» Recenzje » Linia życia

Linia życia


wersja do druku

Senna nuda

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Linia życia
Co się dzieje z duszą tuż po śmierci? To pytanie, na które ludzkość stara się znaleźć odpowiedź od zarania dziejów, jest natchnieniem dla pisarzy, poetów oraz twórców filmowych. Temat podjęty został również w Linii życia.

Życie studenta medycyny nie jest usłane różami. Mnóstwo nauki, wymagający profesorowie oraz presja rodziny potrafią zamienić je w koszmar. W ciężkich chwilach przyszli lekarze szukają odskoczni: towarzystwa, imprez, a czasami przydarzy się eksperyment polegający na sztucznym odesłaniu przyjaciela w zaświaty po to by po kilku ledwie minutach przywrócić go światu żywych. Prawdziwym darem opatrzności są skutki tego doświadczenia, znacznie rozszerzające możliwości mózgu i zamieniające dotychczasowe życie w sielankę. Jednakże skutki uboczne rozszerzonej percepcji błyskawicznie dają o sobie znać.

W pierwszej chwili zapewne tylko najbardziej dociekliwy kinomaniacy skojarzą nazwisko Nielsa Ardena Opleva z głośną ekranizacją powieści Stiega Larsona Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Duńczyk ma na swoim koncie jeszcze kilka obrazów, z których parę spotkało się z uznaniem krytyków (Szybkim krokiem, Odrębne światy). Stąd też do Linii życia można było podejść optymistycznie, nawet jeśli widzowie otrzymali remake obrazu z roku 1990. Co prawda, często próby opowiedzenia tej samej historii zawodzą, ale od czasu do czasu na ekranach kin goszczą dzieła warte uwagi.

Trzeba przyznać, że na poziomie elementarnym poszczególne komponenty filmu zostały poukładane wręcz podręcznikowo: bohaterowie słyszą głosy oraz widzą upiorne oblicza duchów, dobywająca się z głośników muzyka włącza się znienacka, podobnie zresztą, jak i drzwiczki do szafek otwierają się jak na zawołanie. Zadbano również o odpowiednią grę gasnącym i na powrót zapalającym się światłem. Mogłoby się więc wydawać, że widzowie otrzymali co najmniej sprawnie zrealizowane rzemiosło. Niestety to tylko pozory.

Smutna prawda jest taka, że Linia życia zwyczajnie nie straszy. To esencja każdego filmu grozy: strach, którym należy wpłynąć na odbiorcę, strach podnoszący adrenalinę i sprawiający, że odbiorca ma ochotę odwrócić wzrok od ekranu. Niestety obraz w tym elemencie zupełnie zawodzi i na przestrzeni blisko dwugodzinnej projekcji powiewa zwyczajną, niczym nieograniczoną nudą. W tym względzie o dwie klasy lepiej prezentuje się Autopsja Jane Doe, równie klasyczna w wykonaniu, oszczędna w środkach, ale jednak przyprawiająca widza o dreszcze.

Ogólnie cała fabuła jest miałka, a szkoda, bo pomysł, mimo iż nie do końca oryginalny, wydawał się niewyeksploatowany, zatem można było wiązać z filmem spore nadzieje. Niestety ponad połowa historii skupia się na kilkukrotnym przeprowadzaniu eksperymentu, niewiele miejsca pozostawiając jego konsekwencjom. Te ostatnie – jak całość obrazu – rozczarowują. Zamiast oryginalnego pomysłu, z szafy, w przenośni i dosłownie, wychodzą upiory z przeszłości, z którymi należy się jakoś dogadać. Twórcy nie pokusili się nawet o jeden zwrot akcji, który wstrząsnąłby widownią. Nawet przeciętny i niskobudżetowy Efekt Łazarza jest ciekawszy.

Nie pomagają również sztampowi i zupełnie nieciekawi bohaterowie. Najmniejsze znaczenie ma tutaj fakt, że zwyczajni studenci mają dostęp do zamkniętego sektora szpitala, w którym dokonują eksperymentów. Generalnie widzowie po raz kolejny mają do czynienia z rozwydrzonymi ponad normę młodymi ludźmi, wśród których nie brakuje wybijających się ponad tłum dwóch kreacji: "zespołowego idioty" oraz "jedynego rozsądnego". W tym względzie Linia życia wpisuje się idealnie w kanon wytyczony przez dzieła takie jak Koszmar minionego lata czy Krzyk. Chapeau bas dla widzów, którzy dostrzegą w zachowaniu protagonistów jakiś głębszy sens.

Zresztą jacy bohaterowie, taka i gra aktorska. Spośród pięciorga głównych aktorów – Ellen Page, Niny Dobrev, Kierseya Clemonsa, Jamesa Nortona i Diego Luny – tylko ostatnia dwójka jako tako przykuwa wzrok. Luna (Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie) ze spokojem odgrywa swoją rolę, trochę jakby świadom słabości obrazu, zaś James Norton bardzo przyzwoicie wypada jako bogaty, zmanierowany i mało błyskotliwy student medycyny. Troszkę szkoda Kiefera Sutherlanda, niemającego możliwości wykazania się swoimi umiejętnościami. Co ciekawe, Sutherland wystąpił zarówno pierwowzorze, jak i w remake'u.

Nastroju nie jest w stanie zbudować ani oprawa dźwiękowa Nathana Barr (Hostel) ani efekty specjalne. Brakuje również jakiegokolwiek przesłania czy choćby próby nadania jakiejkolwiek głębi scenariuszowi. Ot, studentka wpada na pomysł makabrycznego eksperymentu, zaś jego efekty przykryte zostały spadającymi łazienkowymi zasłonami oraz szumiącym radiem. A przecież temat pierwszych chwil po śmierci człowieka otwiera olbrzymie pole do popisu, dając możliwość do spekulacji czy choćby oryginalnych pomysłów.

Czy warto zatem wybrać się do kina na seans Linii życia? Zdecydowanie nie. Film wypada podwójnie słabo: jest zupełnie przeciętnym remakiem oraz całkowicie niestrasznym horrorem. I to w zasadzie w pełni definiuje dzieło duńskiego reżysera.

3.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Linia życia (Flatliners)
Reżyseria: Niels Arden Oplev
Scenariusz: Ben Ripley
Muzyka: Nathan Barr
Zdjęcia: Eric Kress
Obsada: Ellen Page, Diego Luna, Nina Dobrev, James Norton, Kiersey Clemons, Kiefer Sutherland
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2017
Data premiery: 29 września 2017
Czas projekcji: 1 godz. 49 min.
Dystrybutor: United International Pictures



Czytaj również

Pompeje
Gra o życie
- recenzja
Incepcja
Sen Nolana
- recenzja
Incepcja
Nie śpij, bo cię okradną!
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.