» Recenzje » Obcy: Przymierze

Obcy: Przymierze


wersja do druku

Koniec jest bliski

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Obcy: Przymierze
Niewiele jest serii bardziej zasłużonych dla kina SF niż cykl o Obcym. Postać Ksenomorfa odcisnęła w popkulturze olbrzymie piętno, niemal dorównując popularnością samym Gwiezdnym Wojnom. Ale jest i druga strona medalu, a mianowicie zupełnie przeciętne filmy, jakie przewinęły się przez kinowe sale w ostatnich latach. Sprawdziliśmy, czy Przymierze odwróciło ten trend.

Ludzkość wyruszyła ku odległym planetom, próbując rozprzestrzenić gatunek w najdalszych zakątkach wszechświata. Jednakże plany to jedno, a znalezienie odpowiedniej planety to już coś zupełnie innego. Tym razem wydaje się jednak, iż cel spoczywa na wyciągnięcie ręki, a upragniona planeta stanie się drugą Ziemią. Niestety pechowi podróżnicy nie zdają sobie sprawy z tego, iż domniemany raj ma już swojego boga i władcę.

Kiedy publikowano pierwsze informacje prasowe na temat Przymierza, jednym ze sztandarowych zapowiedzi Scotta była chęć nawiązania do pierwowzoru. Nowa odsłona miała być równie mroczna i klimatyczna jak Ósmy pasażer Nostromo, a ponadto wieńczyć wątki zapoczątkowane w Prometeuszu. Fani Obcego mieli ostatecznie poznać tajemnicę gatunku, jego przeznaczenie oraz twórców. I o ile drugi element został jako tako rozwiązany – chociaż jego ocena zależna jest od indywidualnych oczekiwań i preferencji widzów – o tyle pierwszy pozostał jedynie mrzonką. Na przestrzeni całego spektaklu jest zbyt kolorowo, a masowo stosowane cyfrowe efekty oraz notorycznie pozujący przed kamerą w paradnej pozie Ksenomorf odzierają film choćby z namiastek tajemnicy. Próżno wypatrywać skąpanych w cieniu pomieszczeń, bezpowrotnie utracono również efekt zaskoczenia. To sprawia, że Przymierzu znacznie bliżej do nijakiego Prometeusza niż do grającego na emocjach obrazu z 1979 roku.

Doświadczony scenarzysta John Logan (Gladiator, Aviator, Skyfall) wspomagany przez Dane Harpera niestety nie udźwignął powierzonego mu zadania. Co prawda pomysł zainicjowania zupełnie niezależnego epizodu i splecenia go z Prometeuszem rozwiązany został zupełnie zręcznie, ale niestety poza pojedynczymi fragmentami trudno tutaj mówić o jakimś oryginalnym koncepcie. Można odnieść wrażenie, iż udane rebooty Star Treka oraz nowe obrazy ze świata Gwiezdnych Wojen sprawiły, iż pomysłodawcy Obcego postanowili powtórzyć sukces wspomnianych filmów. Ale pomimo widocznych starań, efekt niestety jest bardzo mizerny – zaserwowano oklepane chwyty oraz przewidywalną historię.

Pierwsze cztery filmy serii niosły ze sobą unikalne treści: począwszy od kosmicznego horroru (Ridley Scott), przez film akcji (James Cameron) i biblijną metaforę (David Fincher), po groteskę (Jean-Pierre Jeunet). Także tym razem próbowano nadać dziełu indywidualny, niepowtarzalny smak. O dziwo, walka o przetrwanie miejscami ustępuje rozważaniom na temat roli sztucznej inteligencji w świecie pozostającym dotychczas w gestii istot śmiertelnych i jest to element zdecydowanie wybijający się ponad zaserwowaną widzom przeciętność. Niestety to jeden z niewielu jasnych punktów dzieła i raczej niedecydujący o odbiorze całości.

W międzyczasie brytyjski reżyser zrujnował wypracowane przez dekady schematy – potwory nie tylko wylęgają się w ciągu policzalnych na palcach jednej ręki godzin, ale również torują sobie drogę na świat w sposób, który zaburza dotychczasową, bardzo sprawdzoną konwencję. Cały świetnie zaprojektowany cykl rozrodczy obcych, będący przecież integralną częścią historii, w zasadzie odszedł w zapomnienie. Owszem, można argumentować takie rozwiązanie tym, iż fabularnie akcja rozgrywa się na długie lata przed pierwszym epizodem, jednak nie zmienia to faktu, iż twórcy depczą kwestie niemalże kanoniczne.

W sferze kreacji bohaterów Scott również sięgnął po wypróbowane środki, ale zrobił to zupełnie bezmyślnie. Załogę stanowi barwny konglomerat charakterów, niby wzorowanych na załodze feralnego Nostromo, ale zupełnie pozbawionych charyzmy. Uczucia déjà vu dopełnia główna bohaterka, Daniels (w tej roli zupełnie przyzwoita Katherine Waterson), czyli ewidentnie powielona Ripley. Niestety o większości aktorów i odrywanych przez nich bohaterów można napisać tylko tyle, że występują. Jednym z fundamentalnych sukcesów i 8 pasażera Nostromo, i drugiej odsłony cyklu była bliska więź widza z protagonistami. Nawet oglądając film po raz kolejny, odbiorca każdorazowo przeżywał śmierć Dallasa, Kane'a, Parkera, Hudsona czy Vasquez. Tutaj następuje raczej planowe wykreślanie kosmonautów z listy obecności. Brakuje emocji, a przedśmiertny wrzask zagryzanego naukowca nie budzi już dreszczy.

Szczęśliwie pozostał jeszcze Michael Fassbender, tym razem w podwójnej roli cyborgów Davida oraz Waltera. To absolutnie najjaśniejszy punkt programu, perfekcyjny w swojej kreacji: nieodgadniony, pogrążony we własnych planach, sztuczny w swoich ruchach. Mimo oczywistego podobieństwa dwóch androidów, starcie charakterów oraz filozoficznych postaw, jak również humanistyczne rozważania odnośnie do świadomości oraz pozycji androidów w ludzkim świecie, jak również kompleks bycia bogiem cechujący Davida stanowią wartość samą w sobie.

Jeden element nie rozczarowuje, chociaż trudno było sobie wyobrazić, aby mogło być inaczej. Obraz urzeka warstwą audio-wizualną. Widowiskowe efekty w pełni podkreślają drapieżność tytułowego potwora, świetnie eksponują również krajobrazy planety, na której osadzona została akcja. Warto podkreślić, iż jest to już kolejny projekt Scotta, w którym za kamerą stanął Dariusz Wolski i trzeba przyznać, iż Polak wykonał mnóstwo dobrej roboty. Sporą rolę odgrywają także odniesienia do jednego ze współojców Obcego, nieżyjącego już H.R. Gigera. Miłośnicy twórczości Szwajcara odnajdą nawiązania do prac malarza i są one absolutnym majstersztykiem. Fani docenią również przewijające się motywy muzyczne, podkreślające zresztą próbę powrotu do korzeni. Wielokrotnie pobrzmiewająca, znana już od blisko czterdziestu lat, nuta z pewnością zadowoli widzów pierwowzoru. To także jeden ze środków, za pomocą którego Scott próbuje zabrać publiczność w podróż ku przeszłości.

Do omawianego filmu od samego początku podchodziłem z dystansem, obawiając się fabularnej porażki. I przy tym podejściu Przymierze może podobać się zdecydowanie bardziej niż Prometeusz. Widać, że Scott próbował wrócić do korzeni oraz zaczerpnąć ze wszystkich epizodów to. co było w nich najlepsze, a zwłaszcza pogodzić 8 pasażera Nostromo z Prometeuszem: połączyć klimat kosmicznego horroru z teoriami, których nie powstydziłby się sam Erich von Daniken. Niestety partykularne elementy zostały zszyte bardzo grubymi nićmi, a obraz jako całość przypadnie do gustu tylko najbardziej zatwardziałym fanom. Tym bardziej szkoda, iż film został nakręcony kosztem projektu Neilla Blomkampa. Wydaje się, iż pochodzący z RPA reżyser był jedyną nadzieją na tchnięcie w opatrzone schematy ducha świeżości. A tak, król niestety okazał się nie tylko nagi, ale i nieświeżo pachnący.

Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości Cinema-City

5.0
Ocena recenzenta
3.14
Ocena użytkowników
Średnia z 7 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Obcy: Przymierze (Alien: Covenant)
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Michael Green, Jack Paglen, John Logan
Muzyka: Jed Kurzel
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Obsada: Michael Fassbender, James Franco, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo
Kraj produkcji: Australia, Nowa Zelandia, USA
Rok produkcji: 2016-2017
Data premiery: 12 maja 2017
Dystrybutor: Imperial CinePix



Czytaj również

Marsjanin
Robinson Cruzoe nowych czasów
- recenzja
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie
...w celu ratowania Ziemi
- recenzja
Pompeje
Gra o życie
- recenzja
Prometeusz
'If you can't see the one you'd love. Love the one you've seen.'
- recenzja
Hugo i jego wynalazek
Od Mélièsa do Scorsese
- recenzja
Zielona latarnia
W obronie Zielonej Latarni
- recenzja

Komentarze


Umbra
   
Ocena:
0

Prometeusz świetny, z dużą nadzieją pójdę na kolejną odsłonę.

 

17-05-2017 22:40
Anioł Gniewu
   
Ocena:
+2

Szkoda czasu i sprawnego pióra recenzenta na ten kał filmowy. Żałosne, nielogiczne badziewie które ratuje wyłącznie wizualny klimat scenerii obcej planety. W prometeuszu była chociaż Charlize Theron której uroda osłodziła mi nidny seans. Tutaj zabrakło nawet tego. Chyba ze ktos lubi jak dwóch facetów pół godziny gra na flecie...

18-05-2017 10:22
Exar
   
Ocena:
+4

Chyba ze ktos lubi jak dwóch facetów pół godziny gra na flecie...

Chyba tacy już odeszli z polteru...

 

18-05-2017 11:00
Vukodlak
   
Ocena:
+2

Coś mnie mówi, że za cały sukces oryginału laury powinien zebrać tylko O'Bannon, a nie Scott. Ostatnie dwa jego filmy na ten temat to niemal absolutne kaszany, które na dodatek pokazują bardzo wyraźnie, że Scott kompletnie nie rozumie idei O'Bannona i nie potrafi z nią nic sensownego i konstruktywnego zrobić. Nawet Cameron czuł lepiej temat i potrafił z czysto gotyckiego horroru, jakim jest Ósmy pasażer Nostromo, wykręcić niezły film akcji. Giger i O'Bannon byli filarami sukcesu Obcego, Scott okazuje się być tylko nieistotnym środkiem do celu.

18-05-2017 23:29
Umbra
   
Ocena:
0

Ładne spamy tu lecą. Byłem wczoraj w kinie, i niestety mam mieszane uczucia. Stwierdziliśmy ze znajomymi, że niby nie ma się do czego specjalnie (słowo klucz chyba) przyczepić, jednakże czegoś tu zabrakło. Pobawili się twórcy w (pop?)filozofię, jednak te sceny zawodzą. Wielka szkoda bo zaczęło się naprawdę dobrze. Teraz serię może uratować trzecia odsłona, oby w satysfakcjonujący sposób zakończyła trylogię. Po bardzo dobrym Prometeuszu, przyszła kolej na słabą niestety kontynuację. I to aż po pięciu latach, oby nie kazali nam czekać kolejnych pięciu, bo jestem coraz starszy ;p

 

Pozdro szejset.

 

(komunikat administracji) Spamy już wycięte. – Kamulec

24-05-2017 20:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.