Fajnie mieć rację. Wiedziałem, że Stallone nie zawiedzie i nie myliłem się.
Expendables to kapitalny akcyjniak z obsadą z mokrego snu kinomana wychowanego w epoce VHS. Oczywiście brak mu ładunku emocjonalnego, który żywię do
Commando i chociażby z tego powodu trudno odpowiedzieć, czy ten film przenosi widza w przeszłość. Na pewno jednak przez większość seansu gęba cieszyła mi się od ucha do ucha. Po filmie można też bez wątpienia stwierdzić, że takich rzeczy już się nie kręci.
W tym miejscu wypadałoby nakreślić fabułę filmu, ale lepiej chyba napisać, że to wyborny przykład fabuły pretekstowej. Najemnicy mają sprzątnąć złego dyktatora, koniec. I dobrze, bo Sly ewidentnie pisząc scenariusz skupił się na czymś innym – na akcji i obsadzie. Film wypełniono dokładnie (ale nie do przesady) akcją, wybuchami, pościgami, mordobiciami i strzelaninami. Jednocześnie 60-latek zadbał o to by każda z jego gwiazd miała swoje pięć minut. Czy to rozłożone na więcej scen miotanie nożami i kopaninę, czy na jeden pochód z giwerą robiącą tyle hałasu, że popcorn wyskakuje z pojemniczka. Stallone przepycha ekipę od jednej do drugiej sekwencji. Biega, sapie i dyszy, a nawet obrywa solidne manto. Statham mimo łysiny robi za protegowanego staruszków, trzyma się z boku i ma coś na kształt swojego wątka. Jet Li gra własną kliszę, ale nie wygląda już jak utuczony chomik z
Mumii 3, raczej jak stary najemnik, któremu z racji gabarytów trudno dotrzymać kroku kolegom. Ciekawym zaskoczeniem był dla mnie Dolph Lundgren, spodziewałem się po nim troszkę innej roli. Może dlatego był bodaj najciekawszym elementem obsady. Ukoronowaniem obu występów jest starcie niemal dwumetrowego posiadacza czarnego pasa w karate z małym mistrzem wushu. Na moment obecny Lundgren ma u mnie nagrodę za najlepszy one-liner filmu.
Osobnym tematem jest oczywiście Ta Scena, gdzie wspólnie wystąpił Bruce Willis, Arnold Schwarzenegger i Sylvester Stallone. Istnieje niemal jako film w filmie. Jest zupełnie niepotrzebna, i całkowicie nakierowana na aktorów. Panowie prężą muskuły, robią sobie kilka wycieczek osobistych, skaczą do oczu i rozchodzą się. Niby nic, ale trudno nie szczerzyć zębów w trakcie. Może temu towarzyszyć ukłucie nostalgii i żalu, że nie powstanie nigdy
Face/Off czy
Tango i Cash z tą trójką lub choć dwoma z nich, ale cóż począć. Lepiej bądźmy wdzięczni Sly, że choć to udało mu się zorganizować.
To nie koniec obsady, ale nie chcę już przynudzać, wiele dobrego można by powiedzieć o występach Mickey Rourke, Randy'ego Couture, Steve Austina, Terry'ego Crewsa i Erica Robertsa. Zamiast tego wspomnę, że Stallone bezbłędnie realizuje sceny akcji. Ogląda się je bez nudy, mimo żwawego montażu nie ma chaosu, całość jest bardzo czytelna, wiadomo kto do kogo strzela, kto z kim się okłada po zakazanych gębach.
Expendables to nie superprodukcja (choć te 80 baniek poszło), ma jasno określony target. Dlatego nie brak tu przekleństw, krwi i przemocy nieskalanej przez niszczycielskie łapska MPAA.
Najwyższa pora na grzeszki
Expendables. Na szczęście nie ma ich wiele. W pierwszej scenie filmu wystraszyłem się jak mała dziewczynka widząc ŻENUJĄCO domalowane celowniki laserowe, bałem się, że jednak nie miałem racji. Na całe szczęście później nie ma już żadnej wpadki realizacyjnej. Oglądanie
Dextera sprawiło, że mimo najlepszych chęci widziałem w nim poczciwego detektywa Angela a nie złowieszczego dyktatora. I to na tyle. Domyślam się, że jak ktoś nie wejdzie w klimat, to będzie marudził na fabułę, nawał klisz i takie tam, ale wtedy oznacza to, że mamy do czynienia z durniem lub masochistą (ewentualnie marudą).
Podsumowując: Stallone zaserwował nam najbardziej męski film dekady. Powstaje pytanie czy to ostatnie tchnienie dawnych gwiazd kina akcji, hołd dla ery VHS, czy może pokazanie, że „da się”. Lepiej jednak nie robić sobie nadziei, przyszykować się, że w kinie czeka nas już tylko Robert Pattison i Shia LaBeouf, więc lepiej zaszyć się w domu i oglądać ponownie Commando koszącego kwiatki karabinem, Rambo patroszącego anonimowych żołnierzy i Van Damme kopiącego się z Lundgrenem. A na deser ekipę Expendables robiącą rozróbę na fikcyjnej wysepce.
PS1. Przy tekście współpracowali wygrzebani z zakamarków zbiorów: Disturbed, Drowning Pool, My Chemical Romance, Killswitch Engage, Motorhead, Papa Roach, Rammstein, Finger Eleven, Type O Negative i inni...
PS2. Mam spore zaległości blogowe, ale postaram się nadrobić. Kolejne „Co w garach”, notki o Black Death, Lost Room a może i o StarCrafcie 2 (bo w sumie po premierze wypadało by też cos napiać) wkrótce.
PS3. Tak, to prawda. Po Expendables przybyło mi włosów na klacie, sikam benzyną i pocę się napalmem.
Waszym zdaniem...