ponieważ nawet przy dużej dozie alkoholu ogląda się to bardzo topornie.

1.0
Ocena recenzenta

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.