» Blog » Dwie wieże – wrażenia z lektury:
12-08-2017 00:03

Dwie wieże – wrażenia z lektury:

W działach: książki | Odsłony: 182

W zeszłym miesiącu zakończyłem ponowną lekturę Władcy Pierścieni. Pora podzielić się przemyśleniami nad tą lekturą oraz obserwacjami, jakie poczyniłem po dłuższej przerwie od Tolkiena. Tak więc:

1) Kiedyś też nie lubiłem Tolkiena:

Władca Pierścieni jest jedną z najpopularniejszych i najchętniej czytanych książek wszech czasów. Jednocześnie jest też książką posiadającą liczne grono krytyków, a niekiedy wręcz hejterów. Ja się do nich raczej nie zaliczam, ale powiem krótko: ja też kiedyś nie lubiłem Tolkiena.

Dokładniej: Władcy Pierścieni.

No, może „nie lubiłem” to za mocne słowo, ale przy pierwszej lekturze nie powalił mnie on z nóg.

Moja przygoda z fantasy rozpoczęła się gdy miałem 12 albo 13 lat, od opowiadania „Piwem i Mieczem” publikowanego w Top Secrecie, Magii i Miecz (a dokładniej od jej podróbki: Magicznego Miecza) oraz gier cRPG i RTS. Z recenzji tych tytułów dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak literatura Fantasy oraz taki pisarz jak Tolkien. Poszedłem więc do Biblioteki Miejskiej sobie owe książki pożyczyć.

Czasy były nieco inne, niż dzisiaj, tak więc nasza biblioteka dysponowała w dziale dziecięcym następującymi zbiorami:

  • około trzema egzemplarzami Hobbita

  • trzema egzemplarzami Sirmarilionu

  • kilkoma tomami Conana

  • „Skarbami Stolinów”, debiutancką powieścią Ziemkiewicza

  • Czarnoksiężnikiem Z Archipelagu

  • dwoma książkami Andre Norton

  • pierwszym tomem Narnii

  • piątym tomem Amberu (pamiętam dobrze, bo na lata zniechęcił mnie do tej serii)

  • i po jednej sztuce każdego tomu Władcy Pierścieni.

Ta ostatnia książka była dość mocno okupowana, trzeba więc było się zapisywać nań na wiele miesięcy naprzód, a co gorsza z pierwszego tomu wyrwano kilka kartek, zawierających w zasadzie cały rozdział o Morii. Niemniej jednak, zanim się do Władcy dopchałem przeczytałem większość pozostałych.

Hobbit mi się podobał i to nawet bardzo, acz był trochę za bajkowy dla wchodzącego w fazę buntu nastolatka. Sirmarilion nie: byłem wtedy na niego za młody, wymęczył mnie strasznie. Władca Pierścieni natomiast… Nawet nie to, że mnie rozczarował, bo książka raczej mi się podobała. Rzecz w tym, że w Conanie dużo częściej się bili i występował w nim większy, ciekawszy bestiariusz. Co więcej najciekawsza bitwa pierwszego tomu została z niego wydarta…

Wiecie, na moje oko Władca Pierścieni, w szczególności na tle lektur szkolnych i dostępnej literatury młodzieżowej prezentował się bardzo interesująco: bili się w nim, bohaterowie brali udział w wojnie, podróżowali i cierpieli, spotykali potwory, a autor traktował czytelnika jak równego siebie, a nie jak infantylnego idiotę. W tamtych czasach jeszcze nikt nie słyszał o Harrym Potterze, a dostępna literatura młodzieżowa prezentowała sobą poziom i problematykę „Tego obcego”, dość mocno odstając od tego, czym żyliśmy zarówno w świecie realnym, jak i w świecie wyobraźni. Wiecie: w tamtych czasach każdy facet w naszej klasie miał za sobą już seans „Terminatora” Jednak w Conanie było więcej nawalanki na metr kwadratowy, a w Czarnoksiężniku z Archipelagu Czarodziej, mój ulubiony archetyp był na pierwszym planie...

Gdyby nie ten fakt nie wróciłbym szybko do Władcy Pierścieni. Jak się jednak wkrótce okazało jedna ze znajomych mojej mamy dysponowała Władcą Pierścieni w stanie nienaruszonym, pożyczyłem od niej więc książkę tylko po to, żeby przeczytać to starcie. Jako, że już lekturę zacząłem przeczytałem Władcę drugi raz.

Trzeci przeczytałem dlatego, że w bibliotece nie było więcej książek fantasy, a ja polubiłem ten gatunek. Wkrótce potem zacząłem też kupować własne książki. Początkowo nie szło to za dobrze: książki kupowałem głównie za pieniądze zarobione u Babci (tzn. jeździłem jej po zakupy, Babcia jednak za każdym razem pozwalała mi wziąć sobie 50 groszy „na oranżadę”, co pozwalało uzbierać na jedną książkę kwartalnie, kieszonkowe oczywiście wydawałem na towary pierwszej potrzeby: Top Secret, Gambler i gry komputerowe). Tym sposobem nabyłem moje nastoletnie bożyszcze: Dragonlance.

Czwarty raz zabrałem się za Tolkiena po lekturze Sapkowskiego, poruszony głębokim rasizmem tego świata. To był też moment, w którym Tolkiena polubiłem naprawdę, ale to naprawdę bardzo.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.