Majowie mieli rację. Idzie koniec świata. Wszystkie znaki na niebie i ziemi, a zwłaszcza w przestrzeni wirtualnej, zapowiadają owo wydarzenie.
Najpierw Księżyc jakiś taki duży był, a Słońce wzmogło swą aktywność elektromagnetyczną. Podobno przeprowadza próby generalne przed 2013, kiedy to usmaży nam wszelką elektronikę i w kilka dni cofnie do stanu sprzed drugiej połowy XIX wieku. Oh well, ja się nie boję - mój dom rodzinny ma piwnicę przystosowaną do przetrwania w niej ataku atomowego.
Ani chybi, Wielcy Przedwieczni anonsowali swe przybycie.
Potem któryś Przedwieczny musiał się pomylić. Może zapił. Może miał stare dane. Może na jego mapie Japonia i Stany nadal tworzyły jeden kontynent. Niestety, nie wziął pod uwagę, że odkąd Amerykanie postanowili użyć Japończyków jako świnek morskich doświadczalnych w finale Projektu Manhattan, potrzeba czegoś więcej, niż trzęsienia ziemi i katastrofy nuklearnej, by zrobić na małych skośnych skurczybykach wrażenie. Pewnie Przedwiecznemu chodziło o uskok San Andreas i ten superwulkan pod Yellowstone.
Swoją drogą, mogliby dać cynk, kiedy planują go odpalić, pojechałabym wtedy do Stanów. Jasne, byłby to ostatni widok w moim życiu. Ale jaki spektakularny! Kaldera o stukilometrowej średnicy, panie i panowie, to się zdarza raz na sześćdziesiąt tysięcy lat!
Ale o czym to ja? Ach, przestrzeń wirtualna.
No właśnie. Wróciłam. Gdzie są moje kieliszki do wódki? Warto opić takie wydarzenie.
No chyba, że ten wpis poleci, ponieważ sugeruję, że istnieje coś takiego, jak wódka, można się jej napić i nawet do tego zachęcam. Nie zdążyłam zapoznać się z nową wersją regulaminu, ale podobno banują za brzydkie słowa.
Waszym zdaniem...