» Recenzje » Bright

Bright


wersja do druku

Smutne jest życie orka

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Bright
Co by było, gdyby elfy, orki, krasnoludy i inne fantastyczne rasy żyły pośród nas, nie w wyimaginowanym świecie, ale w Stanach Zjednoczonych XXI wieku? David Ayer, reżyser odpowiedzialny za Furię i Legion samobójców, próbuje odpowiedzieć na to pytanie – szkoda tylko, że jego odpowiedź jest wyjątkowo mało interesująca.

Daryl Ward (Will Smith), doświadczony policjant, który powoli zaczyna myśleć o emeryturze, ma nowego partnera – Nicka Jakoby'ego (Joel Edgerton) – pierwszego orka dopuszczonego do służby w Los Angeles. Choć marzył o zostaniu stróżem prawa przez całe życie, rzeczywistość okazuje się okrutna. Inni orkowie uważają go za zdrajcę gatunku, podczas gdy "koledzy" z pracy gardzą nim z powodu głęboko zakorzenionej nienawiści wobec jego rasy – orkowie byli sługami  pokonanego 2 tysiące lat temu Mrocznego Władcy i do tej pory nie wybaczono im tej przewiny. Współpraca Warda i Jakoby'ego od początku nie układa się pomyślnie, ale okoliczności zmuszają ich do odłożenia w niepamięć wszelkich sporów, ponieważ zostają wplątani w sprawę, która ich przerasta, gdy odpowiadają na pozornie rutynowe wezwanie, podczas którego odnajdują uciekającą przed prześladowcami elfkę – i będą mieli szczęście, jeśli uda im się przeżyć noc.

Rasizm na Dysku nie stanowił problemu, ponieważ – przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych – gatunkizm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonalej zgodzie i wspólnie prześladowali zielonych.

Terry Pratchett, Wyprawa czarownic

Pomysł na Bright był dobry: nikt nie bawi się tu w światy alternatywne, odległą przyszłość, mityczną przeszłość lub ukrytą społeczność czarodziejów, zamiast tego mamy do czynienia z realiami, z jakimi stykamy się na co dzień... plus elfami, orkami i innymi istotami, które stanowią jej nieodłączną część. Wizja tu przedstawiona kojarzy się z uniwersum Shadowrun, co powinno dodatkowo zachęcać do oglądania, nie wspominając już o obiecanym przez twórców mieszaniu gatunków. Krótko mówiąc, byłem w pełni gotów by pokochać ten film, jednak mój entuzjazm zderzył się brutalnie ze ścianą rzeczywistości, ponieważ najnowsze dzieło Davida Ayera okazało się być, nie owijając w bawełnę, zwyczajnym gniotem.

Jest to spowodowane kilkoma czynnikami, a większość z nich ma swoją genezę w braku wyobraźni reżysera. Scenariusz został napisany przez Maxa Landisa (Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently'ego), jednak już przed premierą internet obiegły wieści, że został kompletnie wyłączony z procesu twórczego, a dostarczony przez niego scenariusz został zmieniony nie do poznania. Nietrudno w to uwierzyć, ponieważ od początku aż do końca Bright stanowi zbiór kompletnie niepasujących do siebie elementów – kiepskich w oderwaniu od siebie, ale zadziwiająco fatalnych, gdy są oceniane jako całość.

Po pierwsze, już na starcie należy porzucić nadzieję na jakąkolwiek interesującą krytyką społeczną, ponieważ wszelkie występujące w filmie analogie poświęcone temu, jak zmieniłby się nasz świat w zetknięciu z magią, są płytkie i niewarte dłuższej analizy. Orki to w większości członkowie gangów i są ofiarami niezasłużonych uprzedzeń, elfy są piękne i znajdują się na szczycie społeczeństwa – to wszystko, całokształt inwencji twórczej reżysera w kwestii tak niezbędnej, jak pomysł na którym oparto całą produkcję. Wyobraźmy sobie, ile interesujących rzeczy dałoby się powiedzieć w tego rodzaju świecie przedstawionym – tym bardziej boli to, że Ayer nawet nie próbuje wykorzystać niewątpliwego atutu, jakim jest interesujący fundament.

Dodatkowo deprymujące jest to, z jak niewybaczalnie nudnym filmem mamy do czynienia pod względem fabuły i rozwoju akcji. Opowiedziana tu historia jest zaskakująco prosta, a mimo to przy choćby krótkiej jej analizie okazuje się, że składające się na nią wątki zwyczajnie nie trzymają się kupy. Występujące w Bright zwroty akcji są w stanie zaskoczyć widzów jedynie tym, jak bardzo są głupie i niepotrzebne, a główna antagonistka jest idealnie wręcz pozbawiona osobowości, więc nawet nie ma kogo nienawidzić podczas seansu.

Bohaterowie pozytywni nie są bynajmniej lepsi – grany przez Edgertona Jakoby jest sympatyczny tylko dlatego, że na każdym kroku widz jest atakowany próbami wywołania współczucia wobec prześladowanego orka co ostatecznie wywołuje przesyt, a obsadzony w roli głównej Will Smith w każdej scenie sprawia na zmianę wrażenie znudzonego lub zmęczonego całym tym bałaganem, w czego efekcie nie posiada ani krzty charyzmy. Nawet dialogi są w większości przypadków drewniane i szyte zbyt grubymi nićmi, a występujące co jakiś czas próby rozładowania napięcia scenami humorystycznymi odnoszą mniej więcej tyle sukcesu, co Napoleon przy zimowym ataku na Moskwę – nie będzie przesadą stwierdzenie, że nie ma ani jednego dowcipu, który można choćby w przybliżeniu uznać za zabawny.

Chyba najbardziej boli świadomość tego, że ponad dwie trzecie filmu poświęcono na sceny akcji z krótkimi tylko chwilami na metaforyczne złapanie oddechu – i że są one porażająco nudne. Bright bardzo chciałoby być Johnem Wickiem, chwalonym powszechnie za choreografię starć bohatera z falami wrogów, ale z samych chęci nic nie wynika, jeśli nie ma się odpowiednich podstaw na zrealizowanie swoich ambicji. Słabość scen akcji wynika przede wszystkim z tego, że zdecydowana większość filmu rozgrywa się w ciemnościach nocy, zatem zbyt często mało co widać, a sama praca kamery jest zbyt chaotyczna i rozgrywające się wydarzenia obserwujemy co chwilę z innych ujęć. Co gorsza, choć z samego założenia miał to być film o magii we współczesnym świecie, to przez dwie godziny jesteśmy świadkami może czterech scen w których są rzucane czary, a zamiast tego śledzimy strzelaninę za strzelaniną. Żadna z nich niczego nie wnosi do fabuły, służą tylko i wyłącznie wypełnianiu czasu, aby dobić do dwóch godzin i puścić napisy końcowe, a wszystkie wzbudzają mniej więcej tyle emocji, co liczenie much na ścianie podczas lata – można by to wybaczyć w przypadku gry komputerowej, ale nie jednej z superprodukcji Netflixa.

Niektóre filmy są tak złe, że niezamierzenie zaczynają sprawiać radość podczas seansu dzięki swojej głupocie. Bright nie jest w stanie osiągnąć nawet tego poziomu, gdyż całość jest po prostu zbyt nudna, przewidywalna, płytka i intelektualnie leniwa, aby dało się czerpać z oglądania dzieła Davida Ayera jakąkolwiek przyjemność. Naprawdę szkoda, że jedna z najbardziej obiecujących produkcji Netflixa okazała się być artystycznym niewypałem na taką skalę – co nie przeszkodziło jednak platformie w zamówieniu sequela zanim jeszcze film został zaprezentowany widzom. Pozostaje tylko nadzieja, że kontynuacja trafi w lepsze ręce.

3.0
Ocena recenzenta
6
Ocena użytkowników
Średnia z 5 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Bright
Reżyseria: David Ayer
Scenariusz: Max Landis
Muzyka: David Sardy
Zdjęcia: Roman Vasyanov
Obsada: Will Smith, Joel Edgerton, Noomi Rapace, Lucy Fry, Edgar Ramirez, Ike Barinholtz, Enrique Murciano, Jay Hernandez, Andrea Navedo, Veronica Ngo, Alex Meraz, Margaret Cho, Brad William Henke, Dawn Olivieri, Kenneth Choi
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2017
Data premiery: 22 grudnia 2017
Czas projekcji: 1 godz. 57 min.
Dystrybutor: Netflix



Czytaj również

Black Mirror – sezon 4
Konwencja się wyczerpuje
- recenzja
The Crown – sezon 2
Ciężar Korony
- recenzja
Punisher
Zemsta się nie kończy
- recenzja
Widzieliśmy Defenders
Nie takich obrońców potrzebujemy
- recenzja
Widzieliśmy Iron Fist
W Nowym Jorku bez zmian
- recenzja
Santa Clarita Diet
Nieumarłe i niesmaczne
- recenzja

Komentarze


Obses-raniec
   
Ocena:
+2

Szczerze mówiąc, samo założenie, że w świecie, w którym istnieje magia i inne tzw. "rasy" (czy raczej - gatunki inteligentne), historia potoczyłaby się tak samo, jest absurdalne. A już bez oglądania, na podstawie samego tego artykułu, można się domyślić, ze tutaj tak jest - istnieje USA, ba, istnieje Los Angeles. Wygląda na to, że proces zasiedlania terenów USA wyglądał identycznie, lub niemal identycznie. Skoro mamy Los Angeles, to znaczy, że swego czasu byli tam mocno obecni Hiszpanie, ale ostatecznie terytorium zostało zdominowane przez Anglosasów (obie wymienione z personaliów postaci mają anglojęzyczne imiona, a w przypadku Warda również nazwisko), zapewne po drodze było niewolnictwo (obecność Afroamerykanina). Tymczasem, w świecie, w którym istnieje magia i inne gatunki inteligentne, historia potoczyłaby się tak odmiennie, że mało prawdopodobne, by w ogóle zaistniało nie tylko USA, ale ww. Anglosasi czy Hiszpanie. Strasznie nie lubię tego rozwiązania - kiedy w jakimś świecie działają wręcz odmienne prawa fizyki i biologii, ale i tak jest niemal taki sam, jak nasz, tylko z doczepionymi na siłę elementami fantastycznymi, które nie mają większego wpływu na jego działanie (a powinny wywracać go do góry nogami). Dotyczy to nie tylko "wizji alternatywnych" naszego świata - straszliwie mierzi mnie, gdy ktoś próbuje na siłę doszukiwać się w fantasy osadzonym w innych światach "zgodności historycznej i kulturowej" (czy raczej - krytykować za jej brak) - oczywiście, najczęściej zgodności ze średniowieczem. O czym napisałem notkę": http://adgedeon.blogspot.com/2016/12/zgodnosc-historyczna-niby-dlaczego.html

A wracając do alternatywnych wersji naszego świata - jeżeli w takiej wizji funkcjonuje jakaś "maskarada", to da się uzasadnić, czemu przypomina on nasz - bo jeśli magia i potwory są w ukryciu, to nie wywierały widocznego wpływu na historię, kulturę i technologię. W przywołanym w recenzji "Shadowrunie" rozwiązano to jeszcze inaczej - przez większość udokumentowanej historii faktycznie magia i nieludzie nie istnieli, dopiero "chwilę" przed rozpoczęciem okresu, w którym toczy się gra, magia powróciła, a nieludzkie geny się uaktywniły - rozwiązanie mocno z sufitu, ale i tak sensowniejsze, niż zignorowanie olbrzymiego, jaki powinien mieć wpływ na.... w zasadzie wszystko, fakt jawnego istnienia "od zawsze" magii i nieludzi (zresztą, nawet w Shadowrunie powrót magii drastycznie przeorał geopolitykę, kulturę, społeczeństwo, technologię - wszystko - i nijak to nie jest świat, taki jaki znamy - i dobrze, bo to byłoby bezsensowne).

To ja, Adeptus!
[usunięto fragment łamiący regulamin - mod]

22-12-2017 18:20
Henryk Tur
   
Ocena:
0

Znaczy się zamiast czarnoskórych gangsta są orki, zamiast białych bankierów elfy, a hobbici to... hmm... Włosi? :) Krasnoludy - Meksykanie :)

23-12-2017 15:31
Orinoko
    Koniecznie
Ocena:
0

muszę zobaczyć!

29-12-2017 10:03
Bakcyl
   
Ocena:
+1

Ten film, to bida z nyndzom. Takie filmidło pokroju Zmierzchu, w sam raz dla odmóżdżonych gimbów, dla których nie liczy się gra aktorska, scenografia, fabuła czy cokolwiek. Ważne, że są wróżki i wilkołaki.

Wszystko w tym filmie leży i kwiczy. Począwszy od charakteryzacji, idąc przez fabułę, spójność przedstawionego świata czy grę aktorską. Widać po twarzy Smitha, że na samą myśl o tym, w jakiej szmirze gra, nie potrafił pozbyć się z niej grymasu. 

Dno i kilometr mułu.

30-12-2017 00:42
Anioł Gniewu
   
Ocena:
0

Liczylem na Shadowruna, dostalem... Bright...

30-12-2017 11:24

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.