» Blog » Heksagramaton- tłumaczenie
23-06-2017 11:52

Heksagramaton- tłumaczenie

W działach: Książki, Opowiadania | Odsłony: 120

Heksagramaton

Oryginał: Hanus Seiner.

Na podstawie tłumaczenia Julii Novakovej

 

„Przypomnijmy sobie swoje przeznaczenie”

 

Kapitan wolno zbliżała się do konsolety sterowania. Znaki alfabetu Vaian rozświetlały ekran. Gromady ludzi z załogi cierpliwie trwały w przedniej kajucie, skrywając samych siebie
w ciemnych głębinach kosmosu. Ich wykrzywione twarze były nie tylko zniekształcone przez niemożliwe do przeoczenia znaki zakażenia wirusem; uczucie beznadziei wymazało blask
z ich oczu, upokorzenie wyryło głębokie zmarszczki na ich twarzach. Wszystko to przypominało o gorzkiej pieśni, którą musieli powtarzać raz za razem.

 

„Żyjemy w ciszy i ciemności”- przeczytał kapitan.

„Żyjemy w ciszy i ciemności”- powtórzyło pięćdziesiąt głosów.

 

„… głęboko pod stopami tych, którzy nas zwyciężyli”

„… głęboko pod stopami tych, którzy nas zwyciężyli”

 

Wąska kreska okien statku biegła za plecami kapitana. Słabe światło wydobywające się
z kajuty odbijało się od powierzchni grubego szkła. Za nim grube pokrywy z wanadowej stali błyszczały ciemnym błękitem. Zamknięte pięć lat temu. Aby nigdy nie zostać otwarte.

 

„Jednak w głębi samych siebie niesiemy ciężar dziedzictwa tych, którzy przybyli, aby nas wywyższyć”- kontynuował kapitan.

„Jednak w głębi samych siebie niesiemy ciężar dziedzictwa tych, którzy przybyli, aby nas wywyższyć”- załoga mechanicznie powtarzała słowo za słowem.

 

„… i właśnie dlatego nasze zniewolenie ma znaczenie”

„… i właśnie dlatego nasze zniewolenie ma znaczenie”

 

W krótkich momentach ciszy można było usłyszeć cichutką pieśń działających silników. Ich dźwięk wahał się w rytmie słów wypowiadanych przez załogę. Wirus przekazywał emocje ludzi do silników i jednocześnie otwierał umysły załogi na chłodne myśli urządzeń.

 

„Pomimo tego, że nasz dar stał się dla nas ciężarem…”

„Pomimo tego, że nasz dar stał się dla nas ciężarem…”

 

„… ciągle możemy przekazać jego moc całej ludzkości”

„… ciągle możemy przekazać jego moc całej ludzkości”

 

„…tak jak prosili nas Vaian. Tak jak im obiecaliśmy”

„…tak jak prosili nas Vaian. Tak jak im obiecaliśmy”

 

Znali te słowa na pamięć i dawno temu przestali szukać w nich pocieszenia. Znajdowali
w nich jedynie nagą prawdę o tym, kim naprawdę są.

„To jest nasze przeznaczenie”- kapitan zakończyła rytuał.

„To jest nasze przeznaczenie”- pięćdziesiąt wykrzywionych twarzy powtórzyło po niej.

 

Dotknęła ekranu koniuszkami palców. Ponownie stał się całkowicie czarny.

 

„Właśnie przypomnieliśmy sobie nie tylko swoje przeznaczenie, ale także los który dotyka wszystkie inne załogi. Możecie wrócić na stanowiska. Dziękuję wam”

 

1.

 

Strugi deszczu nieustannie tłukły o dach samochodu. Strumienie wody scalały się ze sobą
i ponownie rozdzielały biegnąć w dół okien. Powietrze było duszne od zapachu mokrej ziemi. Zatrzymałem się w miejscu gdzie błotnista droga łączyła się z wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego. Zasłona deszczu sprawiła, że brama była prawie niewidoczna. Gdyby nie budka strażnika mógłbym odnieść wrażenie, że drut ogrodzenie bezlitośnie przegradza drogę nie dając nikomu z zewnątrz możliwości wejścia na teren placówki.

 

 Żołnierz w szarozielonym płaszczu przeciwdeszczowym powoli podszedł do samochodu
i poczekał aż opuszczę szybę. Krople lodowatej wody spadły na moje ramię. Żołnierz spojrzał na mnie, a później na Janite przyczajoną na fotelu pasażera. W końcu jego wzrok spoczął na paczce fajek, którą trzymałem w wyciągniętej ręce razem z dokumentami zamkniętymi
w wodoszczelnym opakowaniu. Wziął obydwie rzeczy w swoje zimne, zrogowaciałe palce. Widziałem jak sprawdza zwitek pogiętych banknotów wetknięty pomiędzy papierosy. To nie była łapówka. Tylko wyraz uznania za to, że przeszukiwanie i przesłuchiwanie moich klientów było ograniczone do niezbędnego minimum. Słyszałem jak strażnik chrząknął
z aprobatą, a później wetknął paczkę i dokumenty pod płaszcz i praktycznie pobiegł
z powrotem do swojej budki.

 

My siedzieliśmy w samochodzie nie odzywając się do siebie. Moje spojrzenie powędrowało do wstecznego lusterka. Wycieraczka cały czas dzielnie walczyła z naporem deszczu, więc mogłem zobaczyć kontur osady, która przycupnęła na granicy szybu. Z tak daleka przypominała kamienny statek wojenny, żeglujący po czarnym morzy pół uprawnych. Kruki były parodią mew. Baza mogła być ogromną falą, która za chwilę zmyje i zatopi statek
w błotnistych głębinach. Ale ta scena była całkowicie nieruchoma, podobnie jak życia tych którzy byli pogrzebani pod nami.

 

„Czy wszystko jest w porządku? To powinno tak przebiegać?” – Janita mierzyła mnie spojrzeniem swoich europejskich oczu w kolorze ziaren sezamu. Przytaknąłem.

 

Kiedy dwa tygodnie temu Janita pierwszy raz weszła do mojego biura nie dostrzegłem w niej nic niezwykłego. Była trochę niewyspana i zdezorientowana przez zmiany grawitacji
i otwarte przestrzenie, które można znaleźć na Ziemi. Tak jak większość moich klientów. Przedstawiła się. Rzuciłem okiem na jej wniosek i poprosiłem żeby usiadła. Według zasad musiałem zadać jej kilka pytań, żeby upewnić się, że nie podszywa się pod prawdziwą Janite Patlev. Takich jak jej data urodzenia.

 

„Trzeci czerwca, rocznik siedemdziesiąty pierwszy”

 

 

 

 

 

 

 

 

Albo jej narodowość.

 

„Wolna Republika Europy i Ganimeda” (Ah, ta mieszanka rozgoryczenia i dumy w ich głosach! Niektórzy nawet odpowiadają, że są Vaian. Tak długo jak nie wypisują tego pieczołowicie na swoich blankietach totalnie to ignoruję. Nie szukam kłopotów).

 

Następne pytanie było niezbędne: „Kogo odwiedzasz?”

 

„Kaprala Petra Patleva. Mojego ojca”

 

„Na którym statku?”

 

„Niszczyciel Siedmiu Osad”- odparła bez wahania, pomimo tego, że pytanie nie było proste. Każda nazwa statku składa się z pięciu symboli Vaian, których znaczenie zależy od trzy literowego kodu użytego do odczytania ich. Stosując zasadę trigramatonu, Niszczyciel Siedmiu Osad może być też nazywany Obsydianowym Ślimakiem, Głęboką Drzemką, Objęciem Aldebarana albo Diabelską Ofiarą. Cykl można było zamknąć. Poprzez użycie kolejnego kodu, Diabelska Ofiara mogła stać się Niszczycielem Siedmiu Osad. Ludziom ciężko było pozbyć się wrażenia, że jeden z kodów cyklu jest tym podstawowym i uparcie takiego poszukiwali. Jednak cywilizacja Vaian nie widziała pomiędzy nimi żadnej różnicy. Cykl nie miał początku ani końca. Statek nosił wszystkie imiona równocześnie. Kompletniejsze pętle deszyfrażu oparte były na systemach trudniejszych niż trigramaton. Ale Vaian nie mieli czasu- lub ochoty- przekazać ludzkości cztero i lub pięcioliterowych kodów do kwadra- i pentagramatonowych cykli zanim zniknęli. Bardziej złożone cykle pozostawały tajemnicą, pomimo ciągłych wysiłków najlepszych rządowych kryptologów.

 

„Powód wizyty?

 

Przesunęła się w swoim fotelu. „Śmierć w rodzinie. Siostra mojego ojca zmarła na raka miesiąc temu. Chcę mu to powiedzieć osobiście. Musi też podpisać papiery odnośnie spadku. Ciotka nie miała dzieci…”

 

Pobieżnie studiowałem jej dokumenty. Wszystko wydawało się być w najlepszym porządku.

 

„Czy ma pani zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia wydane przez licencjonowanego lekarza?”

 

Wyciągnęła do mnie pozginaną kartkę papieru. Spojrzałem na nią i dostrzegłem pierwszą nieprawidłowość.

 

„To jest tylko niezweryfikowana kopia. Musi mi pani dać oryginał lub oficjalny duplikat”

 

„OH”- głośno wypuściła powietrze- „Ale oryginał jest na Europie. Czy może pan ją zweryfikować?”

 

Oddałem jej kopię. „Mógłbym ale nie zrobię tego. W mieście są trzy wojskowe szpitale
z niezbędnymi uprawnieniami. Może pani wyrobić nowe oświadczenie w każdym z nich.
Z odrobiną szczęścia może to pani nawet załatwić dzisiaj i wrócimy do tej rozmowy jutro. Co pani na to?

 

Naprawdę nie szukam kłopotów. Jednak w tamtej chwili Janita przemieniła się w ogromny problem. „Mogę panu zapłacić. Dużo. Niech pan po prostu zweryfikuje kopię i zabierze mnie na pokład Niszczyciela.”

 

Ciągle była nieśmiałą, piegowatą dziewczyną z przygarbionymi ramionami. Jednak coś co się w niej pojawiło sprawiło, że o ile pięć minut temu przysiągłbym, że się mnie boi, teraz ja bałem się jej.

 

„Proszę”- nalegała- „To najważniejsza rzecz w moim życiu. I mimo tego, że nie ma pan o tym pojęcia, w pana także.”

 

Powinienem wezwać strażników. Albo uspokoić ją jakoś, poczekać aż wyjdzie, a później zawiadomić policję i moich przełożonych. Zamiast tego patrzyłem w milczeniu jak unosi blade, żylaste ramie, które wydawało się być zrobione ze szklanych rurek i odsuwa na bok swoje włosy. Jej obnażone skronie ukazały to, co było dotąd ukryte.

 

„O cholera”- wyrwało mi się. Nie widziałem czegoś takiego od czterech czy pięciu lat. Po tym jak zostały zamknięte ostatnie obozy uchodźców na Ziemi miałem nadzieję już nigdy tego nie ujrzeć. Zalążek wirusa przesuwał się między cebulkami jej włosów rysując spirale, symbole i labirynty złudnych obrazów, przypominające tatuaże Maorysów. Nawet nie próbowałem zgadywać ilu ludzi musiała przekupić, zaszantażować lub zabić Janita, żeby znaleźć się na wygodnym krześle w moim gabinecie. Powstańcza Armia Europy wyciągnęła do mnie swoje ręce poprzez połowę systemu planetarnego i zacisnęła palce na gardle. Naprzeciwko mnie siedziała najprawdziwsza pro- Vaiańska bojowniczka, która niosła na swoim ciele dar od obcej cywilizacji.

 

Czwartek, 30 sierpnia 2192 roku.

 

Wreszcie udało mi się wyżebrać jakieś materiały do pisania od moich strażników. Pierwszy raz od roku dali mi coś więcej niż ekran dotykowy z alfabetem ograniczonym tylko do ziemskich liter. Zdobyłem zwykły ołówek jakiego nie widziałem od dzieciństwa i gruby zeszyt wypełniony kartkami w linie. Całe popołudnie zajęty byłem kartkowaniem pustych stron
i wdychaniem ich zapachu. W końcu zdecydowałem się zacząć pisać.

 

Zawsze uzasadniałem swoje nachalne prośby tym, że chciałbym prowadzić swój własny pamiętnik. Będę starał się tego trzymać i każdy wpis wypełniać swoimi przemyśleniami
i odczuciami z całego dnia. Nie mogę zostawić świadectwa niczego więcej. Dni tutaj są monotonne. Zaczynają się od świateł, które zapalają się każdego ranka, idą przez wyczerpujące marsze nieskończonymi korytarzami, a kończą godziną oglądania uniwizji. Nie rozmawiam z nikim. Czasami, gdy podziękuje kucharce za moją zupę, ta uśmiechnie się do mnie. Ale nigdy nie wypowie ani słowa. Początkowo chodziłem na siłownie, ale tam też nie znalazłem przyjaciół. Brałem hantle ze stojaków w zupełnej ciszy i odkładałem je nie otwierając do nikogo ust. Bez wypowiedzenia jednego wyrazu przebieram wśród książek, które posiada nasza mała biblioteka. Doprowadza mnie to do szału. Teraz trudno mi kontrolować potok słów, który wyrywa się spod końcówki mojego ołówka. W końcu ktoś mnie słucha. I mimo tego, że nie może mi odpowiedzieć to na pewno zapamięta moje słowa. Nie zmienione.

 

 

 

Podczas dzisiejszego lunchu myślałem o szczęściu. Dawno temu przeczytałem gdzieś, że każdy człowieka ma starannie odmierzoną porcję przyznaną przez przeznaczenie. Na pewno zużyje je w całości, ale nie może się spodziewać ani kropli więcej. To wyjaśnia dlaczego zdrowi
i szczęśliwi ludzie zapadają na wyniszczające choroby, albo giną w wypadkach. Albo dlaczego ledwo utrzymujący się przy życiu wyrzutek jest w stanie szczęśliwie przeżyć
w labiryncie lodowatych nocy, brudu i wojen gangów. Jeśli w tej teorii tkwi chociaż ziarno prawdy to wierzę, że ludzkość całkowicie wyczerpała już swoja porcję szczęścia. Jak inaczej, wyjaśnić cztery nieprawdopodobne lata kontaktu? Jak inaczej wyjaśnić te uczucia, które rozchodziły się po Europie i wszystkich innych księżycach? Nie żałuję ani sekundy z tego czasu, kiedy miałem zaszczyt cieszyć się obecnością Vaian w Układzie Słonecznym. Nie żałuję żadnego niespełnionego snu i zawiedzionego oczekiwania. Kiedy nadeszła rewolucja byliśmy zbyt olśnieni swoim szczęściem, aby w pełni zrozumieć jej znaczenie. Była jak huragan, którego perwersyjne piękno tkwi w sile destrukcji, którą za sobą niesie. Zniszczyła wszystko na co liczyliśmy i i rozdzieliła nas z Vaian na zawsze.

 

Pod pretekstem ratowania ludzkości (a czyż nie jest ludzkim odważne odkrywanie tego, co nieznane) rewolucjoniści wyrwali nas z radosnych snów i nazwali obłąkanymi potworami. Nie znajdowali wstydu w kradzieży darów, którymi obdarzyli nas Vaian. Nie zawahali się zniszczyć ich dziedzictwa w imię własnych interesów. Moje serce ciągle wypełnia się radością, gdy przypominam sobie te cztery lata szczęścia i żadne więzienie tego nie zmieni. Będę pisał dalej używając alfabetu Vaian i podpisując się tautogramem oznaczającym moje imię. I jeśli nie będę w stanie osobiście dostarczyć mojej opowieści o gwiezdnych podróżnikach kolejnemu pokoleniu, ten dziennik zrobi to za mnie.

 

2.

 

Janita szybko rozwiała moje przekonanie o tym, że wszyscy zainfekowani cywile zostali uwięzieni albo skazani na śmierć.

 

„Pokładasz zbyt dużo wiary w propagandę planet centralnych”- odpowiedziała i wysączyła łyk swojej kawy. Siedzieliśmy w małym i schludnym bistro, pod markizą, która ochraniała nas przed padającym deszczem. Janita założyła ogromną, robioną na drutach czapkę, która zasłaniała jest skronie i czoło. Wyglądała w niej pięknie, ale to nie to było powodem, dla którego zgodziłem się na kolejne spotkanie. Nie były to też pieniądze, mimo tego, że udawałem przed nią, że właśnie na tym mi zależy. Bistro było puste, a jedyna kelnerka starannie unikała naszego stolika. Prawdopodobnie dlatego, że w kalpę marynarki wpiąłem odznakę agenta federalnego.

 

„Kiedy rewolucja przekształciła się w wojnę”- Janita kontynuowała swoje wyjaśnienia cichym głosem- „  wielu ochotników próbowało ulżyć w cierpieniu załogom rozbitych statków. Zgadzali się zostać inkubatorami. Zdarzało się to najczęściej w szpitalach polowych i obozach dla uchodźców. Siły rządowe wytropiły większość z tych lekarzy, jednakże inaczej miała się sprawa z personelem pomocniczym. Byłam na pierwszym roku szkoły pielęgniarskiej i pomagałam w hospicjum Świętego Krzyża.”

 

Nie znałem tego miejsca, ale z łatwością mogłem je sobie wyobrazić: brudne i zakrwawione łóżka, przyćmione światło i przemęczeni lekarze biegający po korytarzach. Agonia załóg oderwanych od swoich silników. Poczucie straty istotnej części samych siebie było tak silne, że pacjenci naprawdę krwawili z nieistniejących w rzeczywistości ran. Pomimo tego, że obecność zainfekowanych uśmierzała ich ból, członkowie floty Europy umarliby w kilka tygodni bez swoich statków.

 

„DNA naszego wirusa nigdy nie zostało całkowicie zsynchronizowane przez kody dłuższe niż trzy litery”- zakończyła- „To dlatego byliśmy w stanie przetrwać w oddaleniu od innych nosicieli. Tydzień grypy, bólów głowy i skurczów i infekcja zniknęła. Pozostał tylko zarodnik.”

 

Cały czas mówiła w liczbie mnogiej, ale nie mogłem sobie wyobrazić jak wielu z tych ochotników było w stanie przetrwać wojnę. Tuzin? Setka? Kilka tuzinów wystarczyłoby, żeby na nowo rozniecić płomień konfliktu. Szczególnie teraz, gdy uwaga wewnętrznych planet osłabła.

 

Jeszcze kilka lat temu nasza rozmowa byłaby niemożliwa. Cała administracja pełna była szpiegów. Każdy obserwował każdego w poszukiwaniu czegokolwiek związanego z Vaian. Jednak wojna pozbawiła nas pieniędzy, a bez nich podróż na Jowisza była bardzo trudna. Represje, partyzantka i dziwna sytuacja polityczna, jakie tu wtedy panowały, mogły nie być na rękę rządowi Ziemi. Byliśmy po stronie zwycięzców, ale nikt nie chciał przyznać, że tak naprawdę toczyliśmy najzwyklejszą wojnę domową. Po zakończeniu wojny na Ziemi powstało siedem baz, które pogrzebały pod sobą załogi statków floty Europy. I oczywiście terawaty energii, które nieprzerwanie wypluwały z siebie silniki.

 

Z trudem przywołałem na twarz grzeczny uśmiech. „A co ze mną? Jaka jest szansa, że się zaraziłem, gdy tak rozmawiamy?”

 

Wiedziałem, że załoga nie stanowiła dla mnie zagrożenia. Wirus w ich ciałach był stary, wrośnięty w pola biomagnetyczne jak plama zużytego oleju. Ocierałem się o niego setki razy. Ale labirynt włosów Janity mógł kryć w sobie o wiele groźniejszego Minotaura.

 

Potrząsnęła głową. „Wirus nie rozprzestrzenia się tak łatwo. Nosiciel nie może cię zarazić. Nawet, gdybym pozwoliła wirusowi na rozprzestrzenienie się na całe moje ciało, to przekazanie go nie jest proste. Musiałbyś tego chcieć.”

 

Najważniejsze pytanie pozostało nie zadane. Kwestia krążyła pomiędzy nami, ale żadna ze stron nie miała ochoty jej poruszyć. Graliśmy w grę, w której Janita była sumienną córką pragnącą odwiedzić swojego ojca, a ja po prostu przymykałem oczy na jej brak zaświadczenia o stanie zdrowia. Nigdy nie dostałaby żadnego jako nosiciel. Ale znaczenie tego co powiedziała wcześniej cały czas mnie prześladowało. „To najważniejsza rzecz w twoim życiu” To nie brzmiało dobrze.

 

Stacja, ze swoimi wierzchołkami, przypominała rozgwiazdę. Ciągnące się w nieskończoność słupy wysokiego napięcia były obciążone girlandami kabli. Z linii od czasu do czasu wyskakiwała iskra i znikała w strugach lejącego deszczu.

 

Wysłałem Janitę, zmęczoną długą podróżą w ziemskiej grawitacji, do jej pokoju, żeby odpoczęła. Sam poszedłem do wrót bazy. Wiedziałem, że tam też jest strażnik. Kiedy usiedliśmy na krawędzi szybu, wyjął paczkę prażonych orzeszków.

 

„Chcesz jednego, agencie?”

 

 

Otchłań pod nami ciągnęła się w nieskończoność. Dziewięćset metrów tarcz i filtrów pod wysokim napięciem, dziewięćset metrów paranoi, która nie pozwalała nawet okruchowi wirusa na wydostanie się na powierzchnię Ziemi. Zejście tam zajmowało sześćdziesiąt godzin, wliczając w to dwa ośmiogodzinne przystanki na aklimatyzację. Szyb nie był miejscem stworzonym dla ludzi. Był niebezpieczną plątaniną kabli i cewek. Różnica potencjału elektrycznego pomiędzy wejściem do niego, a bazą znajdującą się tuż przy statkach wynosiła miliony kilowoltów. Dostarczano nim do statku powietrze, leki i żywność, dzięki czemu energia z silników Vaian praktycznie nie była zużywana. Zasilała ona zewnętrzne perymetry placówki, czyniąc większość ziemskich elektrowni bezużytecznymi. Janita miała rację- to było barbarzyństwo.

 

„Kolejna ładna dziewczyna, prawda?”- żołnierz zadał pytanie i nie czekając na odpowiedź zmiażdżył w zębach kolejnego orzeszka.

 

„Ja ich nie wybieram”- uśmiechnąłem się smutno- „Prędzej to one wybierają mnie” A Janita dobrze wiedziała kogo wybrać. Przez wiele lat pracowałem na Ganimedzie i praktycznie zostałem Jowiszanem. Na Ziemi czułem się samotny. Po mojej rodzinie tutaj została tylko mała saszetka z papierami rozwodowymi. Zdołałem koncertowo spieprzyć swoje życie
i wrócić tutaj tuż przed kontaktem. Przed tym, nim księżyce Jowisza stały się ziemią obiecaną albo kolonią niewolniczą Vaian- w zależności od punktu widzenia. Zaskakujące było to, że moje znajomości na Ganimedzie nie zahamowały mojej kariery. Przeszedłem szkolenie do pracy w szybie i kurs pierwszej pomocy dla ludzi pod wpływem silnego pola elektromagnetycznego. Stałem się oficjalnym rządowym przewodnikiem sporadycznych wycieczek, które podejmowali przyjaciele i rodzina członków załóg. Ale w głębi siebie nigdy nie stałem się Ziemianinem, ślepo zaprogramowanym do ochrony Ludzkości (przez duże L)
i brzydzącym się wszystkich rzeczy pochodzących od Vaian. Mogłem zostać zwerbowany.
I tak, mogłem też zostać przekupiony.

 

„Do kogo ona tam jedzie?”

 

„Do swojego ojca.”

 

Żołnierz westchnął. „Czasem dodaję paczkę papierosów do ich zapasów. W sekrecie, tak żeby nikt o tym nie wiedział. To wbrew zasadom, ale zawsze wyobrażam sobie, że to podtrzymuje ich na duchu. Ale wczoraj dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, czy oni mogą tam palić.”

 

Wziąłem łupinę orzeszka do ręki, a później cisnąłem ją w głąb szybu. Oboje patrzyliśmy jak spada zygzakiem, odbijając się od poszczególnych pól siłowych. Jak cząsteczka Browna
w kropli wody.

 

Piątek, 31 sierpnia 2192 roku.

 

Moje palce dostały skurczów w nocy. Mimo tego, że wczoraj zapisałem tylko kilka linijek! Ręce musiały odwyknąć od trzymania ołówka. Będę robił dłuższe przerwy w trakcie pisania.

 

Zanim obudził mnie skurcz, śniłem, jak to mi się zdarza praktycznie każdej nocy. Śniłem o czasach przed rewolucją (myślę, że tutaj jest tak mało stymulantów, że moja podświadomość nie wykorzystuje ich do stworzenia nawet najprostszych obrazów. Wszystkie sny wynikają ze wspomnień). Stałem na białej promenadzie w jednym  z podziemnych miast Ganimeda. Wokół mnie tłoczył się tłum szczęśliwych ludzi. Powietrze było ciężkie od zapachów egzotycznych kwiatów. Wszędzie powiewały flagi Republiki i rozetki z symbolami Vaian. I nagle zauważyłem Starszego, wystrojonego w ceremonialne szaty. Podszedł wprost do mnie. Półksiężyce jego oczu lśniły jak szmaragdy. Zatrzymał się. Złapał mnie za rękę, lekko nią potrząsnął i powiedział jedno słowo: „Wdzięczność”.

 

Im więcej myślę o tym śnie, tym mniej go rozumiem. Wdzięczność, ale za co? Ludzie nie mogliby zachować się bardziej niewdzięcznie w stosunku do Vaian. Wszyscy pamiętamy bezinteresowność i szczodrość, całkowicie pozbawioną przymusu, z jaką Vaian zaoferowali uczestnictwo w międzygwiezdnej wspólnocie. Pamiętamy jak ostrzegali nas, że decyzja
o przyjęciu wirusa jest nieodwracalna. W końcu pamiętamy, jak od niechcenia pomogli nam zbudować silniki do naszych nowych statków. I co dostali w zamian? Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy dokończę ten sen.

 

Jest jeszcze jedna sprawa, którą warto opisać. Podczas lunchu zauważyłem nowego więźnia. Albo został przywieziony dopiero dzisiaj, albo byłem zbyt skupiony na sobie, żeby go wcześniej zauważyć. Wnioskując po jego nieśmiałym spojrzeniu i przygarbionych ramionach wydaje mi się, że trafił tu z tego samego powodu co ja. Jego oczy są cały czas ukryte pod ciężkimi i opuchniętymi powiekami. Zasłania też usta, jakby wstydził się brakujących zębów. Przypomina mi człowieka, którym byłem pięć lat temu. Jednak boję się mieć nadzieję, że
w końcu znalazłem kogoś kto będzie chciał ze mną rozmawiać. Albo nawet się zaprzyjaźnić.

 

3.

 

Stożek żółtego światła wydobywał się z mojej latarki, gdy powoli podchodziłem do łóżka Janity. Wiedziałem, że mieszkańcy Europy śpią bardzo twardo w gęstym ziemskim powietrzu, ciężkiej ziemskiej grawitacji i na twardych ziemskich łóżkach. Prawdopodobnie nie dałbym rady jej obudzić nawet gdybym spróbował. Pomimo tego bardzo ostrożnie uklęknąłem przy jej posłaniu i odsunąłem kosmyk włosów, który zasłaniał jej czoło. Zarodek zaczął drgać pod snopem światła. Wyciągnąłem do niego rękę i zatrzymałem koniuszki palców kilka milimetrów od głowy Janity. Pola biomagnetyczne naszych ciał wymieszały się i symbole szyfru zaczęły przeskakiwać na moją skórę. Biegły przez palce i łaskotały mnie
w dłoń, ale kiedy spróbowałem ją cofnąć, posłusznie wróciły na skórę Europejki, gdzie czuły się jak w domu. Powstrzymałem pokusę poigrania z wirusem. Przez chwilę chciałem spróbować złapać pojedyncze symbole w pułapkę przykurczonych palców. Pozwoliłem mu znowu wślizgnąć się na swoją dłoń i użyć jej struktury do ukazania jego własnej. Symbole Vaian nigdy nie przestawały się poruszać w świetle latarki, ale ogólny przebieg algorytmu był łatwy do rozpoznania.

 

„Gdy ludzie muszą napisać procedurę opierającą się na dziesięciu działaniach”- powiedział mi kiedyś specjalista od szyfrów- „piszą dziesięć małych działań i budują przed nimi mur
z warunków i wyborów. Vaian potrafią zrobić to samo z jednym krótkim działaniem
i dziesięcioma kodami, które je rozwiązują.” Ma ono wszystkie rozwiązania, tak jak statki mają wszystkie imiona równocześnie. Wszystko polega na zastosowaniu odpowiedniego kodu. Wirus Vaian jest jak taka procedura, tylko, że zamiast instrukcji dla komputera, zawiera polecenia dla systemu nerwowego istoty.

 

Kiedy zbliżyłem koniuszki palców do odsłoniętego czoła Janity, wirus wolno przetoczył się po mojej dłoni. Nie wiedziałem dokładnie czego szukałem. Janita mogła przenosić w swoim ciele cztero, lub pięcioliterowy kod i musiała przejść przez pole energetyczne silników, aby zsynchronizować nowe kombinacje wirusa załogi. To miało sens. Ale czy chciała stać się członkinią załogi? Moje oczy cały czas przeszukiwały wirus w poszukiwaniu zamkniętej kapsuły nie użytego szyfru, symboli oddzielonych od reszty nieprzekraczalną linią, która mogła się rozpaść jedynie pod wpływem technologii Vaian. Jej przerwanie mogło oznaczać, że wirus przejmie kontrolę nad Janitą i będzie decydował o jej życiu i śmierci. Jeśli w kapsule znajdowałyby się cztery symbole, zaczęłaby rozumieć mowę silników i nigdy już nie byłaby w stanie żyć bez nich. Jeśli znaków byłoby pięć, zaczęłaby słuchać rozkazów maszyn. Nie byłem pewien co zrobię, jeśli zobaczę kwadra lub pentagramaton. Byłem jedynie ciekaw czy Janita planuje powrócić na powierzchnię czy zostanie na pokładzie Niszczyciela. W końcu połyskująca ciemno kapsuła wślizgnęła się na mój kciuk, a później przeniosła się na dłoń. 

 

Przesunąłem latarkę, żeby światło pokazało detale kodu.

 

Zadrżałem. I wydało mi się, że świat zadrżał razem ze mną.

 

Sobota, 1 września 2192 roku.

 

Nowy więzień unikał mnie przez cały poranek. Mignął mi w bibliotece, ale zanim dotarłem do niego przez labirynt półek z książkami, krzesło na którym siedział było puste. W kolejce po lunch stał daleko przede mną, ale nie widziałem go później w stołówce. Prawdopodobnie zawsze siedział w jakimś ciemnym kącie, poszukując miejsca skąd nikt go nie wykopie, ani nie napluje mu do zupy. Zdesperowany postanowiłem wymienić mój skromny zapas papierosów
i pigułek na krótkie spotkanie z lokalnym informatorem. Obiecał mi, że dowie się od strażników wszystkiego co możliwe.

 

Później: Miałem rację! Imię mężczyzny brzmi Arvin i jego dusza nigdy nie została skalana żadnym rozbojem, kradzieżą czy zabójstwem. Jest naukowcem, a dokładnie kryptologiem. Studiował kody Vaian na Europie podczas lat kontaktu. Po rewolucji podjął pracę dla ziemskiego rządu. Ale po kilku latach zaczął pomagać ruchowi oporu na Europie. Rzekomo. Podejrzewano go o wysyłanie im rezultatów programów naukowych, które prowadził rząd. Jednak niektórzy twierdzili, że proces był tylko na pokaz, a w rzeczywistości Arvin odkrył coś, co nie przystawało do wizji Vaian, jaką promował rząd. Niezależnie od tego która wersja jest prawdziwa, muszę z nim porozmawiać. Próbuję połączyć moje wspomnienia z całą wiedzą jaką posiadam na temat kodów Vaian. Niestety nie jest jej dużo. Potrafię narysować matrycę
i odczytać oryginalny tekst, jeśli znam kod, ale to były podstawy, które musiał opanować każdy, kto chciał komunikować się ze Starszymi Vaian
.

 

Jak przez mgłę przypominałem sobie jak odczytywać tautogramy- teksty, które nie zmieniały się w zależności od tego, czy odczytywałeś je przez tri-, kwadra-, czy pentagramatony. Używając ich można było komunikować się ze starszymi bez używania kodów. Matematycy nazywali je „wektorami”, ale nigdy dokładnie nie rozumiałem o co im chodziło.
Z przyjemnością odkryłem, że ciągle pamiętam najdłuższy ze znanych tautogramów. Był to rodzaj przekleństwa lub przysięgi ułożony przez kapitanów siedmiu statków, gdy zdecydowano się je pogrzebać, aby głodne elektrownie Ziemi mogły karmić się energią produkowaną przez ich silniki. Brzmiał on: Żyjemy w ciszy i ciemności, głęboko pod stopami tych, którzy nas zwyciężyli. Jednak w głębi samych siebie niesiemy ciężar dziedzictwa tych, którzy przybyli, aby nas wywyższyć i właśnie dlatego nasze zniewolenie ma znaczenie. Pomimo tego, że nasz dar stał się dla nas ciężarem ciągle możemy przekazać jego moc całej ludzkości, tak jak prosili nas Vaian. Tak jak im obiecaliśmy.” Te słowa sprawiały, że zaczynałem drżeć.

 

 

 

4.

 

Być może Janita przebudziła się ze swojego głębokiego snu s spojrzała na mnie swoimi Europejskimi oczami. Może coś do mnie powiedziała. Nie wiem. Nie zauważyłem. Siedziałem ze zgaszoną latarką i tępo patrzyłem się w ciemność. Kapsuła zawierała sześć symboli. Heksagramaton.

 

Słyszałem o nim legendy i proroctwa wypowiadane przez bełkoczących szaleńców. Czytałem o nim w aktach oznaczonych jako Ściśle Tajne, gdy jeszcze pracowałem w komisji eksperckiej. Sześć znaków, które mogły zmienić przebieg wojny. Najdłuższa możliwy kod, który mógł przekształcić załogi i silniki w jedną istotę i umożliwić im podróże pomiędzy galaktykami. Załoga porzuciłaby wtedy swoje człowieczeństwo stając się kimś w rodzaju Młodzieży Vaian. Ich myśli krążyłyby po systemie  dowodzenia statku. I po mniej więcej szesnastu latach energia silników zaczęłaby się wyczerpywać. Tylko wtedy istota, którą byłby statek mogłaby się rozwiązać, a członkowie załóg odrodziliby się jako samodzielne istnienia
 i pełnoprawni członkowie międzygwiezdnej wspólnoty: Starsi Vaian.

 

Ale to się nigdy nie stało. Podczas gdy wirus rozprzestrzeniał się po Europie, a stocznie Ganimeda budowały nowe statki cień podejrzenia wkradł się w serca części obywateli Republiki. Czy przemiana ludzi w Młodzież była drogą do wejścia we wspólnotę, czy też wyrzeczeniem się człowieczeństwa i ślepym zaakceptowaniem zasad Vaian? Jak dużą część swojej natury odrzucają ochotnicy i ile zostanie im zwrócone, kiedy zostaną uwolnieni ze swojej długiej służby na statkach?

 

Obywatele Republiki stracili zapał. Brakowało wody i energii. Kłótnie i spory pozostawały bez rozstrzygnięcia. Pojawiły się setki problemów, którymi nikt się nie zajmował, ponieważ wszystkie zasoby zainwestowano w program Vaian. Właśnie na tą żyzną glebę padły ziarna rewolucji. Ze wsparciem Starszych Vaian zwolennicy programu kosmicznego bez trudu poradziliby sobie z powstaniem. Ale Ziemia i Mars dołączyły do walki wnosząc broń o sile rażenia mogącej zamienić obydwa księżyce w obłoki pyłu krążące wokół Jowisza. Wewnętrzne planety kierowały się doktryną: „Jeśli my nie posiadamy technologii wirusa, nikt nie będzie jej miał”, którą ukrywali pod przykrywką dbania o interesy ludzkości, której kolebką się mieniły. Statki Republiki wyposażone w napęd Vaian nie były przeznaczone do walki. Ponadto Starsi nie widzieli potrzeby angażowania się w konflikt. Przerwali proces stopniowego synchronizowania wirusa, który miał przygotować załogi do przyjęcia heksagramatonu i opuścili Układ Słoneczny. Prawdopodobnie na zawsze. Załogi zostały zwieszone w połowie drogi pomiędzy ludźmi, a Młodzieżą. Nie mogli żyć bez swoich silników, ale nie potrafili też sięgnąć dzięki nim gwiazd.

 

Moje myśli kłębiły się i wirowały podobnie jak symbole wirusa, które przed chwilą płynęły po mojej dłoni. Rządowi kryptolodzy twierdzili, że ludzka wiedza o Vaian nie jest wystarczająca, aby odkryć heksagramaton. Alfabet Vaian składał się ze stu trzynastu znaków, co dawało dwa i pół miliarda sześcioliterowych kodów. Ale tylko miliony spośród nich przekształcały sekwencje wirusa w sprawnie działające programy. Bez wiedzy o budowie silników, nie dało się wybrać tego jednego, który pasował do danej sytuacji. Ale co jeśli Europa tego dokonała? Co jeśli Janita nosiła w sobie klucz do nowej ery ludzkości zamknięty w kapsule synchronizacyjnej? Czy to mogła być najważniejsza rzecz w moim życiu? Statki zostały pogrzebane pod milionami ton skał i gliny i żadna siła, ludzka czy pochodząca od Vaian, nie mogła ich stamtąd ruszyć. Natomiast szyb był doskonałą pułapką elektromagnetyczną przez którą wzmocniony heksagramatonem wirus nie miał szans wydostać się na powierzchnię Ziemi.

 

Wstałem i zataczając się poszedłem do innego pokoju. Moje łóżko przyjęło mnie z okropnym skrzypieniem. Teraz wiedziałem co moja klientka chce zanieść na Niszczyciela Siedmiu Osad. Jednakże jak długo wiedziałem czemu to robi, tak długo pozostawałem chwiejnym
i przekupnym urzędnikiem państwowym. Pytania krążyły pod moją czaszką ustawiając się wobec siebie w coraz to nowych koniunkcjach. Zupełnie jak księżyce Jowisza. Zapadłem
w sen długo po północy.

 

Niedziela, 2 września 2192 roku.

 

Zdołałem przelotnie porozmawiać z Arvinem. Gdy się przedstawiłem i uścisnąłem mu dłoń nie wiedział co robić i tylko patrzył się na mnie ze zdumieniem w oczach. Nie byłem zdziwiony. Jeśli rzeczywiście studiował szyfry na Europie to musiał znać moje imię, a może nawet twarz. Ale po pięciu latach w więzieniu, przynajmniej jedna z tych rzeczy się zmieniła. Jak dotąd podchodził do mnie z podejrzliwością, którą doskonale rozumiałem. Prawdopodobnie obawiał się, że jestem szpiclem nasłanym przez rząd. Będę starał się przekonać go, że to nie
o to chodzi, ale nie wydaje mi się, żeby łatwo mi poszło. Jednakże Arvin nie może całkowicie nad sobą zapanować- gdy wspomniałem o kryptologii w jego oczach pojawił się błysk,
a płuca automatycznie nabrały powietrza, tak jakby mężczyzna szykował się do dłuższej przemowy. Ale zaraz potem ponownie zakrył usta dłonią i niewyraźnie wymamrotał jakieś przeprosiny. Rozchodząc się naturalnie użyliśmy pożegnania Vaian. Tak jak automatycznie używaliśmy tego języka podczas rozmowy. Myślę, że jednak nie zużyłem całkowicie mojego zapasu szczęścia.

 

Później: odkryłem w mojej celi żywego ślimaka. Ma błyszczącą muszlę w kolorze obsydianu. Nie jest większy niż dwa centymetry. Musiałem przynieść go na ubraniach ze stołówki albo łazienki. Pozwoliłem mu powoli wspinać się po mojej ręce, a w międzyczasie zastanawiałem się co z nim zrobię. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żebym miał w swojej celi towarzystwo innej żywej istoty. Ale nie mogłem go tu zatrzymać- nie było tu nic co mógłby jeść (to było pewne nawet biorąc pod uwagę moje mgliste pojęcie na temat zwyczajów żywieniowych ślimaków). Jutro spróbuję wynieść go niepostrzeżenie na spacerniak i wypuścić na trawę. Jednak teraz mogę zająć się badaniem perfekcji, z jaką został stworzony.

 

5.

 

„Byłem tam”- powiedziałem Janicie kiedy przebyliśmy jedną trzecią drogi w głąb szybu. Powoli i ostrożnie schodziliśmy drabinkami sznurowymi, posuwając się od jednej platformy do drugiej. Kable wokół nas buczały, jak gdyby z rozpaczą. Światła oświetlające nam drogę migotały, nie zachowując żadnego widocznego wzoru. Mieszanka spalonego kurzu, ozonu
i niebieskawych iskier, która zastępowała powietrze w tym miejscu z trudem torowała sobie drogę do naszych płuc. Czasami mogliśmy rzucić okiem na specyficzną flore i faunę zamieszkującą szyb: pieczarki rosnące w spiralach wokół kabli, pająki tkające sieci
o absurdalnych kształtach w małych anomaliach pól siłowych czy ćmy ze skrzydłami zdeformowanymi od ciągłej walki z zawirowaniami wytwarzanymi przez tarcze. Ścieżki mrówek układały się wzdłuż granic poszczególnych barier. Chiralne stalaktyty zbudowane
 z kurzu rosły na kablach, rozpadając się za każdym razem, gdy przełącznik w ścianie zmieniał z ogłuszającym hukiem przepływ energii.

 

„Gdzie?”- zapytała i usiadła obok mnie na małej platformie wystającej nad otchłanią szybu.

 

„Gdy podejmowano decyzję na temat losu statków. Byłem asystentem jednego z członków komisji eksperckiej”

 

„Wiem. Poradziłeś mu, żeby zagłosował przeciwko ich zniszczeniu.  Propozycja budowy baz przeszła jednym głosem, więc należą ci się podziękowania”

 

Nagle biało- niebieskie wyładowanie trzasnęło nad naszymi głowami. Janita spojrzała w górę z zaskoczeniem. Cienki całun spalonego kurzu, popiołu z porostów i małych muszek osiadł na jej twarzy.

 

„Przypominam sobie, że to nie była prosta decyzja”- powiedziałem, mimowolnie nadając swojemu głosowi przepraszający ton.

 

„Na pewno tak było”- zauważyła- „Nigdy nie jest łatwo uratować życie czterech setek ludzi, prawda?”

 

Nie powiedziałem jej, że komisja spędziła długie godziny rozważając, czy zainfekowane załogi można dalej uznawać za ludzkie istoty.

 

Janita łapczywie wypiła swój roztwór depolaryzacyjny. Małe strumyczki potu spływały po jej czole wirując, gdy napotykały małe zaburzenia pól siłowych. Ludzkie ciało jest jednym wielkim zbiornikiem elektrolitów. Nie potrzeba wiele, żeby pod wpływem pola szybu zmieniło się w naładowaną baterię.

 

„Jak się czujesz?”

 

Spojrzała na prawie opróżnioną flaszkę. „Dobrze”

 

„Powiedz prawdę”

 

„Czuje się skołowana. Słyszę buczenie w uszach. I jest mi bardzo gorąco. Ale poradzę sobie
z tym.”

 

Dotknąłem jej czoła. Nie odepchnęła mojej ręki, ale przyglądała mi się z podejrzliwością. Jej zimny pot spływał w dół mojej dłoni. W poszczególnych strumyczkach można było dojrzeć pojedyncze symbole wirusa.

 

„Wszystko powinno być w porządku”- powiedziałem- „Zejdźmy jeszcze sto metrów i zróbmy przerwę na aklimatyzacje.”

 

Potaknęła.

 

Silne pola elektromagnetyczne potrafią działać jak przeciążenia. Niektórzy szybko się do nich dostosowują, a inni nie. Ciało potrzebuje czasu, żeby zmienić swoje procesy chemiczne.

 

Minęliśmy kulę chłodzącą. Wymienniki ciepła błyszczały pokrywą mrozu i lodu. Wydobywały się z nich spirale pary wodnej i powoli rozchodziły w suchym powietrzu. Mgła skraplała się wokół kabli otaczających kulę. Zwisały z nich girlandy kropelek, każda czarna od kurzu z powietrza. Owadopodobne buczenie kabli i głębokie tony wydobywające się
z wymienników mieszały się w naszych uszach przypominając dźwięki odległej burzy.

 

Tuż ponad punktem wyznaczającym połowę drogi w głąb szybu znajdowała się platforma, na której zwykle spędzałem z moimi klientami pierwszą przerwę aklimatyzacyjną. Irytujący syk samonapełniających się materacy dołączył do harmidru panującego już w szybie.

 

Janita w końcu się do mnie dowlekła i ciężko klapnęła na podłogę. Białka jej oczu były czerwone od popękanych żyłek. Pośród czerwono- białego labiryntu praktycznie nie dało się dostrzec brązowych tęczówek. Pozwoliła mi ponownie dotknąć swojego czoła. Po mojej reakcji poznała, że coś jest bardzo nie w porządku.

 

Wyciągnąłem z torby kolejną flaszkę. „Wypij to. Do dna”.

 

Butelka miała wystarczyć na powrót ale początkowy plan właśnie walił się jak domek z kart. Patrzyłem jak kobieta łapczywie pije. Pot wyciekał strumykami z cebulek jej włosów.

 

„Nosiłaś kiedykolwiek chromowane zegarki? Albo stalową biżuterię?”

 

Przestała pić i spojrzała na mnie z zaskoczeniem. „Nie. A dokładniej mówiąc robiłam to przez jakiś czas, ale zawsze musiałam je zwracać z powrotem do sklepu”.

 

Kiwnąłem głową. „Czerniały na tobie”

 

„Skąd wiesz?”

 

Mniej niż jeden procent ludzi ma przekwaszoną skórę. Roztwór depolaryzacyjny dobrze działał wewnątrz ich ciał, ale odkładał się jako nanokryształy metali wewnątrz komórek naskórka.

 

„To uczucie gorąca… nie wynika z przegrzania się. To ciśnienie elektroosmotyczne błędnie interpretowane przez twój system odpornościowy. Twoja skóra staje się kondensatorem. Nazywa się to chorobą Faradaya.”

 

Głośno przełknęła ślinę. „Co to oznacza?”

 

„Zobaczymy”- skłamałem- Na razie musisz dużo pić i odpocząć tutaj przynajmniej osiem godzin.”

 

Bez żadnych sprzeciwów pozwoliła mi rozebrać się z kombinezonu, który był całkowicie przemoczony od jej potu. Miała przyśpieszony i płytki oddech. Podciągnęła koc pod samą brodę i patrzyła tępo otchłań szybu.

 

Czułem fale ironii, które opływały mój umysł w rytmie pulsowania pól siłowych. Niewiarygodne. Tyle lat pomagałem moim klientom w podróżach na statki i nigdy nie spotkałem nikogo ze zdiagnozowaną chorobą Faradaya. Kwasowość ich skóry była skrupulatnie badana. Ale Janita unikała badań lekarskich z powodu wirusa. W pewnym sensie to było zabawne, ale nie mogłem się śmiać.

 

Ta platforma była krańcem naszej wspólnej podróży, niezależnie od tego jaki dar kobieta przenosiła w swoim ciele. Gdy zapadałem w sen wydawało mi się, że kable drwią sobie z nas swoim nieprzerwanym buczeniem.

 

Wtorek, 4 września 2192 roku.

 

Niewiarygodne! Udało mi się odbyć z Arvinem dłuższą rozmowę i dalej czuje się zbity z tropu tym czego się dowiedziałem. Z jednej strony nie potrafię w to uwierzyć. Ale z drugiej… to mogło oznaczać ogromny postęp w próbach zrozumienia cywilizacji Vaian.

 

Arvin powiedział, że język oraz sam akt pisania są istotą kodowania Vaian. Ludzcy lingwiści
i kryptolodzy zawsze byli zszokowani umiejętnościami Starszych Vaian, którzy potrafili spontanicznie tworzyć teksty o wielu równoczesnych znaczeniach. Według Arwina, oni po prostu nie mieli wyboru. Język Vaian ma skłonności do samoszyfrowania się , jest jak mały wszechświat tekstów, który zawiera się sam w sobie. Cokolwiek jest w nim napisane, musi mieć kilka znaczeń. Właśnie dlatego Vaian nie tworzyli swoich tekstów z zamiarem nadania im kilku wersji. Myśleli o jednym, a potem poszukiwali odpowiednich kodów za pomocą prostego algorytmu. Czy niechcący stworzyli swoją kulturę opierającą się na kodach, nieświadomie tworząc teksty o kilku znaczeniach równocześnie? Czy wirus też był prostym programem, którego możliwości Vaian odkryli stosując coraz więcej kodów? W końcu czy trigramaton stanowi jedynie ubogie przybliżenie tego, na co pozwala użytkownikom język Vaian?

 

Arvin przyznał mi się, że rząd cofnął dotacje do jego projektu, gdyż nawet na krok nie zbliżył się do znalezienia drogi komunikacji z technologią Vaian. Zamiast tego coraz bardziej zagłębiał się w abstrakcyjne rozważania na temat teorii symboli. Jego obsesja na punkcie faktu, że język Vaian może być samo szyfrujący doprowadziła go do podróży na Europę w poszukiwaniu kryptologów pracujących dla partyzanckich bojówek. Chciał znaleźć ludzi którzy potrafią płynnie pisać w Vaian i zbadać, jak wraz z rozwojem tekstu wzrasta liczba znaczeń. Interesowało go też jak odszyfrowywanie różnymi kodami wpływa na samą strukturę tekstu. Wytłumaczył mi, że wszystko wydaje się przewidywalne dopóki używa się maksymalnie pięcioliterowych kodów. Pentagramatony są dość łatwo zrozumiałe i jeśli autor tekstu jest sprawnym użytkownikiem języka z łatwością może sobie wyobrazić wersje równoległe do tej, które właśnie pisze. Prawdziwy przełom następuje, gdy użyje się heksagramatonu. Wtedy sekwencja kodów się nie zamyka. Napędza samą siebie, rozwijając się jak spirala wskroś całego alfabetu we wzór przypominający muszlę ślimaka. Arvin przekonywał, że istnieje przynajmniej jeden heksagramaton dla każdego dłuższego tekstu napisanego w Vaian. Jeśli go znajdziemy, możemy znaleźć całkowicie nowe znaczenie, które będzie dało się odkodować cały zestawem tri-, kwadra- i penta- gramatonów. Trzeba będzie podjąć decyzję, którą wersję wybrać. Pierwotną czy nową. Podkreślił też, że nie istnieje rozkodowywanie wsteczne. Jeśli ktoś zdecydował się na nową wersję, stara będzie stracona na zawsze. Upraszczając- nie możemy odkryć, jak rozwinąłby się pierwotny tekst, jeśli skupimy się na nowym. Co więcej
w każdej chwili możemy znaleźć hexagramaton pasujący do nowego tekstu. W ten sposób liczba znaczeń rośnie w nieskończoność.

 

Później: świadomość, że pisząc mój pamiętnik, tworzę równocześnie tekst o całkowicie innym znaczeniu zaczęła mnie przerażać. Czy powinienem postarać się go odkryć i pójść nowym tropem? O czym on może być? Na razie wyrwałem kilka pustych kartek z zeszytu i zacząłem przepisywać to co już stworzyłem. Jutro postaram się dać kopie Arvinowi. Złamałem też mój ołówek na pół. Cokolwiek czeka mnie po drugiej stronie moich notatek- nie zmierzę się z tym sam.

 

6.

 

Otworzyłem oczy. Janita klęczała obok mojego materaca, a koc powiewał jak peleryna wokół jej nagiego ciała.

 

„Śpisz?”

 

Gapiłem się na nią, niezdolny do wykrztuszenia ani jednego słowa.

 

Jej zmęczone oczy lśniły biało- czerwonym blaskiem z twarzy, która zmieniła się w wir ornamentów poprzecinanych cienkimi liniami. Labirynt wirusa rozciągnął się wzdłuż linii jej kości policzkowych i szczęki, wyciągając swoje zniekształcone paluchy w kierunku karku
i zamykając szyję w obroży. Wyglądała jak demon. Przesuwające się symbole przypominały tańczące płomienie. Ostre linie rozłożone na policzkach wyglądała jak obraz przedstawiający przegraną bitwę.

 

„Nie musisz mi nic wyjaśniać”- kontynuowała, gdy zauważyła, że obudziłem się na dobre- „ „Wiem, że nie mogę iść dalej. Domyślałam się tego od kilku godzin, ale trochę mi zajęło pogodzenie się z tym.”

 

„Ale dlaczego…”- zdołałem wyksztusić.

 

„Okłamałam cię, ale tylko częściowo. Mój ojciec naprawdę żyje na Niszczycielu. I naprawdę chciałam coś mu przekazać. Coś co przenoszę w kodzie swojego wirusa. Wpisali to tam moi przyjaciele z Europy. Heksagramaton. Widziałeś go. Przeszedł na twoje ciało kiedy spałam.”

 

„Skąd wiesz?”

 

„Powiedział mi, kiedy pozwoliłam mu stać się prawdziwie pięknym.”

 

Pięknym.

 

W obliczu tego, co zrobił z Janitą wirus, moje zrozumienie dla Jowiszan gwałtownie spadło. Zgoda, że to było fascynujące, ale równocześnie tak nieprawdopodobnie odpychające… Janita musiała być szalona.

 

„Nie mogę dostarczyć heksagramatonu do mojego ojca, ani kogokolwiek z załogi.” – powiedziała cicho i nagle z przerażającą pewnością wiedziałem, jakie będą następne słowa, które wypowie- „Ale ty możesz.”

 

Nic nie powiedziałem. Moje milczenie nie było wahaniem pomiędzy zgodą, a odmową. Po prostu czekałem.

 

„Czy kiedykolwiek myślałeś, jak mogłoby być, gdybyś pogodził się ze swoją żoną i został na Ganimedzie? Byłeś obiecującym młodym dyplomatą. Wszyscy wyobrażali sobie, że za kilka lat zostaniesz ambasadorem. Gdybyś nim został to po czyjej stronie byś się opowiedział? Widziałeś ubóstwo w jakim żyli Jowiszanie. Obserwowałeś, jak obydwa księżyca wyciągają ręce po najmarniejsze okruchy ze stołów innych planet. Jedliśmy śmieci z Ziemi i piliśmy ścieki z Marsa. Brakowało Ci pięciu tygodni. Gdybyś został na Ganimedzie pięć tygodni dłużej, zobaczyłbyś inny Jowisz. Nie zatęchłą peryferię Układu Słonecznego. Przybycie statków Vaian zmieniło wszystko. Nagle staliśmy się centrum wokół którego kręciła się przyszłość rodzaju ludzkiego. Inne planety zaczęły się z nami liczyć. A ty mógłbyś się stać naszym reprezentantem w Republice. Czy zrozumiałeś, co cię ominęło.”

 

„Janita… to wszystko minęło. To przeszłość.”

 

Potrząsnęła swoją przerażającą głową. „Dzięki ludziom takim jak ty, przeszłość dalej pozostaje w naszym zasięgu. Co przyciągnęło cię do statków? Dlaczego wybrałeś zawód, który pozwalał ci do nich wejść? Za jedenaście lat silniki się wyczerpią, a ich władza nad załogą zacznie się rozpraszać. Wirus osłabnie i pozwoli mojemu ojcu i pięćdziesięciu innym wyjść na powierzchnię Ziemi. Wespną się po szybie jako pokonani. Użyci. Upokorzeni. Ale mogą też ukazać się odmienieni i zanieść Jowiszowi światło nowej nadziei. Jako Starsi Vaian. Rozumiesz? Pięćdziesięciu pokonanych nic nie zmieni. Pięćdziesięciu Starszych odmieni absolutnie wszystko. Nawet tą twoją przeszłość”

 

Cisza pomiędzy nami trwała przez krótką, pełną napięcia chwilę.

Janita przysunęła się bliżej. Jej twarz, pobrużdżona wirusem, zatrzymała się tuż przy mojej.

 

„Ofiara”- wyszeptała. Zabrzmiało to jak pytanie.

 

„Ofiara”- odpowiedziałem.

 

Wtedy przycisnęła mokre od potu czoło do moich brwi. Nasze palce splotły się ze sobą,
a wargi spotkały w namiętnym pocałunku.

 

Środa, piąty września 2192 roku.

 

Nie mogę więcej pisać. Zdołałem skopiować ostatnie strony mojego dziennika tylko siłą woli. Udało mi się przekazać papiery Arvinowi podczas śniadania. Dostał też pół ołówka.

 

Czuję się, jakby całe więzienie gdzieś zniknęło, a jego śladem poszedł też wszechświat. Istnieje tylko tekst i my dwaj:  naukowiec, którego głód wiedzy doprowadził do więzienia
i ambasador Ziemi wysłany do Wolnej Republiki Europy i Ganimeda, a później skazany za zdradę.

 

Nie mogę się doczekać jutra. Mam tylko nadzieję, że ja też nie zniknę.

 

7.

 

Schodziłem jedynie tak długo, żeby być pewnym, że zniknąłem Janicie z oczu.

 

Później wola opuściła moje ciało, wyparowując jak obłok dymu w półmroku szybu. Ramiona i nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przewróciłem się na wystający kabel. Buczenie przechodziło przeze mnie, wprawiając w drżenie wszystkie członki.

 

Czułem pustkę. Ciemność. W porównaniu do momentu przekazania wirusa, całe moje życie było wypełnione tymi dwoma uczuciami. Janita połączyła się ze mną i ujawniła, jak pod wpływem wirusa  Vaian zmieniła się jej natura. Żaden nosiciel nigdy nie mówił o infekcji czy kontroli. Teraz wreszcie zrozumiałem dlaczego. Zostałem pobłogosławiony. Pozwolono mi dołączyć do czegoś, co jest większe niż ja, Janita, Niszczyciel Siedmiu Osad, Ziemia, Jowisz
i rewolucja razem wzięte. Dostałem dar. Najpierw poczułem się, jakby moje ciało znalazło się nagle w lodowatej wodzie. Serce kilka razy szarpnęło się w nieskoordynowany sposób, a po ciele przeszły dreszcze, bardziej przypominające drgawki. Ale z zimna zaczęły wyłaniać się ziarna czegoś nowego. Rozprzestrzeniły się po moim umyśle jak Droga Mleczna nieznanych wrażeń. Najważniejsza rzecz w twoim życiu, powiedziała jakiś czas temu Janita.
Nie, odpowiedziałem teraz, najbardziej intymna rzecz w moim życiu. Ale galaktyka wirusa
w moim umyśle zawierała w sobie też czarne dziury.

 

Postanowiłem, że chwilę odpocznę.

 

Mały ślimak powoli pełznął wokół mojej głowy zostawiając za sobą ślad złożony ze śluzu. Jego czarna muszla była zdeformowana przez pola siłowe.

 

Wszystko było nie tak jak powinno. Zarodek wirusa obracał się wokół cebulek włosów. Pogrążałem się w świecie uwięzionym w półmroku i bezruchu. W krainę pogrzebanych żywcem. A dlaczego? Z powodu mrzonki, snu, nienarodzonego jeszcze dziecka skazanego na jedenastoletnie oczekiwanie w macicy. Miałem wybór. Mogłem zostać częścią tej ponurej rzeczywistości, albo dostarczyć heksagramaton i wrócić szybem na powierzchnię niosąc ze sobą niedoskonałą wersję wirusa. Prosto pod lufy strażników i bezlitosne spojrzenia sędziów.

 

Janita też oczekuje na śmierć. Za kilka godzin skończy się jej roztwór depolaryzacyjny i nic nie zapobiegnie ładowaniu się jej ciała. Gdy napięcie osiągnie wartość krytyczną, nastąpi wyładowanie. Spłonie jak wadliwy opornik w starym radiu.

 

Przez tyle lat zastanawiałem się na czym naprawdę mi zależy, ale nigdy nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Już uciekłem od kogoś kogo pokochałem. Księżyce Jowisza  wierzyły, że doprowadzę je do świetlanej przyszłości, ale też je rozczarowałem. Teraz miałem wybór, którą pomyłkę powtórzę. Janita się myliła. Nie byłem ambasadorem Ziemi na Jowiszu, ani jednym z tych, których pogrzebano pod bazami. Ta część mnie, która miała odwagę stać się nimi została na Ganimedzie razem z moją żoną. Na Ziemię powrócił tylko tchórz. Pan
„Po Ścieżce Najmniejszego Oporu.” Pan „Nie Szukam Kłopotów.”

 

Kabel komunikacyjny wspinał się po ścianie tuż obok miejsca w którym siedziałem, pakiet włókien ceramicznych wibrujących pod wpływem ultradźwięków. Żaden sygnał elektromagnetyczny nie mógł opuścić pól siłowych szybu. Ale to ograniczenie nie dotyczyło sygnałów mechanicznych.

 

Mały srebrzysty nadajnik wślizgnął się w moją dłoń. Czułem się jakby ktoś inny przejął kontrolę, uniósł ramię i pozwolił iskrowej końcówce zatrzasnąć się na włóknach.

 

Wyświetlacz migotał alarmująco w polu szybu.

 

JANITA PATLEV PRACUJE DLA EUROPEJSKIEGO RUCHU OPORU JEST ZARAŻONA WIRUSEM VAIAN I ZAINFEKOWAŁA TEŻ MNIE OBAJ JESTEŚMY
W NIEBEZPIECZEŃSTWIE PRZYŚLIJCIE EKIPĘ RATUNKOWĄ

 

Tak dużo zniszczenia zawartego w limicie stu pięćdziesięciu znaków. Ofiary nie są dobrymi dyplomatami. Dyplomaci nie są dobrymi ofiarami.

 

Sobota, 8 września 2192 roku.

 

Nareszcie. Arvin przez trzy dni starał się ustalić kod. A ja nie byłem w stanie napisać ani słowa. Teraz patrzę na arkusze papieru zabazgrane przez Arvina i mimowolnie wstrzymuje oddech. Udało mu się rozszyfrować pierwszy zapis mojego dziennika, który napisałem prawie dwa tygodnie temu. „Wreszcie udało mi się wyżebrać jakieś materiały do pisania od moich strażników. Pierwszy raz od roku dali mi coś więcej niż ekran dotykowy z alfabetem ograniczonym tylko do ziemskich liter. Zdobyłem zwykły ołówek jakiego nie widziałem od dzieciństwa i gruby zeszyt wypełniony kartkami w linie. Całe popołudnie zajęty byłem kartkowaniem pustych stron i wdychaniem ich zapachu. W końcu zdecydowałem się zacząć pisać.”

 

Po zastosowaniu heksagramatonu tekst zmieniał się mniej więcej tak: Strugi deszczu nieustannie tłukły o dach samochodu. Strumienie wody scalały się ze sobą i ponownie rozdzielały biegnąć w dół okien. Powietrze było duszne od zapachu wody i mokrej ziemi. Zatrzymałem się w miejscu gdzie błotnista droga łączyła się z wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego. Zasłona deszczu sprawiła, że brama była prawie niewidoczna. Gdyby nie budka strażnika mógłbym odnieść wrażenie, że drut ogrodzenie bezlitośnie przegradza drogę nie dając nikomu z zewnątrz możliwości wejścia na teren placówki.” Co to mogło oznaczać?

 

Wyrwałem kilka kolejnych kartek i zabrałem się za dalsze rozszyfrowywanie. Ból w mojej ręce zelżał, ale obawiam się, że wróci silniejszy niż był dotąd.

 

Później: Oszalałem! Nie ma innego wyjaśnienia. Wolno przedzieram się przez tekst i moja dezorientacja rośnie z minuty na minutę. Czytam o jakiejś dziewczynie z Europy, która podróżuje na pogrzebane statki, żeby odwiedzić swojego ojca. Narratorem jest agent federalny, który wydaje zezwolenia na wizyty. Jego myśli wydają mi się obce, ale sposób doboru słów budzi we mnie poczucie wspólnoty. Tak, jakbym ja napisał ten tekst i włożył wypowiedzi w jego usta. To przekracza granice mojej wyobraźni! Wszystko zatacza kręgi. Głęboka drzemka, ślimak, siedem osad przy siedmiu bazach.

 

Nieświadomie pisałem o tym, kim mógłbym się stać, gdybym nie został na Ganimedzie do przybycia Vaian. Co by się stało, gdybym zostawił moją żonę w czasie, gdy przeżywaliśmy kryzys i uciekł na Ziemię jak tchórz.

 

Czy poza rzeczywistością w której istnieje, są też inne powołane do życia kodami? Czy to możliwe?

 

Nie jestem w stanie zrobić dzisiaj nic więcej. Mam nadzieję, że jutro będę w stanie zrozumieć więcej.

 

 

 

 

 

 

8.

 

Rozbrzmiał krótki, głuchy odgłos, jakby czyjaś ręka uderzyła o stół. Nikt z załogi go nie usłyszał, ale nic nie mogło umknąć uwadze silników, które przekazały go umysłom ludzi.

 

Kapitan stała w przychodni i patrzyła na biały koc przykrywający ciało. Nie wiedziała co o tym myśleć. Nagle cała załoga wychynęła z mrocznych głębi statku i zaczęła tłoczyć się wokoło.

 

„Musiała spaść z dużej wysokości” – powiedział doktor- „Lewa strona jej ciała jest całkowicie zdruzgotana. Część skóry się spaliła, gdy leciała z dużą prędkością przez zmienne pola siłowe”

 

Kobieta, która spadła na śluzę oddzielającą szyb od statku mogła mieć około dwudziestu- dwóch lat. Europejka. Nosicielka- powiedział doktor.

 

Nie przyszła samotnie- zaśpiewały silniki- Zobaczcie co ze sobą przyniosła.

 

Wirus w ciele Janity powoli umierał w słabnącym polu elektromagnetycznym jej ciała. Symbole blakły, linie zanikały. Medyczne droidy z wielką troską odseparowały kapsułę zawierającą heksagramaton i skopiowały ją do systemów statku.

 

Załoga pozostała posłuszna rozkazom silników i ustawiła się w nieuporządkowany tłum.
W jego środku stał kapral Patlev. Nie widział ciała z bliska, ale nawet gdyby mu się udało, nie rozpoznałby Janity. Jedynie w najdalszych zakamarkach jego podświadomości obijała się nachalna myśl: Moja córka byłaby teraz w tym samym wieku. Dowiedział się prawdy wiele lat później. Ale nie tego, że Janita długo się wahała, gdy zobaczyła swoimi zmęczonymi oczami czarne kombinezony żołnierzy z ekipy ratunkowej, którzy schodzili powoli po drabinkach sznurowych. Gdy w końcu zdecydowała się skoczyć, nie był to już skok, a raczej niezdarny upadek. Lot. Stała na krawędzi platformy. Jej ramiona same się rozłożyły, oddech zamarł w piersiach. Koc się z niej ześlizgnął i zdarł kilka symboli wirusa z jej ciała. Spadała
z otwartymi oczami i w pewnym momencie- może sekundę po tym jak jej nagie stopy oderwały się od platformy- zobaczyła mężczyznę opierającego się o wiązkę kabli. I mimo tego, że była to krótka i trudna do uchwycenia chwila, Janita wiedziała, że się nie pomyliła.

 

„Nie mamy pojęcia co właśnie się stało. Ale musimy spróbować”- powiedziała kapitan pochylając głowę nad delikatnym interfejsem. Pięćdziesięciu członków załogi poszło za jej przykładem. Po kolei do ich wirusów była aplikowana kapsuła z zawartym w środku kodem. Później każdy klękał przy noszach na których leżała Janita w skromnej namiastce ceremonii pogrzebowej. Zamiast kwiatów, pokój dekorowały bukiety chirurgicznej stali. Ale każdy kto przyjął w siebie heksagramaton młodniał w oczach. Ludzie przestawali się garbić. Dalej mówili jedynie szeptem, ale słychać w nim było emocje. Nagle wszyscy mieli wszystkim coś do powiedzenia, gdyż zyskali możliwość komunikowania się za pomocą silników. Ręce drżały im z zaskoczenia i oczekiwania.

 

Tak jak promienie słońca topią lody wczesną wiosną, tak załoga pobiegła korytarzami do centrum dowodzenia. Silniki podzielały ich podekscytowanie i śpiewały pełne entuzjazmu. Bestia panelu synchronizacyjnego wydała z siebie pomruk i ożyła pod ręką kapitan. 

 

 

Test synchronizacji w toku- powiedziały silniki.

 

Wszyscy patrzeli na siebie, zdziwieni, pełni nadziei. Heksagramaton przerwał beznadzieję ich egzystencji.

 

Synchronizacja zakończona.

 

Kapitan zacisnęła wargi. Na początku chciała coś powiedzieć do swojej załogi. Cos co podniosłoby morale. Ale teraz wiedziała, że to niepotrzebne. „Kapitan potwierdza synchronizację”.

 

Na sekundę, dwie, pięć przed tym nim nadeszło w pół zapomniane uczucie mrowienia. Wirus zmieniał swoją strukturę, zarodek jeszcze raz rozprzestrzeniał się po ciele, ale według nowego klucza. W tym samym czasie zmieniał się też wirus silników. Ich pieśń unosiła się i opadała, melodie mieszały się ze sobą. Wszystkie spojrzenia były skupione na pani kapitan.

 

I wtedy? Powoli przyszło to czego wszyscy najbardziej się obawiali: pustka i rozczarowanie. Nic. Synchronizacja zeszła na ścieżkę, którymi już wcześniej przebiegała. Nie połączyła ze sobą wszystkich umysłów. Nie pozwoliła na nowy stopień kontroli nad silnikami. W pokoju zapadła głęboka cisza. Trwała przez kilka trudnych do wytrzymania chwil. Pięćdziesięciu członków załogi ponownie osunęło się w swoje skorupy rozpaczy, jeden po drugim spuszczali wzrok i wbijali go w ziemię.

 

Oczy kapitan płonęły. Dawno temu przeczytała, że każdy człowiek ma swoją porcję szczęścia otrzymaną od przeznaczenia. Być może oni zużyli już całość. Wszyscy stali tam przez czas, który wydawał się nieskończonością, aż silniki przerwały ciszę  i zakomunikowały, że wszystko jest jak dawniej. Terawaty energii ciągle są wysysane na powierzchnię Ziemi.

 

„Przypomnijmy sobie”- głos kapitan był trudnym do rozpoznania- „swoje przeznaczenie”

 

Położyła swoje dłonie na panelu i spojrzała na pojawiające się symbole Vaian.

 

Czytaj, powiedziały silniki, czytaj i nie śmiej mieć wątpliwości.

 

I przeczytała: „Żyjemy w pustce pomiędzy gwiazdami”

 

„Żyjemy w pustce pomiędzy gwiazdami”- załoga powtórzyła z widocznym wahaniem.

 

„… wiele lat świetlnych od naszych domów”

„… wiele lat świetlnych od naszych domów”

 

Heksagramaton nie zwraca uwagi na tautogramy wynikające z krótszych kodów, uświadomiła sobie kapitan. Ponownie zaczęła czytać, a jej głos nabrał pewności.

 

„Zbliżamy się do kołyski tych, którzy przybyli, aby nas wywyższyć…”

„Zbliżamy się do kołyski tych, którzy przybyli, aby nas wywyższyć…”

 

„… żeby dalej uczyć się jak wykorzystywać ich dar.”

„… żeby dalej uczyć się jak wykorzystywać ich dar.”

 

 

„A kiedy przyjmą nas do swojej uświęconej wspólnoty…”

„A kiedy przyjmą nas do swojej uświęconej wspólnoty…”

 

„… my także będziemy przemierzać nieskończone przestrzenia, głosząc ich chwałę…”

„… my także będziemy przemierzać nieskończone przestrzenia, głosząc ich chwałę…”

 

„…tak jak prosili nas Vaian. Tak jak im obiecaliśmy”

„…tak jak prosili nas Vaian. Tak jak im obiecaliśmy”

 

„To jest nasze przeznaczenie”- kapitan przeczytała ostatnią linijkę.

„To jest nasze przeznaczenie”- wyszlochała załoga. Pomieszczenie było wypełnione podekscytowanym gwarem pięćdziesięciu głosów.

 

„Panie Dagasian”- zawołała kapitan- „do panelu nawigacyjnego”

 

Sekcje centrum dowodzenia ożywały jedna po drugiej.

 

„Madam”- rozanielony głos dobiegał sprzed jednego z ekranów- „Czujniki mówią, że nasza obecna prędkość to trzysta c, ale powoli maleje.”

 

„Panie Zimov, raport!”- oficerowie gwałtownie wracali na swoje stanowiska, tak jakby opuścili je kilka godzin, a nie lat, temu.

 

„Madam, mam dane od silników z ostatnich kilku lat. Przez ten czas działały z pełną mocą. Ale w trybie lotu”

 

„Co?!”

 

„Tak jakby… jakby leciały przez cały czas spędzony pod bazą”

 

Tylko silniki zrozumiały co naprawdę się stało i próbowały to wszystkim wyjaśnić: Jesteśmy teraz na nowej ścieżce. Jeśli nią podążymy, nic nie będzie w stanie nas zawrócić.

 

„Kapral Paltev! Okna!”

 

Statek zachwiał się lekko, gdy przerdzewiałe osłony unosiły się odkrywając widok rozciągający się z centrum dowodzenia. Oczy załogi spotkały się ze światłem gwiazd.

 

„Madam. My naprawdę lecimy. Lecieliśmy przez cały czas!”

 

„Panie Dagasian, proszę o lokalizację.”

 

Kapitan gapiła się z fascynacją. Kosmos wokół nich był żywy. Stacje kosmiczne rozciągały się wokół nich, jak gałęzie ogromnego drzewa. Wokół nich krążył rój małych statków kosmicznych. Zamieszkały wszechświat rozciągnął się na wprost nich, gotowy aby ich objąć.

 

„Madam, ustaliłem naszą lokalizację. Czerwona gwiazda przez nami to Alfa Tauri. Aldebaran”

 

Kapitan nie mogła dłużej powstrzymywać łez napływających do oczu. Cała załoga zaczęła płakać. Ktoś zaczął klaskać i nagle wszyscy się przytulali i ocierali swoje umęczone twarze.

 

„Tak, to Aldebaran.”- kapitan powiedziała do nawigatora- „Jesteśmy tu. Vaian witają nas
w domu.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.