Co byście rzekli na "300" w odcinkach?
Madness!
A tu Spartacus. Zakładam, patrząc po sobie, że większości z nas historia Spartacusa jest znana (jak byliśmy młodzi w święta puszczali film pod tym samym tytułem z lat 60.-70., a bardziej wytrwali czytali nawet książkę). W gwoli przypomnienia, pewien Trak trafia do rzymskiej niewoli, gdzie jest zmuszony walczyć na arenie. W międzyczasie udaje mu się przeżyć i wzniecić rebelię przeciwko Imperium, której finał kończy się dość krwawo – w stylu Braveheart.
Obejrzałem pierwszy odcinek i mogę o nim powiedzieć jedno: dużo. Dużo wszystkiego: krwi, przekleństw, walki, pięknych kobiet etc. Generalnie jest tutaj wszystko, co powinno spełniać standardy współczesnej amerykańskiej widowni, dlatego zakładam, że serial Spartacus będzie nie lada hitem za oceanem. Na polskie warunki jest zbyt brutalny, żeby go puszczać w TV.
Będę mówił w większości o złych rzeczach, bo więcej mi się nie podobało, aniżeli odwrotnie. Po pierwsze, za dużo krwi. Nie dość, że za dużo to jeszcze miejscami bardzo (bardzo dużo?) nierealistycznie. Z racji na DUŻĄ ilość tej posoki, wygląda ona czasami tak, jakby ją wodą chrzcili. Też słabo wyszły sceny dekapitacji różnych części ciała (od rąk po nogi – w 300 jak Leonidas ucina Persowi nogę to robi to w epickim stylu, tutaj jest gorzej). Serial oglądałem przy kolacji i muszę przyznać, że otwarcie żołądka jednego Gota nie sprawiło, że poczułem jakiś niesmak. Bardziej rozbawił mnie ten widok niż wstrząsnął.
Jednak nim pojawi się owa krew (w tych dużych ilościach) trzeba najpierw się poruszać, pomachać mieczem etc. Generalnie walki są zrobione z polotem. Choreografowie na poziomie. Jednak coś w nich kuleje. Jak pamiętacie, w 300 było wiele zwolnień i przyspieszeń tej samej sekwencji mających na celu uwypuklić ich efektywność. Tutaj jest podobnie, ale znowu za dużo! Praktycznie każde machnięcie mieczem, czy kopniecie jest okraszone bullet timem, co po pierwszych paru razach nudzi, a potem denerwuje. Widać w USA funkcjonuje bardziej powiedzenie, że “od przybytku głowa nie boli” aniżeli “co za dużo to niezdrowo”.
Odwołam się do innego serialu: “Legend of the Seeker“/”Miecz prawdy” (emitowany na TVP 1 jakiś czas temu). Tutaj z kolei mieliśmy przerost spowolnień rodem ze “Strażnika Teksasu” (oraz bardzo dużo innych złych rzeczy), więc widać że jest to jakiś wiodący trend za oceanem. Dodam tylko, że ów “Seeker” okazał się za wielką wodą hiciorem (czego pewnie większość osób na Starym Kontynencie zupełnie nie rozumie) - jak ostatnio czytałem, serial anulowano po 2. sezonie. Dzięki Bafometowi!
Pozostając jeszcze w kontekście walk itd. w trakcie oglądania dwa razy coś mnie ubodnęło. Pierwsza rzecz miała miejsce w trakcie walki Traków z Gotami. Generalnie gdzieś do XVIII wieku ciężko było mówić o jakimkolwiek szyku wojska w trakcie bitwy. W porządku, tuż przed nią armie ustawiały formacje, ale gdy dochodziło do zwarcia to robiła się jedna wielka kupa ludzi.
Tutaj przedstawiono nam już końcówkę bitwy, gdzie nagle mamy najazd na głównego bohatera, który wykrzykuje wniebogłosy “trzymać linię”. Wielkie LoL^2 na jego część. Druga rzecz dotyczy bójki pomiędzy Trakami, do której notabene doszło z przyczyn obyczajowych. W pewnym momencie mamy wspomniany już bullet time (bo jakże mogłoby go zabraknąć) tuż przed uderzeniem jednego przez drugiego z niedomkniętej pięści twarz, czego skutkiem było wybicie kilku zębów i tryśnięcie fontanny krwistej juchy. Chciałbym nadmienić, że tak mocne uderzenie z niedomkniętej pięści powinno agresorowi połamać palce, ale może się nie znam. Wiem, pierdoły – ale diabeł tkwi w szczegółach.
Hm, co dalej? Może tak. Mamy głównego bohatera, który raz jest przedstawiany jako przywódca wszystkich Traków, a w innej scenie jako młokos, który w zasadzie nie powinien mieć prawa głosu, ale że już się odezwał i mówił do rzeczy, to niech już mówi dalej. Też nie rozumiem jednego, skoro Tracja obejmowała jakąś tam część Półwyspu Bałkańskiego, to skąd u drugoplanowego Traka pseudobrytyjski(irlandzki) akcent? Nie dość, że miał wielki brzuch, to jeszcze głupio się słuchało jak rzucał mięsem na lewo i prawo (a do tego zrobili z niego alkoholika).
Tyle złych słów, może powiedzieć wreszcie coś, co by Was zachęciło do obejrzenia? Więc piękne kobiety. Naprawde dobrze dobrane fizycznie aktorki mogą dać kilka plusów tej produkcji. Na uwagę zasługuje scena orgii, chociaż można było ją lepiej zaakcentować to błazen prezentujący Fallusa w połączeniu z zaprezentowaną muzyką zrobił klimat. Muzyka na pewno będzie mocną stroną tego serialu. Nowoczesne dźwięki w połączeniu ze starożytną otoczką mogą zdziałać cuda.
Aktorzy w sumie też, mogą zdziałać cuda, chociaż jak na razie nie widzę na to szans. Wprawdzie jest parę dobrych aktorów (2), to reszta nie prezentuje niczego szczególnego. Bo w zasadzie nie ma to być serial traktujący o kunszcie sztuki aktorskiej, a o kunszcie dobrej napier… (chociaż na razie tego też nie pokazał). Co do tych aktorów to mamy faceta z filmów o Mumii (brata głównej bohaterki, który tutaj nie będzie raczej grał głupkowatej sieroty, a prawdziwą eminencję przemysłu gladiatorskiego) oraz Xenę, wojowniczą księżniczkę, której w pierwszej chwili nie poznałem. Według mnie wygląda bardzo korzystnie, jak na hm…tylko 42 lata? Sama też jeszcze niewiele mogła pokazać, choć wątpię by dali jej jakąś scenę z mieczem…
Nie ma co się za dużo rozpisywać o pierwszym odcinku. Nie będę też zdradzał fabuły za bardzo. Z racji tego, iż Spartakus kreowany jest na prawdziwego mężczyznę pozwolę mu skończyć i wtedy wydam ostateczny werdykt. Jak na razie jednak nie zachwyca, dość słabo interesuje ale zdradza pewien potencjał. Niestety, poprzez duże wzorowanie się twórców na 300 serialowi podniosłem wysoko poprzeczkę, a kopiowanie niektórych scen z pierwowzoru wcale mu nie pomaga.
Ocena ogólna 3-/6
Powyższa relacja powstała w okolicach stycznia. Kilka mięsięcy później krowa zmieniła trochę zdanie.
I tak oto nadszedł ten dzień! Po czterech miesiącach emisji dziś odbędzie się finał starożytnej, epic krwawej dramy quasihistorycznej – Spartacusa. O serialu pisałem już w połowie stycznia i wtedy, można prawie powiedzieć, że jechałem po nim jak po burej suce. Dziś odszczekuję wszystkie złe słowa, no może nie wszystkie, bo uważam, że krew tam za dużo sika i jest za rzadka, ale zdecydowaną większość. Dziś będzie o dobrych rzeczach i na koniec szczerze zachęcę Was do obejrzenia.
Miejsce i bohaterowie – na początku była mdła i się zupełnie nie kleiła (fabuła, oczywiście). Ot, jakiś pyskaty Trak trafia do niewoli i próbuje przeżyć, żeby odzyskać swą ukochaną żonę. Z odcinka na odcinek budowano w genialny sposób legendę rzymskiego ludus, w którym toczy się akcja. Na szczególną uwagę zyskuje postać trenera gladiatorów, niejakiego Doctore (to facet, który grał posłańca Persów w 300). Jest on majestatyczny, ocierający się o pozycję greckiego Tytana. Kamera tak go ujmuje, bo nie wiem czy w rzeczywistości też tak wygląda, ale facet przynajmniej o głowę przerasta tam każdego i no i ma charyzmę skubany. I chociaż jest twardzielem pierwszej klasy, to scenarzyści nadali mu też dużo wrażliwości i ludzkiego serca. To ostatnie to towar wielce deficytowy w Spartacusie. Areny – wyglądają jak żywcem wzięte z blueboxa, ale mają swój klimat. Wszędzie piasek zbrukany krwią, a ujęcia rozszalałego tłumu to coś co podnosi widzom adrenalinę. Batiatus, pan i władca gladiatorów-niewolników to niewątpliwie najlepszy aktor ze wszystkich w tym serialu. Jego przemowy są porywajace i namiętne, naprawdę fajnie się tego słucha. Facet pokazał, że nie należy przyklejać mu etykiety niedorajdy z Mumii (grał brata pani archeolog). A z odcinka na odcinek prezentuje coraz bardziej machiavellistyczne podejście do życia.
Fabuła – jak wspomniałem, na początku było słabo. Ale gdzieś od 9 odcinka zrobił się prawdziwy kipisz. W każdym epizodzie mogliśmy być świadkami nieoczekiwanego zwrotu akcji, a bodajże po 10 byłem zły na scenarzystów za jeden, prawdziwie mistrzowski, manewr. Moja złość wynikała ze zbyt wrażliwej natury, która nie chciała zaakceptować pewnego faktu, ale było to super posunięcie z ich strony. Musicie obejrzeć, aby zrozumieć mój wewnętrzny dysonans. Po obejrzeniu 12 odcinka (który na początku wydawał się słaby, ale z minuty na minutę jego noty rosły) czekam ze zniecierpliwieniem na finał sezonu (na razie nie będą kręcić 2 ze względu na chorobę tytułowego bohatera, edit: właśnie podali, że decyzja ws. 2 sezonu po finale, duże szanse na kontynuację). I w normalnych okolicznościach obejrzałbym go przed wydaniem napisów na Hataku, ale…przejdźmy do punktu trzeciego.
Tłumaczenie – wielki szacun dla dwóch tłumaczy: Yungara i Igloo666, którzy (chyba od początku) w poetycki sposób tłumaczą ten serial, a powiem że nie jest to łatwe zadanie, bo słownictwo miejscami jest (IMO) wyszukane i bardzo wulgarne. O kunszcie tej dwójki świadczy fakt, że czasami przewijam pewne kwestie, żeby porównać angielskie brzmienie z polskim tłumaczeniem i czasami nie mogę się nadziwić.
Mógłbym jeszcze pisać o zaletach tej produkcji, ale po co? Może nawet nie sięgniecie, ale co tam. Wiedzcie, że serial to naprawdę mocna rzecz, choć czasami zniesmacza tą rzadką krwią to ja mu daję mocną 9tkę (byłaby 10tka, ale słabo było na początku, może podniosę ocenę po obejrzeniu finału)
I po obejrzeniu finału stwiedziłem, co następuje:
Łał, finał sezonu wgniótł (aczkolwiek było kilka naprawdę słabych momentów) i miejmy nadzieję, że zgodnie z rozkładem na jesień ruszą zdjęcia do kolejnego sezonu, a wtedy “…we shall see Rome tremble!”
Poleć innym tę notkę